Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

01.10.2016

Rozdział XXII. Część 1

***Sheila***

    Leżąc płasko na podłodze i łapiąc oddech, uświadomiłam sobie, że choćbym stanęła na głowie, zawsze pozostanę beznadziejną wojowniczką. Mogłabym obronić się przed przeciętnym bandytą lub pomniejszym demonem, ale nie kimś, kto jest prawdziwym wojownikiem. Przed kimkolwiek, kto wie, co robi. Zgoda, robiłam postępy, byłam też całkiem szybka i zwinna, ale siłą dorównywałam moim karpiom. Starałam się, naprawdę, ale nimf nie stworzono po to, by walczyły. Raczej po to, by pląsały wdzięcznie w świetle księżyca. Tak, to dość żałosne.
    Mimo wszystko w tej chwili naprawdę chciałam znów być tą żałosną, niczego nieświadomą Sheilą.
    - Wstawaj, jeszcze jedna runda – popędziła mnie Genevieve.
    Minęły trzy dni, odkąd Varys wrócił do obowiązków zarządcy Piekła i nie mógł dłużej ze mną trenować. V'lane także prawie nie bywał w domu, a samotne ćwiczenia słabo mnie mobilizowały. Zwłaszcza, że Leanne i Raph siadali wtedy na materacu w rogu sali i chichotali, oglądając moje wysiłki. Albo z innych powodów, którymi się ze mną nie dzielili, a wtedy zwykle się poddawałam i dołączałam do nich. Dziś również byli w sali treningowej zajęci rozmową. Różnica polegała na tym, że odwiedziła mnie Genie i zaproponowała, że nauczy mnie paru sztuczek. Na razie nauczyła mnie efektownego upadania. W tym byłam świetna.
    - Nie mogę, umarłam z wycieńczenia już kilkanaście minut temu – burknęłam, nie wstając.
    - Więc kolejne kilkanaście nie zrobi ci różnicy. No już, wstawaj.
    - Jesteś okrutna – zaoponowałam i w końcu usiadłam, podpierając się za plecami. - Powiedzcie jej, że mam dość. - Spojrzałam błagalnie na Rapha i Leanne.
    - Może faktycznie już wystarczy – wstawił się za mną mój przybrany brat. - Dość już ją dziś wymęczyłaś, niestrudzona Genevieve.
    - Chcesz zająć jej miejsce? - Uniosła brwi.
    - Ja? - Raph zamrugał. - Zapewniam cię, moja śliczna wojowniczko, że Azz już dawno temu nauczył mnie wszystkiego, co mi potrzebne. Obecnie wystarczy mi rola widza – odparł szybko.
    - Mnie też – poparłam go natychmiast. - Genevieve, proszę, nie dam już dziś rady.
    Westchnęła teatralnie i machnęła ręką. Odetchnęłam z ulgą i opadłam na podłogę. Najchętniej już bym tam została, w tej samej pozycji. Leanne wygramoliła się ze swojego kąta i stanęła nade mną.
    - Wyglądasz, jakby coś naprawdę dużego cię przeżuło, a potem wypluło – wyznała mi. Jęknęłam i zamknęłam oczy. Czułam się podobnie, ale wolałabym usłyszeć coś podnoszącego na duchu.
    - Jak to po treningu – stwierdził Raph, podchodząc do mnie. Wyciągnął rękę w moją stronę. - Znam ten ból, Sheilo. Ale za każdym razem jest lepiej, treningi robią swoje, za kilka dni po takim wycisku o własnych siłach pobiegniesz pod prysznic. - Puścił mi oczko.
    Przyjęłam jego dłoń i podciągnęłam się z jego pomocą. Posłałam mu zmęczony uśmiech.
    - Na chwilę obecną mogę się tam doczołgać. Myślałam, że jestem w lepszej formie. Niestety, w tym tempie jestem bezużyteczna dla Doriana. - Westchnęłam, rozmasowując obolałe ramię.
    - On nigdy nie oczekiwał, że zmienisz się w wojowniczkę, skarbie – wtrąciła Genevieve.
    - A kiedy wojna się skończy, dasz sobie spokój z treningami – pocieszył mnie Raph.
    - Marzę o tym, choć rozsądniej byłoby ich nie przerywać.
    Podeszłam do niedużego stolika i chwyciłam szklankę z wodą. Nic nie mogło równać się z jej cudownym smakiem. Wypiłam wszystko, a zbłąkana kropla spłynęła mi po szyi. To uczucie także było miłe, automatycznie pomyślałam o wspomnianym przez Raphaela prysznicu. Napotkałam spojrzenie swojego odbicia w lustrze. I wtedy naszła mnie myśl, że nie miałam racji. Nie każda nimfa musi być tak fatalną wojowniczką. Ja byłam beznadziejna, Leanne też. Ale nie te, od których pochodziłyśmy. Nie boginki.
    Obróciłam się na pięcie i spojrzałam na bliskich.
    - Mam pomysł – zaczęłam podekscytowana. - Wiem, jak nam pomóc. Boginki!
    - Boginki? - zdziwił się Raph. - Jak boginki mają pomóc w treningach?
    - Nie w treningach, w wojnie – odpowiedziałam ze zniecierpliwieniem. - Są potężne. Pradawne i silne.
    - I od bardzo dawna nie ma po nich śladu – ostudziła mnie Genevieve.
    - Ktoś ma jakiś pomysł, gdzie ich szukać? - zapytał Raph.
    - No... - zawahałam się. Gdzie mogły być? - Nie, ale...
    - Może Lex będzie wiedział? - wtrąciła moja przyjaciółka. Spojrzałam na nią z wdzięcznością.
    - Odśwież się, odpocznij, a ja do niego zadzwonię – zaproponował Raph.
    Uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek.
    - Dziękuję, jesteś cudowny.
    - Za to Dorian nie będzie zadowolony, że chcesz szukać boginek – wtrąciła się Genevieve.
    O tak, na pewno nie ucieszy się na tę wieść. Ale to mogła być nasza szansa. Potrzebowaliśmy każdej pomocy.
    - One panują nad żywiołami, Genie. Pomyśl, jak to mogłoby odmienić losy wojny. Muszę spróbować.
    - A ja będę jej towarzyszyć. Co dwie nimfy to nie jedna – wtrąciła Leanne.
    Uścisnęłam jej wyciągniętą dłoń i spojrzałam błagalnie na Genevieve. Przyglądała nam się z nieodgadnioną miną, trzymając się pod boki. Jej palce bębniły o pasek spodni.
    - Wiesz, że nie będziemy mogli cię wtedy chronić.
    - Poradzę sobie. My sobie poradzimy – zapewniłam. - Wiesz, że mam rację.
    Przytaknęła, a mnie zalała ulga. Teraz musiałam przekonać tylko Doriana.
    - Jeśli Lex z wami pójdzie, na pewno nic wam się nie stanie – potwierdził Raph, wyciągając komórkę i wyszukując numer.
    - Świetnie. W takim razie wezmę szybki prysznic i zaraz jestem. Poczekacie w salonie?
    - Pewnie, idź, idź. - Raph przyłożył telefon do ucha.

    Prysznic był wspaniałym doświadczeniem. Krople wody pieściły moją skórę, a ja pragnęłam stać tam w nieskończoność. Niestety nie mogłam, miałam tylko kilka minut, by doprowadzić się do porządku i wszystko przemyśleć. Prawdopodobnie porywałam się z motyką na słońce. Boginek w istocie nie widziano od dawna, krążyły nawet pogłoski, że już ich nie ma. Nie wierzyłam w to. Chociaż niektóre musiały wciąż żyć. A ja je odnajdę i przekonam, by nam pomogły. Błagając, jeśli zajdzie taka potrzeba.
    Narzuciłam na siebie prostą czerwoną sukienkę i szary sweter, bo dni stawały się coraz chłodniejsze. Zbiegłam po schodach i, tak jak obiecał mi Raph, zastałam wszystkich w salonie. Wygładziłam sukienkę i przywitałam Lexa.
    - Raph już powiedział ci o moim pomyśle?
    Skinął głową.
    - Jest niezły. Jeśli faktycznie boginki istnieją...
    - Czyli nam pomożesz? - Rozpromieniłam się.
    - Tak, szkoleniami zajmą się V'lane i Azazeal. Uprzedzam jednak, że nie wiem nic o boginkach. Znalezienie ich może trochę zająć.
    - Które boginki chcecie odszukać? - zapytał Raph, rozsiadając się wygodniej w fotelu.
    - Trzy najpotężniejsze – odparłam. - Ondynę, Meluzynę i Lorelei.
    - Mogę jakoś pomóc? - zaoferował mój przybrany brat.
    Zanim zdążyłam odpowiedzieć, w salonie pojawił się Dorian. Rozejrzał się i posłał mi uśmiech.
    - Widzę, że zjemy dzisiaj obiad w szerszym gronie – stwierdził.
    Podniosłam się i podeszłam, by powitać męża pocałunkiem.
    - To bardzo możliwe, mam nadzieję, że zostaną. Ale zanim zjemy... - spojrzałam na niego spod rzęs – chcę opowiedzieć ci o pomyśle, na który dziś wpadłam. Coś, co pomoże nam wygrać wojnę.
    - Tak? - Również mnie pocałował, obejmując w pasie. - To dobrze, każda pomoc się przyda. Na co wpadłaś, skarbie?
    - Przekonam boginki, by nam pomogły – wyjaśniłam w skrócie, licząc, że nie będzie dopytywał, jak to zrobię.
    - Sprowadzimy je tutaj? - zapytał mój mąż.
    - Jeśli się zgodzą – przyznałam.
    - Legion po nie pójdzie? - Zerknął na Lexa.
    - Tak. Ze mną i Leanne – przyznałam cicho.
    - Pójdzie dokąd? - Dorian zmarszczył brwi.
    Że też musiał tak dopytywać...
    - Do boginek.
    - Czyli dokąd konkretnie? Czy to daleko od zamku?
    Westchnęłam i usiadłam na kanapie, ciągnąc męża za sobą.
    - Nie wiemy dokąd. Na pewno daleko. Ale Lex je wytropi, damy sobie radę – zapewniłam.
    - Czyli, jeśli dobrze zrozumiałem: chcesz wyruszyć nie wiadomo dokąd, szukać nie wiadomo kogo, a nawet jeśli którąś znajdziesz, nie wiadomo, czy zechce nam pomóc. Przy okazji wystawiając się na widok aniołom.
    Skrzywiłam się.
    - W mojej głowie brzmiało to lepiej... ale wiem, kogo szukać...
    - Ale nadal nie wiesz, gdzie. - Pokręcił głową. - Doceniam dobre chęci, skarbie, ale trzeba sporo wysiłku, by znaleźć boginkę, jeśli nie chce zostać znaleziona.
    - Tym ja się zajmę – wtrącił Lex, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna.
    - Mimo wszystko to niebezpieczne dla ciebie. - Dorian pokręcił głową. - Może Lex je znajdzie i sprowadzi do zamku? Albo weźmie ze sobą Leanne, jej anioły raczej nie zaatakują.
    - Nie mają powodu pomagać Lexowi. Nie wyręczę się też Leanne. Poza tym najsilniejsze boginki władają wodą. To muszę być ja.
    - Ja też się o nią boję, bracie. Ale ma rację. - Genevieve podeszła do barku i zaczęła rozlewać wino. - Jeśli jej się uda, możemy wiele zyskać.
    - A jeśli wpadniecie na anioły? Obserwują nas, mogą podążyć waszym śladem i zastawić pułapkę. - Uścisnął lekko moją dłoń. - To niebezpieczna wyprawa, Sheilo. Zbyt niebezpieczna. Jak długo możecie ich szukać?
    - Jeśli pojawią się anioły, ja się nimi zajmę. Ochronię je obie – odpowiedział zamiast mnie Lex. - Mogę wyrwać się na kilka dni. Reszta jest opcjonalna.
    - Pójdę z wami – zaoferował nagle Raph, sięgając po kieliszek z winem. - Te boginki to kobiety, pomogę je przekonać.
    Dorian westchnął i zastanawiał się przez chwilę.
    - Legion, ty, Leanne i Raphael – podsumował. - Kilka dni. I przez ten czas będziesz poza domem. - Wciąż się wahał, ale widziałam, że powoli przekonuje się do tego pomysłu.
    - To wielka szansa dla nas – powiedziałam, dotykając jego policzka. - Na wojnie każdy musi coś poświęcić. W moim przypadku to kilka nocy bez ciebie.
    Pocałował wnętrze mojej dłoni i zerknął na Legiona.
    - Jeśli będziesz miał najmniejsze podejrzenia, że mogą was śledzić anioły, natychmiast ją tu sprowadź. I nie spuszczaj z niej oczu. - Spojrzał na mnie. - Kontaktuj się ze mną przez ten cały... telefon. Kilka razy dziennie, żebym się nie martwił.
    - Dobrze. Będę dzwonić. Wrócę najszybciej, jak się da – zapewniłam, ujęta jego troską. Pocałowałam go czule. - Odnajdę je.
    - Niech tak będzie. - Dotknął mojego policzka i spojrzał mi w oczy. - Nie narażaj się, skarbie.
    - Nie bardziej, niż będzie to konieczne. Wrócę w jednym kawałku, masz moje słowo – obiecałam.
    Obejrzałam się przez ramię, słysząc westchnienie Leanne. Oparła się o ramię Rapha i odezwała konspiracyjnym szeptem:
    - Czemu nas nikt tak nie żegna?
    - Prawda? Nie obraziłbym się za kilka całusów od pięknych kobiet. - Zerknął ukradkiem na służące, które przyszły, by poinformować nas, że obiad jest już gotowy. Wszystkie, jak zawsze, gdy w pobliżu był Raph. Nawet Emma, która wydawała się już całkowicie zapomnieć o swoim niedawnym zauroczeniu.
    Parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową.
    - Może jeszcze załapiecie się na czułe pożegnania, ale póki co czeka na nas obiad. Wyruszymy wieczorem, jeśli wszyscy się zgadzają.
    Dorian wyglądał, jakby chciał zaprotestować, ale w końcu skinął głową.
    - Im szybciej wyruszycie, tym szybciej wrócicie – stwierdził.
    - Dokładnie tak – zgodziłam się, ściskając jego dłoń.

    Obie z Leanne spakowałyśmy nasze rzeczy w jeden plecak, nie potrzebowałyśmy wiele. Z tego samego powodu zajęło to tylko kilkanaście minut. Oczywiście Lex, jako generał ojca nie mógł ot tak porzucić obowiązków, więc musiałyśmy poczekać, aż wszystko załatwi. Raph był w swoim pokoju i, sądząc po odgłosach, oddawał się uciechom z którąś z pokojówek. Właściwie dałabym głowę, że słyszałam więcej niż jeden kobiecy głos. Wolałam się nie wsłuchiwać. W rodzinie pewne rzeczy powinny zostać tajemnicą.
    Zwinęłam włosy na czubku głowy i spięłam je ozdobioną muszlami klamrą. Dorian podarował mi ją w trakcie naszego krótkiego miesiąca miodowego. To było tak niedawno, a zarazem miałam wrażenie, że wszystkie szczęśliwe wspomnienia pochodzą z innego życia. Zapięłam na nadgarstku bransoletkę z rybek, kolejny prezent. Chciałam mieć ze sobą jak najwięcej rzeczy wiążących się z moim mężem. Chciałam czuć, że jest ze mną.
    Chwyciłam plecak i zeszłam na dół, by pożegnać się z Varysem. Zdążył już wrócić do zamku i cieszyłam się, że będę mogła z nim porozmawiać, zanim wyruszę na poszukiwanie boginek. Varys zawsze we mnie wierzył, a ja potrzebowałam, by ktoś zapewnił mnie, że mój pomysł wcale nie jest tak szalony, jak zaczęło mi się wydawać. Oczywiście nie miałam wątpliwości, że wyprawę uzna za ryzykowną, jednak zawsze mi powtarzał, że mogę zrobić wszystko.
    Zbiegłam po schodach, dopiero na parterze zdałam sobie sprawę, że wciąż jestem bosa. Zganiłam się w duchu i skierowałam kroki do garderoby. Włożyłam miękkie materiałowe buty z gumową podeszwą i zawiązałam je ciasno. Dopiero, gdy wróciłam na korytarz, usłyszałam dobiegające z salonu głosy. Rozpoznałam Leanne i Varysa i już miałam do nich dołączyć, ale zmieniłam zdanie, gdy dotarły do mnie ich słowa. Varys nie był zadowolony z naszego pomysłu.
    - Chociaż to przemyśl, Leanne. Zastanów się: dwie nimfy wyruszają nie wiadomo dokąd, szukając nie wiadomo kogo, choć trwa wojna. - Ha, brzmiał dokładnie jak Dorian. - Wojna, Leanne, a na wojnie nie ma niewinnych. Jeśli jakiś anioł trafi na wasz ślad...
    - Daj spokój, zachowujesz się jak Dorian. Właśnie dlatego, że jest wojna, musimy iść – głos Leanne był spokojny, nawet trochę rozbawiony. - Nie musisz trząść o nas portkami, nie jesteśmy małymi dziewczynkami.
    - Ale dlaczego wy? Dlaczego nie jakiś demon?
    - Dlatego, że wywodzimy się od boginek, tak jak demony od Panów. To one stworzyły nimfy, dlatego jeśli mają komuś pomóc, to właśnie nam. Nie demonom.
    - Zauważyłaś, by któryś z Panów pędził w podskokach, by pomagać demonom? Skąd pewność, że te wasze boginki zechcą? Jeśli wciąż żyją, są bardzo stare. Takie istoty często zapominają, czym jest życzliwość.
    - Cóż, musimy spróbować. To dla nas wielka szansa, Varysie.
    - Pójdę z wami, będę was chronił.
    - Mój bohater – odparła miękko Leanne, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
    Przysunęłam się go drzwi i dyskretnie zajrzałam do środka. Miałam idealny widok na oboje. Tak idealny, że dostrzegłam zmieszanie na twarzy Varysa, gdy Leanne dotknęła jego policzka.
    - Wiesz, nawet bym chciała, żebyś z nami poszedł. - Zagryzła wargę i położyła dłonie na jego ramionach. - Ale nie możesz, masz swoje obowiązki.
    - Inkub będzie lepszy? - Wyraźnie usłyszałam urazę w jego głosie. Leanne natychmiast pokręciła głową.
    - Raph idzie na ochotnika, poza tym nie ma nic innego do roboty, a chce pomóc. Bez ciebie Piekło zamarznie – dodała z uśmiechem.
    Usiadła na kanapie i poklepała miejsce obok siebie. Varys wahał się przez chwilę, a potem dołączył do Leanne. Teraz nie widziałam już ich twarzy. Moja przyjaciółka oparła się o ramię demona strachu tak samo, jak ja często to robiłam.
    - Nie bądź smutny, przyniosę ci pamiątkę. Duzi chłopcy nie płaczą.
    Wyobraziłam sobie, jak Varys uśmiecha się na te słowa.
    - Złoty grzebień Lorelei? - W jego głosie wyraźnie brzmiało rozbawienie.
    - Grzebień? Och, nie, nie używa się cudzych grzebieni – złajała go spokojnym, poważnym głosem, a ja powstrzymałam chichot. Varys nie musiał tego robić i zaśmiał się cicho. Objął Leanne ramieniem.
    Pomyślałam, że zdążę się z nim pożegnać i po cichu wycofałam się do kuchni. Położyłam plecak na krześle przy oknie i wzięłam sobie ciastko, które Emma właśnie skończyła dekorować. Było pyszne i od razu poinformowałam o tym kucharkę. Zarumieniła się i wyjaśniła, że upiekła je specjalnie dla nas – na drogę. Uśmiechnęłam się i patrzyłam, jak wkłada ciastka do papierowych torebek w serduszka. Nie musiałam dopytywać, by wiedzieć, że ciastka są przede wszystkim dla Rapha. Zamiast tego nalałam sobie herbaty i zaczęłam pić ją małymi łyczkami.
    - Co tak ładnie pachnie? - zagadnął Raph, zatrzymując się w drzwiach. Zatem sypialniane harce dobiegły już końca.
    Emma zarumieniła się i uśmiechnęła, a ja obejrzałam się, by powitać przybranego brata. Miał na sobie tylko owinięty w pasie ręcznik. Jego włosy były wilgotne, a on sam... cóż, wydawał się zadowolony i zrelaksowany.
    - Zapomniałeś ubrania – mruknęłam, odwracając się do stołu. Przysiadł się i natychmiast został ugoszczony przez Emmę ulubionym sokiem. Posłał jej uśmiech i ucałował jej dłoń.
    - Co? - Zerknął na mnie.
    W tym samym momencie Emma musnęła palcami jego ramię i wyszła, tłumacząc, że musi przynieść coś ze spiżarni. Raph odprowadził ją wzrokiem.
    - Jest już Lex? - zagadnął mnie. Zaprzeczyłam. Obejrzał się na drzwi do piwnicy. - Chyba pójdę jej pomóc. Nie masz nic przeciwko?
    - Idź – zgodziłam się. Nie musiałam znać szczegółów.
    Gdy zamknęły się za nim drzwi, przypuściłam atak na ciastka. Mnie też należało się coś od życia. Zdążyłam zjeść dwa ciastka i dopić herbatę, nim dołączyli do mnie Varys i Leanne.
    - Gdzie Emma? - chciała wiedzieć przyjaciółka.
    - W spiżarni, będzie zajęta przez jakiś czas – wyjaśniłam.
    Varys wyjął sobie szklankę i oparł się o blat.
    - Legion czeka w salonie, twierdzi, że jeśli wszyscy gotowi, możecie ruszać – wyjaśnił. - Powiadomię Raphaela, chyba że zmieniliście co do niego zdanie.
    - Raph też będzie jakiś czas zajęty – mruknęłam. - Ale idzie z nami.
    - Może ja też powinienem...
    - Dorian cię potrzebuje – przerwałam mu. - Poza tym Lex zadba o nasze bezpieczeństwo. Żebyś widział go w akcji. - Uśmiechnęłam się i przytuliłam Varysa. - Nic nam nie będzie.
    Leanne już rozmawiała z nim na temat naszej wyprawy, więc ja nie musiałam tego robić. Zapewniłam tylko, że będziemy na siebie uważały i wrócimy najszybciej, jak to możliwe. Potem we troje udaliśmy się do salonu, w którym czekał już Lex. Mało tego, miał już plan i pierwsze propozycje miejsc pobytu boginek. Był prawie pewien co do Meluzyny, więc uznaliśmy, że ją odwiedzimy najpierw.
    Raph pojawił się pół godziny później, ubrany i gotowy do podróży. A więc wyruszyliśmy.

    Znaleźliśmy się w niedużej francuskiej wiosce pełnej starych kamieniczek, drewnianych płotków i brukowanych uliczek. Lex znalazł nieduży pensjonat, w którym wynajął dla nas pokoje na tę noc. Zostawiliśmy w nich rzeczy i udaliśmy się na poszukiwanie Meluzyny. Trop doprowadził nas do słynnej studni, która według mieszkańców była zaklęta. Studni tej pilnowała kobieta w długiej, półprzezroczystej sukience w kolorze żywej zieleni. Miała czarne kręcone włosy, które luźno spływały jej na plecy. Mieszkańcy mówili, że jest tam każdego dnia i zawsze towarzyszy jej wąż. Gdy ją znaleźliśmy, siedziała na brzegu otwartej studni i nuciła, a wąż, duży i zielony, jakkolwiek nazywa się ten gatunek, leżał na jej kolanach, ogonem oplatając kobietę w pasie.
    Patrzyłam na nią i myślałam, że to zbyt proste. Jeśli ta kobieta była Meluzyną, a wszystko na to wskazywało, to odnaleźliśmy ją bez żadnych przeszkód. Boginkę, w której istnienie powątpiewano. Niemożliwe, by nikt się na nią nie natknął.
    - To co, porozmawiamy z nią? - Leanne wzięła mnie pod ramię.- Ale ty pierwsza. Ja... nie lubię węży. - Ściszyła głos prawie do szeptu. - One są cwane. I wredne.
    - Nie podoba mi się coś w tej kobiecie – mruknął Lex.
    - Kobieta nawet ładna, a zamiłowanie do węży to raczej nic strasznego – stwierdził niepewnie Raph. - Idziemy z nią porozmawiać?
    - Stary, ona śpiewa temu gadowi kołysankę. - Lex skrzyżował ramiona na piersi. - Może ja pójdę, a wy poczekacie?
    - Nie, to ja muszę z nią porozmawiać – zaprotestowałam i ruszyłam ku studni i, jak sądziłam, Meluzynie. Reszta poszła moim śladem, zatrzymaliśmy się kilka kroków od kobiety, lecz nie zwróciła na nas uwagi. - Przepraszam... Meluzyna?
    Wąż syknął i spojrzał na nas. Daję głowę, że zrobił to z irytacją. Kobieta uniosła dłoń i poklepała go po głowie, skierowała wzrok na nas dopiero, gdy gad owinął się wokół jej nadgarstka. Przyjrzała się każdemu z nas.
    - Chcecie go pogłaskać?
    Raph posłał kobiecie szeroki uśmiech.
    - Wspaniały. Jak ma na imię?
    - Basili. Ale nie będzie z wami rozmawiał, nie lubi tego.
    - Może więc ty z nami porozmawiasz? - zaproponowałam. - Mam na imię Sheila i...
    Meluzyna przytknęła palec do ust.
    - Nie mów o imionach. Basili nie lubi, gdy inni noszą imiona.
    Zamrugałam.
    - Szurnięta, mówiłem – burknął Lex.
    - W takim razie bez imion – zgodził się Raph i przysiadł na studni, w bezpiecznej odległości od węża. - Słyszeliśmy, że jesteś piękną, potężną boginką, która wiele potrafi. - Uśmiechnął się.
    - To nie ja – odparła wesoło boginka, głaszcząc węża.
    - Nie ty? - zdziwiła się Leanne, przycupnąwszy obok Rapha, jeszcze dalej od Basiliego. - Nie jesteś Meluzyną?
    - Może. Ale to nie ja wszystko robię. To Basili.
    Zerknęłam na Lexa, czując, że ma rację. Z Meluzyną zdecydowanie było coś nie tak. Znów zaczęła nucić, nie zwracając na nas uwagi.
    - W takim razie... co potrafi Basili? - dopytywał Raph.
    Meluzyna pochyliła się w jego stronę i odparła konspiracyjnym szeptem:
    - Bardzo wiele. Na przykład mógłby połknąć cię w całości.
    Leanne pisnęła cicho. Raph zerknął na Lexa.
    - Ciekawe, czy anioła też...
    - Nie liczyłbym na to.
    Kucnęłam na wprost Meluzyny, próbując złapać z nią kontakt wzrokowy. Ciągle skupiała się na tym wężu.
    - A może chciałabyś ze mną popływać? - spróbowałam. Może wtedy udałoby mi się nawiązać z nią jakiś kontakt. Może tego potrzebowała?
    - Tam masz wodę. - Wskazała studnię. Uśmiechnęła się i nagle wydała mi się upiorna. Jej skóra zaczęła przypominać łuskę. Przełknęłam ślinę i zajrzałam do studni. Wydawała się pusta.
    Nagle Meluzyna wyciągnęła ku mnie ręce, zauważyłam, że miała długie, ostre paznokcie. Jej oczy lśniły jadowitą zielenią. Pazurami rozorała powietrze tam, gdzie byłaby moja twarz, gdyby Lex gwałtownie mnie nie odciągnął i schował za sobą. Gardłowe warknięcie Meluzyny zjeżyło mi włosy na głowie. Leanne znów krzyknęła i podbiegła do mnie.
    - Idziemy stąd – oświadczył spokojnie Lex, mierząc się wzrokiem z boginką.
    - Tak, nic tu po nas – zgodził się Raph, dołączając do nas.
    Lex przepuścił nas przodem, nie miałam wyjścia, cokolwiek stało się Meluzynie, teraz była szalona. Nie mogłaby nam pomóc, nieważne, jak długo bym prosiła. Poza tym obiecałam Dorianowi, że nie będę podejmowała zbędnego ryzyka.
    Odetchnęłam dopiero, gdy wróciliśmy do pensjonatu. Usiadłam na łóżku, owijając się kocem.
    - Przepraszam, nie wiedziałam, że tak to wyjdzie...
    - Nie martw się, może dwie pozostałe nie są szalone – odezwał się pocieszająco Raph, siadając obok mnie.
    - Nie muszą być szalone, wystarczy, że nie zechcą pomóc – mruknęłam.
    Leanne usiadła po mojej drugiej stronie i przytuliła się, obejmując mnie ramionami.
    - Myślę, że powinniśmy zostać dziś w jednym pokoju. Na wypadek, gdyby ta wariatka chciała nas szukać – odezwał się Lex.
    - Nie mam nic przeciwko – odpowiedział Raph, zerkając ukradkiem na Leanne. Zmarszczyłam brwi.
    - Myślicie, że ona może nas zaatakować? - zmartwiła się.
    - Może nie, ale wolę mieć was na oku. Przeniosę łóżka z drugiego pokoju – dodał i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Zawsze poważnie traktował obowiązki.
    Godzinę później byliśmy już po kolacji, a cztery łóżka stały pod szerokim oknem. Było tak ciasno, że musieliśmy je połączyć. Skończyłam rozmowę z Dorianem i odłożyłam telefon koło poduszki. Nie sądziłam, że tak szybko zacznę tęsknić za mężem. I tak mocno. Położyłam się na boku, spoglądając na przyjaciół.
    Raph poczekał, aż Leanne zajmie łóżko i wybrał to obok niej. Miałam nadzieję, że pamięta o naszej rozmowie i nie będzie próbował uwieść mojej przyjaciółki. Byłam pewna, że po prostu by się zakochała, a on złamałby jej serce. Niechcący, ale jednak.
    Leanne ułożyła się wygodnie, patrząc w sufit.
    - Myślicie, że jutro pójdzie lepiej?
    - Bądźmy dobrej myśli. - Raph położył się na boku, wpatrując się w moją przyjaciółkę.
    - A jeśli z nimi też będzie coś nie tak?
    - Wtedy zabiorę was do domu – odpowiedział jej Lex. Tylko on siedział, opierając się o wezgłowie łóżka.
    - Ale zawsze to przygoda, co? - zapytała cicho, ściskając moją dłoń. Posłałam jej uśmiech.
    - Kiedy mieszkałaś w lesie, nie miałaś żadnych przygód? - zapytał ją Raph.
    - Miałam, ale tam towarzyszyły mi tylko zwierzęta – odparła, obracając się w jego stronę. - Nie miałam innych przyjaciół.
    - Za to teraz masz. - Uśmiechnął się uroczo.
    - Opowiesz mi coś? Na pewno miałeś wiele przygód – poprosiła go cicho.
    Lex zgasił lampkę nocną i pokój pogrążył się w mroku. Widziałam tylko cienie i słyszałam cichy głos Rapha, opowiadającego jedną ze swoich ulubionych historii.

14 komentarzy:

  1. Jakie ten Varys ma powodzenie.^^ Może chociaż z nimfą leśną nie poprzestanie jedynie na przyjaźni. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenie? Myślałam, że powodzenie ma Raph. Albo Ezekiel. Ale Varys?
      Jakiś czas temu ktoś łączył Leanne z V'lanem. Teraz czas na Varysa? XD

      Usuń
    2. Najpierw łączono go z Sheilą, a teraz kręci się przy nim kolejna nimfa. Jak dla mnie to jest jednak powodzenie.^^

      Usuń
    3. Dla Sheili pozostał tylko przyjacielem, to chyba jednak nie miał z nią powodzenia:p

      Usuń
    4. Miał w końcu Pana Ognistego Smoka za rywala. Teraz powinien mieć więcej szczęścia. xD

      Usuń
    5. Dorian nie był jego rywalem. Sheila nie traktowała Varysa jako potencjalnego partnera. Właściwie to na wstępie zmuszono ją do ślubu, więc w ten sposób mogła myśleć tylko o Dorianie. A Varys nie odważyłby się niczego próbować, nieważne, co do niej czuł.
      Leanne... Leanne ma wolną rękę. XD

      Usuń
    6. O tym właśnie mówię. Obecność Doriana nie pozwoliła na to, by Sheila w ogóle pomyślała o Varysie w kategoriach romantycznych, inaczej to kto wie.^^

      Usuń
  2. Dziękuję.pomysł wydawał się dobry,ale jego wykonanie już mniej.Co jeśli wszystkie boginki są szalone? Varys i nimfa leśna? to byłoby ciekawe.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sheila nie jest dobra w planowaniu. To domena Ezekiela i Genevieve. Ale Sheila jest bardzo zawzięta.;)
      Ciekawe, mówisz?:)

      Usuń
  3. Varys na pewno byłby lepszy niż Raph :D

    Przyznam, że aż się zdziwiłam, że tak spokojnie się wszyscy wycofali od studni, myślałam, że Meluzyna będzie ich ścigać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, Varys byłby wierny. Raph nie lubi stabilizacji, poza tym z jedną kobietą byłby głodny. Więc pod względem stałego związku Varys wygrywa.
      A to akurat proste, ona nigdy nie oddala się od studni. I jest szurnięta. Nie tyle chciała ich pozabijać, co Sheila znalazła się za blisko w złym momencie.

      Usuń
  4. Ou, czy będziesz coś więcej między Varysem i Leanne? Demonowi strachu się należy, zdecydowanie :D

    I ciekawe co z tymi boginiami, może przynajmniej kolejne nie okażą się szalone i pomogą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Varys niewątpliwie zasłużył na szczęście, a czy akurat z Leanne, to się okaże;p
      Zostały jeszcze dwie boginki, jeśli uda się je odszukać, to się przekonają, czy będą skore do pomocy;)

      Usuń
  5. dziekuje, Sheila tez wpadła na nowy pomysł, ale jak widac z pierwsza boginka nie poszło za dobrze, a co z pozostalymi?

    OdpowiedzUsuń