Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

19.08.2016

Rozdział XIX [+18]

***Sheila***

    Odbudowa ogrodu zajęła nam kilka dni, nawet zdolności Leanne nie mogły dokonać tego szybciej. Moja przyjaciółka poświęcała czas każdej roślinie. Widziałam, jak bardzo kochała każdą z nich. Dostrzegałam to w każdym geście, w tym, jak podnosiła każdy złamany kwiat, jak zasypywała nasiona ziemią, gładziła trawę i korę drzew, jak mówiła, szeptała cicho, jakby rośliny naprawdę mogły ją zrozumieć. Rozumiałam ją, ja również nie mogłabym żyć bez mojego jeziora.
    Uklepałam ziemię nad sadzonką i podlałam ją obficie. Leanne chciała uleczyć ogród z miłości do wszystkich roślin, ja robiłam to z miłości do mężczyzny, który mi go podarował, dla każdego wspomnienia, jakie narodziło się w tym miejscu. Nadchodząca jesień nie sprzyjała sadzeniu nowych roślin, jednak dzięki ingerencji Leanne każda sadzonka się przyjmowała. Po kilku dniach ogród wyglądał niemal tak samo jak przed atakiem.
    Praca w ogrodzie miała też dodatkowe plusy. Mogłam zająć myśli; wojna i troska o bliskich choć przez chwilę przestały mnie dręczyć. Leanne skorzystała jeszcze bardziej, praca w ogrodzie pomogła jej znów poczuć się panią sytuacji. Nie była już tą zastraszoną dziewczyną, która płakała przy swoim drzewie i bała się od niego odejść choćby na krok. Choć może nie tylko ogród tak na nią podziałał.
    - Nieźle, może zajmiecie się tym zawodowo? - zagadnął Varys, podziwiając efekty naszej pracy. Uśmiechnęłam się i otarłam pot z czoła.
    - Przyszedłeś nam pomóc?
    - Nie wygląda na to, byście potrzebowały pomocy. Chyba, że z tymi tam. - Wskazał hyosube tarzające się w mokrej ziemi. Brakowało tylko Marudy, z pewnością wygrzewała się gdzieś w słońcu.
    - Faktycznie nie za bardzo, ale na pewno przyda nam się towarzystwo. Znów robiłeś obchód? - Usiadłam na trawie, a on zajął miejsce obok.
    - Wolę trzymać rękę na pulsie.
    - Bariery są dość silne, by zapewnić nam bezpieczeństwo. Nie musisz tak na nas chuchać, Varysie. - Cmoknęłam go w policzek.
    - Może ja lubię na was chuchać. - Uśmiechnął się i objął mnie ramieniem. Jeszcze niedawno taki gest z jego strony byłby nie do pomyślenia. Wsparłam głowę na jego ramieniu.
    - I co byśmy bez ciebie zrobiły? Nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
    - Ja też – przytaknęła Leanne, opadając na trawę. - Tylko nie każ mi znów machać kijem – zachichotała.
    Leanne odbyła kilka treningów ze mną i Varysem, radziła sobie tak samo jak ja, gdy zaczynałam. Nie miała jednak mojej determinacji. Nie musiała się bronić, bo nikt jej nie groził. W pełni wystarczała jej ochrona barier i Varys u boku. Jej bliscy nie byli zagrożeni, nie miała męża, którego kochałaby nad życie, a którego głowy żądałby archanioł.
    - Myślę, że i my odłożymy trening na wieczór.
    - Jeśli chcesz, możemy dziś zapomnieć o treningu. Dość się napracowałaś – zgodził się Varys.
    - W takim razie co robimy? - ożywiła się Leanne.
    Odchyliłam się, z tyłu podpierając rękami. W zamyśleniu spojrzałam na pasące się przy jeziorze kelpie. One także wydawały się niespokojne po ataku ze strony aniołów. Niespokojne, choć nie wystraszone. Były na to zbyt dumne.
    - Chyba powinnam poświęcić trochę czasu Eminencji i Majestatowi.
    Leanne podążyła za moim spojrzeniem i zamrugała kilka razy.
    - Eminencja i Majestat? Nazwałaś tak kelpie?
    Przytaknęłam wesoło i wyjaśniłam, że pomysł należał do Doriana, ale oboje zgodziliśmy się, że imiona pasują idealnie. Same zainteresowane również wydawały się zadowolone, a to zakończyło sprawę. Teraz Eminencja i Majestat spokojnie skubały trawę, nie gardząc wyrastającymi z niej kaczeńcami. Doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że je obserwujemy i nic je to nie obchodziło. Sprawiały wrażenie, jakby łaskawie zgadzały się na to, by je podziwiać. Tak bardzo chciałam, by pozwoliły mi się dotknąć, zaakceptowały na tyle, bym mogła zanurzyć palce w ich miękkiej grzywie.
    - Powinnaś spróbować – zachęcił mnie Varys. - Są tu już dość długo, wygląda na to, że przywykły do ciebie.
    Miał trochę racji, codziennie pływałam w jeziorku, a kelpie podchodziły coraz bliżej, nic sobie nie robiąc z mojej obecności.
    - Popieram. Założę się, że gdybyś podeszła do nich sama, beze mnie czy Varysa, pozwoliłyby ci się dotknąć – przytaknęła Leanne. Klasnęła w dłonie i przysunęła się do demona strachu. - Idź do nich, Sheilo! Może nawet pozwolą ci się dosiąść?
    - Tego nie byłabym tak pewna, to nie konie, Leanne. Myślę, że są na to zbyt dumne.
    Mimo wszystko wstałam i chwyciłam szczotkę, którą wcześniej chciałam wyczesać Marudę. Uwielbiała szczotkowanie, tylko w ten sposób można było ją do czegoś przekonać. A dziś była obrażona, bo Dorian wygonił ją z sypialni.
    Kto wie, może kelpie także polubią szczotkowanie. W drodze zrzuciłam sukienkę, decydując się zostać w samej bieliźnie. Nie chciałam, by utrudniała mi ruchy, gdy wejdę do wody. Zanurzyłam się tylko po kolana, zerkając na stojącą nieopodal Eminencję. Nie chciałam być natrętna, wiedziałam, że to ona musi zdecydować, czy chce się ze mną zaprzyjaźnić.
    - Witaj, piękna – zagadnęłam, by usłyszała mój głos. Czasem, gdy kąpałam się w jeziorze, śpiewałam, by kelpie mogły się oswoić z brzmieniem ludzkiego głosu. Najwyraźniej to skutkowało, bo gdy tylko się odezwałam, Eminencja posłała mi zaciekawione spojrzenie. - Mogę ci trochę potowarzyszyć?
    Uniosłam dłoń, w której trzymałam szczotkę i cicho wyjaśniłam, do czego służy. Nie sądziłam, by cokolwiek z tego rozumiała, ale czułam się lepiej, gdy mogłam do niej mówić. Dlatego mówiłam i krok za krokiem zbliżałam się do zwierzęcia. Powoli, by jej nie zdenerwować.
    - To jak, masz ochotę? - Pomachałam szczotką. Parsknęła i pochyliła się, by napić się wody. No tak, przecież nie oczekiwałam, że pokiwa łbem i podejdzie bliżej. Mimo wszystko liczyłam, że choć trochę się mną zainteresuje. No cóż. - To też dobry pomysł.
    W oddali słyszałam Leanne rozmawiającą z Varysem. Nie potrafiłam rozróżnić słów, lecz musieli znaleźć jakiś zabawny temat, bo przyjaciółka ciągle wybuchała śmiechem. Leanne dużo się śmiała. Odkąd znów poczuła się bezpiecznie, humor stale jej dopisywał. Dziś sprawiała wrażenie szczególnie zadowolonej, co przypisywałam zakończeniu prac w ogrodzie. Uratowałyśmy naprawdę wiele roślin, a co za tym szło, miałyśmy powód do radości. Ja także starałam się czerpać z każdego, najmniejszego choćby powodu do radości. Nie miałam zamiaru pozwolić, by wojna mnie tego pozbawiła.
    Podskoczyłam, gdy coś trąciło mój bok. Obejrzałam się na Majestat, który parsknął cicho, jakby moja reakcja go rozbawiła. Uśmiechnęłam się. Podszedł do mnie, stanął tuż obok i nawet dotknął moich pleców. Odwróciłam się w jego stronę i dygnęłam z gracją.
    - Miło mi cię poznać, Majestacie. - Wyciągnęłam dłoń w jego stronę, zatrzymałam się kilka centymetrów od łba zwierzęcia, czekając na przyzwolenie. Początkowo tylko patrzył tymi mądrymi oczami, mogłabym pomyśleć, że się zastanawia. Tak więc czekałam. Miałam nadzieję, że nie odejdzie. W końcu znów cicho parsknął i trącił moją dłoń. Nie tę, którą wyciągnęłam, a tę ze szczotką. Roześmiałam się, co za spryciarz! - A więc o to chodzi? Chcesz, bym cię uczesała?
    Przysunęłam się i przeczesałam grzywnę Majestatu, uważnie obserwując jego reakcję. Wydawał się zadowolony i odprężony, dzięki czemu i ja poczułam się pewniej. Rozczesałam grzywę i ogon, a potem pogłaskałam bok kelpii. Ciało zwierzęcia było takie ciepłe i miłe w dotyku. Z przyjemnością przesuwałam palcami po miękkiej sierści.
    Przez cały czas do niego mówiłam. Najpierw chwaliłam jego urodę i siłę, potem opowiadałam o pracy w ogrodzie i powodach całego zamieszania. Mówiłam o Dorianie, o naszych planach i marzeniach. O wszystkim, co tylko przyszło mi do głowy. Nie trwało długo, nim usłyszałam chlupot wody, a Eminencja podeszła, domagając się swojej porcji pieszczot i uwagi. Kelpia poruszała się głośniej, niż zwykle, co zapewne miało uprzedzić mnie, że jest obok. Doceniłam to i przywitałam się z klaczą. Ją również wyczesałam. Później pozwoliła mi nawet objąć się za szyję. Kiedy wpłynęłam na głębokość kilku metrów, zwierzęta postanowiły mi towarzyszyć. Woda chlupotała cicho, obmywając nasze ciała. Poczułam łuski ocierające się o moje stopy. Karpie koi tłoczyły się przy mnie, stęsknione i skore do zabawy. Roześmiałam się, gdy Majestat znów trącił mnie pyskiem, domagając się uwagi.
    - Wiedziałem, że pokochają cię prędzej czy później. - Obejrzałam się, Dorian stał na brzegu z rękami w kieszeniach i obserwował mnie z uśmiechem. W oddali za jego plecami dostrzegłam Varysa i Leanne, którzy wracali już do zamku. Skoro Dorian był przy mnie, nie potrzebowałam czujnego spojrzenia demona strachu.
    - Wróciłeś wcześniej – stwierdziłam, kładąc dłoń na karku Eminencji.
    - Skończyliśmy na dzisiaj i pomyślałem, że spędzimy razem trochę czasu. - Zerknął ciekawie na kelpie. - Pozwolą, żebyś je dosiadła?
    - Nie sądzę, jeszcze nie teraz. Wciąż się poznajemy. - Poklepałam lekko Eminencję i podpłynęłam do Doriana. Wyszłam na brzeg i powitałam męża pocałunkiem. - Wszystko dobrze poszło?
    - Tak, udało się – potwierdził, biorąc mnie za rękę. Obrzucił mnie tak gorącym spojrzeniem, że przeszyły mnie dreszcze.
    - Więc mam cię dziś tylko dla siebie?
    - Tak. - Uśmiechnął się. - O ile nic nam nie przeszkodzi, dziś mamy czas dla siebie. - Zerknął w stronę zamku. - Chyba jest już pora obiadu?
    - Tak, zaraz będą podawać. - Sięgnęłam po sukienkę i szybko ją włożyłam, przy okazji osuszając się z wody.
    - Zatem chodźmy. I tak pomyślałem, może po obiedzie pokazałabyś mi, czego się nauczyłaś? - Objął mnie ramieniem. - Chętnie zobaczyłbym, jak nie pozwalasz się schwytać.
    Zachichotałam i wtuliłam się w jego ramiona.
    - Umiem więcej, niż nie dać się schwytać, kochanie. Chociaż to zależy, kto próbuje.
    - Anioł? Ewentualnie demon Beliala – odparł.
    - Cóż, żaden z nich nie jest moim mężem, więc żadnego łapania. - Pocałowałam go w policzek. Za pierwszym razem sądziłam, że mi się wydawało, ale nadal czułam alkohol w oddechu Doriana. - Z kim piłeś?
    - Z Ezekielem i twoim ojcem, uczciliśmy nasz sukces.
    Uśmiechnęłam się, nie wierząc własnym uszom. Czyżby stosunki między Dorianem a moim ojcem tak się poprawiły?
    - Piłeś z moim tatą?
    - Owszem, Ezekiel zaprosił nas obu. Poza tym, jesteśmy sojusznikami w tej wojnie. - Spojrzał na mnie. - I stanął po naszej stronie, gdyby nie to, nie mielibyśmy szans.
    - Czyli jest szansa, że będziemy prawdziwą rodziną – ucieszyłam się, wbiegając po schodkach. Dorian otworzył przede mną drzwi.
    - No cóż, twój ojciec już mnie zaliczył do rodziny, więc pewnie tak – odparł po namyśle, wchodząc za mną.
    - Szkoda, że abyście się porozumieli, musiała wybuchnąć wojna – westchnęłam.
    - Pewnie i bez tego kiedyś byśmy się dogadali. - Wzruszył ramionami i skierował się do jadalni. Ponownie przepuścił mnie w drzwiach. Służba właśnie zapełniała stół potrawami.
    - Myślisz, że mamy jakieś szanse? - chciałam wiedzieć.
    - Oczywiście. Mamy trzy czwarte Piekła po swojej stronie i lodowych wojowników Ezekiela. A to dopiero początek. - Odsunął dla mnie krzesło. - W końcu Niebo będzie musiało skapitulować i przyznać, że nie jest w stanie nas zniszczyć.
    - A jeśli trzy czwarte to za mało? - Usiadłam i chwyciłam dłoń męża.
    - Jeśli dobrze ich wyszkolimy, a Ezekiel udoskonali swoich wojowników, to nie będzie za mało – zapewnił mnie i pocałował moją dłoń. - Nie zamartwiaj się, skarbie.
    - Ale czy mamy czas na to szkolenie? Wojna już trwa...
    - Tak, ale na razie nic nie mogą zrobić. Dom mamy zabezpieczony, a do Piekła nie zejdą.
    - Czyli bierzemy ich na przeczekanie. - Przypomniałam sobie słowa Varysa. Dorian usiadł przy mnie i musnął ustami mój policzek. Nigdy nie lubił siadać na wprost, jakbyśmy byli wtedy zbyt daleko.
    - Cóż, nie wedrzemy się przecież do Nieba. Przynajmniej na razie nikt nie znalazł na to sposobu – odpowiedział, sięgając po talerz.
    - Nie sądzę, by to było mądre. Tak jest lepiej. - Nalałam sobie soku i pytająco spojrzałam na Doriana. Skinął głową, więc napełniłam jego szklankę. - Co planujecie teraz?
    - Ezekiel twierdzi, że aniołowie zaproponują nam otwartą walkę, by zapobiec ofiarom w ludziach. Pozostało nam zatem czekać i odpowiednio się przygotować. - Nałożył sobie potrawę na talerz.
    Skinęłam głową i również zaczęłam napełniać swój talerz. Wciąż się martwiłam, ale Dorian sprawiał wrażenie pewnego swoich racji. Musiałam w to wierzyć. Zmieniłam temat na nieco weselszy.
    - A jak podobał ci się nasz ogród? Dziś skończyłyśmy pracę nad nim. Leanne jest zadowolona, ja też.
    - Widziałem, miałem o tym wspomnieć, ale na widok ciebie wychodzącej z wody jakoś mi to umknęło. - Spojrzał na mnie w ten szczególny sposób i uśmiechnął się. - Napracowałyście się, ogród wygląda jeszcze lepiej, niż przedtem.
    - Nie powinnam narzekać, że mój widok przyćmiewa inne twoje myśli. - Posłałam mu uśmiech, starając się zapanować nad rumieńcem.
    - Nie powinnaś – przyznał, przechylił się w moją stronę i pocałował w policzek. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do posiłku.
    Tym razem nie udało mi się powstrzymać rumieńców. Zabrałam się za pieczone ziemniaczki, zerkając na Doriana. Opowiedziałam mu o kelpiach i ich upodobaniu do szczotkowania, nie szczędząc komplementów dla tych pięknych stworzeń.
    - Zdaje się, że imiona idealnie pasują – stwierdził mój mąż, kończąc posiłek.
    - Sam im je nadałeś, muszą być idealne. - Opróżniłam talerz i korzystając z okazji, że jesteśmy sami, usiadłam mężowi na kolanach. - Brakowało mi ciebie.
    - Mnie ciebie też – przyznał, obejmując mnie i przytulając. - Za mało czasu razem spędzamy, ale nie widzę innej możliwości.
    - Mógłbyś zabrać mnie ze sobą... - zaproponowałam nieśmiało. Chciałam poznać tych, którym przewodził. Zyskać ich szacunek.
    Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
    - Ale co ty byś tam robiła? Niemal cały czas spędzam na treningach, resztę na omawianiu strategii.
    - Może czegoś się nauczę – zamruczałam, całując go w policzek.
    - To chyba nie powinno być niebezpieczne – odparł z namysłem. - Jeśli chcesz, mogę jutro zabrać cię ze sobą, w razie czego Varys odprowadzi cię z powrotem – zdecydował.
    - Na pewno sobie poradzę. Dziękuję. - Znów go pocałowałam. Odpowiedział tym samym, dotykając mojego policzka.
    Wtuliłam się w jego ramiona, odwlekając chwilę, w której będę musiała wstać i wrócić do porządku dnia codziennego. Wtedy usłyszałam trzask tłuczonego szkła, pisk i kilka głośnych przekleństw. Zerwałam się na nogi.
    - Leanne!
    Dorian również się poderwał, spoglądając w kierunku, z którego dochodził hałas.
    Pobiegłam na piętro, zaniepokojona brakiem odpowiedzi przyjaciółki i kolejnymi, męskimi przekleństwami. Zatrzymałam się w korytarzu na piętrze służby. Leanne stała przy otwartych drzwiach i zasłaniała dłońmi oczy, u jej stóp leżały pozostałości po talerzu i znajdującym się na nim jedzeniu. Objęłam dziewczynę i zajrzałam do pokoju, słysząc kolejne, tym razem mamrotane pod nosem przekleństwa. V'lane stał odwrócony do nas tyłem i usiłował w pośpiechu założyć spodnie. Nie miał na sobie nic więcej. Poczułam gorąco wylewające się na moje policzki.
    - Hm, Sheilo, nic tu po nas, nie przeszkadzajmy – usłyszałam za sobą rozbawiony głos Doriana.
    - I zabierzcie stąd to znerwicowane dziewczę – burknął V'lane, wreszcie zapinając spodnie. Zamrugałam, nie mogąc pozbyć się z głowy tego obrazu. - Nie można nawet spokojnie się ubrać i to we własnym pokoju! Niech no się dowiem, która tym razem wysprzątała mi sypialnię... - Spojrzał na nas i przeciągnął ręką po mokrych włosach. Do widoku zgrabnych pośladków w mojej pamięci dołączył umięśniony tors. Leanne mamrotała coś niezrozumiałego, wciąż zasłaniając oczy.
    - Widziałem kiedyś taką tabliczkę, która by tu pasowała: wchodzisz na własną odpowiedzialność – wtrącił Dorian, zerkając na Leanne.
    - Ja... ja tylko chciałam sprawdzić, czy nie jest głodny. - Leanne spuściła wzrok, rumieniąc się aż po koniuszki rudych włosów. - Pomyślałam, że może coś mu dolega, skoro wrócił, ale nie zszedł na obiad...
    - Zawołam kogoś, żeby tu posprzątał – odezwałam  się. - Chodź, Leanne, dajmy mu ubrać się w spokoju. Na przyszłość będzie zamykał drzwi na klucz...
    - Mogła zapukać! - zaprotestował V'lane.
    Leanne na te słowa gwałtownie wciągnęła powietrze i zaczęła protestować. Przecież pukała, nie jej wina, że nie usłyszał. Zachciało mi się śmiać, stłumiłam chichot, zerkając na Doriana. Był równie rozbawiony jak ja. W następnej chwili zjawiła się Sara i sprawnie zabrała za sprzątnie.
    Wzięłam męża pod ramię, podczas gdy Leanne odczuła przypływ oburzenia uwagą V'lane'a na temat samodzielnego wchodzenia do cudzej sypialni i zaczęła okładać go zabraną Sarze ścierką.
    - Zapamiętam, żeby jej nie denerwować – śmiał się Dorian.
    Zachichotałam i pospieszyłam przyjacielowi na ratunek. Odciągnęłam Leanne, tłumacząc jej, że V'lane nie jest niczemu winien, a wynikła sytuacja to dzieło przypadku.
    - Powinienem pytać, co się stało? - zapytał Varys, zatrzymując się obok Doriana.
    - Leanne obejrzała sobie V'lane'a bez ubrania i mu się oberwało – wyjaśnił mój mąż. - Mokrą ścierką.
    Varys przez chwilę przetrawiał tę informację.
    - To ja jestem tu pokrzywdzony – poskarżył V'lane. - Ucierpiała na tym moja godność.
    - Twoja godność? Chyba oczy Leanne – sprostował Varys, ujmując moją przyjaciółkę pod ramię. - Chodź, leśna panno, Emma zaparzy ci ziółka.
    Dorian pokręcił głową i zerknął na mnie.
    - W takim razie my chodźmy do sali treningowej, miałaś pokazać mi, czego się nauczyłaś – przypomniał.
    Przytaknęłam i pozwoliłam poprowadzić się korytarzem. Gdy dotarliśmy na miejsce i Dorian zamknął za nami drzwi, sięgnęłam po mój kij. Spojrzałam na męża przez ramię.
    - Cóż, nie jesteś już jedynym mężczyzną, który świecił przede mną gołym tyłkiem – odezwałam się swobodnym tonem.
    - Ale jedynym, który widział twój goły tyłeczek, prawda? - odparł i zatrzymał się, ale nie sięgnął po broń.
    Zamrugałam.
    - Pytasz poważnie? Bo wiesz, to zależy. Jeśli liczyć ryby i inne wodne stworzenia...
    - Chcesz powiedzieć, że podglądał cię jakiś wodnik czy inna taka istota płci męskiej? - Podszedł bliżej.
    - Nie – zaśmiałam się. - Chyba, że Majestat. Natomiast Varys chyba widział mnie w bieliźnie – przyznałam z rozbawieniem.
    - Co? Jak to? Kiedy? - Zmarszczył brwi.
    - Kiedy pływałam, choć nie sądzę, by podglądał – wyjaśniłam. - Pilnowanie mnie i Leanne traktuje dość poważnie.
    - Ach tak. - Namyślał się przez chwilę, w końcu spojrzał na kij w mojej dłoni. - Udajmy, że jestem wrogiem, który chce cię schwytać. - Ruszył na mnie pewnym siebie krokiem.
    - Gołymi rękami? - zapytałam, cofając się powoli.
    - Jeśli będą chcieli schwytać cię żywą, to tak. - Zrobił krok w moją stronę.
    - Niedoczekanie – mruknęłam, ustawiając się tak, jak uczyli mnie Varys i V'lane. Dorian uśmiechnął się i zrobił kolejne dwa kroki w moją stronę.
    - Zatem śmiało, obroń się.
    - Nie atakujesz.
    W tym momencie Dorian zrobił krok w lewo i błyskawicznie sięgnął po mój kij. Obróciłam się, unosząc kij poza zasięg jego dłoni. Cofnęłam się płynnym krokiem i pchnęłam czubkiem mojego oręża, ufając, że Dorian uniknie ciosu. Tak jak przewidziałam, zrobił unik i ponownie sięgnął po moją broń. Ależ się uparł! Cofnęłam się i tym razem zaatakowałam jego nogi. Odskoczył i uśmiechnął się.
    - Ani razu mnie nie trafiłaś – zauważył, przesuwając się w bok i nieznacznie do mnie przybliżając.
    - Nie chcę cię uszkodzić – mruknęłam, siląc się na beztroski ton. Uniosłam kij i zawirowałam, obracając nim szybciej niż do tej pory. A potem się zamachnęłam.
    Robił uniki, cały czas się uśmiechając.
    - Świetnie, skarbie. Jesteś szybka. Ale nie na tyle silna, by mnie uszkodzić.
    - Gdybym była dość szybka, nie uśmiechałbyś się cały czas – mruknęłam.
    - Do tego potrzeba więcej czasu i treningów, skarbie. - Ruszył w moją stronę, a kiedy zamachnęłam się kijem, zrobił unik, chwycił go i przyciągnął, łapiąc mnie w pasie. - Mam cię.
    Odetchnęłam głęboko, uspokajając puls. Położyłam dłoń na jego nadgarstku.
    - Mogłabym cię poparzyć.
    - Rozgrzać wodę w moim ciele? - Zerknął na mnie. - Robiłaś to kiedyś?
    - Próbowałam, V'lane na to naciskał. Uwolniłabym się?
    - Nie wiem, a co powiedział V'lane? Puścił cię?
    - O tak, bardzo szybko. A potem bardzo długo go przepraszałam. - Zerknęłam na niego przez ramię. - Mogę też zrobić tak. - Podciągnęłam nogę i kopnęłam go w kolano.
    Puścił moją talię, ale chwycił mnie za rękę, obrócił przodem i pociągnął, w efekcie wpadłam na niego. Przycisnął mnie do siebie.
    - Można i tak – przyznał.
    - Co teraz? - wysapałam, gdy przycisnął mnie do ściany. Moje serce gwałtownie przyspieszyło, ciało Doriana było zbyt blisko, bym mogła wykonać jakikolwiek ruch.
    Pochylił usta do mojego ucha.
    - Cóż, gdybym był wrogiem, powinnaś zagotować moją krew, a gdy się odsunę, wymierzyć cios kolanem w czułe miejsce. Wtedy udałoby ci się uwolnić. Uznajmy, że trening skończony. - Uśmiechnął się i mnie pocałował.
    Zadrżałam, odpowiadając na pieszczotę. Gdy mnie całował, wszystko inne odchodziło w niepamięć. Byliśmy tylko my dwoje. Dotknął mojego policzka, wciąż nie przestając pieścić moich ust. Objęłam go, wsunęłam dłoń w jego włosy i wygięłam się, znów ocierając się o jego ciało. Silne i twarde, wspaniałe. Zsunął usta niżej, na moją brodę, obsypując ją pocałunkami, potem na szyję, smakując językiem moją skórę. Westchnęłam cicho, czując, że uginają się pode mną nogi. Ręce Doriana powędrowały niżej, delikatnie pieszcząc moje ciało. Wciąż nie przestawał całować mnie po szyi. Odchyliłam głowę, mocniej opierając się o ścianę. Gdyby moje treningi zawsze tak wyglądały, nie nauczyłabym się niczego, nie miałabym ku temu motywacji.
    Dorian znów mnie pocałował, tym razem mocniej, z większą pasją. Objął mnie w pasie jedną ręką i docisnął do swojego ciała. Wsunęłam dłoń pod materiał jego koszuli. Przesunął usta na mój dekolt, drugą ręką podwinął sukienkę, która sięgała mi do kostek i przesunął dłonią po moim kolanie, kierując się w górę. Tętno przyspieszyło mi jeszcze bardziej, gdy poczułam dotyk Doriana na udzie. Jego dłoń gładziła wrażliwą skórę kolistymi ruchami. Przesunęła się jeszcze wyżej, muskając biodro i materiał koronkowych fig, by zaraz cofnąć się na wewnętrzną stronę uda. Odetchnęłam głęboko, gdy palce na chwilę zacisnęły się na mojej nodze, lekko ją unosząc i pomknęły ku pachwinie. Ręka obejmująca mnie w pasie zacisnęła się na materiale sukienki i pociągnęła w górę, ściągając mi ją przez głowę. Przemknęło mi przez myśl, że wciąż jesteśmy w sali do ćwiczeń i nie byłam pewna, czy drzwi są zamknięte na klucz. Ta myśl umknęła jednak równie szybko, jak się pojawiła. Razem z moim stanikiem i ubraniem Doriana. Nie miałam pojęcia, kiedy się go pozbył, jednak leżały na podłodze, a jego dłoń wciąż wędrowała po moim udzie. Ugięłam nogę w kolanie, opierając ją na biodrze Doriana, a jego palce wślizgnęły się pod cienką koronkę fig. Poruszały się powoli i nieustępliwie, skutecznie odciągając wszystkie moje myśli. Zagłębiły się we mnie, wymuszając głośny jęk. Objęłam Doriana, przesuwając dłońmi po jego plecach, jednocześnie przycisnęłam go do siebie, pragnąc mieć ukochanego jeszcze bliżej. Mimo to ciągle był za daleko, a jego dłonie doprowadzały mnie do szaleństwa. Więcej, chciałam więcej. Jeszcze więcej, bliżej. Mocniej.
    Pragnienie Doriana było tak silne, a pocałunki tak pełne pasji, że nie mogłam im nie ulec. Żarliwość w jego spojrzeniu wdzierała się tak głęboko, że aż brakowało mi tchu. Przesunął językiem po wnętrzu mojego ucha. Jego ramię przesunęło się wzdłuż kręgosłupa, objął mnie w pasie i uniósł, drugą dłonią pociągnął na bok materiał moich fig, które, chyba rozerwane, upadły na podłogę, po czym wsunął się we mnie płynnym ruchem. Krzyknęłam ochryple, pogrążając się w cudownym zapomnieniu.

    O obietnicy zabrania mnie ze sobą przypomniałam mężowi tuż po śniadaniu, nim zdążył umknąć beze mnie. Usiadłam na wprost niego i posłałam uroczy uśmiech, w razie gdyby postanowił się rozmyślić.
    - Oczywiście, pójdziemy dziś razem – zgodził się ze mną. - Varys również.
    - Nadal uważasz, że potrzebuję ochrony? - Westchnęłam. - Przecież to twoi poddani.
    - Ostrożności nigdy za wiele – odparł, wstając od stołu.
    - Przecież też tam będziesz, naprawdę sądzisz, że aż tak mnie nie lubią? - Uniosłam brwi.
    - Skarbie, przecież nie będziemy razem przez cały czas. A wolę nie rozglądać się co chwilę za tobą w czasie treningu.
    - Nie musisz się rozglądać – mruknęłam. Czasem czułam się traktowana jak dziecko, które w każdej chwili może wpakować się w kłopoty. - Pójdę do kuchni, poprosiłam Emmę i Danę, by przygotowały małą łapówkę dla wojowników.
    - Łapówkę? - zdziwił się mój mąż.
    Skinęłam głową ze śmiechem.
    - Chcę, by mnie polubili, a podobno najłatwiej zdobyć sympatię mężczyzny, karmiąc go.
    - Ach, taką łapówkę. - Uśmiechnął się. - Na pewno nie odmówią.
    - A czego innego się spodziewałeś? - zapytałam, podchodząc do niego.
    - Nie mam pojęcia – odparł, obejmując mnie w pasie. - Ale będziesz musiała zabrać dużo jedzenia...
    - Wiem, dlatego poprosiłam o to już wczoraj. Kiedy drzemałeś. - Pocałowałam go czule, powracając myślami do minionego dnia. Zarówno popołudnie, jak i wieczór spędziliśmy tylko we dwoje. Nie mogliśmy nigdzie wyjść, ale nie miałam zamiaru narzekać. Ani trochę.
    - W takim razie powinno wystarczyć dla wszystkich. - Również mnie pocałował.
    Przytaknęłam i pogłaskałam go po policzku.
    - Będziesz trenował razem ze swoimi wojownikami?
    - Tak, ale też z Ezekielem, Legionem i twoim ojcem – odpowiedział.
    Uśmiechnęłam się i musnęłam dłonią jego bark.
    - Chętnie popatrzę, jak sobie radzisz. Mogę?
    - Oczywiście – zgodził się i uniósł moją dłoń do ust. - W takim razie zbierajmy się, skarbie.
    - Zajrzę tylko do kuchni. Zawołać Varysa?
    - Powinien zaraz tu przyjść, wie, że idzie z nami. - Dał mi krótkiego całusa. - Poczekam tu na was.
    Skinęłam głową i ruszyłam do kuchni. Wszystko było już gotowe, a kucharki spokojnie zmywały po śniadaniu. Varys opierał się o blat, kończąc poranną kawę.
    - Możesz sprawdzić, wszystko jest. Zajmę się tym.
    - Dziękuję, jesteś niezastąpiony. Wy też – zwróciłam się do kucharek. Wzięłam jeden z koszy, a reszta rozpłynęła się w powietrzu. Oczywiście Varys zaproponował, że mnie wyręczy, więc do Doriana wróciłam z pustymi rękami, za to w towarzystwie demona strachu.
    - Gotowi? - zapytał Dorian, biorąc mnie za rękę.
    - Jak najbardziej – odparłam i pomieszczenie rozmyło się przed moimi oczami. Kiedy odzyskałam ostrość widzenia, znajdowaliśmy się w sali treningowej, lecz dziesiątki razy większej niż ta w zamku. Kilka osób rozgrzewało się pod ścianą. Po głosach zorientowałam się, że większość demonów trenuje na zewnątrz.
    Dorian, wciąż trzymając mnie za rękę, ruszył w stronę stojącego nieopodal Lexa, który tłumaczył coś wojownikom. Ten zerknął na nas przelotnie, dokończył rozmowę i dopiero wtedy skupił na nas uwagę.
    - Jakieś problemy z barierą? - To naprawdę miłe, że na mój widok pomyślał właśnie o barierach.
    - Sheila chciała zobaczyć, jak wyglądają nasze treningi – wyjaśnił Dorian.
    - Skoro tak. Mam dać ci dziś fory? - Uśmiechnął się przeciągle.
    - Wyglądam, jakbym ich potrzebował? - Uniósł brwi.
    - Na pewno nie – przerwałam im, wiedząc, że Lex może się tak droczyć w nieskończoność.
    - Ezekiel i Azazeal trenują, czy omawiają strategie? - zapytał Dorian.
    - Ezekiel zakopał się w jakichś papierach i kazał nie przeszkadzać. - Lex uniósł prawą brew. - Azazeal trenuje z Genie na placu.
    - W takim razie chyba się przywitam i zaproponuję poczęstunek – zdecydowałam, zerkając na męża.
    - W porządku, idźcie, Varys ci pomoże z tym poczęstunkiem. - Uśmiechnął się do mnie.
    - Wrócę niedługo – obiecałam i cmoknęłam go w policzek. Uśmiechnęłam się do Lexa i wskazałam mu dwa duże kosze, które Varys postawił na ławce. - Koniecznie spróbuj, reszta też.
    Wzięłam następny koszyk i razem z demonem strachu opuściłam salę. Muszę przyznać, że widok był naprawdę imponujący, jeszcze nigdy nie widziałam tylu demonów w jednym miejscu. Przeważali wysocy, umięśnieni mężczyźni trenujący w dużych grupach. Kobiety były tu rzadkością, mieszały się z tłumem rozgrzewających się wojowników. Dyscyplina na placu ćwiczeniowym była wprost imponująca i nie miałam wątpliwości, że nie odpowiada za nią ani mój mąż, ani V'lane. Tylko Lex mógł osiągnąć tak wiele w tak krótkim czasie.
    - Czyżbyś miała zamiar z nami trenować? - powitał mnie ojciec, schodząc z podestu. Nadstawił policzek, który posłusznie ucałowałam.
    - Wpadłam tylko się przywitać i poznać tych dzielnych wojowników, którzy zdecydowali się dla nas walczyć – wyjaśniłam. - Miałam też nadzieję, że uda mi się wkraść w ich łaski.
    Tata zmarszczył brwi i skinął głową. Jego wzrok padł na stojącego za mną Varysa.
    - Rozumiem – mruknął. Ton jego głosu i spojrzenie powiedziały mi, iż faktycznie rozumie i to więcej niż chciałam powiedzieć. Moje ostatnie spotkanie z poddanymi męża skończyło się nieprzyjemnie dla mnie i niemal śmiertelnie dla Varysa. Jednak nadal byłam żoną ich władcy i musiałam zdobyć ich szacunek. Musiałam na niego zasłużyć, w przeciwieństwie do Doriana nie uważałam, że sam fakt ślubu mnie to niego uprawniał. Dlatego nie mogłam pozwolić, by mnie zastraszyli. - Dzielna dziewczyna.
    Uśmiechnęłam się, słysząc te pochwałę i skinęłam głową Genevieve. Tym razem żadnych uścisków. Pewnie gdybym wyglądała jak Genie, demony nie lekceważyłyby mnie już od pierwszej chwili. Przypominała dumną i gniewną boginię. Wysoka i smukła niczym walkiria, ubrana w obcisły ciemny kostium podkreślający jej figurę i długie nogi. Przy niej ja byłam po prostu chuda. No i nigdy nie zostanę wojowniczką tak jak ona.
    - Ptaszek mi powiedział, że masz coś pysznego w tym koszyczku – usłyszałam V'lane'a, gdy stanął za mną i objął mnie w pasie. To tyle w temacie ataku z zaskoczenia, już byłabym martwa.
    - Ptaszek ma na imię Emma czy Dana? - doprecyzowałam, wyswobadzając się w jego ramion. To nie wypadało, by obejmować w ten sposób cudzą żonę.
    - Dana. Podkochuje się we mnie. - Zajrzał do koszyka, a ja miałam okazję przyjrzeć się czarnej podkoszulce i dresowym spodniom, które miał na sobie. Nawet w tym stroju wyglądał nieźle. - Więc masz zamiar wykarmić ich wszystkich?
    Przytaknęłam.
    V'lane wybrał sobie kanapkę z pieczonym indykiem, wsunął dwa palce do ust i głośno gwizdnął. Uwaga wszystkich momentalnie skupiła się na nas. Nie tak to sobie wyobrażałam, choć mój przyjaciel jeszcze nie skończył. Objął mnie ramieniem i zachęcił, bym zrobiła krok w przód. Pod wpływem ciekawskich spojrzeń zmusiłam się do uśmiechu.
    - Chłopcy i dziewczęta, ta przemiła dama ma dla was niespodziankę. Nasza władczyni – podkreślił to słowo, a ja poczułam, że się rumienię – postanowiła osobiście zadbać, byście mieli dość sił, by podołać dzisiejszym treningom. Dziękujcie jej, bo dostaniecie dziś prawdziwy wycisk! W tych koszach przy sali treningowej czeka na was kaloryczne i przepyszne śniadanie. Wystarczy dla każdego, więc nie musicie się tak pchać!
    Mimo ostatniego słowa wszyscy jak jeden mąż ruszyli po kosze z jedzeniem. Zadziwiające, jak syty posiłek może poprawić humor. Nagle zmęczenie na twarzach wojowników zmieniło się w rozluźnienie i zadowolenie. Patrzyłam, jak tworzą się grupy, gdy mężczyźni i kobiety dzielili się jedzeniem i siadali z przyjaciółmi. Podniósł się gwar rozmów, gdzieniegdzie rozlegały się też śmiechy.
    - Proszę bardzo. - V'lane mrugnął do mnie i wgryzł się w kanapkę. Dołączyła do nas grupka mężczyzn, których rozpoznałam jako strażników, a po chwili podeszło też kilka osób, których nie znałam, a które, zachęcone sutym posiłkiem, zechciały zamienić ze mną kilka słów.
    Niektóre rozmowy były miłe, mężczyźni opowiadali mi o swoich rodzinach i życiu w Kręgu Doriana. Jeden ze starszych wojowników wyznał, że miał córkę, którą bardzo mu przypominam i traktował mnie z ogromną serdecznością. Później Varys wyjaśnił mi, że Jednooki Tom, jak nazywano wojownika, stracił córkę przez Samaela, który nie przejmował się takimi obowiązkami jak ochrona poddanych. Po jej śmierci Tom dołączył do rebeliantów, którzy pragnęli obalić Samaela. To oni jako pierwsi zasilili oddział V'lane'a. Byli też tacy, którzy cieszyli się z braku zainteresowania Samaela i źle przyjęli zmianę władzy, lecz przekonało ich zaangażowanie mojego męża, gdy wydostał demony przyłapane na ziemiach Lucyfera, a także niedawne treningi, w których mój mąż uczestniczył. Jego obecność i fakt, że osobiście poświęcał uwagę wojownikom, dobrze działały na morale.
    O wiele bardziej krępujące okazały się rozmowy z kobietami, które były najbardziej zainteresowane Dorianem i pewnymi częściami jego ciała. Czerwieniłam się wtedy i wymigiwałam od odpowiedzi, a one chichotały i zaczynały porównywać niektórych wojowników.
    Byłam zdumiona, że dowiedziałam się tak wiele, ale V'lane wyjaśnił mi, że dobre jedzenie rozwiązywało języki równie dobrze jak wino. Śmiał się przy tym, że zainteresowanie rozmową minie wraz z ostatnią potrawą. Tak też się stało i w końcu wszyscy wrócili do ćwiczeń zostawiając mnie u boku Varysa. Tata i Genevieve jeszcze chwilę zamarudzili, upewniając się, jak to wszystko zniosłam i w końcu także zajęli się walką.
    - Chodź, dziewczyno, sprawdzimy, co robi twój mąż, tutaj i tak dość już osiągnęłaś.
    Zgodziłam się z przyjacielem i ramię w ramię ruszyliśmy do budynku mieszczącego salę treningową. Doriana wypatrzyłam od razu, zajmował środek sali i parował właśnie cios zadany przez Lexa. Obrócił się i zamarkował uderzenie w szczękę, jednocześnie podrzucił miecz. Schylił się przed pięścią Lexa, złapał miecz i pchnął. Wstrzymałam oddech, ale Lex bez trudu odbił ostrze. Dorian zszedł do parteru, próbując podciąć mu nogi, lecz i to się nie udało. Legion odbił się od podłogi i wykonując widowiskowe salto, przeleciał nad Dorianem. Jednocześnie założył mu chwyt na karku i opadając, pociągnął ku ziemi. Skrzywiłam się, gdy mój mąż z hukiem zderzył się z podłożem. Mimo to poderwał się niemal natychmiast i posłał przeciwnikowi kulę ognia. Lex przyjął ją na otwartą dłoń i odepchnął z powrotem, przez co Dorian musiał ją znów wchłonąć. Co kilka ciosów Lex rzucał jakąś uwagę, lecz byłam zbyt zafascynowana widokiem, by skupić się na słowach. Widziałam Lexa w akcji i wiedziałam, że nikt nie może się z nim równać. A jednak Dorian wciąż atakował, szukając słabego punktu. Oglądanie go w takiej sytuacji było niezapomnianym doświadczeniem. Jego ruchy były płynne i pełne gracji jak u dzikiego kota, mięśnie napinały się pod ubraniem, a spojrzenie było dzikie i drapieżne jak wtedy, gdy go poznałam. Poruszał się niesamowicie szybko, to parując, to zadając cios. Był nieziemski.
    Kiedy skończyli, Lex klepnął go w ramię i przywołał kogoś z tłumu, by zajął miejsce mojego męża. Dorian natomiast ruszył w moją stronę, po drodze zgarniając butelkę z wodą. Był mokry od potu i szybciej oddychał, ale widać było, że  jest w stanie walczyć jeszcze długo.
    - No no, to było coś – pochwaliłam go i pocałowałam, gdy tylko znalazł się dość blisko. Pocałunek miał lekko słony smak.
    - Mojej żonie, wielkiej przeciwniczce przemocy, podobała się walka?
    Uśmiechnęłam się i objęłam go w pasie.
    - Spodobał mi się sposób, w jaki się poruszasz – sprecyzowałam.
    - To jak upadam? - Posłał mi zaczepny uśmiech i oparł dłonie na moich biodrach.
    - Raczej to, jak poruszają się twoje mięśnie...
    - Chętnie pokazałbym ci, jak pracują moje mięśnie – przerwał mi szeptem, powodując ciepło rozlewające się na moich policzkach. A także w innych, wrażliwszych miejscach. Musiał to zauważyć, bo jego usta wygięły się w pełnym zadowolenia uśmiechu. - Jak poszło z przekupstwem demonów?
    - Świetnie. Są całkiem gadatliwi, gdy się ich nakarmi. Też powinieneś spróbować.
    - Może tak zrobię – mruknął, zerkając na ćwiczących. - Wracasz do domu czy chcesz jeszcze trochę popatrzeć, jak się pocę?
    Uśmiechnęłam się.
    - Popatrzę jeszcze trochę.

5 komentarzy:

  1. Jak miło - rozdział 18+. ^^ Zabawna była ta scenka z Leanne i V'lanem - czyżbyście zamierzały połączyć tych dwoje? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kwestii łączenia par można zgadywać. xD

      Usuń
  2. Dziękuję za kolejny rozdział.Bardzo ciepły i spokojny,chociaż trzeba pamiętać ,że wojna w toku.Tez bym popatrzyła jak się poci.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakaś miła para się przyda dla urozmaicenia :D

    OdpowiedzUsuń
  4. dziekuje, tym razem usmiałam sie z Leannie i Vlana, chyba teraz biedazka juz nie przekroczy jego pokoju, a tak pozatym spokojnie, koszyki Sheili poprawily morale

    OdpowiedzUsuń