Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

19.12.2015

Rozdział V

***Sheila***

    Nie mogłam uwierzyć, że to znowu się zaczyna. Ledwie wzięliśmy ślub, a Dorian znów pozwolił, by go poniosło. Zabił niewinnych tylko z powodu głupiej kamery. Nie wiedziałam, czy powinnam traktować to jako krok w przód czy dwa kroki w tył. Rozumiałam jego tłumaczenia, że nie chciał, by wieść o jego istnieniu rozeszła się po świecie, wszyscy byliśmy zdania, że ludzie nie powinni znać prawdy. Jednak nie mogłam uwierzyć, że nie przyszło mu do głowy, jak skończy się jego napaść na kamerzystę. Nie mógł nie wiedzieć, że go zabije. On wciąż nie dostrzegał granicy.
    Westchnęłam, siadając przy stole. We czwórkę odbyliśmy długą rozmowę, która nie doprowadziła do niczego. Genevieve wciąż była wściekła, Ezekiel leniwie sączył mrożoną kawę i uważał, że w ogóle nie ma tematu, a Dorian próbował wyglądać niewinnie, kiedy tłumaczył, że popełnił drobny błąd, ale przecież chciał dobrze. Nie wiedział tylko, że nie potrafi wyglądać niewinnie, nawet gdy śpi. Skrzyżowałam ramiona na piersi i posłałam mu, mam nadzieję, karcące spojrzenie. Och, to było idiotyczne, był moim mężem, nie dzieckiem, którego zachowania musiałabym pilnować, bo spuszczone z oczu na pewno nabroi. Szkoda tylko, że o tym również Dorian nie wiedział.
    - Zatem? Co z tym wszystkim zrobimy?
    - Proponuję zapomnieć – odparł Ezekiel, przyglądając się swojej kawie. - Pomówmy o tym, jest nieziemskie.
    - To tylko kawa, Zeke – prychnęła Genevieve. Nie wiedzieć czemu, jej odpowiedź wprawiła go w szampański nastrój.
    - Uczcijmy jej istnienie kolejną filiżanką. Moglibyśmy pójść...
    - Nigdzie z tobą nie idę – zaoponowała. - Czy wy naprawdę nie widzicie problemu?
    Zaprzeczyli równocześnie. Jęknęłam, chowając twarz w dłoniach.
    - To było tylko drobne nieporozumienie, które więcej się nie powtórzy. Mam rację? - Lodowy spojrzał na mojego męża,  który skinął głową i wrócił do kanapek.
    - Poza tym nie zbombardują nas za jedną wpadkę, sama kiedyś mówiłaś, że należy wybaczać. - Spojrzał na mnie, pomiędzy gryzami. - Anioły nam wybaczą, Ezekiel wybaczy ludziom, że nazwali go monstrum, ja wybaczę im, że próbowali mnie nagrać, oni mnie, że trochę ich spopieliłem, a ty wybaczysz mi... to wszystko.
    Tym razem nadeszła kolej na mnie, by parsknąć.
    - Poważnie? Tylko tyle?
    - Przecież żałuję – musnął ustami mój policzek – i się poprawię. Nie spalę już żadnego kamerzysty. - Ujął mnie pod brodę i pocałował lekko. - Wybaczysz mi?
    Westchnęłam. Chyba nie mogłam liczyć na więcej, nie w tej chwili. Dlatego podąsałam się jeszcze chwilę, a potem mu wybaczyłam. Małe kroczki. W końcu obudzę jego sumienie. Właśnie tak, małe kroczki.
    - Pójdziemy do szpitala. Damy anonimowy datek na leczenie rannych – postanowiłam. - Wy obaj pójdziecie, a ja tego dopilnuję.
    - Żartujesz? - Ezekiel w końcu wykazał jakieś zainteresowanie. Wymieniłam spojrzenie z Genevieve i obie uśmiechnęłyśmy się porozumiewawczo.
    - Nie śmiałabym żartować.

    Szpital w Bremnes nie należał do największych. Właściwie był to najmniejszy szpital, jaki kiedykolwiek widziałam. Stałam w recepcji, próbując zrozumieć pielęgniarkę oddziałową. Dzięki ojcu miałam możliwość nauczenia się kilku języków, nazywał to drobną diabelską sztuczką. Niestety po norwesku nie umiałam się nawet przywitać, a kobieta, która zagradzała mi drogę, najwyraźniej znała tylko mowę ojczystą. Tego nie przewidziałam.
    Istniała też szansa, że nie obchodziło jej, co mam do powiedzenia i rozważa wezwanie ochrony. Nie ulega wątpliwości, że byliśmy dziwną grupą. Ja, czyli drobna, delikatna brunetka w białej, zwiewnej sukience, Dorian z tym gorącym, dzikim spojrzeniem, ubrany w dżinsy i czarną koszulę zapinaną na guziki, Ezekiel natomiast przechodził właśnie przyspieszony kurs z historii mody, miał więc na sobie czarne bryczesy, buty za łydkę oraz białą koszulę z żabotem i koronkowymi mankietami. Włosy upiął w wysoki kucyk, a kilka pasemek okalało jego urodziwą twarz. To właśnie jemu przyglądała się pielęgniarka. Widząc jej spojrzenie uznałam, że istotnie nie próbuje mnie słuchać, bynajmniej nie dlatego, że właśnie wzywa ochronę ukrytym pod ladą przyciskiem. Wydawała się oczarowana.
    Uniosłam brwi, szukając spojrzenia Ezekiela. Odpowiedział mi aroganckim uśmiechem, po czym pochylił się nad ladą. Powiedział coś cicho, a ja ze zdumieniem odkryłam, że mówi po norwesku. Ujął dłoń pielęgniarki, tłumacząc jej coś, czego nie rozumiałam. W końcu skinął na mnie i roześmiał się, gdy kobieta coś mu odpowiedziała, chyba czemuś zaprzeczał. Odwróciłam się do Doriana z pytającym spojrzeniem. Objął mnie, a Ezekiel właśnie skończył rozmowę i wskazał nam kierunek.
    - Trzecie i czwarte drzwi, korytarz na prawo. Tam są ranni, z którymi możesz się zobaczyć.
    - Skąd znasz norweski?
    Uśmiechnął się szerzej.
    - Znam każdy język, jaki usłyszę lub zobaczę. To jeden z plusów bycia mną.
    - To cecha wspólna naszego rodu, choć my przyswajamy języki nieco dłużej niż lodowi – sprostował Dorian, całując moje włosy.
    - Teraz mi mówisz?
    - Nie było okazji. Jesteś pewna, że chcesz zajrzeć do tamtych sal?
    - Tylko zajrzę, nie znam ich języka, ale chciałabym zobaczyć, czy wracają do siebie...
    - Idźcie. - Ezekiel popchnął nas lekko w stronę korytarza.  - Ja tu wszystko załatwię.
    Skinęłam głową i ruszyłam korytarzem, Dorian trochę się ociągał, ale w końcu podążył za mną. Zatrzymaliśmy się przy okienku i zajrzeliśmy do środka. Ja zajrzałam, bo mój mąż nie okazywał zainteresowania, ale mimo to, uznałam ten dzień za małe zwycięstwo. Może nie czuli się winni, ale udało mi się nakłonić ich, by tu przyszli. Dorian marudził i kilkakrotnie próbował namówić mnie do zmiany zdania, lecz w końcu odpuścił. Dlatego, że mi zależało. Ezekiel... Jego motywów nie rozumiałam. Cała sytuacja wydawała się go nudzić, ale jednak tu był.
    Pacjenci za szybą głównie spali. Dwoje miało mniejsze lub większe poparzenia, więc to oni musieli być ofiarami nieuwagi Doriana. Na szczęście wyglądało na to, że nic nie zagraża ich życiu.
    - Zadowolona?
    - Będę, gdy zajrzymy do sali obok.
    - I nie będziesz się już boczyć? - Objął mnie w pasie, gdy podeszliśmy do drugiej szyby. Pochylił się nad moim uchem i ściszył głos. - Wiesz, to co mówiłaś rano... moglibyśmy pouwodzić siebie nawzajem, a potem... - resztę słów wyszeptał, a ja poczułam, że się rumienię.
    - Rozważę to, jeśli okażesz trochę skruchy. Nie uważasz, że w tym miejscu takie propozycje są niestosowne?
    - Tylko trochę. W takim razie omówimy to później. - Cmoknął mnie w policzek i oboje zajrzeliśmy do sali. Wtedy zamarłam.
    Wśród rannych było dziecko. Dziewczynka nie miała więcej niż osiem lat. Tuliła poduszkę zabandażowanymi dłońmi i poruszała ustami, jakby coś mówiła. Zacisnęłam usta, a potem odwróciłam się na pięcie i skierowałam ku schodom. Dorian dogonił mnie dopiero w sklepiku na parterze.
    - Co się stało?
    To pytanie tylko bardziej mnie zdenerwowało. Czy on naprawdę nic nie rozumiał, nie widział tego dziecka, strachu, który wypełniał te niewinne, ciemne oczy? Jak mogło go to nie ruszyć?
    - Nie widziałeś tej dziewczynki? - zapytałam cicho, podając sprzedawcy pieniądze. - Nic nie poczułeś? Jest tu z twojego powodu. Rozumiesz to?
    - Nie wiemy, dlaczego tu jest, dzieci chorują...
    - Była poparzona! Jesteś tak ślepy, czy tak nieczuły?
    Nie czekałam na odpowiedź, bałam się, że zacznę krzyczeć. Zamiast tego chwyciłam kupioną maskotkę i wróciłam na górę. Musiałam chociaż spróbować pomówić z tą dziewczynką. Cicho uchyliłam drzwi i weszłam do pomieszczenia. Dorian został na dole.
    - Cześć – przywitałam się, mając nadzieję, że tyle zrozumie. Mała tylko mocniej ścisnęła poduszkę. Bała się, znałam to uczucie. Usiadłam na brzegu jej łóżka i posłałam ciepły, kojący uśmiech. - Pewnie mnie nie zrozumiesz,  ale chcę ci powiedzieć, że to co cię spotkało, już nigdy się nie powtórzy. Że jesteś już bezpieczna.
    Ostrożnie pogłaskałam jej proste, jasne włosy. Chciałam powiedzieć tak wiele, ale nie mogłaby mnie zrozumieć. Dlatego po prostu dałam jej misia i zanuciłam piosenkę, którą w dzieciństwie śpiewała mi matka. Była to historia rybaka, który zamiast ryby złowił piękną syrenę. Śpiewałam cicho, cały czas głaszcząc włosy dziewczynki. Teraz, z bliska, wydawała mi się jeszcze młodsza. Miała pewnie sześć, góra siedem lat. I była tu sama.
    Nie tylko ta mała słuchała mojej piosenki, zdałam sobie sprawę, że inni pacjenci także leżą nieruchomo i wsłuchują się w mój głos, jakby stanowił dla nich kotwicę. Może właśnie tym był, może tego potrzebowali. Kotwicy, która podniesie ich na duchu. Nie miałam hipnotyzującego głosu syreny, która wciąga żeglarzy w morską toń, lecz mój śpiew miał w sobie coś kojącego i dodającego otuchy. Nie byłam pewna, czy zawdzięczałam to przodkiniom wśród nimf, czy anielskiemu pochodzeniu ojca, jednak nigdy wcześniej tak bardzo się z tego nie cieszyłam. Słuchałam spokojnego oddechu dziecka i czułam miarowe bicie małego serduszka, kiedy dziewczynka wtuliła się w moje ramiona. Dlatego śpiewałam dalej.
    Drgnęłam dopiero, czując dłoń na ramieniu. Dorian kucnął obok łóżka, a mała spojrzała na niego z niepokojem. Ujął jej dłoń i powiedział kilka słów po norwesku. Dziewczynka zerknęła na mnie i jakby nabrała odwagi, by coś powiedzieć. Miała delikatny, melodyjny głos. Przez chwilę po prostu słuchałam rozmowy jej i mojego męża. O dziwo, udało mu się nawet wywołać u niej uśmiech. Ścisnęła mocno dużą dłoń Doriana, a ja pomyślalam, że to najpiękniejszy widok świata.
    Miała na imię Ingrid i chciała, bym jeszcze raz dla niej zaśpiewała. Nie mogłam odmówić. Przypomniałam sobie jeszcze dwie piosenki, nim pożegnaliśmy się z Ingrid. Pomachała nam, gdy wychodziliśmy i przytuliła się do misia, którego jej przyniosłam. Przy drzwiach czekał na nas Ezekiel, razem skierowaliśmy się na schody.
    - Co jej powiedziałeś?
    - Że jestem najsilniejszym ze smoków i dopilnuję, by żaden już nigdy jej nie skrzywdził – odparł, biorąc mnie za rękę. - A także, że moją żoną jest piękna nimfa, która przyszła tylko do niej, by dać jej magicznego misia, który w razie potrzeby zmieni się w wielkiego niedźwiedzia i ją obroni.
    Zamrugałam. Nie tego się po nim spodziewałam, a jednak myślę, że właśnie tego mogła potrzebować mała Ingrid. Dzieciom trudniej wmówić, że potwory nie istnieją, ale paradoksalnie łatwiej przekonać je, że istnieje magia, która je ochroni. Poza tym ani Ingrid, ani Dorian nie wiedzieli, że była w tym odrobina prawdy. Nim weszłam do sali, wtarłam w futro pluszaka odrobinę anielskiego pyłu, który nosiłam w medalionie na szyi.
    - Świetnie się spisałeś. Chyba źle cię oceniłam.
    - Następnym razem mnie docenisz. Nie widziałem tej małej, nie miałem pojęcia, że zostanie ranna. Ale zajmą się nią. Wyjdzie z tego.
    Tak. Przy odrobinie szczęścia nawet bez blizn. O tym jednak nie powiedziałam na głos.
    - Po prostu dotrzymaj słowa i nie rób więcej takich głupstw. Obaj ich nie róbcie.
    Przytaknęli, a potem skryliśmy się w jednej z ciemnych uliczek i wróciliśmy do domu.

    Ezekiel nie należał do towarzyskich osób, zostawił nas, gdy tylko przekroczyliśmy mury zamku. Najwyraźniej książki były o wiele bardziej zajmujące, niż nasza dwójka. Nie narzekałam, lodowy smok wciąż wzbudzał we mnie niepokój. Choć z całych sił starałam się patrzeć na niego przyjaźnie, nie mogłam pozbyć się wrażenia chłodu, gdy napotykałam jego wzrok. Poza tym, służba była zajęta pracą, można więc powiedzieć, że byliśmy z Dorianem sami.
    - Co chcesz dziś robić? - zagadnął, obejmując mnie w pasie. Pocałował mój obojczyk.
    - Skorzystać z ostatnich letnich dni i powylegiwać się w ogrodzie? - zaproponowałam, odchylając głowę, gdy znaczył moją szyję pocałunkami. - Zaraz pewnie podadzą obiad, ale potem moglibyśmy wyjść i cieszyć się promieniami słońca.
    - Możemy zabrać szampana i zająć się twoim porannym pomysłem – mruknął, przystając na moją propozycję. Uśmiechnąłem się, obracając w jego ramionach i objęłam go za szyję.
    - Tylko jedno ci w głowie – skarciłam go bez złości. Prawdę mówiąc, w chwili obecnej ta propozycja wydawała się kusząca. Odrobina czułości i bliskości była tym, czego oboje potrzebowaliśmy.
    Pocałowałam go krótko, dając tym sposobem niemą obietnicę i razem weszliśmy do jadalni. Usiadłam, lecz nim Dorian zdołał pójść w moje ślady, w drzwiach pojawili się Varys i V'lane.
    - Panie, można na słowo? - Varys skłonił się w moją stronę i spojrzał na Doriana. - Mamy... mały problem w Piekle.
    - Właśnie teraz? - Mój mąż uniósł brwi, ale przywołał obu mężczyzn. - Co tak ważnego dzieje się w Piekle, że nie mogę zjeść obiadu z żoną?
    - Demony. Postanowiły się zabawić i wszczęły burdę w Piekle – wyjaśnił V'lane.
    - No i?
    - To było w części Lucyfera, teraz on jest wściekły i ktoś musi to rozwiązać. Nie zgodził się rozmawiać z nikim poza tobą, panie – doprecyzował Varys. - Sytuacja nie wygląda dobrze...
    Usłyszałam westchnienie mojego męża, kiedy na powrót odsunął krzesło. Wiedziałam już, że obiad przyjdzie mi zjeść samej. Pozwoliłam pocałować się w policzek, kiedy mnie mijał.
    - Nadrobimy to, obiecuję. - Jego usta musnęły moje w delikatnym pocałunku. - Zajmijmy się Lucyferem. Varysie, ty pójdziesz ze mną.
    Spojrzałam na demona strachu, który skinął głową i obaj mężczyźni zniknęli mi z oczu. V'lane przez chwilę spoglądał mi w oczy, nim obrócił się i ruszył do kuchni. Minął się z Emmą, naszą kucharką. Nie odezwali się do siebie słowem, gdy kobieta zaczęła nakrywać do stołu. Patrzyłam na apetycznie wyglądające dania, jednak nie czułam już głodu.
    - Proszę się nie martwić, to na pewno nic takiego i pani mąż raz dwa sobie z tym poradzi.
    Skinęłam głową. Wiedziałam, że Dorian sobie poradzi, jednak nie miałam ochoty jeść samotnie. Po wizycie w szpitalu wciąż odczuwałam nadmiar emocji, a teraz nadeszły kolejne problemy. Kiedy byłam sama, moje myśli nieustannie wracały do małej Ingrid.
    Nim zdążyłam poprosić Emmę, by zaprosiła w moim imieniu V'lane'a, on znów pojawił się w drzwiach, tym razem niosąc talerz całkowicie zapełniony jedzeniem. Usiadł naprzeciwko mnie i wbił widelec w mięsną kulkę. Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po szparagi.
    - Królewno, to jedzenie dla królików – wskazał mój talerz i nałożył mi dwa kawałki pieczeni. - A to jest jedzenie królów. Zapamiętaj.
    - Dlaczego ty nie wybrałeś pieczeni?
    - Moje plebejskie podniebienie preferuje klopsy. - Uniósł widelec w geście zwycięstwa i włożył do ust całą kulkę, przy okazji brudząc się sosem. Parsknęłam śmiechem.
    V'lane nie przejmował się wycieraniem i nabrał na widelec makaron. Wskazał mój talerz z udawaną naganą w oczach, więc ja także zaczęłam jeść. Było wyśmienite, plebejskie podniebienie mojego przyjaciela jednak się myliło.
    Jedliśmy, żartując i opowiadając sobie różne anegdoty. Żadne z nas nie poruszyło tematu zamieszek w Piekle ani wizyty w szpitalu. To nie był właściwy moment.
    Spałaszowaliśmy czekoladowy pudding, lecz Doriana ciągle nie było. Oczywiście nie spodziewałam się, że wróci tak szybko, choć miałam cichą nadzieję. Nie chciałam zajmować V'lane'owi czasu, a na towarzystwo Varysa także nie mogłam liczyć. Dopiłam lemoniadę przygotowaną przez Emmę, rozważając pozostałe mi opcje. Postanowiłam kontynuować plany sprzed obiadu. Słońce dobrze mi zrobi, mogłam też popływać.
    - Muszę przetrenować kilku żołnierzy. Jeśli, gdy skończę, oni wciąż nie wrócą, chętnie pozwiedzam okolicę.
    Podniosłam wzrok, słysząc tę dyskretną propozycję i przytaknęłam z uśmiechem. Nie miałam jeszcze okazji wyjść poza ogród, który stworzył dla mnie Dorian. Nadrobię to z przyjemnością. Pożegnałam dowódcę wojsk mojego męża i ruszyłam na dziedziniec. Darowałam sobie szampana.

    Nie byłam tak samotna, jak myślałam. Moimi towarzyszami okazała się czwórka hyosube, biegająca i plącząca się między moimi nogami. Dopilnowałam, by każdy z nich dostał swoją porcję pieszczot. Dziś trudno było uwierzyć, że kiedyś te psotne, ale urocze stworzenia próbowały zrobić sobie ze mnie przystawkę. Wspięłam się na kolejny stopień wodospadu, który przyjemnie moczył mi nogi. Urwis i Psotnik pędzili przodem, podczas gdy Wiercipiętka na przemian wskakiwała i wyskakiwała z wody. Tylko Maruda dreptała po trawie, nie mając zamiaru się zamoczyć. Uśmiechnęłam się, widząc, jak trafnie udało mi się nadać im imiona. Podciągnęłam sukienkę, gdy Wiercipiętka prawie się w nią zaplątała. Jednocześnie ściskałam w dłoni buty, żałując, że nie zostawiłam ich w zamku.
    Usiadłam u szczytu wodospadu, relaksując się dotykiem ciepłego nurtu rzeki. Hyosube szybko straciły mną zainteresowanie, tylko Maruda postanowiła nie bawić się z resztą. Zamiast tego przeskoczyła po kilku kamieniach, by umościć się na moich kolanach. Podrapałam ją odruchowo, przypatrując się lśniącej tafli jeziora i pluskającym się w nim rybom. Kelpie wygrzewały się w słońcu, leżąc na płyciźnie. Jedna z nich zdawała się drzemać, druga obserwowała mnie leniwie. Uśmiechnęłam się i spojrzałam w niebo. Kiedy będą gotowe, same do mnie podejdą, nie wcześniej.
    - To naprawdę osobliwe stworzenia. - Podskoczyłam, słysząc ciepły, znajomy głos. Odwróciłam głowę i uśmiechnęłam się do wujka Rafaela.
    - Są wspaniałe. - Wstałam, biorąc Marudę na ręce. Nie wybaczyłaby mi, gdyby przeze mnie zamoczyła futerko. - Jak się tu dostałeś? Myślałam, że Dorian ponownie założył bariery...
    - Zrobił to jak najbardziej, ale przecież jestem archaniołem, skarbie. - Uśmiechnął się i podrapał tulącą się do mnie Marudę, która przyglądała mu się nieufnie. - Urocza. Trochę krwiożercza, ale urocza. No więc, gdzie ten nicpoń?
    Zamrugałam, nie wiedząc, kogo mógł mieć na myśli Rafael. Żadne ze zwierząt nie nazywało się Nicpoń.
    - Kto? - Posadziłam hyosube na trawie, a zwierzątko czym prędzej popędziło w krzaki.
    - Twój mąż oczywiście. Chcę z nim porozmawiać.
    Och. Uśmiechnąłem się na myśl, jaką minę miałby Dorian, gdyby dowiedział się, że archanioł nazywa go nicponiem. Wyszłam na brzeg i ujęłam wujka pod ramię.
    - Dorian musiał wyjść, żeby załatwić coś w Piekle. Zdaje się, że nasze demony rozzłościły Lucyfera.
    - Lucyfera? Niedobrze. On jest ostatnią osobą, którą należy denerwować. Robi się wtedy bardzo drażliwy.
    Ruszyliśmy ścieżką wzdłuż jeziora. Kelpie przypatrywały się nam z coraz większym zainteresowaniem. Pomyślałam, że chyba pora nadać im imiona.
    Skręciliśmy w stronę zamku. Róże otaczające alejkę wciąż były czerwone i pyszniły się swą urodą, jednak na drzewach pojawiały się już pierwsze żółte liście. Ciekawiło mnie, jak ogród będzie wyglądał jesienią, kiedy nabierze typowych dla niej kolorów. A także zimą, gdy spadnie śnieg.
    - Dlaczego szukasz Doriana, wujku? To przez tę wyspę?
    - Po części tak. Widzisz, skarbie, odbyliśmy w Niebie małą naradę.
    Naradę? Nie brzmiało to dobrze. Jasmiel mnie ostrzegała, ale nie mogli chyba wszcząć wojny z powodu tego zajścia na wyspie, prawda? On żałował...
    - Wielu z nas niepokoi się przebudzeniem waszego nowego przyjaciela. Dorian również nie ułatwia nam sprawy.
    - Grożą nam, prawda? - Na samą myśl poczułam chłód. Objęłam się ramionami.
    - Rozważają. Zbierają informacje. Martwią się. On musi pokazać, że jest w stanie się zmienić.
    Przecież był. Robił postępy, co prawda niewielkie i bardzo powoli, ale jednak je robił. Musieli wziąć to pod uwagę, prawda? Prawda?
    - On tak naprawdę nie jest zły. Wiesz o tym, wujku, prawda? Robił złe rzeczy, ale to nie znaczy, że sam jest zły. Dba o mnie i o Genevieve...
    - Na pewno? - Przyjrzał mi się uważnie.  - Dba o ciebie? O twoje szczęście?
    Powinnam potwierdzić. Starał się. Przez większą część czasu.
    - W większości sytuacji, tak. Jest czuły, troskliwy i pełen ciepła. Nie jest idealny, ale daje mi szczęście.
    - W większości sytuacji – powtórzył po mnie. - Usiądźmy.
    Objął mnie ramieniem i zajęliśmy miejsce w altanie. Niemal w tej samej chwili z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Powstrzymałam chęć, by wrócić na trawnik, gdzie mogłyby mnie dosięgnąć ciepłe krople.
    Cichy szelest oderwał moje myśli od deszczu. Spojrzałam na Rafaela, który właśnie odwijał papierową torebkę. W powietrzu rozniósł się kuszący zapach ciastek. Roześmiałam się, nie wierząc własnym oczom.
    - Naprawdę, wujku?
    - Co? - zadał to pytanie tak niewinnym tonem, że znów zaczęłam się śmiać.
    - Chciałeś przekupić Doriana ciastkami, tak? Jeśli odpowie tak, jakbyś chciał, to dasz mu ciastko?
    - To naprawdę dobre ciastka. Z czekoladą. Wiesz, jak czekolada poprawia nastrój. No i przecież głupio by było tak z pustymi rękami... Ciasteczko?
    Wzięłam jedno, chichocząc jak nastolatka. Nie mogłam doczekać się powrotu Doriana, by opowiedzieć mu o pomyśle Rafaela. Wgryzłam się w kruche ciasto oblane ciepłą jeszcze czekoladą i westchnęłam z rozkoszy. Ambrozja.
    - Zatem... aniołowie chcą wystąpić przeciwko nam?
    - Skarbie, mówiłem już, nic nie jest przesądzone. Wszyscy odczuwamy niepokój, ale nie chcemy wojny. Pamiętamy, jak skończyła się ostatnia. Wciąż mam w pamięci te ciała, krew, która zabarwiła ziemię na czerwono... - Westchnął, przełamując ciastko na pół. - Nie przejmuj się tym, kochanie. Bóg cię kocha. Jego też, choć to trudna miłość.
    Te słowa były ostatnim, czego mogłam się spodziewać. Oczywiście wierzyłam w Boga i jego dobroć, jednak według jego praw nie powinnam istnieć. Ani jako nimfa, ani jako nefilim. To nie do Boga się modliłam, nie w Nim pokładałam nadzieje. To, co Rafael powiedział o Dorianie, zdumiało mnie jeszcze bardziej i zalało moje serce ciepłem. I niepewnością.
    - Naprawdę tak myślisz? - zapytałam, czując łzy wzbierające mi pod powiekami.
    - Oczywiście. Nie mam co do tego wątpliwości. - Objął mnie, a ja z chęcią wtuliłam się w jego ramiona. - A teraz powiedz mi, skarbie, jak twój małżonek sprawdza się w nowej roli?
    Uśmiechnęłam się, wycierając łzy i wzięłam ciastko, które podsunął mi wuj. Było ciepłe, posypane cukrem i wciąż pachniało masłem.
    - Bardzo się stara. Nie może być przy mnie cały czas, ale gdy tylko jesteśmy razem, ciągle mnie rozpieszcza. Nawet sobie nie wyobrażałam, że może być aż tak czuły i opiekuńczy. W żaden sposób na mnie nie naciska, liczy się z moim zdaniem. Nawet, gdy jego jest odmienne.
    Skinął głową, najwyraźniej zadowolony z mojej odpowiedzi. Mimo to w jego oczach widziałam coś, czego mi nie mówił. Gdy o to zapytałam, po prostu dał mi kolejne ciastko. Wzięłam je z westchnieniem.
    Zamiast mówić, Rafael pytał. Był bardzo zainteresowany naszym małżeństwem, naszymi planami, tym, jak sobie radzimy. Jednocześnie dawał mi jasno odczuć, że bardzo chciałby, by nam się udało. Wierzył w nas. Miałam tylko nadzieję, że inni również uwierzą. W nas i w samego Doriana. Tak jak ja w niego wierzyłam.
    - No więc, skarbie, kiedy w końcu wpadniesz z wizytą do swojego starego ojca? Jestem pewien, że umiera z tęsknoty do ukochanej córeczki.
    Nad tym też musiałam popracować. To znaczy nie nad tęsknotą taty, lecz nad jego kontaktami z Dorianem. Obaj się nie znosili i nie próbowali nawet tego ukrywać. Doriana wciąż przepełniała zawiść, byłam pewna, że gdzieś głęboko nadal skrywał chęć zemsty. Oto największa wada mojego męża: nienawidził teścia. Nie zapomniałam jego słów, tam, w ogrodzie taty. Słów, które na zawsze mnie z nim związały. Jak mogłam pogodzić tych dwoje?
    - Nie wiem, może jutro? Dorian będzie mógł spędzić trochę czasu z Ezekielem, a ja odwiedzę rodzinę. Będziesz tam?
    - Jeśli mi się uda, bardzo chętnie. Dawno nie namawiałem twojego ojca na partyjkę szachów. Dasz wiarę, że woli pokera? Słowo daję, on w ogóle nie ma gustu!
    - Grywacie w pokera? - zdziwiłam się. Często widywałam ich nad szachami, ale karty były czymś nowym.
    - A jakże. Genevieve i Lex zawsze grali z nami. Ale twój ojciec za każdym razem wygrywał. Jeszcze go nie rozpracowałem, ale słowo daję, on oszukuje! - Wrzucił do ust kawałek ciastka. - Macie mleko? Z doświadczenia wiem, że najlepiej plotkuje się przy ciastkach i mleku.
    Skinęłam głową i wstałam. Zauważyłam czającą się przed altaną Wiercipiętkę i zaproponowałam jej ciastko, którego jeszcze nie zjadłam. Wyjrzała nieśmiało, węsząc w powietrzu. Zapach najwyraźniej wydał się jej kuszący, bo podeszła bliżej. Ostrożnie wzięła ode mnie ciastko, nie spuszczając z oczu Rafaela. Najwyraźniej hyosube nie były zbyt przyjaźnie nastawione wobec aniołów. Uśmiechnęłam się, kiedy mała, ociekająca wodą Wiercipiętka ze smakiem pałaszowała ciastko.
    - Masz dar, skarbie. - Podniosłam wzrok, napotykając spojrzenie Rafaela. - Nawet najbardziej dzika i niebezpieczna bestia mięknie, gdy ma do czynienia z tobą. - Uśmiechnął się. Nie musiał dodawać tego, o czym oboje pomyśleliśmy. Wciąż miałam szansę wpłynąć na Doriana. - Chodźmy już po to mleko.
    Przytaknęłam i oboje skierowaliśmy się do zamku. Nie odwracałam się, ale słyszałam, że Wiercipiętka, zasmakowawszy w ciastkach, podąża za nami.

    W zamku od razu skierowaliśmy się do kuchni. Początkowo pomyślałam, że tam usiądziemy, jadalnia wydawała mi się zbyt duża, jednak właśnie w niej znaleźliśmy Doriana, jedzącego spóźniony obiad. Rozpromieniłam się na jego widok. Wyglądało na to, że wszystko poszło dobrze. Zbliżyłam się i pocałowałam męża w policzek. W tym czasie Rafael zdążył poprosić o mleko i usiąść przy stole.
    - Jak poszło z Lucyferem, kochanie? - zapytałam, siadając naprzeciwko męża.
    - Był trochę problemowy, ale poradziłem sobie z nim. - Zerknął na Rafaela. - Widzę, że mamy gościa.
    - Gościa z ciastkami – sprostował wuj, mrugając do mojego męża. - Postanowiłem sprawdzić, jak wam się wiedzie.
    - Jak widać, wszystko u nas dobrze – odparł Dorian, kończąc jeść zawartość talerza.
    - Pewnie tak. - Rafael podsunął nam ciastka. W tej samej chwili jedna ze służek przyniosła dzbanki wypełnione mlekiem i kakao. Zawsze miałam słabość do słodyczy, więc wybrałam to drugie. - Zatem jesteś szczęśliwy?
    Mój mąż zerknął na archanioła podejrzliwie i wzruszył ramionami.
    - Oczywiście, że tak. Skąd takie pytanie?
    - Czy to aż tak dziwne pytanie wśród rodziny?
    - Wujek po prostu się o nas troszczy – wyjaśniłam Dorianowi. - I martwi się.
    - Hmm. - Dorian dopił sok i zerknął ponownie na Rafaela. - W takim razie możesz być spokojny o nasze szczęście.  - Sięgnął przez stół i wziął mnie za rękę. Uśmiechnęłam się i lekko ścisnęłam jego dłoń.
    Rafael przez chwilę przyglądał się nam w milczeniu. W końcu postanowił zmienić temat:
    - Słyszałem o waszym nowym lokatorze.
    - Wieści szybko się rozchodzą. - Dorian wbił uważne spojrzenie w Rafaela.
    - A żebyś wiedział. Moi bracia się niepokoją.
    Patrzyłam na przemian na nich obu, czując dreszcz niepewności.
    - A co dokładnie ich niepokoi? - zapytał spokojnie mój mąż. Pogładziłam kciukiem wnętrze jego dłoni.
    - Znają jego reputację i boją się, że ludzie ucierpią. Poza tym, sądzą, że nie masz zamiaru się zmienić.
    Poczułam kolejny dreszcz, słysząc te słowa. Wiedziałam, że Rafael wolałby pomówić z Dorianem w cztery oczy, że chce nam pomóc. Jednak bałam się, że jeśli wyjdę, mój mąż po prostu palnie coś głupiego. Nie reagował dobrze, gdy ktoś zwracał mu uwagę.
    - W takim razie są przewrażliwieni. Nie planujemy z Ezekielem masowych mordów na ludziach, zapewniam cię.
    - A nie masowe? - Rafael nagle przybrał tak poważną minę, że nie przypominał tej wesołej, pogodnej osoby, którą znałam od kilku miesięcy. Dopiero teraz dotarło do mnie jak jest stary i że dowodzi milionami aniołów. Zaraz jednak podsunął nam ciastka, a sobie nalał szklankę mleka. - No jedzcie, ciepłe są najlepsze.
    - Nie zamierzamy prowokować aniołów do wojny, Rafaelu – powiedział powoli Dorian, nie zwracając uwagi na ciastka. - Nie wiem jak wy, ale my nie chcemy powtórki z przeszłości.
    - Nikt jej nie chce, drogie dzieci – uspokoił nas Rafael. - Nie życzymy wam źle. Cóż,  Dorianie, masz prawo nie mieć o nas zbyt dobrego zdania, jednak zapewniam, że nie jesteśmy wrogami. Nie oceniamy was, ale musimy reagować na czyny. To one wtedy zmusiły nas do wojny. Moi bracia uznali, że mieli ku temu prawo. Ale wiedz, że jesteśmy sobie równi, ty i ja. I możemy być przyjaciółmi.
    Tak bardzo chciałam, by Dorian wykorzystał tę szansę.
    - Nie sądzę, by inne anioły były tak skore do przyjaźni jak ty – odparł Dorian, w końcu biorąc ciastko.
    - Są was bardzo niepewni, martwią się. Ale każdy może się zmienić. Okażą dobrą wolę, jeśli i wy to zrobicie. Poza tym, są ciekawi waszych planów.  - Uśmiechnął się ciepło. - Przyznam, że ja również.
    Wuj wybrał dobry moment na zmianę tematu. Jego słowa mogły dać Dorianowi do myślenia, jednak gdyby naciskał, wywołałby tylko złość. Spojrzałam na męża.
    - Mamy jakieś plany, kochanie?
    - Myślałem o podróżach. Chciałabyś zwiedzić trochę świata, moje pisklątko? - Zerknął na mnie z lekkim uśmiechem.
    - Wiesz, że tak. Oboje mamy duże zaległości w tej dziedzinie.
    Zawsze marzyłam o dalekich podróżach, chciałam poznawać obce kultury, zwiedzać cudowne miejsca i obcować z naturą. Wyobraziłam sobie nas dwoje na piaszczystej plaży otoczonej dziką roślinnością.
    - Podróże? Brzmi wspaniale! To takie romantyczne, idealne dla młodego małżeństwa. - Rafael zareagował takim entuzjazmem, jakby to on wybierał się na wycieczkę.
    - Mogłabyś zaplanować trasę, Sheilo – zaproponował mi Dorian. - Na początek zwiedzilibyśmy miejsca, które najbardziej chcesz zobaczyć.
    - Naprawdę? - Rozpromieniłam się, w myślach układając plan wycieczki. - Chciałabym wybrać się gdzieś na łono natury, gdzie moglibyśmy cieszyć się odrobiną prywatności.
    Obeszłam stół i usiadłam obok męża. Natychmiast objął mnie ramieniem, więc z radością się do niego przytuliłam. Zauważyłam, że Rafael spogląda na nas z uśmiechem.
    - Dobrze, niech tak będzie. - Dorian sięgnął po kolejne ciastko. Wyglądało na to, że bardzo mu smakują. Pomyślałam, że poproszę wujka o przepis. - Co tylko zechcesz, pisklątko.
    - A ty? - chciałam wiedzieć. - Gdzie wolałbyś się wybrać?
    Mój mąż nie zastanawiał się długo.
    - W miejsca, które kiedyś znałem.
    - Myślę, że to dobry pomyśl. - Ścisnęłam lekko jego dłoń.
    - Dzieci, jesteście pewni, że chcecie już teraz budzić wspomnienia? - zaniepokoił się Rafael. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie ma racji.
    - To wcale nie są odległe wspomnienia – zaoponował Dorian, a wtedy przestałam się wahać. Za bardzo mu zależało.
    - O tym mówię. Ta wycieczka mogłaby być rozdrapywaniem niezagojonych jeszcze ran – wyjaśnił cicho archanioł.
    Miał rację, wiedziałam o tym. Wiedziałam też, że musimy wybrać się w tę podróż, Dorian tego potrzebował. Przypuszczałam, że musiał odnaleźć coś, co nie zostało zdominowane przez ludzi. Nawet małe miejsce, do którego będzie mógł wracać. Miałam nadzieję, że jeśli znajdziemy takie miejsce, to trochę ostudzi jego niechęć do ludzi. I aniołów.
    Dorian wzruszył ramionami.
    - Twierdzisz, że powinienem omijać z daleka miejsca, które znałem?
    Rafael pokręcił głową.
    - Nie, w żadnym razie. Zastanawiam się tylko, czy nie jest za wcześnie. - Zerknął na mnie. - Chociaż może niepotrzebnie się martwię. Przecież będziecie razem.
    - W każdym razie trochę pozwiedzamy. - Ton Doriana był na tyle stanowczy, by dać do zrozumienia, że to koniec tematu. - Podobno teraz nazywa się to podróżą poślubną.
    - O tak – wuj podchwycił temat niemal natychmiast. - To bardzo modne. Młodzi ludzie wybierają się na wycieczki, zwiedzają ciekawe miejsca i spędzają czas sam na sam. Piękny pomysł, porzucenie wszystkiego na ten okres, by pielęgnować miłość. - Westchnął z rozmarzeniem.
    Ja również trochę się rozmarzyłam. Byłoby cudownie zaszyć się gdzieś z Dorianem i zapomnieć o całym świecie.
    Mój mąż spojrzał na mnie i posłał mi uśmiech.
    - A więc będziemy mieli swoją podróż poślubną, moje pisklątko.
    - Tylko ty i ja – zgodziłam się cicho.
    - Jakbyście nie mogli się zdecydować, chętnie coś podpowiem. Bywało się w wielu miejscach. - Rafael wypił mleko i zjadł ciastko. Spojrzał na mnie. - Kochanie, poczęstuj naszego przyjaciela, chyba się wstydzi. - Wskazał wyglądającą z holu Marudę. Nie miałam pojęcia, jak dostała się do zamku.
    Wstałam i podeszłam do niej, niosąc w ręku dwa ciastka. Tak, jak się domyśliłam, Wiercipiętka czekała w holu. A właściwie grzebała w donicy. Zawołałam ją i poczęstowałam obie. Wtedy usłyszałam głos dobiegający z jadalni i zrozumiałam, że Rafael chciał się mnie pozbyć.
    - Mam nadzieję, że twój przyjaciel również nie zamierza krzywdzić ludzi?
    - Ezekiel też nie chce wojny – odparł Dorian.
    Po cichu podeszłam do ściany i zaczęłam się przysłuchiwać.
    - A mimo to już są ofiary. Wiemy o tej wyspie. I o szpitalu. - Głos Rafaela był miękki, trochę smutny, ale nie słyszałam w nim oskarżenia.
    Przez chwilę było cicho.
    - Uspokoi cię, jeśli powiem, że nie mam zamiaru więcej ziać ogniem na wścibskich ludzi z kamerami? - odezwał się w końcu Dorian.
    - Uspokoi mnie, jeśli uwzględnisz też tych bez kamer.
    Dorian westchnął demonstracyjnie.
    - No dobrze, tych bez kamer też nie będę podpalał.
    Kolejne słowa wywołały mój uśmiech.
    - Dobry z ciebie chłopak, Dorianie. I cieszę się, że to powiedziałeś, bo zdążyłem już trochę pochwalić na górze twoją dobrą wolę. Nie zawiedziesz mnie, prawda?
    - Dobra to jest Sheila. Ja jestem po stronie mroku, pamiętasz? Ale nie, nie zamierzam prowokować wojny, więc możesz śmiało przekazać to pozostałym.
    - Sheila jest wspaniała. A ty ją wybrałeś, panie mroczny. To coś znaczy, prawda?
    Znaczy, pomyślałam. Musi znaczyć.
    - To znaczy, że mam dobry gust – padła odpowiedź.
    Tylko tyle. Cóż, nie powinnam była oczekiwać niczego innego. Podskoczyłam, kiedy ktoś położył mi dłoń na ramieniu i wbiłam zdumione spojrzenie w oczy V'lane'a.
    - Nieładnie podsłuchiwać, królewno – szepnął mi do ucha.
    - Nie podsłuchiwałam, ja tylko... - westchnęłam, widząc jego minę. - No dobra, podsłuchiwałam, ale tylko trochę. Skończyłeś już trening?
    Skinął głową i przyłożył ucho do ściany. A mnie to upominał!
    - Wasze wojska są w średniej formie, ale gdy z nimi skończę, będą mistrzami. - Zerknął na mnie. -  A co do naszej wycieczki...
    - Jutro? - podsunęłam. Przytaknął.
    - Jutro. Znajdę cię. A teraz do nich wracaj, bo zorientują się, że podsłuchujesz.
    Miał rację. Pożegnałam go uśmiechem i wróciłam do jadalni. Dorian zerknął na mnie znad kubka kakao.
    - Hyosube najedzone? - zapytał z uśmiechem.
    - Zasmakowały w ciastkach. - Usiadłam przy nim, a wtedy Rafael się podniósł.
    - Czas na mnie dzieci, obowiązki wzywają. Zajrzę, gdy będę miał jakieś nowiny.
    I już. Tyle. Po prostu zniknął. Westchnęłam i spojrzałam na męża.
    - Oni chyba rzadko wychodzą drzwiami – stwierdził.
    Roześmiałam się. Musiałam przyznać mu rację i choć wciąż byłam lekko zaniepokojona, czułam, że napięcie mnie opuszcza.
    - To ich ulubiona metoda, nie da się ukryć. - Podniosłam się i usiadłam na kolanach Doriana. - Czy teraz mam cię już dla siebie?
    - Tak, calutkiego. - Uśmiechnął się szeroko.
    Odpowiedziałam uśmiechem i pogłaskałam go po policzku. Wyczułam ślad zarostu, który jednak był zbyt mały, by być widoczny. Pocałowałam go czule, ciesząc się, że w końcu mamy chwilę dla siebie.
    - Co z tymi demonami, które wtargnęły na teren Lucyfera?
    - Nic wielkiego, demony z mojego kręgu wdały się w bójkę z tymi należącymi do Lucyfera, a że akurat były w jego części, narobiły tam sporo bałaganu. Więc zwrócił się do mnie. - Wzruszył ramionami. - Właściwie równie dobrze mógł to załatwić Varys, ale diabeł uważa się za kogoś lepszego od mojego zarządcy. - Prychnął.
    - Lucyfer w niczym nie jest lepszy od Varysa. Do pięt mu nie sięga – powiedziałam z pełnym przekonaniem.
    - Tu się z tobą zgodzę – odparł Dorian, całując mnie w szyję.
    Mruknęłam, kiedy jego usta przesunęły się na obojczyk.
    - Dobry mąż zawsze powinien zgadzać się z żoną – powiedziałam z rozbawieniem.
    - Uhm. A szczególnie odwrotnie – odparł, muskając ustami moją skórę.
    - Ależ ja się z tobą zgadzam. Oczywiście, jeśli masz rację. - Pocałowałam go krótko. - Rozsądnie, prawda?
    - Czyli zawsze. Świetnie. - Też mnie pocałował.
    - Masz o sobie zbyt wysokie mniemanie – skarciłam go.
    - Kto? Ja? Wcale nie. - Znów mnie pocałował. Wydawał się rozbawiony naszą wymianą zdań.
    - Troszeczkę. - Dotknęłam jego policzka. - Ale to nic. I tak cię kocham. - Dotknęłam czołem jego czoła.
    Uśmiechnął się i pogłaskał mnie po policzku, wpatrując się we mnie. Nie liczyłam, że odpowie mi tym samym, wiedziałam, że tego nie zrobi, ale miałam nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź. Kiedy chwila milczenia zaczęła się przedłużać, wyprostowałam się.
    - Chcesz spędzić resztę dnia w jakiś konkretny sposób?
    - Masz jakiś pomysł, moje pisklątko?
    Pokręciłam głową. Chciałam tylko spędzić trochę czasu z mężczyzną, którego kocham. Przytuliłam się do niego i milczałam.
    - Może spacer po ogrodzie? Poza tym, nie obejrzałem jeszcze dobrze naszego prezentu od Genie. Kelpie, tak?
    - Tak, są piękne. Możemy tam pójść. - Uśmiechnęłam się i wstałam, nie puszczając jego dłoni.
    Również wstał i ruszyliśmy w stronę ogrodu. Gdy doszliśmy do wyjścia z zamku, Dorian zatrzymał się nagle i wyciągnął rękę, w której zmaterializował się niewielki bukiet lilii.
    - Pasują do ciebie, moja śliczna żono – powiedział, podając mi je. - Szczególnie, gdy się uśmiechasz.
    Były piękne. Być może najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Fakt, że Dorian postanowił dać mi je bez powodu, jeszcze dodawał im urody. Przyjęłam kwiaty, dziękując za nie długim pocałunkiem. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy za moimi plecami rozległ się dźwięk tłoczonego szkła. Oboje spojrzeliśmy na Wiercipiętkę, która otrząsała się po zderzeniu z wazonem. Zaśmiałam się cicho.
    - Czyżby wróciła po dokładkę z ciastek archanioła? - Dorian spojrzał na zwierzątko z rozbawieniem.
    - Założę się, że gdy wrócimy, tych ciastek już nie będzie. - Pocałowałam go w policzek. Włożyłam lilie do wazonu stojącego na parapecie i wzięłam Doriana pod ramię. - Chodźmy, Wiercipiętka da sobie radę.
    - Na pewno. - Wyszliśmy i skierowaliśmy się do ogrodu.
    Szliśmy powoli i Wiercipiętka bez trudu nas dogoniła. Zza zarośli wypadły dwa kolejne stworki, Urwis i Psotnik najwyraźniej postanowili zorganizować wyścigi. Obejrzałam się; Maruda siedziała na ganku i sprawiała wrażenie śmiertelnie obrażonej. Uśmiechnęłam się, splatając palce z palcami Doriana.
    - Dziękuję, że byłeś miły dla Rafaela.
    Zerknął na mnie zaskoczony.
    - No cóż, w końcu to twój wujek...
    - I lubi cię. - Uśmiechnęłam się ciepło.
    - Na to wygląda.
    - Dobrze wiedzieć, że chociaż jeden członek mojej rodziny zgadza się z wyborem, który podjęłam. - Przytuliłam się do Doriana i pozwoliłam, by poprowadził mnie alejką.
    Zmierzaliśmy w stronę jeziora niespiesznym krokiem. Porzuciliśmy poważne tematy, na chwilę zapominając o aniołach, wypadkach, szpitalach, a nawet Piekle. Liczyliśmy się tylko my dwoje, nasze splecione dłonie i pocałunki, które wymienialiśmy co kilka kroków. Nim dotarliśmy do jeziora, obeszliśmy połowę ogrodu, zaskoczyło mnie, że był tak duży. Wiele razy przechadzałam się tymi dróżkami, wylegiwałam na trawie i biegałam do jeziora, jednak ten spacer okazał się naprawdę długi i przyjemny. W końcu usiedliśmy nad jeziorem. Dorian przyciągnął mnie do siebie, bym oparła się plecami o jego pierś. Objął mnie ramionami i wsparł brodę na mojej głowie. Wtedy nie potrzebowaliśmy już słów, po prostu rozkoszowaliśmy się pięknym dniem i wzajemną bliskością. Kelpie przechadzały się po drugiej stronie jeziora, zerkając w naszą stronę. Myślę, że podeszłyby, gdyby nie obecność obcego dla nich Doriana. Mimo to wydawały się nami zainteresowane, co dało mi nadzieję, że już wkrótce uda się z nimi zaprzyjaźnić.
    - Powinniśmy nadać im imiona – odezwałam się, patrząc jak jedno ze stworzeń wchodzi do wody.
    - Jak powinny się nazywać twoim zdaniem? - Usta Doriana musnęły moje włosy. Jedną dłonią obejmował mnie w pasie, drugą gładził moje nagie udo.
    - Jeszcze nie wiem. Może same mi coś podsuną. Są takie dzikie, piękne i majestatyczne...
    - W takim razie wiem, co będzie idealnie pasowało – odparł tajemniczo.
    Spróbowałam wygiąć się w jego ramionach, by na niego spojrzeć. Nie udało mi się.
    - Co takiego? -  chciałam wiedzieć.
    - Majestat i Eminencja – wyjawił poważnym tonem, a ja parsknęłam śmiechem.
    Ostatecznie zdecydowaliśmy nazwać kelpie tak, jak zaproponował Dorian. Cieszyłam się, że dozwolił, by poczucie humoru doszło do głosu, poza tym te imiona w zabawny sposób kontrastowały z tym, jak nazwałam hyosube. Majestat i Eminencja najwyraźniej też były zadowolone, więc wszystko ustalone.
    Kiedy zaczął zbliżać się wieczór, mój mąż udowodnił mi, że kwiaty nie są jedynym przejawem romantyzmu z jego strony. Kolację mieliśmy zjeść w wyjątkowej restauracji.

11 komentarzy:

  1. Pięknie dziękuję.Podoba mi się ta sielanka między nimi i to,że chociaż Dorian nic nie mówi,to na każdym kroku daje jej dowody swojej miłości.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jakie dowody miłości masz na myśli?

      Usuń
  2. A Dorian nie spali kelnera i kucharza jak oni przypalą mu posiłek? :P
    Dużo wydarzeń, ale rozmowa z Rafaelem jak zawsze ciekawa i ja chcę tych ciastek ;)
    Może naprawdę drobnymi kroczkami kiedyś Dorian się nie zmieni. Ale ciężko mi w to uwierzyć, znając jego myśli i wiedząc, że on robi to czego oczekuje żona. W odgadywaniu jej intencji jest dobry :)

    Wam również życzę wesołych, rodzinnych i ciepłych świąt :) I szczęśliwego Nowego Roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorian sam stworzył swoją służbę, więc na pewno mu nie przypalą posiłku^^
      Tak, Rafaelowe ciasteczka są najlepsze:D
      Zobaczymy;p
      Dziękujemy bardzo, wzajemnie:*

      Usuń
  3. dziekuje , Raphael pojawił sie na wizytacje , Sheila wydaje się szczęsliwa i juz mu wybaczyła te wyspe , ale czy aniołowie napewno dadza im spokój, teraz jest ich dwóch i moga narobic wiele szkód:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rafael:) Raphael też będzie^^
      To właśnie niepokoi anioły;p

      Usuń
  4. Coś ostatnio zmienił się czas oczekiwania na kolejne rozdziały. :P
    Rafael przekupujący Doriana ciastkami - urocze. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprzedni był krótszy, dlatego dałyśmy za tydzień;)

      Usuń
    2. Czyli mogę spokojnie zaglądać tutaj co 2 tygodnie, czy lepiej zapisać się do powiadomień?^^

      Usuń
    3. Rozdziały w dalszym ciągu będą ukazywać się co dwa tygodnie, była mała zmiana z racji świąt, ale nigdy nie zmieniamy nic bez zapowiedzi. Nad treścią rozdziałów są informacje, zawsze i tam też umieszczamy planowany czas publikacji kolejnego rozdziału. Także zerkając tam, nikt nie potrzebuje powiadomień. Ale oczywiście jeśli takowe chcesz, to nie ma problemu.:)

      Usuń
    4. Myślisz, że po dwóch tygodniach czekania zerkam w ogóle na informację nad rozdziałem?^^ Zabieram się od razu za czytanie i ewentualnie jeszcze czasem później tam zajrzę.xD

      Usuń