Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

07.01.2017

Rozdział XXV. Część 2

***Sheila***

    Kiedy się obudziłam, świtało. Dorian leżał przy mnie, obejmując mnie ramieniem w pasie. Miał na sobie spodnie, koszula zwisała z baldachimu, jakby nią w niego rzucił. Porządek nie był mocną stroną mojego męża. Uśmiechnęłam się i ostrożnie wysunęłam z jego uścisku, nie chcąc zaburzać mu snu. Berło Lorelei leżało na stoliku nocnym. Nie pamiętałam, bym je ze sobą zabrała, zatem musiał zrobić to Dorian. Niestety, poza tym stolik był pusty. Nie byłam u siebie, gdzie zawsze czekał na mnie dzbanek świeżej wody. Tutaj sama musiałam jej poszukać.
    Cichutko opuściłam sypialnię i ruszyłam korytarzem, mając nadzieję, że znajdę kuchnię. Zeszłam po schodach i zajrzałam do kilku pomieszczeń na parterze. Jedne z drzwi skrywały za sobą oświetlony kandelabrami tunel. Bardzo klimatycznie.
    Przypomniałam sobie o studni pod zamkiem, w którym mieszkałam, a że tunel minimalnie opadał w dół, postanowiłam sprawdzić, co znajdę po drugiej jego stronie.
    Był naprawdę długi i zaczęłam poważnie rozważać czy nie zawrócić, kiedy korytarz zaczął się rozszerzać. Zbladłam, gdy dotarło do mnie, w jakie miejsce trafiłam. Lochy. Zdecydowanie nie tam chciałam być. Zawróciłam gwałtownie, ale zatrzymałam się, słysząc jęk.
    Nic tu po tobie, powtarzałam sobie, ale jęk się powtórzył i wiedziałam już, że tak tego nie zostawię. Zaczęłam obchodzić cele, zaglądając do środka przez specjalne okienka. Niektóre były puste. Niektóre nie.
    Duszący, dławiący smród rozkładanych zwłok dotarł do moich nozdrzy i wstrząsnął żołądkiem. W środku były ciała, blade, pozbawione krwi, której było za dużo, by wsiąkła w podłogę. Kończyny były powykręcane w nienaturalny sposób, a skrzydła... były nagie. Poczerniałe pióra leżały pomiędzy kałużami krwi i gniły, powodując ten okropny zapach. Zatrzasnęłam okienko i oparłam się o drzwi, próbując wymazać ten widok z pamięci.
    Okienko celi na wprost było otwarte. Tylko dlatego napotkałam przerażone, pozbawione nadziei spojrzenie anioła.
    - A więc teraz przysłali kobietę? Masz się na mnie uczyć?
    - Uczyć? - nie zrozumiałam. Podeszłam do drzwi i chwyciłam kraty w okienku.
    Ciało anioła było pokryte siniakami i ranami. Stanowiło prawdziwy obraz nieszczęścia. Mimowolnie poczułam dla niego współczucie. Skrzywdzili go, co do tego nie było wątpliwości. A przecież nie na tym polegało branie jeńców wojennych. Rozumiałam, że wojna wymaga ofiar, ale taka przemoc była bezsensowna.
    - Zadawania bólu – wyjaśnił. Jakby w jego oczach nie było już zbyt wiele cierpienia i beznadziei. - Śmiało, ale i tak niczego się nie dowiesz.
    - Nie chcę cię skrzywdzić. Oni też nie powinni – powiedziałam cicho. - Dlaczego ci to zrobili?
    Patrzył na mnie przez chwilę, jasne splątane włosy opadały mu na czoło. Przypominał mi Rafaela.
    - Niektórzy nie potrzebują powodu. Ale ty jeszcze masz szansę, dziecko. Nie musisz być jak oni.
    - Więc zrobili to tak po prostu? - nie mogłam uwierzyć. Przecież Dorian już taki nie był.
    - Mnie? To co zrobili mnie, to jedynie dowód głupoty i wiary w to, że mogę zdradzić im strategie Michała. Oni – skinął głową na celę za mną – to zupełnie inna sprawa. To coś o wiele gorszego.
    Mocniej zacisnęłam dłonie na kratach. Bałam się tego, co mógł powiedzieć mi o ciałach z sąsiedniej celi. Dlatego wybrałam drugi temat.
    - Nie prościej było im powiedzieć?
    Zamknął oczy i pokręcił głową. Był to jedyny ruch, jaki mógł wykonać, kajdany utrzymywały jego ręce wysoko, z doświadczenia wiedziałam, jakie jest to bolesne. Nogi przykute do podłogi tylko pogarszały sytuację anioła.
    - Nie zdradziłbym moich braci. Ale to tylko szczegół, bo i tak nic nie wiem. - Spojrzał na mnie. - Nie podlegam Michałowi tylko Rafaelowi, nie mogę nic wiedzieć.
    Zamrugałam. Rafaelowi? Wujkowi Rafaelowi? Ale przecież...
    - Jesteś stróżem?
    Przytaknął.
    - Chciałem pomóc mojej podopiecznej. Nie powinienem, ale musiałem...
    - I wpadłeś w pułapkę – podsumowałam cicho. Patrzenie na niego aż bolało. Był niewinny, podlegał mojemu wujowi. I cierpiał, widziałam to w jego oczach i mimice twarzy. Pomyślałam o tych wszystkich aniołach, które zginęły przeze mnie.
    - To nic. Czasem warto poświęcić się za tego, kogo się kocha. A miłość stróża do podopiecznego nie zna granic.
    Tak, Rafael mówił to samo. A jako, że sam nie miał podopiecznych, kochał wszystkich. Najbardziej na świecie.
    - Uciekaj stąd, dziecko. Dla mnie nie ma ratunku, ale ty masz szansę. Możesz stąd uciec, nim cię zniszczą.
    I wtedy, patrząc na niego, na jego cierpienie, żal, ale też wielką miłość, podjęłam decyzję. Zbyt wielu zgięło w ciągu kilku ostatnich godzin. On nie musiał być następny, był tylko stróżem. Niegroźnym. Chwyciłam wiszący na ścianie pęk kluczy.
    - Pomogę ci – odezwałam się cicho i zaczęłam gmerać przy zamku, wypróbowując kolejne kluczyki. Trochę to zajęło, ale ostatecznie drzwi ustąpiły. Otworzyłam je, błagając boginki, by nie skrzypiały. Najwyraźniej mnie wysłuchały i już po chwili wślizgnęłam się do środka.
    - Nie bój się, wyciągnę cię stąd. Może i stoimy po przeciwnych stronach, ale tak się nie godzi.
    Podeszłam do anioła i zaczęłam rozpinać wszystkie łańcuchy. Nie było to łatwe, ale działałam metodycznie i to dawało efekty. Wkrótce anioł mógł poruszać głową, a jego ręce były wolne. Uklękłam i zajęłam się łańcuchami więżącymi kostki, lecz szybko przerwałam, by uchronić osłabionego więźnia przed upadkiem. Przypominał kupkę nieszczęścia, a mnie krajało się serce. Nie mogłam uwierzyć, że ci, z którymi świętowałam poprzedniego wieczoru, byli zdolni do czegoś takiego. Wojna wiele zmienia, ale nikt nie powinien być tak traktowany.
    Pomogłam nieszczęśnikowi usiąść i zaczęłam uwalniać jego kostki. Przez cały ten czas wpatrywał się we mnie. W moją twarz, nie zmagające się z łańcuchami dłonie.
    - Nie kłamiesz, naprawdę mi pomagasz. Dlaczego?
    Spojrzałam na niego, gdy łańcuch opadł. Jeszcze tylko druga kostka.
    - Bo nie zasługujesz na to, co widziałam w celi obok. Nikt nie zasługuje. A my nie jesteśmy potworami.
    - Oni są.
    Nie mogłam się z nim kłócić po tym, czego doświadczył i co widział. Zarówno mój mąż, jak i Ezekiel potrafili być potworami. Ale wiedziałam, że stać ich na więcej. Na coś o wiele lepszego.
    - Błądzą, bardzo często. Ale nie są potworami. Udowodnię ci, że wcale nie musimy być wrogami. Wypuszczę cię stąd.
    Drugi łańcuch opadł. Wstałam i pomogłam aniołowi zrobić to samo. Po krótkiej chwili wahania oparł się o mnie i pozwolił się poprowadzić. Wyszliśmy z celi i powoli – anioł nie był w stanie poruszać się szybciej – ruszyliśmy tunelem. Chciałam zabrać go stamtąd jak najprędzej i uciąć sobie rozmowę z Dorianem i Ezekielem.
    - Mam na imię Sheila – przedstawiłam się, by zagłuszyć odgłos naszych kroków.
    - Zariel – odparł chrapliwie. - Oni się wściekną, gdy odkryją, co zrobiłaś. - Cóż, bez wątpienia. Jednak byłam gotowa przyjąć ich gniew. Zariel był stróżem, jego celem było chronić, nic poza tym. Nie stanowił zagrożenia.
    - Niech się wściekają. Muszą zrozumieć, że nie tędy droga – mruknęłam i szerzej otworzyłam drzwi, by Zariel mógł przez nie przejść. Poczułam ukłucie bólu na widok jego skrzydeł tracących pióra.
    Znów wzięłam anioła pod ramię i skierowałam się ku wyjściu. Gdy tylko znajdzie się poza barierami, będzie mógł wrócić do domu. Nie miałam wątpliwości, że tam troskliwie się nim zajmą.
    - Dalej, wyprowadzę cię – obiecałam.
    - Ciekaw jestem, kto pozwolił ci się tu rządzić.
    Odwróciłam się, słysząc lodowaty głos Ezekiela. Był wściekły, zdradzały to jego oczy, nawet jeśli mówił spokojnie.
    - Mamy wojnę, a ty uwalniasz wroga. To zdrada. Wiesz, jak karzemy zdrajców?
    - Robię to, co właściwe – warknęłam.
    Ezekiel powoli ruszył w naszą stronę.
    - Nie. Nic nie zrobisz.
    Chciałam osłonić anioła własnym ciałem i spróbować przemówić do Ezekiela, ale odtrącił mnie. Nim zdążyłam krzyknąć, jego dłoń zagłębiła się w piersi Zariela i wyrwała z niej bijące wciąż serce. Ciało anioła osunęło się na podłogę, pokrywając lodem. A ja zaczęłam krzyczeć.
    Obok mnie niemal natychmiast pojawił się Dorian. Chwycił mnie za ramiona.
    - Sheilo, już dobrze, spokojnie – wyszeptał, obejmując mnie. - Nic ci nie grozi...
    - Nic jej nie grozi?! Zdradziła nas – warknął Ezekiel, upuszczając serce obok ciała anioła. - Chciała go wypuścić! Wiesz, co powinieneś zrobić.
    - On w żaden sposób wam nie zagrażał! Mogliśmy pokazać, że nie jesteśmy potworami, za jakie nas mają! - krzyknęłam przez łzy.
    - Co...? - Dorian cofnął się i spojrzał na mnie ze zdumieniem. - Próbowałaś wypuścić jednego z jeńców, bo uznałaś, że dzięki temu anioły wykażą się dobrą wolą i zakończą wojnę? Powiedz, że coś źle zrozumiałem. - Pokręcił głową.
    - Bo widziałam, co on z nimi robi! - Wskazałam Ezekiela, który skrzyżował ramiona na piersi. - Wojna to jedno, ale to tutaj... to potworne.
    - I to cię czyni upoważnioną do podejmowania takich decyzji? - Dorian zmarszczył brwi. - Nie przyszło ci do głowy, że jeśli masz jakieś wątpliwości, należy przyjść z tym do mnie, zamiast działać na własną rękę? Sheilo, naraziłaś nas wszystkich. Naprawdę myślałaś, że jeśli go wypuścisz, będzie wychwalał nas i wołał o pokój? - Wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
    - Nie mogłam go tam zostawić – odparłam cicho. - Nie potrafiłam.
    Dorian pokręcił głową.
    - To jest wojna, Sheilo. Wystarczy jeden błąd i po nas. Nawet przez chwilę nie pomyślałaś, że przez twoją decyzję mogę zginąć ja, Ezekiel, Genie i wszyscy, którzy walczą w tej wojnie po naszej stronie? Jak mogę na tobie polegać, skoro robisz takie rzeczy?
    - Wojna nie usprawiedliwia okrucieństwa. Poza tym on nie mógł nikogo skrzywdzić...
    - Zdradziła nas, wiesz o tym – wtrącił Ezekiel.
    Dorian milczał przez chwilę, patrząc na mnie.
    - Przez głupotę – powiedział w końcu. - Sheilo, zawiodłaś nasze zaufanie. Wojna zawsze jest okrutna. Nie mogę pozwolić, byś naraziła nas ponownie. - Chwycił mnie za ramię i zerknął na Ezekiela. - Zajmę się tym.
    - O czym ty mówisz? - zmarszczyłam brwi. - Ja nas narażam? A może to ja sprowokowałam wojnę? - Spróbowałam wyszarpnąć ramię, ale mi na to nie pozwolił.
    Spojrzałam na jego pochmurną minę i lodowaty spokój Ezekiela. Przeszył mnie dreszcz.
    - Dorian?
    - Nie rozumiesz, Sheilo? To co zrobiłaś, można uznać za zdradę. Na twoje szczęście zarówno ja, jak i Ezekiel wiemy, że nie zdawałaś sobie z tego sprawy. Wiesz, jestem rozczarowany. Nie spodziewałem się po tobie takiej naiwności. Weszłaś do celi i wypuściłaś jeńca, bo ładnie cię o to poprosił? I jeszcze uważasz, że dobrze zrobiłaś? Wracasz do domu. Zostaniesz tam, póki nie zdecyduję inaczej.
    W pierwszej chwili poczułam ukłucie bólu, że właśnie tak to odbierał. Nie chciałam go zawieść, a już na pewno nie miałam w zamiarze go narażać. Zrobiłam to, co uznałam za właściwe, ale odniosłam porażkę. Zariel nie żył, choć obiecałam mu pomóc, a Dorian był zły. Ale byłam jego żoną, na wszystkie boginki, nie mógł po prostu zamknąć mnie w pokoju i ogłosić, że mam szlaban!
    - Nie masz prawa decydować, gdzie zostanę.
    - Ależ mam. - Przeniósł nas do naszej sypialni i dopiero mnie puścił. - Mam pełne prawo, bo jest wojna, a ty próbowałaś działać na rzecz wroga.
    - Działałam na rzecz niewinnego! I waszą też, bo tak nie traktuje się jeńców wojennych! Poza tym nic nie daje ci prawa zamykać mnie gdziekolwiek. - Skrzyżowałam ramiona na piersi i posłałam mu gniewne spojrzenie.
    Zmarszczył brwi.
    - Niewinnego? Anioły są niewinne, a to że nas zaatakowały, zabijają naszych wojowników, to nic nie znaczy? Na wojnie nie ma niewinnych! A ten anioł, gdyby miał okazję, bez wahania przebiłby mi serce! Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? - W jego oczach pojawił się gniew. - Myślisz, że ciebie by oszczędzili, bo jesteś niewinna? Nie! Zginęłabyś, a jeśli ten anioł dostałby się do swoich, możliwe, że jeszcze dzisiaj!
    Zamrugałam i cofnęłam się o krok, rażona jego gniewem. Skuliłam się w sobie.
    - On potrzebował tylko pomocy, nie sprowadziłby ich tu... oni tak nie działają – odezwałam się cicho. - Poza tym ledwie trzymał się na nogach, jakie stanowił zagrożenie? Był tylko stróżem, Dorianie! To tak źle, że chcę pokoju?
    Dorian odetchnął, zamknął oczy, otworzył je i pokręcił głową.
    - Pomyśl, Sheilo. Ezekiel pracował nad czymś, o czym nikomu nie mówił. Potrzebne mu były anioły. Jeśli mu się uda, Niebo już nam nie zagrozi. I sądzę, że ten anioł doskonale wiedział, co zamierza Ezekiel. Gdyby się wydostał, Michał też by wiedział. Po drugie, ten anioł może i nie stanowił bezpośredniego zagrożenia, ale nie był dowódcą, to Michał decyduje, gdzie i kogo zaatakują. A po trzecie, nie sądzę, żeby po niewoli u Ezekiela anioł zapewniał, że jesteśmy w porządku i opowiadał się za pokojem.
    Objęłam się ramionami i zrobiłam krok w stronę Doriana. Nie patrzyłam mu w oczy, bałam się, że znów ujrzę w nich tę wściekłość, która zawsze tak bardzo mnie przerażała.
    - Wy nie chcecie pokoju, prawda? Chcecie wygrać.
    - Nie sądzę, by wygrana była możliwa – odparł mój mąż. - Pokój to jedyne sensowne rozwiązanie. Ale Michał nie chce pokoju. Dlatego musimy zrobić wszystko, co trzeba, by nie przegrać.
    Odetchnęłam głęboko. Nagle wszystko tak bardzo się pogmatwało.
    - Nie możecie tego robić. To, co widziałam w lochach Ezekiela... to nie może trwać, Dorianie. Jego moralność jest równa zeru, ale ty... ty powinieneś zareagować.
    - A jeśli to nasza jedyna szansa? - Uniósł brwi. - Poza tym... taką rozmowę powinniśmy prowadzić, zanim próbowałaś uwolnić anioła. Ale nie, uznałaś, że sama podejmujesz decyzje w tej wojnie i twoja racja to jedyna słuszna.
    Zamknęłam oczy i usiadłam na brzegu fotela.
    - To nie jest szansa na pokój. I niby jak miałabym spojrzeć sobie w twarz, gdybym go tam zostawiła? Kim bym się stała? - Wyciągnęłam do niego rękę. - Nigdy bym ci nie zaszkodziła.
    - Jeśli anioły by się dowiedziały, to owszem, przepadłaby szansa na pokój. - Skrzyżował ramiona na piersi i zmierzył mnie wzrokiem. - To było nieodpowiedzialne i naiwne. A skoro masz tego typu opory, lepiej dla ciebie, jeśli zostaniesz tutaj. Nie będziesz musiała wybierać: ratować nas czy odpuścić i zostać z czystym sumieniem. Tak świetnie ci wczoraj poszło, a dziś co? Złamałaś się, bo zobaczyłaś rannego anioła.
    - Wczoraj byłam przerażona, że kogoś z was stracę. Walczyłam o ciebie. - Opuściłam dłoń i splotłam palce. - Dziś zobaczyłam bezsensowne cierpienie. Nie dostrzegasz tej różnicy?
    - Dostrzegam różnicę między zdradą a naiwnością i dlatego zostaniesz w domu, zamiast odpowiedzieć za zdradę. Gdybyś zobaczyła, jak jeden z naszych wojowników wyprowadza anioła z lochów, by go uwolnić, co byś pomyślała? Że nas zdradził. A ty właśnie tak zrobiłaś. Ale oczywiście swoich błędów nie dostrzegasz.
    Zabrakło mi słów, by odpowiedzieć na te zarzuty. A wszystko dlatego, że zaczęłam dostrzegać prawdę zawartą w jego słowach. Okrucieństwo wobec anioła bez wątpienia nie powinno mieć miejsca i nie było dla tego usprawiedliwienia. Jednak to, co zrobiłam, było zdradą. Uwolniłam wroga. Dotarło do mnie, że w tej sytuacji nie liczyło się, co jest właściwe, lecz wobec kogo jestem lojalna.
    Pochyliłam głowę.
    - Przepraszam. Masz rację, jestem zbyt naiwna.
    Zbyt głupia, by przydać się komukolwiek, dodałam w myślach.
    - Dobrze, że w końcu zrozumiałaś, co zrobiłaś. - Dorian skinął głową. - Pora zajrzeć do moich wojowników.
    Spojrzałam na niego, stojącego nade mną z ponurą miną. Popełniłam błąd, ale wciąż był moim mężem.
    - To nie znaczy, że możesz mnie tu zamknąć – uprzedziłam.
    Prychnął.
    - Owszem, mogę. I nie na złość tobie, ale dla twojego i naszego bezpieczeństwa.
    Uniosłam brwi. Nie znosiłam, gdy traktował mnie z góry.
    - Jestem twoją żoną, nie więźniem. Czy to też zbyt naiwne z mojej strony? Poza tym niby jak chcesz mnie zatrzymać, przykuć do ściany?
    - Wystarczą bariery wokół zamku. Wyczuję, gdybyś chciała wyjść. A jeśli akurat wtedy będę w trakcie walki, może się zrobić nieciekawie. - Patrzył na mnie stanowczo. - Jakoś do tej pory to znosiłaś, teraz zamierzasz gdzieś się włóczyć, żeby zrobić mi na przekór?
    Pokręciłam głową. Nie chodziło mi o robienie komukolwiek na przekór, lecz o proste decydowanie o sobie. Czymś innym jest przecież prośba, a czym innym rozkaz.
    - Nie mów mi, że w czasie walki będziesz dbał o to, czy siedzę w twoich czterech ścianach – burknęłam.
    - Lepiej tam, niż na polu bitwy, jeszcze znów by odezwało się twoje wrażliwe sumienie – mruknął.
    Westchnęłam. Wiedziałam, że wygrał. Gdyby coś mogło mu się stać przeze mnie... Dlatego zostało mi tu grzecznie czekać, aż wróci. I może mi wybaczy. Nie wiem, co zrobię, jeśli okaże się inaczej.
    - Nie zdradziłabym cię – szepnęłam. - Nigdy, przenigdy.
    - Nie umyślnie, wiem. Ale nie jestem pewien, czy wciąż mogę na tobie polegać. Do zobaczenia. - I zniknął.
    Zostałam sama, przerażona i niepewna, czy wszystkiego między nami nie zepsułam.

    Zeszłam do jadalni jakąś godzinę później, gdy zdążyłam się już trochę pozbierać. Niezupełnie miałam ochotę na towarzystwo, po rozmowie z Dorianem chciałam zakopać się w łóżku, pod stosem koców i stamtąd nie wychodzić. Czułam się dziwnie pusta i bezradna. Jednak wygrało pragnienie i musiałam zejść po dzbanek wody.
    W jadalni zastałam Leanne samotnie jedzącą śniadanie. Rozpromieniła się na mój widok, lecz wystarczyła chwila, by jej uśmiech zgasł.
    - Nie wyglądasz najlepiej.
    Wzruszyłam ramionami, nalewając wody do szklanki. Opróżniłam ją powolnymi, drobnymi łyczkami, cały czas stojąc przy stole.
    - Masz zaczerwienione oczy. Chcesz porozmawiać?
    Pokręciłam głową, na co przyjaciółka przygryzła wargę. Zaczęłam obracać kubek w dłoniach.
    - W porządku... a może chociaż chcesz posiedzieć z przyjaciółką i zjeść śniadanie? Nie musisz nic mówić. Jestem całkiem pewna, że potrafię mówić za dwoje, albo nawet troje.
    Posłałam jej niewyraźny uśmiech i zajęłam miejsce naprzeciwko. Leanne nalała mi soku i podsunęła półmisek z jajecznicą. Pokręciłam głową, nie sądziłam, bym mogła coś przełknąć.
    - Pamiętasz te tęczowe kamienie na Wyspie Mgieł? - zagadnęła. Przytaknęłam. - Zebrałam kilka i dałam Varysowi. No wiesz, coś jak pamiątka z podróży, ludzie czasem tak robią...
    - Tak, zdarza im się.
    Leanne dołożyła sobie kolejną porcję jajecznicy i kilka koktajlowych pomidorków.
    - Tak... Im się zdarza, a on miał minę, jakbym przyniosła miotłę i chciała na niej latać. - Popiła spory kęs sokiem. - A przecież to ładna pamiątka, nigdzie indziej takich nie ma. - Wrzuciła do ust pomidorka i przegryzła. - No, to mój problem. A co dręczy ciebie?
    - Nie dostałam kamyka.
    Cmoknęła i wyjęła z kieszeni tęczowy kamyk, mieniący się odcieniami błękitu, zieleni i różu. Położyła go przede mną.
    - Kamyk za twoje myśli.
    Westchnęłam i opowiedziałam Leanne o aniele i wściekłości Doriana. Była dobrą słuchaczką, pozwoliła mi wyrzucić z siebie wszystko i nie przerywała, póki nie umilkłam i sięgnęłam po szklankę.
    - Wiesz, czasami myślę, że to nie jest miejsce dla nas. Przy nich nasz świat staje na głowie.
    - Mój świat stanął na głowie już w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzałam Doriana. Od tamtej pory moje życie wygląda jak przejażdżka na kolejce górskiej. Tylko, że... ja nie chcę, by ta kolejka się zatrzymała.
    - Jeśli nadal się na ciebie złości, to jest idiotą – mruknęła moja przyjaciółka. - Oboje mieliście trochę racji i oboje was poniosło. Ale musiałby być głupcem, by nie dostrzegać, ile ma szczęścia, że go wybrałaś.
    - Cóż, może nim jest. - Wstałam od stołu. - Mam ochotę na kieliszek wina.
    Skinęła głową z aprobatą i także wstała. Ujęła mnie pod ramię.
    - Masz całkowitą rację, napijemy się i obrobimy ten jego chudy tyłek...
    - Czyj tyłek? - zainteresował się Raph, wchodząc do jadalni.
    - Doriana. I wcale nie jest taki chudy – upomniałam Leanne.
    - O, widzę, że trafiłem na typowo kobiece rozmowy – zaśmiał się mój przybrany brat.
    - Mieliśmy z Dorianem dość poważną sprzeczkę i Leanne stara się mnie pocieszyć – wyjaśniłam. - Ja chcę po prostu napić się wina.
    - Oj, to niedobrze – zmartwił się Raph. - Ale wyjaśniliście sobie wszystko? Czy niekoniecznie? A co do wina, chętnie się przyłączę. Akurat nie mam żadnej randki...
    - Niczego sobie nie wyjaśnili, bo Dorian zabrał swój chudy tyłek i uciekł, twierdząc, że jest zawiedziony naszą Sheilą i nie może na niej polegać – fuknęła Leanne, nim zdołałam odpowiedzieć. Chyba niepotrzebnie mówiłam jej o tym wszystkim. W dodatku posłała mi tak buńczuczne spojrzenie, że zrezygnowałam z komentowania.
    - To nie w porządku z jego strony. Po tym, co zrobiłaś, powiedział ci coś takiego? - zdziwił się Raph. - Może faktycznie chodźmy po to wino, bo to wszystko robi się coraz bardziej skomplikowane...
    Westchnęłam.
    - To też moja wina. Chciałam wypuścić przetrzymywanego przez nich anioła – wyjaśniłam, kiedy razem ruszyliśmy do naszej piwniczki z winami. Mieściła się tuż obok sali z wodą życia, dlatego upewniłam się, że drzwi są zamknięte.
    Gdy się odwróciłam, Raph i Leanne przeczesywali już półki z trunkami.
    - Czemu chciałaś go wypuścić? - zapytał Raph, odkładając butelkę na miejsce.
    - Oni coś im robili. Ezekiel to robił. - Przełknęłam ślinę, czując się źle na samo wspomnienie. - Widziałam ciała w kałużach krwi, połamane skrzydła bez piór... Nie chciałam, by to spotkało i tego anioła.
    Leanne posłała mi współczujące spojrzenie znad półki z ulubionymi rocznikami Doriana. Dobrze, że o tym nie wiedziała, bo jeszcze by je potłukła.
    - Ale w końcu go nie wypuściłaś, prawda? - Raph zerknął na mnie z niepokojem.
    - Ezekiel go zabił – wyznałam.
    Oparłam się o framugę drzwi. Mój przybrany brat patrzył na mnie przez chwilę.
    - Przykro mi, że tak to się potoczyło – powiedział w końcu. - Miałaś dobre intencje, mam nadzieję, że Dorian to rozumie.
    - Zawiodłam ich obu. Doriana i Zariela. Jeden nie żyje, a drugi już mi nie ufa. Nie mam pojęcia, jak dalej będzie wyglądało moje małżeństwo, więc proszę, wybierzcie w końcu to wino.
    Leanne chwyciła jedną z butelek i podała Raphowi, pytając, czy się nada.
    - E, to akurat średnie. Powinno poleżeć jeszcze z parę lat – stwierdził, oglądając etykietę.
    Zerknęłam na półki i wyjęłam jedno ze starszych win.
    - Nie jestem pewna, ale chyba było tu już, gdy się wprowadziłam. Zatem pewnie jest stare.
    Raph spojrzał na nie przelotnie.
    - Wydaje się w porządku – stwierdził.
    Tak więc zabrałam wino, a Leanne przyniosła kieliszki. Usiedliśmy w salonie i rozlaliśmy trunek. Rozsiadłam się na kanapie, podkurczając nogi pod siebie. Zakołysałam kieliszkiem, wino pachniało dobrze.
    - Myślę, że wszystko się ułoży – odezwał się Raph. - Dorianowi przejdzie złość i szybko się pogodzicie, zobaczysz.
    - A jeśli on już mnie nie chce? - chlipnęłam. - Bo go zawiodłam?
    - Musiałby być skończonym idiotą – wtrąciła Leanne. - A chyba nie jest.
    - W takim razie za to, by się nim nie okazał – mruknęłam, unosząc kieliszek. A potem przysunęłam go do ust i upiłam długi łyk.
    W pierwszej chwili pomyślałam, że pomyliłam butelki i wzięłam coś dużo mocniejszego. Palący ból w przełyku był wprost nie do opisania. Rozkaszlałam się, próbując pozbyć się tego uczucia i odzyskać oddech. Łzy napłynęły mi do oczu, a kieliszek upadł na podłogę. Wino rozlało się na kanapę, tam gdzie płyn dotknął skóry, poczułam gwałtowne pieczenie. Przycisnęłam dłoń do gardła, rozpaczliwie chwytając oddech. Usłyszałam wołanie Leanne, ale nie mogłam odpowiedzieć.
    Wiedziałam tylko, że wino było zatrute.
    Poczułam unoszące mnie ramiona i rozpoznałam głos Rapha, ale moje zmysły zostały zbyt stłumione, bym mogła odróżnić słowa. Tak bardzo mnie bolało, tak trudno było walczyć o każdy kolejny oddech. Moje ciało próbowało wypychać truciznę, ale przegrywało w druzgocący sposób. Czułam, że brakuje mi wody, moja skóra wydała mi się nagle wysuszona i piekąca. To wszystko tak bardzo bolało. Umieranie bolało. A potem nastała ciemność.

7 komentarzy:

  1. Cóż za końcówka! W takich momentach tym bardziej żal tak długich przerw między kolejnymi rozdziałami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba AŻ dwa tygodnie :P

      Usuń
  2. O rany! Myślałam, że skończy się to typowo płaczliwo-gniewnie, jak to przy takich babskich spotkaniach, a tu takie coś...
    Ale Doriana chętnie walnęłabym w łeb czymś ciężkim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu? Sheila próbowała uwolnić wroga, nie miał prawa się wkurzyć?^^

      Usuń
  3. Jaki niespodziewany zwrot akcji! Zatrute wino w piwnicy Doriana i akurat to jedno wybiera Sheila po kłótni z nim... Ciekawe czy wyczuje on problem i przybędzie ją ratować czy też obrażony to zignoruje ;)
    Bardzo fajny rozdział!
    Pozdrawiam,
    Areti

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale zakończenie! Aż trudno doczekać się kolejnego rozdziału (chociaż w moim przypadku będzie dziś lub jutro). Skąd zatrute wino w piwnicy? Mam nadzieję, że Sheila przeżyje...

    OdpowiedzUsuń