Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

11.07.2015

Rozdział XV. Część 1



***Sheila***
            Budziłam się powoli, łapiąc okruchy snu, które mi pozostały. Koszmary nie wróciły, a ja czułam się wypoczęta i zadowolona. Mruknęłam cicho, nie mając ochoty wychodzić spod miękkiej, ciepłej kołdry. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że to nie kołdra jest źródłem przyjemnego ciepła, które tak mnie rozleniwiło, a męskie ciało pode mną. Zdumiona otworzyłam oczy i poderwałam się gwałtownie, widząc obejmującego mnie Doriana.
            Dobra boginko, byłam aż tak zdeprawowana, że wtuliłam się w niego przez sen? Niemal nagiego?! Sięgasz dna, Sheilo, zganiłam się w myślach, pocierając nagle gorące policzki. Co on sobie o mnie pomyśli?
            Podciągnęłam kołdrę pod szyję, szukając czegoś, czym mogłabym okryć nagie ramiona. W nocy byłam zbyt przerażona, by przejmować się cienką koszulą nocną, którą miałam na sobie. Odsłaniała nie tylko ramiona i kark, ale też niemal całe moje nogi. Porządna kobieta nie kładzie się w czymś takim obok mężczyzny. Półnagiego mężczyzny. Boginko!
            Dorian mruknął coś niezrozumiałego przez sen i sięgnął ręką w moją stronę. Odsunęłam się, z trudem powstrzymując przed piskiem. Panuj nad sobą, nierozgarnięta nimfo! Przecież bardziej już się nie pogrążę... po prostu się ubiorę i poczekam, aż Dorian wstanie... Zerknęłam na niego. Wydawał się taki spokojny, kiedy spał, ale w żadnym razie nie mogłam nazwać go niegroźnym. Nawet teraz.
            Kiedy ręka Doriana trafiła w pustkę, zamrugał i otworzył oczy. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się leniwie.
            - Dzień dobry, moja śliczna nimfo.
            - Dz-dzień dobry – wyjąkałam, znów pokrywając się rumieńcem.
            - Zasypiasz z rumieńcem i budzisz się rumiana. Co za uroczy widok – podsumował, przeciągając się. - Jak się spało?
            - Dobrze – mruknęłam i nie było w tym kłamstwa. Niestety za dobrze. - Przepraszam, że tak się do ciebie kleiłam... - Spuściłam wzrok.
            - Przepraszasz? Za to, że się przytuliłaś? Sheilo, cieszę się, że mi zaufałaś. - Przesunął po mnie wzrokiem.
            - Ale zachowałam się niestosownie... - Ciaśniej otuliłam się kołdrą, skrępowana przez jego spojrzenie.
            - Jutro nasz ślub, więc jakie niestosowne zachowanie masz na myśli, moje pisklątko? - Uniósł brwi, powstrzymując uśmiech.
            - Ale dziś nie jesteśmy jeszcze małżeństwem – zaprotestowałam cicho. Naśmiewał się ze mnie?
            - Dlatego tylko grzecznie spaliśmy, przytuleni do siebie, tak? - Kąciki jego ust uniosły się odrobinę.
            - Śmiejesz się ze mnie. - Skrzyżowałam ramiona na piersi, zapominając o przytrzymywaniu kołdry.
            - Jakżebym śmiał, moja przyszła żono? - Zrobił poważną minę, ale błyski w jego oczach mówiły coś zupełnie przeciwnego. Pokręciłam głową.
            - Jesteś okropny.
            - To dlatego, że nie dostałem całusa na dzień dobry – stwierdził. Zamrugałam, przetwarzając tę wiadomość. Wbrew sobie poczułam, że się uśmiecham.
            - Doprawdy?
            - Na pewno. - Pokiwał głową z poważną miną.
            - I nie uważasz, że kobieta nie powinna obściskiwać się w łóżku przed swoim ślubem? - Uniosłam brew, podchwytując jego grę.
            - Jeśli z przyszłym mężem, to uważam, że to nic złego – odparł stanowczo.
            Uśmiechnęłam się szerzej. Ostatecznie... już i tak się pogrążyłam, a on nie wydawał się tym poruszony. Zerknęłam na jego usta. Czemu nie? Pochyliłam się, obdarzając go czułym pocałunkiem. Pisnęłam, kiedy otoczył mnie ramionami i przyciągnął do siebie, całując zapamiętale. Mógł mieć rację, taki początek dnia zdecydowanie poprawiał humor. Dotknęłam jego policzka i odsunęłam się minimalnie, opadając na poduszkę obok.
            Uśmiechnął się zadowolony.
            - Takie dzień dobry najbardziej mi odpowiada – stwierdził, przesuwając dłonią po moich włosach.
            - Było całkiem miłe – zgodziłam się.
            - To może powtórka? - zaproponował, spoglądając na mnie tym swoim wygłodniałym wzrokiem.
            Lubiłam, gdy patrzył na mnie w ten sposób. Czułam się wtedy piękna i godna pożądania. Trudno było mi się do tego przyznać, ale chciałam, by patrzył tak na mnie jak najczęściej. To spojrzenie rozgrzewało mnie od środka, robiło przedziwne rzeczy z moim ciałem – i podobało mi się to.
            Przygryzłam wargę i dotknęłam policzka Doriana. Wiedziałam, że jego pragnienie nie zamykało się w pocałunkach. Chciał o wiele więcej i do pewnego stopnia to mnie przerażało. I podobało mi się, tak sądzę. Przysunęłam się, pogłaskałam go po policzku i powoli musnęłam jego wargi swoimi. Smakował lepiej niż wszystko, co kiedykolwiek próbowałam. Odpowiedział delikatnym pocałunkiem, który powoli stawał się coraz bardziej intensywny. Jego dłoń przesuwała się po moich ramionach i plecach, powodując przyjemne uczucie na skórze. Poddawałam się temu bez oporu, odsuwając na później myśli o przyzwoitości. Wtuliłam się w jego ramiona, chcąc czuć go bliżej i dopiero po dłuższej chwili przerwałam pocałunek. Sposób w jaki na mnie patrzył, mówił mi, że nie był zadowolony z tego powodu. Zadrżałam mimowolnie.
            - Myślę... że powinniśmy porozmawiać – odezwałam się cicho. - O ceremonii.
            - Dobrze, moje pisklątko. - Przesunął wzrokiem po moich ustach i spojrzał mi w oczy. Jego palce wciąż delikatnie przesuwały się po moim karku. Pomyślałam, że jeśli nie przestanie, to nie zapamiętam ani słowa z tego, co powie.
            - Zatem słucham.
            - Ceremonia trwa trzy dni. Pierwszego składamy przysięgę, tańczymy i ucztujemy, drugiego przyjmujemy dary, a trzeciego odbywają się zabawy dla gości. Dla nas najważniejsza jest sama przysięga i wszystko, co się z tym wiąże. - Przesunął dłoń z mojego karku na szyję.
            Skinęłam głową, by kontynuował.
            - Stajemy naprzeciwko siebie w obecności wszystkich zaproszonych gości; kobieta, która jest świadkiem panny młodej – w tym przypadku Genie – związuje nam dłonie. Wypowiadamy przysięgę, po czym mój świadek podchodzi z kielichem i nożem. Przecinam swoją lewą dłoń, upuszczam trochę krwi do kielicha, następnie maluję nią pieczęć małżeńską w tym miejscu. - Dotknął mojej łopatki tuż nad lewą piersią. - I w tym momencie jesteśmy już małżeństwem, Sheilo. - Uśmiechnął się. Zamrugałam, podążając wzrokiem za jego dłonią.
            - Pieczęć małżeńską? Twoją krwią? Tu?
            - Tak, dokładnie. To znak, że należymy do siebie. Moja krew, twoja skóra. A później tańczymy nasz tradycyjny taniec, tylko my dwoje.
            - Moment. Ale jak to znak? W dodatku malowany krwią? To głupie.
            - Głupie? - Zamrugał zdziwiony. - Uważasz, że nasza tradycja jest głupia?
            - Owszem. Każe ci się zranić i malować krwią po moim ciele. - Uniosłam brwi. Naprawdę nie widział tej niedorzeczności?
            - Ja nie twierdzę, że twoje przyzwyczajenia są głupie, nawet jeśli coś wydaje mi się dziwne. - Usiadł na łóżku. - A dzięki pieczęci będziemy połączeni silniej niż na przykład ludzie, którzy przysięgają, a potem łamią te przysięgi. Przecież nie zamierzam wysmarować cię całej krwią, to tylko moje imię w języku mojej rasy.
            - To barbarzyńskie – zaoponowałam. - I jak miałoby nas połączyć?
            - Normalnie. - Wzruszył ramionami. - Będziesz miała moje imię na swojej skórze. To takie paskudne według ciebie? I oczywiście, nigdy nie będziesz mogła mnie zostawić, ale przecież nie zamierzasz, prawda?
            Westchnęłam i usiadłam.
            - Kochanie. Sugerujesz mi, że mam się nie myć do końca życia?
            Pominęłam drugą część pytania, bo odpowiedź wydawała mi się oczywista. Jednak nadal nie mogłam zrozumieć, jak malowanie po mnie krwią może pomóc małżeństwu.
            Dorian parsknął śmiechem.
            - Moje pisklątko, pieczęć się nie zmyje. Zostanie tam na zawsze. To tak jak... to, co zakładają ludzie... złote obrączki, tak? To tylko przedmiot, a krew to coś więcej. To ja i ty, Sheilo.
            - Chwila... chcesz mnie oznakować?
            - Własną krwią – odparł poważnie. - Będziesz moja, a ja twój. A znakiem tego będzie pieczęć, która nas połączy.
            Pokręciłam głową. Czy on zdawał sobie sprawę z tego, czego ode mnie wymagał?
            - Dorianie, ludzie oznaczają bydło. A ty chcesz postąpić tak z żoną?
            - Co ty wygadujesz, Sheilo? - Pokręcił głową i westchnął. - Nie sądzę, by ludzie znaczyli bydło własną krwią i przysięgali mu przy świadkach, ale nawet bym się nie zdziwił, po ludziach wszystkiego się można spodziewać...
            Przeczesałam włosy dłonią.
            - Nie rozumiesz. Rzecz w tym, że... żona to nie własność. Nie będę twoją zabawką, którą możesz sobie podpisać.
            - Źle to pojmujesz, Sheilo. - Pokręcił głową. - Nie wiem, jak jest teraz, ale kiedyś malowanie znaków na ciele było naturalne, lecz malowanie ich krwią przez drugą osobę znaczyło tylko jedno. Silny związek małżeński. - Sięgnął po moją dłoń. - Mówisz, że mnie kochasz, a będzie ci przeszkadzać, że będziesz nosić moje imię na skórze?
            Westchnęłam i ścisnęłam lekko jego dłoń. Zwyczaje jego ludu były dla mnie niezrozumiałe, jednak miały dla niego dużą wartość. Imię Doriana na moim ciele. Cóż, mogłoby być gorzej.
            - Dobrze, Dorianie. Niech tak będzie.
            Uśmiechnął się i podniósł moją dłoń do ust.
            - Powinniśmy przećwiczyć taniec.
            - To brzmi o wiele lepiej – odpowiedziałam na jego uśmiech. - Powinnam wiedzieć coś jeszcze?
            - Hm... - Zamyślił się. - O trwałości przysięgi już mówiłem... I o tym, że nie możesz odejść, gdy już zostaniesz moją żoną. Potem jest taniec i uczta do późna.
            - Drugi raz wspominasz, że nie mogę odejść. Sugerujesz w ten sposób, że twój ród nie uznaje rozwodów? - Uśmiechnęłam się, biorąc go pod ramię. Chyba nie sądził, że ja bym coś takiego uznała.
            - Nie uznaje – przyznał. - Rozłączyć nas może tylko śmierć. Karą za opuszczenie małżonka też była śmierć. Dlatego małżeństwa naszego rodu były takie trwałe.
            Uśmiech zniknął z mojej twarzy, kiedy tylko dotarł do mnie sens jego słów.
            - Jak to karą? To znaczy... że jakbym chciała odejść, to byś mnie zabił?
            - Wiesz, że ja nigdy bym cię nie skrzywdził – odpowiedział poważnie Dorian. - Ale mężczyźni z naszej rasy tak właśnie robili. Słudzy męża mieli obowiązek ścigać niewierną żoną i przynieść mężowi jej ciało.
            Odsunęłam się, myśląc intensywnie. Dlatego ojciec wypytywał, czy znam szczegóły. Podpisywałam na siebie wyrok śmierci. Gdyby tylko posądził mnie o niewierność... Pokręciłam głową. Krew to zdecydowanie drobiazg przy takiej nowinie.
            - Skąd twoi słudzy mogą mieć pojęcie o mojej wierności? I kiedy miałeś zamiar mi o tym powiedzieć?
            - Sam tworzyłem służbę. Wiedzą, co do nich należy i nigdy by cię nie skrzywdzili. - Spojrzał mi w oczy. - To dotyczyło naszej rasy odkąd pamiętam, więc ci o tym mówię, ale możesz być pewna, że jesteś bezpieczna. Nie tylko dlatego, że nigdy mnie nie zdradzisz. Prędzej spopieliłbym wszystkich ludzi na Ziemi niż skrzywdził ciebie.
            Przyglądałam mu się w milczeniu. Mówił prawdę, widziałam to w jego spojrzeniu, słyszałam w sposobie, w jaki się do mnie zwracał. Może wciąż nie wiedziałam, co tak naprawdę czeka mnie w tym małżeństwie, ale Dorian starał się jak mógł, by było między nami dobrze, bym mu ufała i czuła się bezpiecznie. Ja także musiałam zrobić wszystko, co w mojej mocy. Dlatego wyciągnęłam dłoń i dotknęłam jego policzka. Był nieco szorstki, jakby upominał się o golenie, ale przyjemny w dotyku.
            - Obędziemy się bez tego całego spopielania, dobrze?
            - Też tak myślę. - Uśmiechnął się. - Sama widzisz, ta ceremonia nie jest aż taka straszna, prawda?
            Zależy, z której strony na nią spojrzeć, pomyślałam, nadal gładząc go po policzku.
            - Jakoś ją przetrwam – odpowiedziałam i pocałowałam go krótko. - W końcu będziesz obok.
            - Dokładnie. - Również mnie pocałował. - A potem już tylko uczta i... - Zerknął na mnie, jakby coś sobie przypomniał. - Hm... Jest taki stary zwyczaj...
            - Noc poślubna, tego się domyśliłam. Z tym też dam sobie radę.
            - Właściwie to... hm, różnie to nazywają, ale najpopularniejsza nazwa to pokładziny. - Zerknął na mnie.
            Uniosłam brwi. Co za różnica jak na to mówią? Przyjęłam już do wiadomości, że spędzimy razem noc. Ta myśl zaczęła mi się nawet podobać, więc dlaczego tak kręci?
            - No i? Czy ta nazwa coś zmienia? Wyskoczy mi kolejne znamię? Nie wiem, imię naszego dziecka?
            - Nie, pokładziny to rytuał polegający na nocy poślubnej w obecności świadków, w łagodniejszej wersji, goście rozbierali parę młodą, zanosili do pokoju i stali pod drzwiami – wyjaśnił Dorian.
            - Co?! - wykrztusiłam.
            - Taka tradycja – odparł mój narzeczony z poważną miną.
            Ujęłam go pod brodę i spojrzałam mu głęboko w oczy, żeby wiedział, że nie żartuję i nie ma sensu, by się ze mną spierał.
            - Nie zgadzam się. Nikt nie będzie oglądał mnie nago, a tym bardziej patrzył na... nas razem. I nieważne, jak stara to tradycja. Jedynym mężczyzną, któremu pokażę się nago jesteś ty, jasne? I nikt nie będzie stał pod drzwiami – wyjaśniłam stanowczo. Co to to nie.
            Kąciki jego ust drgnęły i uśmiechnął się powoli.
            - Skoro tak bardzo nalegasz, to nie pozostaje mi nic innego, jak zrezygnować z tej tradycji...
            - Ano nie pozostaje ci nic innego.
            Roześmiał się i pocałował mnie w usta.
            - Widzisz, jaki masz dar przekonywania, moje pisklątko?
            Zmarszczyłam brwi. Zgodził się podejrzanie szybko. Za szybko, biorąc pod uwagę jego upór przy krwawej pieczęci.
            - Wrabiasz mnie, tak? Nie ma takiego zwyczaju?
            - Ależ jest. Właściwie to był, za moich czasów. Tylko że ja wcale nie twierdziłem, że chciałbym go na własnym ślubie... - Patrzył na mnie rozbawiony.
            - Ach. Zatem... wygłupiłam się?
            Objął mnie ramieniem i popatrzył z uśmiechem.
            - Nie dziwi mnie twoja reakcja, moje pisklątko.
            - A mnie cieszy, że masz podobne zdanie – odpowiedziałam i zdałam sobie sprawę, że tulę się do półnagiego mężczyzny. - Może... powinniśmy się ubrać?
            - I zejść na śniadanie? To chyba dobry pomysł – przyznał Dorian.
            Tak, śniadanie też. A przede wszystkim odsunąć się od niego i jego niemal nagiego ciała. Bardzo atrakcyjnego ciała, musiałabym dodać. Oparłam dłoń o jego pierś, by powiększyć dystans między nami, jednak nie było to dobre posunięcie. Przesunęłam dłoń nieco niżej i musnęłam palcem bliznę pod jego sercem.
            Spojrzał na mnie i dotknął dłonią mojego policzka. Jego wzrok przesunął się z moich oczu na usta. Przełknęłam ślinę.
            - Naprawdę powinniśmy się ubrać.
            - Uhm – mruknął, całując mnie w usta. Jak miło, że się dogadaliśmy... Kiedy pogłębił pocałunek, zrobiło się naprawdę miło. Wtuliłam się w jego ramiona, jeszcze przez chwilę oddając się pieszczocie.
            Gdy tylko się odsunęłam, chwyciłam leżący w nogach łóżka koc i otuliłam się nim, wstając. Gdybym spędziła jeszcze choć chwilę na przekonywaniu Doriana, że pora wstać, nie wstalibyśmy nigdy.
            - Chcesz tu poczekać czy spotkamy się w jadalni?
            - Przejdę się pod prysznic i spotkamy w jadalni – zadecydował Dorian, również wstając.
            Skinęłam głową i grzecznie odwróciłam wzrok.
            - Do zobaczenia na śniadaniu.
            Założył spodnie, koszulę i skierował się do drzwi.
            - Do zobaczenia, Sheilo.
            Przytaknęłam i obejrzałam się za nim.
            - Dorianie? - zagadnęłam, gdy położył dłoń na klamce. - Dziękuję. Za odgonienie moich koszmarów. Podziałało.
            Odwrócił się i uśmiechnął szeroko.
            - Zawsze do usług, moja śliczna nimfo.
            Odpowiedziałam uśmiechem, jak za każdym razem, gdy patrzył na mnie w ten przyjemny, ciepły sposób.
            - Obiecujesz?
            - Oczywiście. Z przyjemnością. - Wciąż się uśmiechając, zniknął za drzwiami.
            Spoglądałam za nim, rozważając jego słowa. Co właściwie miał na myśli, mówiąc o przyjemności? Zmarszczyłam brwi i ruszyłam do łazienki, porzucając po drodze koc.

12 komentarzy:

  1. Bardzo dziękuję za rozdział. Ona lubi powtarzać "głupia nimfa" i tu się z nią zgadzam, nawet Dorian się z jej naiwności/głupoty śmieje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu odwołam się do komentarza niżej. Dorian się nie śmieje, on ją taką lubi. To nie był śmiech "jesteś głupia", ale "jesteś urocza". ;)Gdyby była harda i pyskata, raczej by nie przeżyła. Jej naiwność, zrodzona z niewinności go oczarowała.

      Usuń
  2. Tylko że bycie tą "głupią nimfą" jest częścią jej uroku osobistego, który wpływa również na Doriana.;)
    Ale to jej nastawienie przeciwko tradycji jest niefajne, oj niefajne. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ślub? Pewnie! Zapowiada się ciekawie.;)

      Usuń
    2. Myślę, że chodziło raczej o pewną tradycję^^

      Usuń
  3. Znak krwi Doriana na ciele Sheili jest niczym cyrograf. I och, żeby ta nimfa kiedyś mu uciekła! Byłabym wtedy wielce ukontentowana, ale zaczynam już powątpiewać, czy w jej ciele może zrodzić się bunt. Kiedyś myślałam, że i owszem, jest zdolna do kontestacji, ale teraz, kiedy widzę, jak zgadza się ze wszystkim, jaka jest łagodna i biorąca za wszystko winę na siebie, nie mogę sobie wyobrazić Sheili w roli spiskowca. Jednak dopóki nie wydarzy się coś, co zachwieje jej dotychczasowy światopogląd, zmąci dotąd spokojne myśli, nie dowiemy się, którą ścieżkę nimfa obierze - czy nadal trwać będzie w naiwnej pozie, czy weźmie sprawy w swoje ręce. Wiem, wiem, trochę nie na temat i jak zawsze piszę o tym, że Sheila jest taka uległa, ale po prostu, to mnie bardzo zastanawia. Dziękuję za rozdział i już nie mogę się doczekać jego kontynuacji. Żywię spore nadzieje co do dnia ich ślubu i mam nadzieję, że się nie zawiodę. Pozdrawiam, Agnieszka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O cyrografie nie pomyślała, a może powinna, skoro ma diabła za ojca. xD
      Zależy jej na nim, dlaczego ma uciekać? Źle jej tam? Jednak na wszystko na pewno się nie zgodzi.;)
      Aż się boję zapytać, jakie są te nadzieje. :)

      Usuń
  4. dziekuje , zastanawiam sie czy ona kiedys przejrzy na oczy cxzy dalej będzie patrzec na niego przez rózowe okulary. ale faktem faktem przy nie zachowuje sie jak baranek, szkoda tylko ze na ludzi juz trgo płaszczyka dobroci nie rozciągnął:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma do niej pewną słabość i traktuje ją dobrze, Sheila na razie nie ma powodów, by widzieć go inaczej. Pokazujemy go z lepszej i gorszej strony, jednak ona widzi tę lepszą, nie może reagować na coś, czego nie ma szansy zobaczyć.
      Na ludziach mu ani trochę nie zależy.^^

      Usuń
  5. Do usług z przyjemnością, oj jaka niewinna nimfa ;) Niby wie, a jednak nie wie :D

    Ale jakie weselicho, ohoho :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej. Super opowiadanie �� wciągnęło mnie od pierwszego rozdziału. I caly czas Mam ochote na wiecej ���� . Czekam na dalsze rozdziały pozdrawiam��

    OdpowiedzUsuń