Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

12.03.2016

Rozdział XI

***Dorian***

    Była noc, późna noc, gdy Sheila wróciła do domu. Wyszła z Varysem i V'lanem, więc nie musiałem się martwić o jej bezpieczeństwo. Widocznie chciała odreagować dzisiejsze spotkanie z anielicą.
    Gdybym dorwał w swoje ręce ową wredną i podstępną Jasmiel, nie zostałoby na niej ani jedno piórko. Grozić wojną, bronić ludzką rasę, to jedno. Ale wtrącać się w moje małżeństwo?! Gdyby nie ta złośliwa anielica, nic by się nie wydało. A teraz Sheila znała prawdę, dowiedziała się aż za wiele. Znała mroczny sekret, który nie był przeznaczony dla delikatnej, wrażliwej nimfy o dobrym serduszku. Wiedziała już o wszystkim i nie chciała mnie widzieć.
    Powróciłem myślami do naszej kłótni. Nie, to nie od tego się zaczęło, uświadomiłem sobie, nie o to najbardziej była zła. Tylko o kłamstwo, a właściwie zatajenie części prawdy. Chciała, żebym od tej pory był z nią szczery. Całkowicie szczery. Ciekawe, co by powiedziała, gdyby dowiedziała się absolutnie wszystkiego, tak jak pragnęła. Pamiętałem, jak zareagowała na widok Samaela i nie chciałem, by to się powtórzyło.
    Z drugiej strony, może moja mała niewinna nimfa powoli staje się bardziej odporna na brutalność świata. W końcu nie postanowiła odejść, mimo wszystkiego, czego się dowiedziała. Skoro chce poznać moje życie, wiedzieć wszystko, przed czym ją chroniłem, musi dać sobie z tym radę. Przypomniałem sobie jej minę, gdy opowiadałem o mroku i uczuciu, jakie towarzyszy, gdy karmię się ludzkim cierpieniem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś gorszego. Paniki, łez, ucieczki z krzykiem. Nie było aż tak źle. Skoro przyjęła to dosyć spokojnie, może nie jest już aż tak delikatna?
    Z jednej strony, było to częścią jej uroku, nie chciałem jej tego zabierać. Ale z drugiej, czyż żona Pana nie powinna być silna, stanowcza, świadoma? Nie chodziło tu nawet o to, czy ja nie będę więcej zabijał, teraz i tak nie miałem zamiaru przekraczać granicy wyznaczonej przez anioły. Chodziło o nią, czy zniesie wszystko, czego się o mnie dowie.
    Westchnąłem, zastanawiając się, w jaki sposób miałbym pogodzić się z Sheilą. Pokazać, jak to ujęła, efekty. Miałem nadzieję, że stanie się to jak najszybciej. Nie miałem zamiaru spędzać samotnie dni i nocy. Uznałem, że może jutro coś wymyślę. Skoro zakochała się we mnie po tym, jak o mało nie umarła w moich lochach, to teraz, kiedy jest moją żoną i kiedy nie skrzywdziłem jej bezpośrednio, powinniśmy niebawem się pogodzić. Kwestia dni.
    I dobrze, niech jej będzie. Odtąd będę jej mówić całą prawdę. Zdaje się, że nie miałem innego wyjścia. Ostatnie, czego chciałem, to zagniewanej żony w osobnej sypialni.

    Obudziłem się dość późno, zatem kazałem przynieść sobie śniadanie do sypialni. I tak nie sądziłem, by moja żona chciała mi towarzyszyć w jadalni. Wczoraj, zanim Sheila wróciła wściekła ze spotkania z aniołami, przejrzałem mapy i znalazłem pewne miejsce, o którym myślałem już od dawna. Musiałem je zobaczyć. Najlepiej dziś. Ponieważ moja żona zdecydowanie nie była w nastroju do podróży, postanowiłem sam się tam udać. Potem do niej pójdę i powiem, gdzie byłem. Może złość już jej przejdzie, wtedy pokażę jej to miejsce, najpierw jednak musiałem się upewnić, że się nie pomyliłem. Przez cztery tysiąclecia sporo się zmieniło, więc było to możliwe.
    Zszedłem w porze obiadu, mając nadzieję, że uda mi się natknąć na moją nimfę, ale okazało się, że pływa w jeziorku. Zjadłem więc sam, a zanim zdążyłem udać się tam, gdzie zaplanowałem, przyszło mi do głowy, żeby zabrać Varysa. Wiedziałem, że wczoraj rozmawiali w ogrodzie, więc może dowiem się czegoś więcej o nastroju Sheili, dzięki czemu będę wiedział, jak się zabrać za naprawianie naszych relacji.
    Przywołałem go i wyjaśniłem, dokąd chcę się udać. Kiedy się tam przenieśliśmy, wiedziałem, że dobrze trafiłem. Czułem to.
    Staliśmy na skraju rzeki. Przed nami piętrzył się niewielki las. Dalej były góry i kolejne lasy, które nie rosły tutaj za moich czasów. Wszedłem powoli między drzewa i skinąłem na Varysa, by ruszył ze mną.
    - Rozmawiałeś wczoraj z Sheilą, prawda? - spytałem wprost.
    - Tak się złożyło.
    - Była bardzo zła? - Zerknąłem na niego.
    - Była smutna – odparł, patrząc przed siebie. - Płakała. I był to najsmutniejszy widok w całym moim długim życiu.
    Niezupełnie tego się spodziewałem. Smutna? Płakała? Aż tak zabolało ją to, że czasami unikałem mówienia całej prawdy, by oszczędzić jej drastycznych szczegółów?
    - Powiedziała, że powinienem mówić jej wszystko. Całą prawdę. - Zatrzymałem się. Jeśli miałem z kimkolwiek rozmawiać o Sheili, to chyba najlepiej z nim. Genevieve myśli jak kobieta, Ezekiel się do takich rozmów nie nadaje. Zerknąłem na demona strachu, który jako pierwszy stanął w obronie mojej żony, przez co stał się chyba kimś w rodzaju jej powiernika. - Uważasz, że jest gotowa, by dowiadywać się o rzeczach, których nie chciałaby wiedzieć? To delikatna nimfa, wrażliwa, ale gdy unikam prawdy, złości się, obraża, a potem płacze i się smuci.
    - Z całym szacunkiem, panie, ale ona jest silniejsza, niż myślisz. Chce trwać u twego boku i stara się jak może, dla ciebie uczy się walczyć i odwiedza Piekło. Jednak teraz czuje, że tylko ona stara się coś w sobie zmienić, a ty, panie, no cóż, nie tylko nie hamujesz pewnych zachowań, ale też nie masz do niej tyle szacunku, by powiedzieć prawdę.
    - Opowiadała mi o Piekle i walce. Ale jeśli zobaczyłaby najgorszą część Piekła, jak myślisz – jak by zareagowała?
    - Dlatego pokazuję jej je stopniowo. A jednak dwa dni temu zobaczyła na własne oczy Sąd Dusz i wcale się nie załamała, prawda? - Spojrzał na mnie. - Da sobie radę. To dla niej trudne, ale radzi sobie i jest z tego dumna.
    - Była na Sądzie Dusz? - zdziwiłem się. - Nic o tym nie wspominała...  Mówiła coś, że widziała potępione dusze – przypomniałem sobie. - Ale nie sądziłem, że o to chodziło. Pewnie była przerażona? - zapytałem Varysa.
    - Wystraszona i zbulwersowana, ale nie nazwałbym tego przerażeniem. W każdym razie wnioskuję z jej słów, nie było mnie tam. U jej boku trwał Legion.
    Wyglądało na to, że moje pisklątko pełne było niespodzianek. Nie sądziłem, że aż tak bardzo się stara, żeby być na bieżąco ze wszystkim. Nie chciała być bierną, potulną żoną, zostawiającą wszystkie interesy swojemu mężowi. Nie, wręcz przeciwnie, usilnie starała się włączyć we wszystko, co dotyczyło mnie. A jednak nie czułem się tym zaniepokojony, raczej mile zaskoczony. Mimo swojego łagodnego charakteru Sheila była uparta i wytrwała. Bardzo wytrwała. I, o dziwo, to również mi się w niej podobało.
    Szkoda, że wcześniej nie zwróciłem na to uwagi. Możliwe, że czuła się niedoceniona. Postanowiłem powiedzieć jej o tym przy najbliższej okazji.
    Zatrzymałem się, czując nagły impuls od strony ziemi. Słaby, ale jednak. Przyklęknąłem na jedno kolano, kładąc dłoń na ściółce leśnej. Nie powinno jej tu być. I nie będzie, postanowiłem. Musiałem coś z tym zrobić.
    - To tutaj – odezwałem się cicho. - Tu zostali pochowani moi rodzice.
    Varys pochylił głowę w geście szacunku i nie odezwał się słowem.
    Wstałem i rozejrzałem się. Las położony był w kotlinie, z trzech stron otoczonej wzniesieniem prowadzącym w góry i w kolejne lasy, a z czwartej rzeką.
    - Wypalę ten las – zadecydowałem. - Najpierw dymem wypłoszę zwierzęta, przeniosą się w góry albo do innego lasu, potem podpalę. Chyba anioły nie uznają spalenia lasu za zbrodnię? - Zerknąłem na Varysa.
    - Trudno ocenić, co dla nich jest zbrodnią. Pożar może wymknąć się spod kontroli. Zwierzęta mogą mieć młode, a takim trudno uciekać.
    - Poczekam, zanim podpalę, młode też zdążą uciec. A cały teren otoczę barierą. Ludzi tu nie wyczuwam – dodałem, przeszukując wzrokiem las. - Tutaj nie powinno być lasu.
    Skinął głową.
    - Skoro takie jest twoje życzenie, panie.
    - Chodźmy. - Wyszliśmy z lasu i zatrzymaliśmy się na brzegu rzeki. Posłałem dym między drzewa, powoli, stopniowo, nie za dużo, by nie zaszkodził zwierzętom, ale wystarczająco, by wypłoszyć mieszkańców lasu. Już po chwili całe stada saren, zająców, jeży i wiele innych zwierząt różnych gatunków kierowało się w stronę gór.
    Pół godziny później, gdy las wydał mi się opustoszały, rozpocząłem podpalanie. Otoczyłem go barierą i posłałem ogień ku pierwszym drzewom.
    Varys cały czas obserwował wszystko, stojąc u mego boku.
    - Bariera działa w obie strony?
    - Działa tylko na ogień, nie zapali się nawet źdźbło trawy poza nią – wyjaśniłem. Skinął głową w milczeniu.
    Ogień był coraz wyżej, żółto-czerwone płomienie tańczyły wśród drzew, mimo bariery czułem żar, słyszałem szelest palonej kory, liści, gałęzi, zapach tego niszczycielskiego żywiołu. Już niedługo zostanie tylko spalona ziemia, ta sama, w której spoczywają szczątki ojca i matki. Jako że mój ojciec również był ognistym smokiem, z pewnością doceniłby, że ogniem składam hołd ku jego pamięci.
    I wtedy zdało mi się, że słyszę coś jeszcze. Varys zmarszczył brwi, zerkając na mnie.
    - Nie wydawało mi się, prawda?
    - To niemożliwe, nie wyczuwam człowieka, a zwierzęta już dawno uciekły. - Zmarszczyłem brwi. Tylko tego mi teraz brakowało. Przypadkowej ofiary, która będzie pretekstem dla aniołów. Zrobiłem krok w stronę bariery, wytężając wzrok, by dostrzec źródło hałasu wśród ognia.
    Tym razem usłyszałem wyraźniej. Krzyk. Pełen bólu, strachu i bezsilnej złości. Zdecydowanie należał do kobiety. Varys rzucił mi tylko przelotne spojrzenie i zaklął, wbiegając między płomienie. No pięknie, bohater się znalazł. Zapomniał, że nie jest ognioodporny? Ruszyłem za nim, błyskawicznie gasząc płomienie. Szum ucichł, ogień zniknął, a między spalonymi drzewami dostrzegłem demona strachu. Skierowałem się w jego stronę.
    Dotarł do dziewczyny pierwszy. Siedziała na ziemi ściskając w ramionach przerażonego zająca. Drugi, nieco większy, tulił się do jej uda. Nie wiem, kto był bardziej wystraszony, ona czy zwierzęta. Szlochała, była cała ubrudzona sadzą, a jej ręce i stopy poparzył ogień. Wbiła w Varysa wściekłe spojrzenie zielonych oczu i nagle rzuciła się na niego, wrzeszcząc coś o spaleniu jej lasu. Jej drzewa.
    Varys złapał ją i objął, próbując uspokoić. Nie za bardzo mu to wychodziło.
    - To nie jego wina, to ja spaliłem las – odezwałem się, przyglądając dziewczynie. Było w niej coś znajomego. Z pewnością nie była człowiekiem, dlatego jej nie wyczułem. - Kim jesteś i czemu nie uciekłaś, gdy pojawił się dym?
    - Spaliłeś mój las? - Spojrzała na mnie gniewnie, jednocześnie wydawała się słaba i wiotka. Zrobiła krok w moją stronę, ale Varys szybko chwycił ją w pasie. - Zabiłeś moje drzewo, zabiłeś mnie... - Jej głos zniżył się do wyczerpanego szeptu. Upadłaby, gdyby nie ramiona Varysa. I zaczęła szlochać.
    - Twój las? Nie sądziłem, że należy do ciebie. - Pokręciłem głową, przyglądając się jej ze zdumieniem. Wyglądała trochę jak... Sheila. Nie była do niej podobna, miała rude włosy i owszem, była bardzo ładna, choć nie tak piękna, jak moja żona. A jednak ją przypominała. - Jesteś... nimfą? - zapytałem w końcu.
    - Leśną – odpowiedział za nią Varys. Ukląkł, pomagając jej usiąść, pewnie uznał, że bolą ją poparzone stopy. Zające natychmiast wskoczyły w jej ramiona. - Zdaje się, że spaliliśmy jej drzewo.
    Spojrzałem na dziewczynę, ciągle patrzyła na mnie ze złością i mamrotała, że jestem mordercą. No pięknie, o mało nie spaliłem nimfy. Wspaniały początek godzenia się z Sheilą, nie ma co.
    Westchnąłem i uklęknąłem naprzeciwko niej. Skoro to nimfa, mimo że leśna, pochodziła z gatunku mojej żony. Zatem musiałem jej pomóc. To było oczywiste.
    - Nie miałem pojęcia, że tutaj jesteś, ani że rośnie tu twoje drzewo – zwróciłem się do niej. - Gdybyś wybiegła z lasu wcześniej, powstrzymałbym ogień. Jesteś ranna. - Pomyślałem chwilę i w mojej dłoni zmaterializowała się maść, która przyspieszała gojenie i usuwała ból, również ten po oparzeniach. Podałem jej. - Posmaruj tym dłonie i stopy, to głównie zioła. Jak masz na imię?
    - Leanne – szepnęła. - Ale to na nic. Moje drzewo spłonęło, nie uratowałam go. Umieram. - Otarła łzy i odwróciła głowę do Varysa. - Zabierz te zające w bezpieczne miejsce, zaplątały się i nie mogły uciec. - Wstrzymała oddech, widząc twarz Varysa. - Na faunę i florę, ja cię tak podrapałam?!
    W odpowiedzi wydał z siebie ni to śmiech, ni parsknięcie.
    - Potrzeba czegoś więcej niż te drobne paluszki, by zrobić mi krzywdę. A zające pójdą razem z tobą. Znajdziemy ci drzewo.
    Pokręciła głową, jakby powiedział największe głupstwo świata.
    - Gdybyśmy mogły zmieniać drzewa, nie trzymałybyśmy się tego, które umiera. To drzewo musi nas wybrać. To się praktycznie nie zdarza, szybciej umieramy.
    - Daję ci słowo honoru, Leanne, że znajdę ci takie drzewo, jakiego potrzebujesz. Przysięgam.
    - Oczywiście, że znajdziemy ci drzewo – wtrąciłem, zerkając ciekawie na Varysa. Nie spodziewałem się po nim takiego zaangażowania. Spojrzałem ponownie na nimfę. - Leanne, moja żona też jest nimfą, tylko wodną. Ona będzie wiedziała, jak ci pomóc. Nie umrzesz, zapewniam cię. Nie pozwolimy na to.
    - Nimfa cię zechciała? Zalecałeś się, wysuszając jej jezioro?
    Powstrzymałem się przed odpowiedzią. Jeszcze bardziej bym ją wystraszył.
    - Leanne, jest mi przykro z powodu twojego drzewka – kontynuowałem cierpliwie. - Miałem powód, żeby spalić ten las i nie miałem pojęcia, że tutaj jesteś. Pozwolisz sobie pomóc? Zabiorę cię do zamku i tam ustalimy, jakie to ma być drzewo i jak ma cię wybrać. W porządku?
    Spojrzała na mnie niepewnie, jakby sądziła, że zaraz rzucę się, by ją udusić. Mocniej przytuliła drżące zajączki i znów zerknęła na Varysa. Wyglądało na to, że demon strachu budził w niej większe zaufanie niż ja. W końcu skinęła głową. Varys natychmiast wziął ją na ręce, razem z zającami, których nie chciała puścić.
    - Wszystko będzie dobrze – zapewnił ją. No cóż, dla niej na pewno. Dla mnie niekoniecznie. Kiedy Sheila ją zobaczy, pewnie nie będę mógł liczyć na pogodzenie się. Trudno, przecież nie mogłem jej zostawić, w końcu to nimfa...
    Pojawiliśmy się w salonie, wskazałem Varysowi, by posadził poszkodowaną w fotelu. Poleciłem jednej ze służek nakarmić zające, a sam ponownie podsunąłem rozgniewanej pannie maść.
    - Weź, przecież widzę, że jesteś obolała. A ja pójdę po Sheilę, moją żonę. Jesteś głodna? Spragniona?
    Nie odpowiedziała. Zamiast tego tuliła te małe futrzane kulki.
    - Nigdzie ich nie zabierzemy – odezwał się Varys, zgadując, że dziewczyna nie chce tracić pupili z oczu. Sam wziął ode mnie maść i odkręcił słoiczek, by mogła obejrzeć zawartość. Przyszło mi do głowy, że pewnie nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego. Ani żadnego domu, sądząc po tym, jak się rozglądała.
    - Varys ci pomoże z tymi oparzeniami – poddałem się i ruszyłem do tymczasowej sypialni Sheili. Zatrzymałem się przed drzwiami i zapukałem, grzecznie czekając na odpowiedź.
    Chwilę to trwało, w końcu drzwi się uchyliły i wyjrzała zza nich, unosząc brwi na mój widok. Włosy miała mokre, upięte na karku, a to znaczyło, że albo przed chwilą brała kąpiel, albo dopiero wróciła z jeziora. Wyglądała ślicznie, jak zawsze, gdy wychodziła z wody.
    - Nie podoba mi się twoja mina – oświadczyła. Westchnąłem.
    - Mam dobre i złe wieści. Dobre – nikogo nie zabiłem. Złe – niechcący spaliłem drzewo nimfy leśnej i teraz potrzebuje twojej pomocy. Jest w salonie z Varysem.
    Zamrugała. A potem do niej dotarło.
    - One giną bez swojego drzewa! - niemal warknęła i mijając mnie popędziła na dół. To już wiedziałem. Pokręciłem głową i poszedłem za nią, choć nie byłem do końca pewien, czy to dobry pomysł. Dwie wściekłe na mnie nimfy w jednym salonie nie zwiastowały niczego przyjemnego.
    Kiedy tam zszedłem, Sheila klęczała przy naszym gościu i oglądała jej oparzenia. Ku mojej uldze, dziewczyna wyraźnie odprężyła się na jej widok. Nawet te dwa sierściuchy już tak nie drżały, choć to pewnie spowodował spokój ich opiekunki.
    - Musimy znaleźć jej nowe drzewo, prawda? - zapytałem Sheilę. - To musi być jakieś konkretne drzewo? W razie czego możemy je zasadzić i przyspieszyć wzrost, jak w ogrodzie.
    - Nie. Rodzaj jest bez znaczenia. Ona musi poczuć więź z tym drzewem – odparła, opatrując rany dziewczyny. - Czyli musimy szukać aż do skutku.
    - Drzewo musi wzrosnąć samo, jeśli będzie w nim twoja magia, odrzuci mnie – dodała nimfa.
    - Ile mamy czasu? - zapytałem, pamiętając, że ciągle wspominała o umieraniu.
    - To kwestia dni. Moje drzewo już umarło, mój czas też się kończy. Dwa, góra trzy dni.
    - Trzy, wyleczymy cię, odzyskasz część sił – zwróciła się do niej Sheila. - Ale to wciąż mało. Drzewo może być za rogiem lub na drugim końcu świata. Leanne musi dotknąć drzewa, by wiedzieć. - Spojrzała na mnie.
    - Najlepiej zacząć od terenu wokół zamku, rośnie tam mnóstwo drzew – postanowiłem. - Może któreś się nada. Jeśli nie, trzeba będzie szukać dalej.
    - To duży teren, powinniśmy go podzielić i między kolejnymi sektorami zabierać ją gdzieś dalej – wtrącił Varys. - Nie możemy skupiać się na jednym miejscu.
    Sheila skinęła głową. Właśnie skończyła nakładać maść na ręce nimfy i owijała je bandażem.
    - Oparzenia do jutra się zagoją – zapewniłem, znając właściwości lecznicze maści.
    - Jego też? - Skinęła w stronę Varysa, ja i Sheila podążyliśmy za jej wzrokiem. Istotnie, ramię demona strachu doświadczyło bliskiego kontaktu z ogniem.
    - Dobra boginko – jęknęła Sheila. - Varys, siadaj.
    - To nic, na mnie wszystko szybko się goi.
    - I tak Sheila cię opatrzy – mruknąłem, znając swoją troszczącą się o wszystkich żonę.
    - Oczywiście, że tak. - Nałożyła maść na stopy nimfy. - Dowiem się, jak do tego wszystkiego doszło?
    - Próbowałam ocalić moje drzewo. - W oczach Leanne zalśniły łzy. - A potem zobaczyłam te zajączki, utknęły i tak bardzo się bały. A potem przyszli oni.
    Sheila zerknęła na mnie, czekając na wyjaśnienia. Usiadłem w fotelu.
    - Znalazłem miejsce, w którym zginęli i zostali oddani ziemi moi rodzice. Wyrósł tam las, więc uznałem, że go wypalę. Wypłoszyłem dymem zwierzęta, otoczyłem barierą, żeby ogień się nie rozprzestrzenił i nie miałem pojęcia, że akurat w tym lesie mieszka nimfa. - Spojrzałem na Sheilę. - Wiesz, że nie skrzywdziłbym nimfy.
    Uniosła brew.
    - Ale co to za pomysł? Ludzie sami sadzą na grobach kwiaty i drzewa, by upamiętnić bliskich. Oczywiście musisz być innego zdania.
    - Ty masz swoje zwyczaje, ja swoje. - Wzruszyłem ramionami.
    - Zauważyłam – mruknęła. - Wiedz więc, że w niemal każdym zdrowym lesie mieszka nimfa. - Skończyła z opatrunkami. W międzyczasie służąca przyniosła kosz marchewek i postawiła go na stole. - Poprosimy też ciepły rosół i pieczone kasztany – zadecydowała Sheila. Leanne wyjęła z koszyka dwie marchewki i poczęstowała swoich podopiecznych.
    - W każdym? - zdziwiłem się. - Dobrze wiedzieć.
    - A myślisz, że kto o nie dba? Matka natura? - Leanne pogłaskała zająca. - Jeśli las jest ładny, żyją w nim zwierzęta, jeśli są w nim owoce, grzyby i tak dalej, to znaczy, że ktoś się nim opiekuje. Proste.
    Spojrzałem na nimfę leśną. Najwyraźniej czuła się już lepiej, skoro zdecydowała się ze mną rozmawiać.
    - A jeśli twoje drzewo nie będzie w lesie? Jeśli to będzie samotne drzewko, z dala od lasów?
    - Samotne drzewo mnie nie przyjmie, to nie może być drzewko w środku miasta. Tylko na łonie natury. - Spojrzała na mnie.
    - To już jakaś wskazówka, wykluczamy samotne drzewa.
    - I tyle. Reszta zależy od drzewa.
    Tymczasem Sheila zdążyła już opatrzyć ramię Varysa. Przez cały czas posyłała mi ukradkowe spojrzenia. Nie byłem pewien, czy to dobrze, czy niekoniecznie. Zerknąłem na wcinające marchewki zające.
    - Futrzaki lepiej niech zostaną na razie w domu. Wątpię, żeby hyosube gustowały w takich małych zwierzątkach, ale mogą je pogonić dla zabawy.
    - Zrobimy im kącik na tarasie – zaproponowała Sheila i podrapała mniejsze stworzonko. Potem znów spojrzała na mnie. - Nie sądzę, by i ciebie trzeba było opatrywać.
    - Mnie? - zdziwiłem się. - Ognisty smok i oparzenia? - Pokręciłem głową.
    Skinęła głową.
    - To dobrze. Dopilnuję, by Leanne coś zjadła i zabiorę ją na górę.
    - W porządku, potrzebujecie jeszcze czegoś? - Wstałem. No, chyba nie było aż tak źle, skoro tym razem nie oberwało mi się od cholernych drani. Zerknąłem na Sheilę.
    - Nie, ona musi odpocząć. - Odgarnęła Leanne włosy i przytuliła ją lekko. Dziewczyna odpowiedziała nieśmiałym uśmiechem.
    - To niech się położy w jednym z pokoi – zaproponowałem.
    - Będzie spała w pokoju obok mojego – zdecydowała Sheila.
    - Może być – zgodziłem się.
    - W takim razie pójdę powiedzieć służbie, by wszystko przygotowano. - Varys podniósł się z fotela. Skinął mi głową i wyszedł z salonu zostawiając mnie z dwiema nimfami i dwoma zającami. Na moment zapadła cisza.
    Zerknąłem na żonę, potem na naszego gościa.
    - Jak stopy? Dasz radę wejść po schodach?
    Potwierdziła i podniosła się z fotela, jakby chciała dowieść swoim słowom. Zające zastrzygły uszami, najwyraźniej nieskore opuszczać jej na krok.
    - Pomogę ci – zaoferowała jej moja żona i delikatnie ujęła ją pod ramię.
    - Pokój pewnie jest już gotowy – poinformowałem je.
    - Tak szybko? - Leanne posłała mi zdumione spojrzenie.
    - Pokoje są sprzątane na bieżąco, wystarczy przynieść świeżą pościel i parę drobiazgów - wyjaśniła Sheila. Razem ruszyły na górę, futrzaki popędziły ich śladem. Nie umknęło mi, kiedy Sheila obejrzała się, sprawdzając, czy idę z nimi.
    - W takim razie ja jeszcze załatwię jedną sprawę i niedługo wrócę – postanowiłem, uznając, że niepotrzebna im moja pomoc.
    - Poradzimy sobie – usłyszałem jej odpowiedź ze szczytu schodów. Zatem zniknąłem i przeniosłem się tam, gdzie jeszcze niedawno rósł las. Teraz były tu jedynie spalone drzewa. Musiałem dokończyć pracę i zrobić porządek z tym miejscem.
    Resztki lasu stopniowo zmieniały się w popiół. Przeszedłem powoli przez pogorzelisko i zatrzymałem się tam, gdzie głęboko w ziemi wyczułem szczątki moich rodziców. Kucnąłem i dotknąłem ziemi, oczyściłem ten fragment podłoża ze spalonych resztek, tworząc zwyczajną, czarną glebę. Zebrałem najlepsze kamienie, przyciągając je z całej okolicy i wyłożyłem nimi powierzchnię ziemi, następnie pchnąłem mocą, wygładzając je idealnie, wytwarzając kamienną płytę. Początkowo planowałem na tym poprzestać, ale uznałem, że nie wygląda to tak, jak powinno. Zebrałem zatem jeszcze więcej kamieni, a gdy uznałem, że wystarczy, utworzyłem z nich niewielką budowlę – grobowiec. Był na tyle wysoki, bym nie musiał się schylać, a w środku mogły stać swobodnie dwie, może trzy osoby. Przed wejściem wyrósł głóg, osłaniając je cierniami, które pozwalały wejść tylko mnie, osobom z mojej rasy i Sheili, jeśli kiedyś zechce tu ze mną przyjść. Dodatkowo otoczyłem grobowiec mocą, aby nie zobaczył go żaden człowiek. Dla ich oczu będzie tu tylko spalona ziemia, nic więcej.
    Przyjrzałem się budowli, wszedłem do środka i po namyśle na kamiennej płycie utworzyłem czerwony napis – imię ojca oraz matki. Na koniec nad wejściem do grobowca pojawił się znak mojego rodu – Claddagh.
    Przez chwilę stałem, przyglądając się swojemu dziełu. Nie powinienem się dziwić, że Genevieve wcześniej tego nie zrobiła, moja siostra lubiła przyrodę, las na pewno jej nie przeszkadzał. Ciekawy byłem, czy czasem odwiedzała to miejsce. Postanowiłem przyprowadzić ją tutaj przy najbliższej okazji.
    Do domu wróciłem jeszcze przed kolacją. W salonie zastałem Sheilę, siedziała w fotelu zatopiona w książce.
    Uniosła wzrok i rzuciła mi krótkie spojrzenie.
    - Tym razem bez ofiar?
    - Jakoś nie było chętnych – odparłem i usiadłem w drugim fotelu.
    - Nie sądziłam, że ktokolwiek chciałby zgłosić się na ochotnika. - Poszukała wzrokiem zakładki i wsunęła ją między strony. - Jak się czujesz?
    - W porządku. - Zerknąłem na nią zdziwiony. - Jak mówiłem, ogień nie zrobi mi krzywdy.
    - Nie o tym mówię. Znalazłeś groby rodziców. - Patrzyła na mnie tymi wielkimi oczami, a jej spojrzenie wyrażało troskę, żadnej złości czy pretensji.
    - Ach, o to chodzi. Rodzice zginęli kilka tygodni przed tym, jak zostałem ranny, więc wiedziałem, że nie żyją. Dobrze, że udało mi się odnaleźć miejsce ich spoczynku. Zrobiłem im niewielki grobowiec.
    Skinęła głową i podziękowała służącej, która przyniosła nam kawę i ciasto czekoladowe.
    - Zatem czujesz się dobrze?
    - Tak, wszystko w porządku. - Upiłem łyk kawy. - Jeśli będziesz chciała, to kiedyś cię tam zabiorę.
    - Kiedyś – mruknęła i znów spojrzała w książkę.
    - Jak już przestaniesz się na mnie gniewać. - Spojrzałem na nią uważniej. Chyba nadal była na mnie zła. Cóż, nie mogłem się spodziewać, że przejdzie jej z dnia na dzień.
    - Gdy na to zasłużysz – padła odpowiedź. Westchnąłem. Znowu to samo.
    - A jak mam ci udowodnić, że zasłużyłem? Najlepiej jeszcze dzisiaj?
    - Obawiam się, że tego nie można zrobić ot tak. Chcę, byś zrozumiał, na czym polegały twoje błędy. I widzieć, że to rozumiesz. To kwestia życia, nie jednego dnia.
    Kwestia życia. Całe życie to trochę za długo. Wstałem i podszedłem do jej fotela, usiadłem na dywanie przed nią i dotknąłem jej dłoni.
    - Rozumiem, moje pisklątko. Okłamałem cię, robiłem rzeczy, których nie powinienem robić. I cię nie doceniłem. Myślałem, że jesteś zbyt wrażliwa na niektóre sprawy, dlatego ukrywałem prawdę. Ale myliłem się. Widziałaś Piekło, byłaś na Sądzie Dusz, nawet uczysz się walczyć. Jesteś wytrwała i dzielna, a ja cię nie doceniłem. Przepraszam. - Uniosłem jej dłoń do ust.
    Westchnęła, ale nie cofnęła dłoni.
    - Obiecaj, że o tym nie zapomnisz.
    - Obiecuję – powiedziałem poważnie. Raczej nie miałem szans o tym zapomnieć, nigdy wcześniej nie widziałem Sheili tak wściekłej jak wtedy, gdy się dowiedziała, że spaliłem cały klub i jej o tym nie powiedziałem.
    - Więc chyba powinnam przyjąć twoje przeprosiny. Nadal jednak musisz mi udowodnić, że mogę ci ufać. I że się zmienisz.
    - Możesz, udowodnię to. - Nie miałem pojęcia w jaki sposób, ale wszystko szło w dobrym kierunku. Może już dziś wieczorem wróci do sypialni? - Nie chcę, żebyś była na mnie zła. - Podniosłem jej drobną dłoń do swego policzka. Spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami.
    - To zawsze jakiś krok naprzód – uznała.
    - O widzisz. - Uśmiechnąłem się.
    - Ale tylko krok – przypomniała mi. - A teraz może powiesz mi coś o dziewczynie, która śpi na górze?
    - Wiem o niej mniej, niż ty. - Wzruszyłem ramionami. - Usłyszeliśmy jej krzyk w płonącym lesie. Mówiła coś o spalonym drzewie i umieraniu, więc zabrałem ją do ciebie.
    - Żebym widziała, że chcesz jej pomóc? Czy naprawdę chciałeś jej pomóc?
    A więc Sheila nadal podejrzewała mnie o manipulację. Najzabawniejsze, że właściwie na to nie wpadłem. Czasem niełatwo mi było przewidzieć jej reakcje.
    - Raczej uznałem za oczywiste, że skoro jej o mało nie spaliłem, powinienem jej pomóc  – odparłem. - Przecież to nimfa, podobnie jak ty, tylko leśna. I szczerze mówiąc, myślałem, że będziesz na mnie zła...
    - I jestem, pozbawiłeś ją domu i prawie życia.
    - Nie miałem pojęcia, że tam mieszka.
    - Wiesz, jakie to trudne? Poza tym straciła wszystko, co znała. Przypomnij sobie, co czułeś, gdy okazało się, że miejsce, w którym żyłeś, nie istnieje. Ona nie odeszła, jak ja. Straciła wszystko.
    Spojrzałem na nią w zamyśleniu. Byłem pewien, że nimfa sobie poradzi, ale nie takiej odpowiedzi oczekiwała Sheila. Chciała, żebym zrozumiał jej sytuację. W porządku. To mogłem zrobić.
    - Wiem, że to dla niej trudne. Musi się przeprowadzić, zaufać osobom, które dopiero co poznała, jest przestraszona i jeśli nie znajdzie drzewka, może umrzeć. Sheilo, nie jestem dzieckiem, rozumiem to wszystko. I staram się to naprawić – zwróciłem jej uwagę.
    Milczała przez chwilę, spoglądając przed siebie. Dostrzegłem zapowiedź łez w jej oczach.
    - A jeśli nie zdążymy?
    Wstałem, pochyliłem się i przytuliłem ją lekko. Mogła sobie spacerować po Piekle i oglądać Sądy Dusz, ale nadal była strasznie wrażliwa.
    - Zdążymy. Musimy. To trzy dni, przez ten czas można sprawdzić ogromną ilość drzew.
    - Dziś wiele nie zdziałamy, musi odpocząć.
    - A więc jutro z rana.
    Skinęła głową i w końcu wysunęła się z moich ramion. Zerknęła na mnie.
    - Leanne mówi, że jej zające się ciebie boją.
    - Co? - Przygryzłem wargę, by się nie roześmiać. - Zostałem postrachem zająców?
    - Nie śmiej się. Może czują drapieżnika – skarciła mnie. - Pytała też, czy to ty okaleczyłeś Varysa – ściszyła głos. - A zatem udowodnisz jej, że jesteś poczciwym, nieszkodliwym smoczkiem. - Tym razem i jej usta drgnęły.
    - Taaak, bo akurat uwierzy – mruknąłem. - Może zostańmy przy wielkim, groźnym smoku, który jej nie skrzywdzi? Temu prędzej da wiarę.
    - Bo zawsze musisz być akurat tym wielkim i groźnym, co? - Uniosła brew.
    - Taka już moja natura. - Wzruszyłem ramionami. Miałem jej nie okłamywać, więc proszę bardzo. - Sheilo, dla ciebie mogę zmienić swoje zachowanie. - Przysunąłem twarz do jej włosów. Jak zwykle, pachnących świeżością i delikatnością. - Wiele mogę zmienić. Ale nie zmienię tego, kim jestem.
    - Nie chcę zmieniać tego, kim jesteś – odparła cicho. - Ale musisz zapanować nad gniewem i tą częścią ciebie, która chce krzywdzić innych.
    - Wiem, że muszę. Nie martw się, nikogo już nie zabiję – zapewniłem.
    - Ani nie skrzywdzisz w inny sposób – dodała stanowczo.
    - Oczywiście, ludzie mogą czuć się bezpiecznie – obiecałem. - Żadnego zabijania, żadnego krzywdzenia.
    - Znów to robisz, szukasz sobie furtki. A nie ludzie? - Posłała mi gniewne spojrzenie i odniosłem wrażenie, że czar prysnął. Znów była zła. Westchnąłem.
    - Nie mogę ci obiecać, że nie będę karał swoich demonów. To Piekło, nie zaprowadzę tam porządku prośbami czy dobrym słowem. Równie dobrze mógłbym oddać je Lucyferowi albo twojemu ojcu.
    - Przez karę masz na myśli śmierć czy tortury? - Śmiałość w jej głosie trochę mnie zaskoczyła. Varys znów miał rację. Sheila była silną kobietą. Delikatną, ale też silną.
    - Jedno i drugie – przyznałem. - Kara cielesna jest skuteczna również dla karanego, śmierć tylko dla pozostałych.
    - Nie podoba mi się to.
    - Domyślam się. - Spojrzałem na nią. - Jeśli znajdziesz inny skuteczny sposób, daj mi znać.
    - Uwięzienie – podsunęła natychmiast. Uniosłem brwi.
    - Czyli tych nieposłusznych mam wtrącić do celi, karmić, utrzymywać, a ci posłuszni będą musieli na nich pracować? Na pewno poprawi to morale...
    - U ludzi to działa.
    - Demony to nie ludzie. Jedyny skutek byłby taki, że przestałyby się bać kary.
    - Ale nie musisz ich męczyć, chociaż tyle? A ja postaram się znaleźć rozwiązanie. - Zależało jej na tym, bardzo. Ale nie było innego rozwiązania. Wziąłem ją za rękę i spojrzałem na nią stanowczo.
    - To poważna sprawa, moje pisklątko. Wystarczy jeden błąd, a będziemy mieli bunt, uciekające dusze, samowolne demony, hasające po Piekle i na Ziemi. Szukaj, skoro tak ci na tym zależy, jestem otwarty na propozycje, a póki nie znajdziesz, zostają moje sposoby.
    - Będę szukać – mruknęła, odwracając wzrok. Przycisnęła książkę do piersi. - Położę się dziś wcześniej. - Wstała i odruchowo poprawiła sukienkę.
    - Ale zjesz kolację? - zapytałem. - Za chwilę podadzą do stołu.
    - Jakoś nie mam apetytu – mruknęła. - Zajrzę do Leanne, przeczytam jeszcze jeden rozdział do poduszki i pójdę spać.
    No i to by było na tyle z pogodzenia się. Zrobiłem krok w jej stronę.
    - To może chociaż dasz się przytulić na dobranoc? - Podszedłem bliżej, zerkając, czy nie odskoczy z pretensjami. Zamiast tego, objęła mnie lekko.
    - Postaraj się, dobrze?
    - Obiecuję. - Również ją objąłem i przytuliłem do siebie. Naprawdę chciałem się z nią pogodzić. Znowu poczuć jej ciało przy swoim, jej drobne usta, czułe i namiętne pocałunki, widzieć jej śliczny uśmiech, te piękne duże oczy, wypełnione radością. Wsunąłem dłoń w jej włosy, stojąc tak przez chwilę, żałując, że nie będzie spać dziś koło mnie w nocy, że rano nie zobaczę jej obok siebie. To nie tak miało być. Oby mówienie prawdy pomogło, i to jak najszybciej.
    - Udowodnij mi, że wybrałam dobrze, kochając cię – dodała i wysunęła się z moich ramion. - Chcę być dumna z tej miłości. I nie chcę, by mi cię odebrano. Śpij dobrze.
    - Dobranoc, moje pisklątko – powiedziałem, patrząc, jak idzie do tymczasowej sypialni. Czy wybrała dobrze? A kogo innego mogła kochać, skoro została moją żoną? Takie słowa i wyznania nie powinny wywierać na mnie wrażenia, a jednak było to przyjemne. Chyba chciałem, żeby mnie kochała. Tak, chciałem. Jej miłości, jej samej. Nie do końca wiedziałem, czemu, skoro sam nie potrafiłem kochać, a jednak miałem zamiar spędzić smutek z jej oczu i to jak najszybciej.

12 komentarzy:

  1. Dziękuje pięknie.Jakiś postęp jednak jest.Zależy mu,chce się zmienić i naprawić relacje z żoną.I mówi,że nie potrafi kochać?Przecież jest zakochany,tylko nie chce tego przyznać.Zdrowych i radosnych Świąt.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uważasz, że jednak Dorian potrafi kochać?;)
      Dziękuję i wzajemnie:)

      Usuń
  2. Zalecałeś się, wysuszając jej jezioro. xD
    Podoba mi się ten nowy szablon.^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakoś mnie to nie dziwi, że Ci się podoba^^

      Usuń
  3. Ja wolałam poprzedni szablon ;)
    Nimfa leśna ma charakterek i dobrze, mogła więcej Dorianowi nagadać, gdyby się nie bała ;) Ale piękny początek godzenia się z Sheilą, nie ma co ;) I jak tak sobie wyobrażę grobowiec pośród pogorzeliska to jakoś tak wolę jednak trawkę, kwiaty, znicza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Kucnąłem i dotknąłem ziemi, oczyściłem ten fragment podłoża ze spalonych resztek, tworząc zwyczajną, czarną glebę." - nie zostawił tam pogorzeliska:p

      Usuń
    2. Fragment, czyli miejsce, gdzie wcześniej był las:p

      Usuń
  4. A, no i życzę Wam dziewczyny spokojnych, rodzinnych świąt i ciepłej pogody na dyngusa ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. dziekuje za kolejny fragment, jak widac Dorian troche się przejmuje uczuciami Shelii, powoli dociera do niego że ona chce wiedziec co zrobił od niego a nie od innych, co do nimfy lesnej to ładnie sie zachował, spalił jej dom ale od razu zaproponowął ze poszuka jej inne drzewo, wytłumaczył tez zonie czemu je spalił, postep, mały ale jednak:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No trochę się przejmuje, jakby nie było wziął ją za żonę. Małymi kroczkami do przodu.;)

      Usuń