Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

22.05.2016

Rozdział XIV. Część 1

***Dorian***

    Świadomość, że moja Sheila została zaatakowana przez moje demony, w moim Piekle, była gorsza nawet niż to, że Belial przedarł się przez wszystkie zabezpieczenia, osłony i zupełnie nie wyczułem jego obecności. Jedno i drugie napawało mnie gniewem, który zamierzałem z siebie wyrzucić, gdy tylko znajdę winnych.
    A znajdę ich z pewnością.
    Dość błądzenia po omacku, postanowiłem. Wyglądało na to, że do tej pory nie zabrałem się do tego odpowiednio. Owszem, były przesłuchania, dochodzenia, a gdy uznałem, że to się już więcej nie powtórzy, moja żona o mało nie zginęła. To musiało się zmienić.
    Nie zabiłem Samaela po to, by przejąć jego część Piekła, było to raczej konsekwencją niż przyczyną. A jednak przejąłem jego obowiązki, uznałem demony za swoje, zapewniłem im ochronę, bezpieczeństwo w Kręgu. Do licha, nawet wyciągnąłem paru idiotów, których uwięził Lucyfer, choć mogłem ich zostawić, skoro sami się w to wpakowali i nikt nie mógłby mieć o to do mnie pretensji. A oni mnie zdradzili, narazili życie Sheili, swojej pani. No właśnie, pani. Chyba najwyższa pora im uświadomić, kim powinna być dla nich żona ich pana.
    - Proponuję zacząć tam, gdzie go widzieliśmy – powiedział V'lane. Sheila uparła się, by ze mną poszedł. Niech będzie, przyda mi się. Skinąłem głową.
    - Pokaż mi, gdzie to było.
    Przenieśliśmy się na jedną z ulic Piekła. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, niedaleko znajdowało się skrzyżowanie, po obu stronach wznosiły się obdarte budynki. Na ziemi dostrzegłem ślady krwi, ciała demonów już uprzątnięto. Beliala musiałem zostawić na później, na razie nie miałem pomysłu, jak się przede mną ukrył. Jedyną wskazówką byli jego wspólnicy.
    - Kto zajmuje się identyfikacją? Na początek dowiedzmy się, kim byli napastnicy, czy mają jakieś rodziny, bliskich znajomych.
    - Chodźmy do głównego biura, dane na pewno już są w systemie – odparł V'lane. - Pracuje tam Peor, moja zaufana znajoma. Jest demonem techniki, odkryć i wynalazków, i jest genialna – zapewnił.
    Zgodnie z jego sugestią, przenieśliśmy się do największego budynku w Piekle; górował nad innymi, był nieco mniej zaniedbany i miał ściany koloru ciemnoczerwonego, przy drzwiach i kątach przechodzącego w smolisty. Pewnie jakaś symbolika, może ogień piekielny i te sprawy, nie wnikałem.
    W środku królował szary kolor, a główne biuro znajdowało się na najwyższym piętrze. Pomieszczenie było przestronne, wyposażone w szafę, biurko, komputer i fotel obrotowy. Przed wejściem, przy biurku, siedziała niebrzydka kobieta, zbliżająca się do trzydziestki, ubrana w schludny, granatowy strój. Miała oliwkową cerę i czarne kręcone włosy, zaplecione w gruby warkocz. Kiedy wyszliśmy z windy, nawet nie spojrzała w naszą stronę, ciągle klikając coś na urządzeniu.
    - Skargi, zażalenia i takie tam na drugim piętrze, reszta na trzecim, zarządca dziś nie przyjmuje interesantów – mruknęła, nie przestając pisać.
    - I jutro też nie, ma wolne z powodu zatrucia jadem Samu. Ale zakładam, że o tym wiesz, skoro jesteś tutaj sekretarką – odezwałem się. Kobieta zamrugała, spojrzała na mnie i zerwała się z miejsca.
    - Panie. Proszę o wybaczenie, nie spodziewałam się wizyty dzisiaj. Ale to dobrze, bardzo dobrze – dodała, odzyskując rezon i zerknęła przelotnie na dowódcę straży. Skinęła mu głową, na co odpowiedział jej uśmiechem, po czym ponownie zwróciła się do mnie. - Tak, wiem, że to były Samu. - Zerknęła w ekran i coś kliknęła. - Nadal nie odkryłam powiązań z Belialem, ale zrobiłam listę osób do przesłuchania, na razie jest ich dwanaścioro, Samu trzymają się raczej na uboczu. Czy mam ją wydrukować?
    Konkretna osoba, uznałem. Pewna siebie, jakby od lat pracowała na tym stanowisku. I nie miała tylko trzydziestu lat, choć na więcej nie wyglądała.
    - Tak, daj mi listę. Ale potrzebuję czegoś jeszcze. Możesz znaleźć wszystkich, którzy zajmowali wysokie stanowiska, gdy władcą był Samael i jego śmierć mogła okazać się dla nich niekorzystna? Kochanki, bliżsi współpracownicy...
    - Naturalnie. - Usiadła i zajęła się pisaniem. - To zajmie tylko chwilę. Kogoś jeszcze mam wpisać na tę listę? Nikt nie przyzna się do kontaktów z Belialem, ale mogę poszukać demonów, które ostatnio składały najwięcej skarg.
    - Tak zrób – odparłem, przyglądając się sekretarce. W końcu jakaś kompetentna osoba. - Sheila wspominała, że jedli ciasto w kawiarni, gdy banshee zaczęła krzyczeć...
    - Można ją przesłuchać, ale one zawsze krzyczą, gdy wyczują śmierć. Klienci kawiarni! - Spojrzała na mnie. - Zapiszę wszystkich, którzy w tym czasie się posilali, wśród nich mógł być szpieg. I personel.
    Zajrzałem w ekran. Obrazy przesuwały się po nim z niesamowitą prędkością, a wszystkie palce kobiety śmigały po klawiaturze tak szybko, że trudno było za nimi nadążyć.
    - Ja bym dodał osoby, którym zabiłeś kogoś bliskiego, szefie – wtrącił V'lane.
    - I chcą się zemścić? To możliwe. - Skinąłem głową i zerknąłem na sekretarkę, która nadal coś pisała.
    - Zacznijmy od służby, niemal wszyscy pochodzili z kręgu Samaela – odezwała się, nie odrywając wzroku od ekranu. - Niektórzy zostawili krewnych. Następnie ci, których zabiłeś, panie, razem z Samaelem, potem demony, które zginęły podczas przejęcia Piekła.
    - Masz tam spis wszystkich demonów, które zabiłem? - Zerknąłem z ciekawością na ekran, po którym przewijały się różne imiona.
    - Naturalnie. To moja praca. - Kliknęła w klawisz z napisem „enter” i na ekranie pojawiła się lista. Długa lista. - Razem dziewięćdziesiąt sześć demonów różnej płci i rodzaju. - Wybrała opcję „drukuj” i już po chwili podała mi kilka kartek z imionami.
    - Świetnie. - Zerknąłem na listę. Imiona były zapisane w kolejności, alfabetycznej, wydrukowane w różnych kolorach. Informacja na samym dole głosiła, w jakim kolorze jest konkretny rodzaj. Przy każdym nazwisku znajdował się krótki opis, czemu został umieszczony na liście. - Sporo ich – stwierdziłem.
    - I wszystkich trzeba przesłuchać, wybadać, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Ludzie używają wykrywaczy kłamstw, ale demony potrafią to obejść. - Skrzywiła się. - Przydałoby się serum prawdy, wtedy sprawa byłaby dużo prostsza.
    - Serum prawdy – powtórzyłem. Słyszałem o nim, choć nigdy nie miałem go w ręku, ale jeśli ktoś mógł znać przepis, to tylko mój przyjaciel. W mojej głowie układał się już plan. - Zwołamy wszystkich z tej listy, by stawili się w ciągu pół godziny. Najlepiej w jakiejś dużej, przestronnej sali – zwróciłem się do V'lane'a. - Jeśli ktoś nie przyjdzie, zostanie ukarany. Cokolwiek robią, gdziekolwiek są – za pół godziny mają być w jednym miejscu.
    - Proponuję Sąd, Samael skazywał tam nieposłuszne demony – wtrąciła sekretarka.
    - Pomyślałem o tym samym. - V'lane przychylił się w stronę kobiety. - Peor, moja śliczna, zabierasz mi pomysły.
    Zerknęła na niego i przez jej twarz przemknął uśmiech.
    - Musisz być bardziej błyskotliwy, V'lane. - Zerknęła w komputer i pokazała mi plan Piekła z zaznaczonym budynkiem na mapie. - Tam znajduje się Sąd.
    - Doskonale, w takim razie spotkamy się za pół godziny na miejscu – zwróciłem się do dowódcy straży i zniknąłem, by pojawić się we wskazanym budynku.
    Był duży, obszerny i nie przypominał ludzkiego budynku sądu, który widziałem kiedyś w telewizji. Tutaj był tylko pozłacany fotel, na którym zapewne siadywał niegdyś Samael, oraz krwistoczerwony dywan kończący się w połowie sali. Praktyczne rozwiązanie, gdy nie chciało się ciągle zmywać krwi z podłogi. Zmieniłem fotel na purpurowy, nie lubiłem sztucznego przepychu, dywan zostawiłem. Usiadłem i zerknąłem w listę. Nie musiałem czytać imion, wystarczyło, że trzymałem ją w ręku, by znamię oznaczające przynależność do mojego Kręgu dało znać o sobie każdemu z demonów z listy. Przekazałem im, gdzie się znajduję i dałem pół godziny na dotarcie. Następnie przeniosłem się do miejsca, w którym V'lane walczył z Belialem.
    Pokonał go w walce na miecze. Uratował Sheilę. Ten drań Belial najwyraźniej chciał ją porwać. Wcześniej zaatakowano ją i Varysa. Analizowałem całą sytuację, mając nadzieję, że coś nowego przyjdzie mi do głowy.
    Przypomniałem sobie, co powiedziała moja żona. Demon strachu walczył z sześcioma przeciwnikami, a ona umknęła jednemu, innemu skoczyła na plecy i wbiła sztylet w mackę. Przez chwilę poczułem przypływ dumy, moja mała nimfa potrafiła się obronić. A sekundę później przerażenie, że mogła zginąć. Że jej życie było w ogromnym niebezpieczeństwie. Udało jej się, bo była szybka, dzięki treningom potrafiła sprawnie zareagować. Treningom, których nigdy nie brałem na poważnie, myśląc, że zawsze będę przy niej, by jej bronić. Myliłem się. I to właśnie tutaj, w moim Piekle, została zaatakowana. Ponownie poczułem gniew, a opanowanie, które w sobie zebrałem, gdy sporządzaliśmy listę podejrzanych, ustąpiło wściekłości. Miałem ochotę zabijać ich po kolei, aż wskażą winnych. Albo wszystkich, wtedy winowajcy na pewno by zginęli.
    Nie, to kiepski pomysł. Nie mogłem wybić prawie setki demonów z mojego Kręgu. No dobrze, mogłem, ale to było jednak marne rozwiązanie. Miałem inny plan i musiałem spróbować. Jeśli Ezekiel zgodzi się mi pomóc, wkrótce wyeliminuję zdrajców, a pozostali nie ośmielą się pójść w ich ślady.
    Zjawiłem się w Sądzie punktualnie. Sala była już pełna, demony rozmawiały półgłosem, mocno zaniepokojone. Wśród wielu emocji dominował strach. Słusznie.
    - Są już wszyscy – zwrócił się do mnie V'lane. Stał obok tronu, przy wejściu do sali.
    - Dobrze. Obserwuj ich reakcje, może zwrócisz na coś uwagę.
    Wyszedłem na środek sali, przed purpurowy tron. Na mój widok rozmowy w sali ucichły, demony spojrzały w moją stronę. Nie wszystkie. Tych, które jeszcze rozmawiały, boleśnie zapiekł znak na ramieniu. Teraz już każdy z nich na mnie patrzył.
    Powoli podszedłem do jednego z nich, wyczułem niechęć, złość i wiele negatywnych uczuć. Stanąłem przed nim.
    - Kto jest twoim panem? - zapytałem. Zrobił zdumioną minę, zamrugał, w końcu odpowiedział:
    - Ty, panie...
    - A kim ja jestem?
    - Dorian z rasy Panów. - Jego niepokój wzrósł. Zaczął się bać.
    - Tak. Zgadza się. - Cofnąłem się i przebiegłem wzrokiem po wszystkich obecnych. - Dorian z rasy Panów. Rasy potężnej, z której wywodzicie się również wy, ale wasza moc jest niczym w porównaniu do mojej. - Odwróciłem się do innego demona. Był Samu, podobnie jak napastnicy. - Kto jest twoją panią? - zapytałem. Zawahał się, spojrzał na mnie i przez chwilę nic nie odpowiadał. Zbyt długą chwilę. - Za wolno – stwierdziłem i spopieliłem go. Nie zdążył nawet krzyknąć, jego ciało spłonęło w kilka sekund i rozpadło się na oczach wszystkich. Zwróciłem się do kobiety stojącej za nim. - Kto jest twoją panią?
    - Sheila... twoja żona, panie – odparła niepewnie, drżącym głosem. Skinąłem głową i zwróciłem się do innego mężczyzny.
    - A twoją panią kto jest?
    - Sheila, twoja żona, panie – powtórzył jak echo.
    - Co zrobisz, gdy spotkasz swoją panią?
    Przełknął ślinę i spojrzał na mnie z lękiem.
    - Ja... ukłonię się jej...
    - A ty co zrobisz, gdy spotkasz tu swoją panią? - zwróciłem się do kobiety stojącej kawałek dalej.
    - Ukłonię się i zapytam, czy mogę jej w czymś pomóc – oznajmiła, patrząc na mnie pewnie. Skinąłem głową i ruszyłem dalej. Demony rozstąpiły się przede mną, nie słyszałem już nawet szeptu. Panowała cisza, przerywana jedynie odgłosem moich kroków, gdyż dywan się skończył i szedłem teraz po podłodze.
    - A więc waszą panią jest Sheila, moja żona. Wiecie o tym. Wiecie, co zrobić, gdy ją spotkacie. Tymczasem dzisiaj wasza pani została napadnięta na jednej z ulic, a gdy się broniła, nikt nie przyszedł jej z pomocą z wyjątkiem zarządcy oraz dowódcy straży. Mam uwierzyć, że nikt niczego nie widział? Że wśród was nie ma ani jednego mężczyzny, który potrafi walczyć i który miałby odwagę stanąć przeciwko napastnikom? - Doszedłem do końca sali i odwróciłem się. - Mógłbym was teraz wszystkich zabić, za to, że nie było was, kiedy powinniście być. Wśród was są ci, którzy spiskowali przeciwko mnie, zdrajcy, nastający na życie swojej pani, działający dla wroga, Beliala. Mógłbym zabić was wszystkich jednocześnie. Albo po kolei. - Zerknąłem na demona stojącego najbliżej. Mężczyzna zaczął się dusić, upadł na kolana, z ust wypłynęła mu strużka krwi. - Wtedy na pewno zginęliby także i winni. Ale nie. - Wycofałem moc, demon złapał oddech i podniósł się z trudem, przytrzymując ściany. - To nie byłaby odpowiednia kara. - Rozejrzałem się po sali. Bali się. Tak, teraz się bali, zdecydowanie. Pozwoliłem sobie na złowrogi uśmiech. - Znajdę winnych, możecie być pewni. Dzisiejszą noc macie na zastanowienie. Wrócę jutro. Możecie wydać mi winnych i wrócić do swoich obowiązków. Powiem więcej. Wasza pani poddała mi pewną myśl i zamierzam ją dziś wykorzystać. - Ruszyłem z powrotem w stronę tronu. Demony stłoczyły się po obu stronach sali, jakby chcąc znaleźć się jak najdalej ode mnie. - Winni mogą sami się przyznać. Jeśli taki zdrajca jutro powie mi, że zawinił i żałuje oraz wymieni wszystkich, którzy brali w tym udział, będzie mógł wybrać rodzaj kary – szybka śmierć lub wygnanie z piętnem zdrajcy. Pozostali zostaną ukarani tak, jak na to zasłużyli. - Zamilkłem na chwilę, doszedłem do tronu, odwróciłem się i podjąłem temat. - Jeśli nikt się nie przyzna, sam wykryję zdrajców. Możecie być tego pewni. Jakieś pytania? - Przebiegłem wzrokiem po zgromadzonych.
    - Dlaczego my? - zapytała jakaś kobieta.
    - Bo macie motyw albo pecha – odparłem krótko. - Coś jeszcze?
    - Będziemy tutaj siedzieć do jutra? Wszyscy razem? - zaprotestował jakiś młodzieniec. Wzruszyłem ramionami.
    - Tak. - Uznałem, że jeśli poczekam jeszcze trochę, to pytania mogą ciągnąć się w nieskończoność, a nie miałem zamiaru dyskutować z całą hołotą podejrzanych demonów. - Zatem do jutra. - Skinąłem na V'lane'a i pojawiliśmy się przed Sądem. - Ustaw straż, niech pilnują, by nikt nie wchodził i nie wychodził. Potem idź odpocząć, jutro cię wezwę, kiedy wrócę.
    Zapewnił mnie, że nikt nie opuści budynku, póki na to nie pozwolę.

    Gdy wróciłem do zamku, była już noc. W sypialni czekała mnie miła niespodzianka. Co prawda spodziewałem się ujrzeć tam Sheilę, dała mi przecież do zrozumienia, że dziś wróci, ale i tak uśmiechnąłem się na widok mojej ślicznej, słodko śpiącej żony. Przeniosłem się do łazienki, wziąłem szybki prysznic i wróciłem cicho, by jej nie obudzić. Wszedłem pod kołdrę i przysunąłem się bliżej, by ją przytulić.
    Obróciła się w moją stronę, mrucząc coś cicho i objęła mnie w pasie.
    - Wszystko w porządku? - zapytała, nie otwierając oczu.
    - Tak, moje pisklątko. - Przytuliłem ją do siebie i musnąłem ustami jej policzek.
    - Dowiedziałeś się czegoś? - Tym razem na mnie zerknęła.
    - Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro znajdziemy zdrajców – odpowiedziałem.
    - To dobrze. Może wreszcie zyskamy kontrolę nad całym Kręgiem. - Przysunęła dłonią po moim torsie. - Nie było zbyt krwawo, co?
    - Niezbyt – przyznałem, dodając w myślach, że jutro nie będzie tak dobrze. Zerknąłem na moją nimfę, ubraną w beżową, koronkową koszulkę nocną, którą najchętniej bym z niej ściągnął.
    - Kamień z serca. - Pocałowała mnie czule. - Varys na szczęście też czuje się lepiej.
    - Co nie znaczy, że nikt nie zginął – dodałem niechętnie, wiedząc, że Sheila miałaby mi za złe wprowadzenie jej w błąd. - Rano porozmawiam z Varysem. Dobrze, że czuje się już lepiej.
    - Uratował mnie – powiedziała cicho. Na szczęście nie miała zamiaru dopytywać o ofiarę.
    - Tak, to prawda. Niemal tracąc przy tym życie. - Nie miałem wątpliwości, że Varys osłoni Sheilę własnym ciałem, gdy zajdzie taka potrzeba. A jednak on jeden nie wystarczył. Ezekiel miał rację, powinienem zwiększyć ochronę Sheili. - A z tego co mówiłaś, ty też nie spanikowałaś, tylko sięgnęłaś po broń – dodałem z uznaniem.
    - W pierwszej chwili spanikowałam, ale tym razem nie pozwoliłam, by strach wygrał. Z tą bronią też bym nie przesadzała, ledwie go dźgnęłam.
    - Dopiero się uczysz, nie mogłaś się obronić, ale i tak jestem dumny, że się nie poddałaś – powiedziałem. - Nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdybym cię stracił. Nie dopuszczę ponownie do takiej sytuacji – obiecałem jej.
    Spojrzała na mnie, muskając dłonią mój policzek i pocałowała mnie bez słowa. Długo i czule. Potem posłała mi spojrzenie spod rzęs i uśmiechnęła się lekko.
    - Nie stracisz mnie.
    - Obiecujesz? - Uśmiechnąłem się i przyciągnąłem ją do siebie, całując jej usta.
    - Obiecuję na tyle, na ile to będzie zależeć ode mnie.
    Pocałowałem ją w szyję, smakując jej delikatną skórę. Jak przyjemnie było znowu poczuć zapach mojej żony, ciepło jej ciała przy moim...
    - Kocham cię – szepnęła. - I przyznaję, że ogromnie tęskniłam za tym, byś znów mnie objął.
    - Ja też tęskniłem, skarbie – odparłem, całując ją długo i czule. Uśmiechnęła się i wsparła głowę na moim ramieniu.
    - Lubię, gdy mnie tak nazywasz.
    - Mogę mówić tak częściej – zaproponowałem, wtulając policzek w jej przyjemnie pachnące włosy.
    - Poproszę. - Przymknęła oczy, palcem kreśląc kółka na mojej piersi. - Wiesz... dziś po raz pierwszy kogoś skrzywdziłam. I nie wahałam się. - Uniosła powieki i ujrzałem dogłębny smutek w jej oczach. Zdałem sobie sprawę, że przez cały ten wieczór nosiła to w sobie.
    - Ratowałaś życie. Nie tylko swoje. Gdybyś tego nie zrobiła, mogłabyś zginąć. I Varys też – zwróciłem jej uwagę.
    - Wiem. Ale mimo to przekroczyłam granicę. I nie potrafię się w tym odnaleźć.
    Westchnąłem. Co miałem jej powiedzieć? Dla mnie to żaden problem, ale dla Sheili, z jej wrażliwością i dobrym serduszkiem, najwyraźniej nie było to takie proste.
    - Nie zabiłaś go, tylko wbiłaś mu sztylet w mackę – przypomniałem.
    - Ale wiedziałam, że Varys to zrobi.
    - To chyba dobrze? Gdyby tego nie zrobił, oboje byście zginęli. - Pokręciłem głową. - Jeśli ktoś cię krzywdzi, musisz się bronić. Chwila zawahania, obawa przed skrzywdzeniem kogoś i możesz zginąć. Nie zapominaj o tym, mój skarbie.
    - Wiem o tym. I nie mam żalu do Varysa, w żadnym razie. Wiem, że inaczej byśmy zginęli. I wiem, że nie mogę się wahać, V'lane i Varys powtarzali to na każdym treningu. Ale wiedzieć i robić to nie to samo.
    - Dobrze, że uczysz się bronić, ale nie jesteś wojowniczką, nie musisz być, jeśli tego nie chcesz. - Przytuliłem ją do siebie. - Nie chciałbym, żebyś za każdym razem wpadała w poczucie winy. Pamiętasz, kiedyś proponowałem nałożenie ochrony na twój pierścień; gdy poczujesz się zagrożona, będę o tym wiedział i natychmiast się zjawię. Może warto to przemyśleć?
    Dostrzegłem wahanie w jej oczach. Znów zaczęła gładzić dłonią moją skórę.
    - Zabiłbyś wszystkich?
    - A co innego miałbym zrobić? Wypuścić ich, by spróbowali ponownie cię skrzywdzić?
    - A gdyby to była pułapka?
    - Żadna magia, diabelska czy demoniczna, nie jest większa od mojej, a anioły raczej nie zastawią na mnie pułapek w Piekle. - Pokręciłem głową. - Nefilim też dałbym radę, najważniejsze, żebyś ty nie wpadła w ich ręce.
    - Na każdego znajdzie się sposób. - Pokręciła głową. - Nie mówmy już o tym, jest naprawdę późno i oboje czujemy zmęczenie. - Pocałowała zagłębienie mojej szyi.
    - Racja, dzisiaj sporo przeszłaś. - Pogłaskałem ją po policzku.
    - Też miałeś trochę wrażeń. Ale najważniejsze, że to już za nami i oboje tu jesteśmy. - Posłała mi leniwy uśmiech, moszcząc się w moich ramionach.
    - Szczególnie to ostatnie. - Uśmiechnąłem się, przesuwając dłonią po jej miękkich włosach.
    Pocałowała mnie lekko, najpierw w kącik ust, potem w podbródek i zamknęła oczy. Leżałem jeszcze przez długą chwilę, wsłuchując się w jej oddech, zanim również zasnąłem.

    Obudził mnie dźwięk otwieranych drzwi. Otworzyłem oczy i zobaczyłem moją śliczną żonę, już ubraną w jasną sukienkę za kolana; stała tam z tacą w rękach. Przeciągnąłem się powoli i zerknąłem w okno. Chyba było dość wcześnie, miałem taką nadzieję, gdyż przede mną było jeszcze sporo rzeczy do zrobienia. A musiałem się wyrobić przed nadejściem wieczoru, by mieć czas spokojnie wybrać się z Sheilą na przyjęcie do Ezekiela.
    - Obudziłam cię? - Moja żona zamknęła drzwi i podeszła do łóżka. Tacę postawiła na stoliku nocnym. Były tam bułki, różnego rodzaju sery, mięsa, pokrojone warzywa, gotowane jajka i dwa dzbanki.
    - I tak powinienem już wstać. - Usiadłem i posłałem jej uśmiech. - Śniadanie do łóżka?
    - Pomyślałam, że pewnie masz dużo na głowie, więc chociaż umilę ci początek dnia. Dzień dobry, kochanie. - Usiadła przy mnie i pocałowała na powitanie.
    - Dzień dobry, skarbie. Jesteś wspaniała. - Przyciągnąłem ją do siebie i znacznie przedłużyłem pocałunek. Zaśmiała się, gdy razem opadliśmy na poduszki.
    - Widzę, że dziś obudziłeś się w dobrym humorze.
    - Oczywiście, w końcu po przebudzeniu ujrzałem moją piękną żonę. - Spojrzałem w jej śliczne, duże oczy.
    - Przyznaję, że ja również poczułam się o wiele lepiej, kiedy obudziłam się w twoich ramionach. - Skradła mi jeszcze jeden pocałunek i sięgnęła po tacę. - Spróbuj tej sałatki. - Wskazała miseczkę z apetycznie wyglądającą zawartością. Od razu nałożyła trochę na bułkę i podsunęła mi do ust. Smakowała wyśmienicie, szczególnie z rąk mojej żony. W końcu, po zjedzeniu całego posiłku oraz licznych pocałunkach Sheili niechętnie uznałem, że obowiązki wzywają. Postanowiłem, że zacznę od odwiedzenia Varysa.
    Udałem się do jego pokoju razem z Sheilą. Zastaliśmy tam Leanne, która usiłowała przekonać demona strachu, by pozostał w łóżku. Na nasz widok poderwała się z krzesła.
    - On powinien jeszcze odpocząć – oznajmiła zamiast powitania.
    - Nie ma takiej potrzeby, wracam do pracy – zaprotestował Varys i skinął mi głową.
    - Dziś możesz odpoczywać – zadecydowałem. - Ale najpierw powiedz mi wszystko, co wiesz i podejrzewasz.
    - Zastawili na nas zasadzkę, naprawdę dobrą, bo zorientowałem się, gdy było już za późno. Ostrzegł nas krzyk banshee. Wtedy zorientowałem się, że zablokowali moją zdolność teleportacji. Coś musiało być w cieście, a ja nawet nie poczułem. - Zerknął na Sheilę. - Zawiodłem na całej linii.
    - A więc dokładnie to zaplanowali. - Nagle pożałowałem, że zaproponowałem wygnanie w zamian za przyznanie się. Z drugiej strony, wszyscy nie rzucą się przyznawać, na pewno znajdzie się ktoś, kogo będę mógł surowo ukarać. Bardzo surowo.
    - Tak. Wiedzieli, w którą stronę będziemy uciekać i nas otoczyli. Było ich sześciu, każdy uzbrojony. Myślę, że chcieli ją żywą. - Skinął na Sheilę.
    - Ale miałam ciebie – odezwała się cicho. Leanne przysłuchiwała się nam w milczeniu.
    - Najwyraźniej nie spodziewali się takiego oporu. Podejrzewasz kogoś konkretnego? - zwróciłem się do Varysa. - Mam listę podejrzanych, dość długą. - Podałem mu kartki. Jako zarządca powinien znać choć część z tych osób. - Widzisz tam kogoś, od kogo powinienem zacząć?
    Uważnie przyjrzał się liście.
    - Tych troje – wskazał imiona z drugiej kartki – to krewni jednego z demonów, który... - zerknął na obie kobiety – posłużył za przykład, gdy przejąłeś Krąg, panie. Ci z kolei – wskazał nazwiska z końca listy – są w Kręgu najdłużej, więc pewnie dobrze znali Samaela, może też Beliala. Tych pięcioro to kuzyni Suny, zdrajcy, który spiskował z Marie. Mam ich przesłuchać?
    - Poradzę sobie, wezmę V'lane'a do pomocy. Najpierw jednak zamierzam zdobyć coś, co ułatwi sprawę. - Zerknąłem na Sheilę. - Zobaczymy się na obiedzie, skarbie.
    - Bądźcie ostrożni – poprosiła i musnęła ustami mój policzek.
    Varys chwycił miecz i podszedł, również zatrzymując się przy drzwiach.
    - Zrobię obchód – wyjaśnił, nim wyszedł. Sheila spojrzała za nim z westchnieniem. Wzruszyłem ramionami. Skoro nie chce odpoczywać, jego sprawa. Może pył dodał mu energii i musi ją jakoś spożytkować.
    Przeniosłem się do zamku Ezekiela. Służąca poinformowała mnie uprzejmie, gdzie znajduje się jej pan. Mogłem się domyślić, że będzie zajmował się przygotowaniami do dzisiejszego przyjęcia. Pojawiłem się tuż przed jego rezydencją.
    Budynek był duży, piętrowy, z rzeźbionymi, okrągłymi kolumnami i dużym tarasem. Z zewnątrz utrzymany w odcieniach beżu i bieli, przypominał pałacyk. Ogród zdobiły liczne krzewy białych i odrobina czerwonych róż. Uśmiechnąłem się, wyłapując zamierzoną symbolikę. Krew na śniegu. Wszedłem na ganek i pchnąłem wysokie, dwuskrzydłowe drzwi.
    W środku nie było gorzej, na jasnobeżowych ścianach ktoś wymalował krzewy róż, tym razem tylko białych. Przy bliższym przyjrzeniu zdawały się oszronione.
    - Podziwiasz? - zagadnął Ezekiel, stanąwszy u szczytu szerokich schodów sprawiających wrażenie wykutych w jasnopomarańczowym kwarcu.
    - Nieźle to wygląda. - Zerknąłem na niego. - Wiem, że jesteś zajęty przygotowaniem przyjęcia, ale mam do ciebie prośbę. W Piekle znowu pojawił się Belial, chciał porwać moją żonę, Varys poradził sobie z demonami, które ich zaatakowały, a V'lane pokonał diabła. Nie mam pojęcia, czemu go nie wyczułem, ale dostał się tam przy pomocy zdrajców, tego jestem pewien. Mam już podejrzanych, muszę znaleźć winnych wśród nich. Serum prawdy bardzo by mi to ułatwiło. Potrafisz je zrobić, prawda?
    Zszedł powoli ze schodów i dopiero mi odpowiedział.
    - Oczywiście, że potrafię. - Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, w końcu tylko wzruszył ramionami. - Chodź.
    Przenieśliśmy się do jego zamku i zeszliśmy do piwnicy. Półki pokrywały trzy ściany, a na każdej stały różnego rodzaju fiolki, flakoniki i słoiki. Ezekiel wybrał kilka z nich i postawił je na blacie umieszczonym przy wolnej ścianie. Pstryknął palcami, włączając oświetlenie.
    - Jak dużo tego potrzebujesz? - zapytał, wybierając naczynie. Postawił je nad ogniem.
    - Dla dziewięćdziesięciu sześciu... a nie, już nie, dziewięćdziesięciu pięciu demonów. Najlepiej, gdyby można było to jakoś sprawnie im podać.
    - Dożylnie? - Odmierzył odpowiednie ilości różnych płynów, których nazw nie znałem.
    - A nie można by ich tym jakoś spryskać? Byłoby szybciej – stwierdziłem.
    - Wchłanianie przez skórę? Tak działają niektóre trucizny, ale nie serum prawdy. - Namyślał się przez chwilę, przyglądając się półkom. - A gdyby tak... - urwał, sięgnął po niedużą fiolkę i odmierzył kilka kropli. - Tego składnika używa się do silnych trucizn – wyjaśnił. - Pomoże miksturze wchłonąć się w skórę, ale nie przesadź z ilością. Tylko drobne psiknięcie, najlepiej nie na twarz.
    - Może być na nadgarstek? Jeśli zacznę od właściwych osób, szybko się z tym uporam. Działa natychmiast?
    - Jak tylko się wchłonie. Sekunda, dwie. - Zmniejszył płomień. - A teraz, skoro już tu jesteś i odrywasz mnie od przygotowań... powiedz mi, jakim cudem V'lane pokonał Beliala?
    - Mnie też wydało się to dziwne, może Belial jest kiepskim wojownikiem? A V'lane naprawdę dobrze radzi sobie z mieczem.
    - Jest dobry, ale demon nigdy nie wygra z diabłem. Nie zwykły demon. Pytanie więc brzmi, kim jest V'lane? - Zgasił płomień i przelał zawartość do buteleczki.
    - Myślisz, że jest kimś więcej, niż tylko demonem?
    - Myślę, że coś ukrywa. - Wręczył mi zakorkowaną butelkę. - Czas wracać do pracy.
    - Sprawdzę to – postanowiłem. - Dziękuję za pomoc. Zobaczymy się wieczorem.
    Skinął głową i zaczął sprzątać wszystko z blatu. Przeniosłem się zatem do Piekła i skierowałem w stronę Sądu, gdzie czekały uwięzione demony.
    Wezwałem V'lane'a i zatrzymałem się przed wejściem, pilnowanym przez strażników. Kiedy dowódca straży pojawił się obok mnie, weszliśmy do środka.
    Tym razem na mój widok zapadła cisza. Wszystkie demony patrzyły w moją stronę. Wyczuwałem ich lęk, niecierpliwość, gniew, złość, a nawet ulgę. Oczekiwanie przez całą noc i poranek w tak dużej grupie na pewno było bardzo uciążliwe, ale z pewnością winni mogli sobie wszystko dokładnie przemyśleć.
    Stanąłem przed purpurowym tronem, powoli popatrzyłem w twarze demonów i w końcu przerwałem panującą ciszę.
    - Założę się, że chcielibyście już stąd wyjść. Ja też mam na dzisiaj inne plany, liczę, że załatwimy to szybko. Kto z was mnie zdradził? Kto był zamieszany w zamach na życie mojej żony i współpracował z Belialem? - Gdy nikt nie odpowiedział, dodałem: - Zgodnie z obietnicą, ten kto się teraz przyzna i wyda pozostałych, będzie mógł wybrać rodzaj kary.
    Czekałem jeszcze przez chwilę, zastanawiając się, czy powiedzieć im o serum prawdy. Uznałem jednak, że to by było za proste, przyznają się, bo nie będą mieli innego wyjścia. Teraz myślą, że unikną kary. Niedoczekanie.
    - Świetnie. W takim razie sam wymyślę karę dla zdrajców. - Skinąłem na V'lane'a i przeszliśmy do niewielkiego pomieszczenia, zwanego pokojem narad, choć nie sądzę, by Samael radził się kogoś w sprawie karania demonów. Być może służył do przesłuchiwania podejrzanych, co nawet dobrze by się składało.
    Wyłożyłem V'lane'owi mój plan i wyjąłem buteleczkę z serum, zaopatrzoną w spryskiwacz. Usiadłem wygodnie, rozłożyłem kartki i jako pierwszego wybrałem Golaba, demona buntu i gniewu. Podobno był wiernym sługą Samaela, jednym z najstarszych w Kręgu. Ogolony na łyso, potężnych gabarytów i o nieszczególnie przystępnym wyglądzie. Stanął przede mną, patrząc na mnie śmiało. Kiedy V'lane psiknął serum na jego nadgarstek, przystąpiłem do przesłuchania.
    - Czy uczestniczyłeś w spisku przeciwko mnie?
    - Nie, panie – padła odpowiedź.
    - Czy wiedziałeś o spisku przeciwko mnie?
    - Nie, panie.
    - Znasz osoby, które brały udział w zamachu?
    - Nie. - Pokręcił głową.
    - Czy powiedziałeś kiedyś coś obraźliwego o mnie lub o mojej żonie?
    - Tak, powiedziałem. - Demon zamrugał, zaskoczony swoją odpowiedzią i przyłożył dłoń do ust. A więc serum działało prawidłowo, nie mogłem liczyć, że już przy pierwszej przesłuchiwanej osobie trafię na winnego.
    - Co zrobisz, gdy spotkasz swoją panią?
    Demon zmieszał się.
    - Ja... będę... pójdę... - Pokręcił głową, próbując znaleźć odpowiedź zgodną z prawdą. - Ukłonię się jej – powiedział w końcu.
    - Wierzę ci – odparłem i skinąłem dłonią. - Możesz odejść.
    Golab odetchnął z ulgą i wyszedł czym prędzej. Kazałem przywołać kolejną osobę, tym razem sukkuba, kochankę Samaela. Na pierwsze trzy pytania odpowiedziała przecząco, więc zapytałem jeszcze:
    - Czy byłaś kiedykolwiek kochanką Beliala?
    - Tak. - Cofnęła się, przerażona tym, co powiedziała. - Ale... ja... to było dawno, ostatni raz widziałam go jakieś... dziesięć lat temu.
    - Wiesz, gdzie go znaleźć? - zainteresowałem się.
    - Nie, wtedy spotykaliśmy się w domu publicznym, ale już tam nie przychodzi – odpowiedziała już spokojniej. Pozwoliłem jej odejść i wezwałem kolejną osobę.
    Wiedząc, że serum działa prawidłowo, ograniczyłem się do trzech pierwszych pytań. Po dziesięciu osobach stwierdziłem, że jednak nie będzie to takie proste, jak początkowo myślałem, a po piętnastym demonie, który okazał się niewinny, miałem ochotę spalić ich wszystkich i dać sobie spokój. Powinienem dostać złoty medal cierpliwości, że jednak tego nie zrobiłem.
    Dziewiętnastą osobą był Dasim, demon niezgody. Wyglądał dość niepozornie, przeraźliwie chudy i średniego wzrostu, skłonił mi się nisko i spojrzał na mnie śmiało. Zerknął zdziwiony na V'lane'a, gdy ten psiknął serum na jego rękę.
    - Czy uczestniczyłeś w spisku przeciwko mnie? - zapytałem znudzonym głosem.
    - Tak.
    - Czy... co? - Spojrzałem na demona, który w tym momencie uświadomił sobie, co powiedział.
    - W spisku? Ależ... - Kręcił głową, próbował wyraźnie się wytłumaczyć, zaprzeczyć, ale słowa nie chciały przejść mu przez usta. - Serum prawdy – zrozumiał nagle. W następnej chwili rzucił się do ucieczki.
    V'lane zastąpił mu drogę. Dasim musiał otrzymać kilka potężnych ciosów, by w końcu przestać się szarpać i wyrywać. Dowódca straży rzucił go przede mną na kolana, a ja patrzyłem na moją ofiarę. I w ogóle już nie żałowałem, że wcześniej się nie przyznał. Musiałbym go tylko wyrzucić z Kręgu, a teraz... Spojrzałem na niego groźnie.
    - Kto jeszcze uczestniczył w spisku?
    Demon zaczął wymieniać nazwiska wspólników, V'lane notował je skrupulatnie. Początkowo miałem zamiar wziąć kogoś jeszcze do pomocy, ale nie wiedziałem, komu mógłbym zaufać. Dowódca straży już raz uratował Sheilę i mimo że wyraźnie coś ukrywał, nie należał do osób, które wbijają nóż w plecy.
    - Czy wiesz, gdzie ukrywa się Belial?
    Nie wiedział. Wyjaśnił mi cały spisek, który polegał na próbie porwania Sheili i oddania jej w zamian za Piekło. Gdybym zawarł pakt z Belialem, musiałbym oddać je diabłu. A zrobiłbym to z pewnością. I Belial o tym wiedział. Tak, Sheila była moim słabym punktem, ale jaki mąż nie stanąłby w obronie żony?
    Było ich dziewięcioro. Brat Motta, którego zabiłem za próbę napaści na Sheilę. Kuzynka kucharki, która zginęła razem z całą służbą po zamachu Marie. Trzy demony, które utraciły pozycję, gdy Samael zginął, w tym Abezi, demon morza, przywódca tej zgrai. Jeden sukkub, który okazał się być szpiegiem, kochanką Beliala. Jeden inkub, który miał tak dziwne powiązania z Belialem, że wolałem nie dociekać i dwóch braci demona, którego zabiłem podczas przejęcia Kręgu; jednym z nich był Dasim.
    I nikt nie wiedział, gdzie dokładnie ukrywa się Belial. Twierdzili – po serum, więc byłem pewien ich szczerości – że zawsze to on kontaktował się z nimi za pomocą swoich demonów, nie odwrotnie. Z wyjątkiem sukkuba i inkuba, bo z tymi miał kontakty osobiste, ale oni też nie znali jego kryjówki.
    Podczas przesłuchania Dasim był spokojny, zrezygnowany, ale gdy skończył mówić i wstałem, zaczął się trząść i błagać o litość. Wyglądał żałośnie.
    - Miałeś swoją szansę, by się przyznać, nie wykorzystałeś jej. Dla zdrajców nie ma litości. - Kazałem wywołać wszystkich winnych zdrady. Wchodzili po kolei, ale dwóch ostatnich, brat Dasima i Abezi, demon, który za czasów Samaela pełnił funkcję zarządcy, próbowało uciekać. Oczywiście ich zatrzymano. Nadeszła pora na karę.
    Zacząłem od pochodu zdrajców. Na rękach wszystkich dziewięciorga demonów pojawiły się kajdany. Na nogach również, ale tak, by mogli chodzić. Wyszedłem z budynku Sądu i ruszyłem w stronę najbardziej zatłoczonych ulic. V'lane szedł za mną, a za nami strażnicy prowadzili skazańców. Wezwałem najniższe demony, dręczycieli. Trzymali w rękach długie, skórzane bicze, nasączone parzącymi substancjami i zakończone ostrym haczykiem, smagali nimi zdrajców. Kiedy zatrzymałem się na jednym z największych placów, cała dziewiątka była już pokrwawiona i posiniaczona. A to dopiero początek zabawy.
    Wokoło zebrała się całkiem spora grupka demonów, na początku niepewnie, ale z ciekawością, potem coraz śmielej zbliżali się, by zobaczyć skazańców. W końcu otoczyli nas półkolem. Zatrzymałem się przy ścianie jednego z większych budynków, wyrabiano tam narzędzia tortur. Pasował idealnie.
    Skinąłem na dręczycieli, by przestali bić więźniów i skierowałem się do otaczającego mnie tłumu.
    - Moi poddani, demony z Kręgu Doriana, ostatniego z rasy Panów oraz ognistego smoka! Przed wami stoją zdrajcy. Oskarżam ich o spiskowanie przeciwko mnie, swemu panu, bratanie z wrogiem – diabłem Belialem, nastawanie na życie swojej pani, udział w wypuszczeniu ludzkich dusz z Piekła oraz planowanie obalenia mojej władzy na rzecz wspomnianego diabła. Czy przyznajecie się do winy? - pytałem ich po kolei. Przyznali się. Nie mieli wyjścia, serum wciąż na nich działało. - A czy żałujecie tego, że mnie zdradziliście? - zapytałem ponownie. Kobiety, inkub, Dasim i jego brat oraz dwóch poddanych Samaela zapewnili, że żałują. Oczywiście, że żałowali, w końcu zostali schwytani. Brat Motta nie żałował, choć usilnie starał się powiedzieć coś innego. Gdy zapytałem o to samo Abezi, dawnego zarządcę, obsypał mnie wyzwiskami. Najwyraźniej chciał mnie wyprowadzić z równowagi i spowodować, że szybko go zabiję. Cóż, niektórzy w obliczu bolesnej śmierci robili niesamowicie głupie i naiwne rzeczy.
    Kiedy skierował wyzwiska na Sheilę, przekroczył granicę. Najpierw spaliłem mu język. Upadł na kolana, patrząc na mnie z nienawiścią. Z jego ust wydobywała się smuga dymu. Potem przywołałem długie ostre paliki i sprawiłem, że wbiły się w ścianę budynku.
    - Niniejszym za wasze winy skazuję was na śmierć – powiedziałem dla formalności i pchnąłem go mocą na paliki. Wbił się na tyle, by mógł na nich wisieć, ale jednocześnie tak, by nie uszkodzić jego serca. W ten sposób byłem pewien, że tak szybko nie umrze.
    Brat Motta wydał okrzyk przerażenia, rzucając się do ucieczki. Zanim strażnicy zdołali go schwytać, wpadł w tłum i przebił się sztyletem. Możliwe, że komuś go wyrwał lub ktoś mu go podał. Wbił go sobie w serce. Ale nie tak szybko, o nie. Sztylet zapłonął, a ogień objął całe jego ciało. Demony stojące najbliżej zaczęły się cofać, by nie dosięgnęły ich płomienie. Zdrajca wydał ostatni jęk i skonał. Ogień zgasł, zostawiając spalonego trupa.
    Wróciłem do pozostałej siódemki. Nie próbowali uciekać, wyglądali tragicznie i żałośnie. I pomyśleć, że przez nich Sheila o mało nie zginęła. Przez te nędzne kreatury, które ośmieliły się zbuntować i podnieść rękę na moją żonę. Na myśl, że chcieli ją porwać i kto wie, co jeszcze jej zrobić, gniew powrócił.
    - Tak skończy każdy zdrajca – wskazałem na demona wiszącego na ścianie, który był w stanie tylko wisieć i pojękiwać – i wy też powinniście tam zawisnąć. Ale wszyscy się nie zmieścicie – dodałem po chwili namysłu – więc może wróćmy do tradycyjnych metod. - Rozejrzałem się. Na twarzach otaczających nas demonów nie widziałem współczucia czy litości. Tylko ciekawość i niechęć. Jeśli byli wśród nich tacy, którzy żałowali skazańców, nie stali w pierwszych rzędach.
    Otoczyłem zdrajców płomieniem. Skupili się ciasno, ale ogień i tak ich dosięgnął. Założyłem barierę wokół nich, by nie biegali po całym Piekle. Krzyczeli głośno, niektórzy błagali o śmierć. W końcu ogień zdusił ich głosy, wypalił skórę, płuca, twarz i resztę ciała. Gdy ostatni ze skazańców umarł, zgasiłem płomienie i usunąłem barierę.
    - To nic w porównaniu z tym, co czeka Beliala, gdy go znajdę – powiedziałem głośno. - Przekona się, co to prawdziwy ból. - Zerknąłem na V'lane'a. - Wracamy do domu. Mam nadzieję, że zdążymy na obiad. Nabrałem ochoty na pieczonego kurczaka.

5 komentarzy:

  1. Pięknie dziękuję.Dorian szybko znalazł spiskowców,zdrajców i przykładnie ich ukarał.Teraz musi znaleźć Beliala.Świetnie to piszecie dziewczyny,czekam na każdy rozdział.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tak łatwo znaleźć Beliala:p
      Dziękujemy:)

      Usuń
  2. Niezła metoda poszukiwań, serum prawdy ;) Choć mam wrażenie, że Ezekiel zabiłby wszystkich z listy jak leci. Sheila w paru procentach jednak wychowała sobie męża. Ale tylko w paru :)

    Czy w kolejnym rozdziale będzie przyjęcie? Jestem go ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Abra-Cadabra24 maja 2016 21:43

    Dorian mógł w końcu sobie pofolgować, a przy okazji odzyskał przychylność Sheili - szczęściarz.;)

    OdpowiedzUsuń
  4. dziekuje , jak widac Dorian jest bardzo zadowolony że Sheila wróciła do małzenskiego łoza, poszukiwania zdrajców tez zakończyły sie sukcesem, ale Belial dalej jest nieuchwytny, ciekawi mnie bal U ezekiela, no i tak sobie mysle czy ten nie ma cos wspólnego z Belialem, ?E. jest zadny władzy

    OdpowiedzUsuń