Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

02.07.2016

Rozdział XV. Część 2

***Ezekiel***

    Wdrapałem się na wzgórze, blisko miejsca, w którym po raz ostatni go widziałem i rozejrzałem się po zgliszczach.
    - Tutaj – usłyszałem w końcu jego głos. Podnosił się właśnie obok ruin jakiegoś domu, jedną ręką podparł się o drzewo, a drugą trzymał za brzuch. Miał na sobie tylko spodnie i rozpiętą koszulę. Palce miał całe we krwi. Wpatrywał się w miejsce przed sobą, a kiedy podniósł wzrok, wydawał się oszołomiony. - Też tak oberwałeś? - zapytał.
    - Mam poharatany bok i ramię. W dodatku nadal tkwi we mnie trochę tego żelastwa. - Zszedłem ze zbocza i dołączyłem do niego, uważnie obserwując jego stan. - Jak głęboko oberwałeś? - Zdjąłem koszulę i zwinąłem ją, dociskając do brzucha przyjaciela. Ostrożnie oderwałem jego dłoń od rany i położyłem na zwiniętym materiale.
    - Trafiło mnie w brzuch, ale raczej przeżyję – mruknął. - Powinniśmy wracać do zamku. - Zerknął na mnie. - Dobrze, że nie trafili nas w skrzydła albo w głowę, te rakiety miały duży rozrzut...
    - Prawdę mówiąc, gdy cię trafili, myślałem, że naderwało ci skrzydło. - Westchnąłem. - No dobra, zbierajmy się. - Wsunąłem się pod jego ramię, wiedziałem, że sam nie przyzna, że potrzebuje pomocy, ale widziałem też, jak słania się na nogach. Przeniosłem nas do jego zamku, nie czekając na protesty.
    - Sam bym to zrobił, też jesteś ranny – mruknął, rozejrzał się i osunął na fotel w salonie. W tym momencie w drzwiach stanęła Sheila. Jeszcze nigdy nie widziałem tak wielkiego przerażenia w niczyich oczach, choć było to częste uczucie moich ofiar. Nimfa dobiegła do nas w kilku susach i ujęła w drżące dłonie twarz Doriana.
    - Na boginkę, co się stało? Kto ci to zrobił? - dopytywała, od razu też wezwała pomoc. Zaległem na kanapie i sięgnąłem po karafkę stojącą na stoliku.
    - Zaatakowali nas z powietrza – odezwał się Dorian. - Strzelali rakietami, którym nie dało się uciec i innymi pociskami. A my tylko tamtędy przelatywaliśmy! Nawet nie wysłali ostrzeżenia! - W jego głosie słychać było gniew. - Zleciały się wokół nas i zaatakowały, przez jakiś czas unikaliśmy pocisków, ale w końcu w nas trafili. - Wypuścił powietrze i oparł się w fotelu. - Nic innego nie mogliśmy zrobić. Broniliśmy się.
    - Już dobrze, jesteś bezpieczny, obaj jesteście. - Pocałowała go w czoło i ostrożnie odchyliła jego palce zaciśnięte na mojej koszuli. - O boginko... V'lane! Przynieś mi pył! - Zerknęła na mnie i znów pochyliła się nad Dorianem.
    Po chwili w salonie pojawił się rzeczony demon, a Leanne i Genevieve wpadły drzwiami. Pierwsza z naręczem bandaży i słoiczków, druga blada jak kartka papieru. Sheila dosypała trochę pyłu do szklanki z wodą, podczas gdy druga nimfa nakładała maść na opatrunki, dopytując, co się stało. Genevieve pochyliła się nade mną.
    - Pokaż mi ten bok, opatrzę go, a ty wyjaśnisz, w co wpakowaliście się tym razem – zarządziła.
    - To musiał być zaplanowany atak – odpowiedział zamiast mnie Dorian. - Samoloty z rakietami, bez zbędnych pasażerów, strzelali bez przerwy. Urządzili sobie polowanie na smoki, cholerni ludzie! - warknął i zacisnął zęby, gdy żona przemywała mu ranę.
    - Dość szybko was namierzyli. Nie byliście zbyt ostrożni, co? Ilu ich zabiliście?
    - Nie kontrolowaliśmy tego, Vi – sprostowałem. Miałem ochotę odtrącić jej dłoń, ale prawda wyglądała tak, że jej dłonie o wiele sprawniej wydobędą resztki pocisków, niż zrobiłbym to ja.
    - Trzeba zatrzeć jakieś ślady?
    Uniosłem głowę, gdy do pomieszczenia wszedł demon z bliznami. Varys.
    - Nie sądzę, żeby można było cokolwiek zatrzeć. Wpadliśmy w Furię. - Dorian zerknął na żonę. - Pamiętasz, mówiłem ci o Smoczej Furii.
    Skinęła głową i podsunęła mu szklankę, wypił wszystko bez sprzeciwu.
    - Jak bardzo jest źle? - zapytała.
    - Samoloty spadły na jakąś wioskę, więc chyba bardzo – odparł ponuro. Zerknął na szklankę, sięgnął po karafkę i nalał sobie do połowy.
    Sheila zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Leanne odsunęła ją delikatnie i nałożyła opatrunek na oczyszczoną już ranę. W tym samym czasie Vi wyjęła ostatni odłamek metalu z mojego ciała. Polała ranę środkiem dezynfekującym, zapiekło jak wszyscy diabli.
    - Nie mogliście po prostu przenieść się gdzieś indziej? - zapytała cicho Sheila. Drżała ledwie zauważalnie, a jednak ktoś poza mną to dostrzegł. Varys oparł dłoń na jej ramieniu.
    Teraz tylko V'lane trzymał się na dystans, obserwując wszystko, oparłszy się o wysoki kominek.
    - Jako smoki nie posiadamy całej magii, nie możemy się przenosić – wyjaśnił Dorian. - Możemy tylko korzystać ze smoczych właściwości jak zianie ogniem, lodem, zamrażanie, żar, mgła, ale nie przenoszenie.
    - I wpadliście w tę Furię... i zabiliście ich – podsumowała, siadając na oparciu jego fotela. Dłońmi zaczęła badać jego ciało, sprawdzając, czy ma jeszcze inne rany lub siniaki, którymi powinna się zająć.
    Obserwowałem ją, podziwiając czułość, z jaką obchodziła się z najmniejszym choćby zaczerwienieniem. Zatem to był ten sekret, powód, dla którego Dorian stracił dla niej rozum. Nasz lud nie dbał o siebie nawzajem w takiej mierze. Bronił swoich krewnych i zajmował się nimi w potrzebie, ale nikt nie wkładał w to tyle serca. Opatrywaliśmy rany, ale nie dbaliśmy o ból. Sheila sprawiała wrażenie, jakby cierpienie Doriana było jej cierpieniem i to zwielokrotnionym. Jakby to on stanowił cały jej świat.
    - Tak, kiedy w nas trafili. - Dorian spojrzał na żonę. - Nie chcieli nas wystraszyć, ani schwytać. Strzelali, by zabić.
    - Żyjesz. - Dotknęła jego policzka. Jej dłoń znów lekko zadrżała, sygnalizując, jak silne emocje nią targają. - Masz jeszcze jakieś rany? Coś cię boli?
    - Dlaczego ty nie pytasz, czy mnie nic nie boli? - zagadnąłem Vi. Spojrzała na mnie z politowaniem i najwyraźniej to była jej odpowiedź.
    - Boli cię? - usłyszałem melodyjny głos leśnej panny, która podała mi szklankę wody zmieszanej z pyłem. Upiłem łyk, zdumiony, jak słodki okazał się napój. Leanne patrzyła na mnie z niepokojem i uświadomiłem sobie, że naprawdę czeka na odpowiedź. Uśmiechnąłem się.
    - Bywało gorzej.
    - Już wszystko w porządku, skarbie. - Dorian ujął dłoń swojej nimfy i przysunął do ust. - Nic mi nie będzie, dziękuję za troskę. Chyba powinniśmy raczej martwić się aniołami. Wątpię, czy uwierzą, że tym razem to naprawdę była obrona własna...
    - Ale przecież była! Nie mogą was winić, że nie daliście się zabić! - zaprotestowała.
    - Było wiele ofiar, a fakt, że Furia przejęła nad nami kontrolę, nie będzie dla nich wytłumaczeniem – wyjaśniłem. - To tylko kwestia czasu, kiedy zaatakują.
    - Nie mogą tak po prostu nas zaatakować!
    - Może lepiej będzie, jeśli sprawdzę bariery – zaproponował Varys.
    - I broń – podsunął mu V'lane.
    - Broń tak, ale bariery należy wzmocnić, nie są przeszkodą dla aniołów – stwierdził Dorian. - Rafael wchodził tutaj bez problemu, więc pozostali też mogą wejść. - Zerknął na mnie. - Myślisz, że tak po prostu nas zaatakują, że czekali tylko, byśmy dali im pretekst?
    - Czekali na pretekst, odkąd mnie obudziłeś. Nie mamy jeszcze wojny tylko dlatego, że jeden z nich kocha tę małą. - Wskazałem palcem Sheilę, a ona uroczo się obruszyła. Leanne natomiast wydawała się zdezorientowana i przerażona jednocześnie. - Mogę nałożyć kolejne bariery, ale nie wiem, czy to coś da – dodałem, gdy podwładni Doriana odeszli wypełnić swoje obowiązki.
    - Myślisz, że Rafael mógłby pomóc? - Mój przyjaciel zwrócił się do żony. - Mógłbym nawet sam z nim porozmawiać. Jeśli będzie widział, że nie kłamię, na pewno nie zgodzi się na wojnę.
    - Nie jestem pewna, nie tylko on podejmuje tam decyzje. Ale mogę poprosić go, by nas odwiedził. Spróbuję do niego zadzwonić. A tymczasem wy dwaj powinniście coś zjeść.
    Nie miałem nic przeciwko porządnemu posiłkowi, tym bardziej, że mój organizm rozpoczął proces gojenia i potrzebował energii.
    - Pójdę powiedzieć kucharce – zaoferowała Leanne, otrzepując sukienkę ze skrawków bandaży i ruszyła w stronę kuchni.
    - Przejdźmy do jadalni – zaproponował Dorian, wstając z fotela. Po nim też już widać było znaczną poprawę. - Za chwilę nam coś przyniosą.
    Podniosłem się z teatralnym jękiem, ale na to Genevieve również nie dała się nabrać. Zamiast jej uwagi przyciągnąłem zatroskane spojrzenie Sheili.
    - Po prostu jestem głodny – mruknąłem wymijająco i podążyłem za panem tego zamku.
    Zajęliśmy miejsca przy stole, a służba w parę minut przyniosła gotowe dania.
    - Zadzwonię do Azza i streszczę mu sytuację. Skoro jesteśmy zagrożeni wojną, powinien o tym wiedzieć. - Genevieve wyjęła telefon i zatrzymała się w drzwiach. Zerknęła na Sheilę. - Miej ich na oku.
    Spojrzałem w stronę Doriana. Najwyraźniej groźba wojny, bolesna rana i cała ta sytuacja nie zaszkodziła jego smoczemu apetytowi. Szybko poradził sobie z ogromną porcją mięsa i sięgnął po kolejne danie. Ja sam również nie zostawałem w tyle, opróżniłem swój talerz i rozejrzałem się za dokładką. Sheila jadła niewiele, wciąż wydawała się zmartwiona. W tle słyszałem przyciszony głos Vi.
    Spojrzałem na Leanne, która właśnie stanęła w drzwiach i zachęciłem ją gestem, by usiadła z nami. Zrobiła krok i nagle dom zatrząsł się w fasadach.
    Dorian zerwał się, zrzucając talerz na podłogę, który rozbił się na drobne kawałki. Przyjaciel nie zwrócił na to uwagi.
    - Bariery! - zawołał. - Ktoś się przez nie przebił. Anioły. Za moment tutaj będą. Zamek! Musimy ochronić zamek! - Spojrzał na mnie.
    Westchnąłem i odłożyłem widelec, naprawdę miałem ochotę na następne danie.
    - Wy dwie zejdźcie do lochów, tam teraz będzie najbezpieczniej – zwróciłem się do obu nimf. - A my...
    - Moje drzewo! - Chwyciłem Leanne, nim dopadła do drzwi.
    - Teraz lochy, potem drzewo. Nic mu nie będzie.
    Sheila objęła przyjaciółkę, lecz nie ruszyły się o krok. Spojrzałem na Doriana.
    - Możemy spróbować ich odciągnąć, ale nie wiem, czy to coś da. Musimy powstrzymać ich przed dostaniem się do środka. Nie wiem, czy chcesz zostawić kogoś z nimfami.
    - V'lane, sprowadź wszystkich wojowników. - Dorian zwrócił się do dowódcy straży, potem spojrzał na Sheilę i Leanne. - Zostańcie tutaj, będziecie na razie bezpieczne. Varysie, jeśli jakikolwiek anioł dostanie się do środka, zabierz je stąd. Musimy utworzyć barierę wokół zamku, taką, której tak szybko nie przebiją. - Spojrzał w moją stronę. - To da nam czas na wymyślenie, jak ich odciągnąć. A gdzie jest Genie?
    - Tu. - Vi stanęła w drzwiach i rzuciła bratu miecz. Kolejny poleciał w moją stronę, złapałem go bez problemu.
    - Ja... chyba mogę pomóc – wtrąciła cicho Leanne. - Osłonić zamek.
    - Wszystko się przyda – mruknąłem, gdy V'lane rozpłynął się w powietrzu. Nie byłem przygotowany na tak wczesny wybuch wojny.
    - W jaki sposób możesz pomóc? - Dorian spojrzał na nimfę leśną.
    - Drzewa. Mogę sprawić, że osłonią zamek.
    - Zrób to, Leanne – zadecydował Dorian.
    - Ona musi mieć kontakt z ziemią, żeby to zrobić – wtrąciła Sheila. - Pójdę z nią.
    - Więc musisz wyjść przed zamek? Jak długo ci to zajmie? - Dorian pokręcił głową. - Anioły będą tu lada moment.
    - Niedługo. I chyba lepiej, bym już zaczęła.
    - Wyjdziemy razem – postanowiłem. - Trzeba wzmocnić bariery wokół zamku.
    Dorian bez dalszych namysłów przeniósł nas wszystkich przed zamek.
    - Masz jakieś dwie minuty – powiedział do Leanne. - Potem wracacie do środka. My postaramy się wzmocnić barierę wspólnymi mocami. Genie, dołączysz do nas? - zwrócił się do siostry.
    - Nie zadawaj głupich pytań – obruszyła się. - Żaden anioł nie skrzywdzi mojego brata. Chyba nie sądziłeś, że nie stanę u twego boku?
    Tymczasem Leanne kucnęła i położyła dłoń na ziemi. Przez chwilę poczułem jej magię, prostą i delikatną, ale jednocześnie silną, w inny, obcy mi sposób. Uśmiechnęła się, jakby ktoś odpowiedział na jej zew. Wtedy ziemia zadrżała, a spomiędzy traw zaczęły wyłaniać się pędy, które rosły w niewyobrażalnym tempie. Pięły się wysoko ku niebu, otaczając zamek z każdej strony. Grube, brązowe gałęzie rozchylały się, splatając ze sobą, nad zamkiem zamknęły się niczym kopuła.
    Gwizdnąłem przez zęby.
    - Nieźle. A teraz obie się stąd zbierajcie.
    Uniosłem dłonie, za linią drzew zaczęła unosić się mroźna mgła, cienka tafla lodu uniosła się wysoko, tworząc kolejną kopułę nad zamkiem.
    - Wasza kolej – skinąłem na Doriana i Vi, utrzymując lodową barierę, nim nasze moce się połączą. - Nimfy, zjeżdżać stąd.
    Dorian i Genevieve złączyli dłonie i zadziałali jednocześnie. Spirale ognia oplotły lód, a gdy zajęły całą jego powierzchnię, obie formy rozpłynęły się we mgle. Bariery zostały postawione.
    - Dorian... nie chcę cię zostawiać. - Głos Sheili przerwał ciszę, która zapadła podczas tworzenia barier. Wciąż tu była, choć powinna siedzieć już w środku razem z Leanne, która tęsknie patrzyła w stronę lasu.
    - Skarbie, jeśli tutaj zostaniesz, zamiast na walce, będę musiał skupić się na bronieniu ciebie. Idźcie z Leanne do środka. - Objął ją i przytulił do siebie, potem puścił i zerknął na horyzont, który nagle zabielił się od skrzydlatych. - Szybko.
    - Nie mogę cię stracić – szepnęła przez łzy. Przewróciłem oczami i przygotowałem miecz. Varys chwycił obie nimfy za ramiona i pociągnął w stronę zamku.
    - Nie stracisz – zapewnił mój przyjaciel, zanim weszły do środka i również sięgnął po miecz. Aniołów przybywało, zbliżali się do nas w szybkim tempie. - Chyba powinno nam pochlebić, że wysłali przeciwko nam tak liczną armię – mruknął.
    - Zawsze chciałem, by ktoś odpowiednio mnie docenił. Jak długo musimy czekać na twoje wojska?
    - Za chwilę powinni tu być, V'lane wie, że liczy się każda sekunda.
    - O ile armia jest zdyscyplinowana – mruknąłem. Genevieve uniosła łuk i naciągnęła cięciwę. - Mogę kupić nam trochę czasu, ale to niedopracowana sztuczka.
    - Spróbuj – zgodził się Dorian. - Nie spodziewam się, że moja armia jest wyszkolona na wojnę, ale innej niestety nie mam.
    - I co zrobisz, Zeke? Olśnisz ich nagą klatą? - Vi uniosła brwi, a ja zdałem sobie sprawę, że w całym tym zamieszaniu zapomniałem o koszuli. Szybko naprawiłem ten błąd, a Dorian bez słowa poszedł w moje ślady.
    - Chciałem zapewnić ci jakiś miły widok przed walką – odpowiedziałem, posyłając jej czarujący uśmiech.
    Wykonałem teatralny gest dłonią, przywołując lodową magię. Na mój rozkaz we mgle zaczął gromadzić się lód, przybierając postać rosłych wojowników. Każdy z nich dzierżył miecz lub włócznię. Odkryłem w sobie tę zdolność po przebudzeniu, jednak wciąż nie umiałem sprawić, by wojownicy sami się naprawiali.
    - Nieźle, na długo ich zatrzymają? - zapytał Dorian. Zanim zdążyłem odpowiedzieć, pojawił się V'lane, a wraz z nim demony, wojownicy z Piekła Doriana.
    - Widzę, że w samą porę – mruknął nowo przybyły. I wtedy się zaczęło; Genevieve wypuściła pierwszą strzałę.
    Przenieśliśmy się przed barierę. Strzała Vi trafiła jednego z aniołów, pozostałe obniżyły lot i uniosły tarcze. V'lane dowodził demonami, ustawił ich w szeregach i wydawał rozkazy.
    Nie do końca byłem przekonany co do tego, że armią Doriana dowodził ktoś inny, jednak nie miałem czasu z nim o tym dyskutować. Wydałem lodowym wojownikom znak do wymarszu. Ruszyłem do ataku.
    Anioły rzuciły się w naszą stronę, wyraźnie starając się nas otoczyć. Dorian zatrzymał się kawałek dalej, rozpoczynając walkę, Genevieve walczyła u jego boku. Łuk wymieniła na dwa krótkie miecze, którymi operowała z wprawą, jakiej bym się po niej nie spodziewał. Obróciłem się i starłem z jednym z anielskich wojowników. Zablokowałem cios i użyłem siły tego ataku, by odepchnąć napastnika. Mój miecz zderzył się z orężem drugiego anioła. Parowałem ciosy, jednak walcząc z dwoma, a po chwili trzema przeciwnikami, nie miałem wielu okazji do kontrataku.
    Szybko oszacowałem nasze szanse, moje twory tak naprawdę tylko odwracały uwagę, wiedziałem, że nie wytrzymają długo. Demonom brakowało odpowiedniego przeszkolenia i tylko instrukcje wykrzykiwane przez V'lane'a pomagały im przetrwać. Sam V'lane stanowił niecodzienny widok, jak na demona. Wydawał się stworzony do walki. Jednak nie był tak potężny jak anioły czy my. A nas było tylko troje. Bardzo mało wobec setek aniołów.
    Mogliśmy długo stawiać opór, ale wiedziałem, że nie zwyciężymy. Nie z armią, jaką mieliśmy. Dorian też o tym wiedział, ale jak na razie nie podjęliśmy decyzji wycofania się do zamku. Gdy już to zrobimy, pozostało nam liczyć na to, że bariery wytrzymają wystarczająco długo, byśmy mogli pomyśleć, co dalej. Mój przyjaciel z pewnością nie chciał opuszczać swojego domu, chyba że nie będzie innego wyjścia. Co do mnie zaś... ja potrzebowałem czegoś, co zagwarantuje mi wygraną. Walczyłem, ale chciałem tylko zyskać na czasie. Potrzebowałem prawdziwej armii. Tajnej broni. I widziałem dokładnie, czym owa broń ma być. Problemem było zlokalizowanie jej.
    Przeszyłem ciało anioła ostrzem, a kolejny przeciwnik wzbił się w powietrze. Posłałem za nim lodową strzałę.
    Mimo że zabijałem kolejne anioły, wydawało się, że wcale ich nie ubywało, wręcz przeciwnie. Gdzieś pośród latającego białego pierza mignęły mi jasne włosy Vi, za pozostałymi nie miałem czasu się rozglądać. Byliśmy w coraz gorszej sytuacji. Pchnąłem po ziemi falę lodu, ale większość aniołów umknęła w powietrze. Zacisnąłem zęby, miałem ochotę powyrywać im te skrzydła.
    Dorian i Genevieve nie mogli użyć swojej mocy ze względu na możliwość pożaru, a moja nie wystarczała. Robiło się coraz gorzej. Przeciwnik spychał nasze wojska z stronę drzewnej kopuły, co dawało nam jeszcze mniej swobody ruchu.
    Już miałem krzyknąć do Doriana, że powinniśmy się wycofać, kiedy spomiędzy leśnych drzew zaczęły przemykać cienie. Nie znałem tej magii. Krzyknąłem ostrzegawczo i wskazałem je Dorianowi.
    Spojrzał w tamtą stronę i momentalnie się ożywił.
    - Chyba mamy sojusznika! - zawołał do mnie. Uniosłem brwi.
    - Że co?
    Obejrzałem się na cienie, które zaatakowały anioły z porażającą wręcz siłą. Za nimi, z lasu wyszły dwie postaci. Dwóch wysokich mężczyzn, których rozpoznałem bez problemu. Azazeal i Legion. Nagle zrozumiałem, czym są te cienie. Za ich plecami pojawiały się kolejne postaci. Demony i... upadli.
    Nagle jakaś siła, z pewnością należąca do aniołów, pchnęła mnie na barierę, która rozprysnęła się w drobny mak.
    Spojrzałem w górę i zobaczyłem anioła o jasnobrązowych włosach, wyróżniał się wśród swoich poddanych. Archanioł Michał. Przez jedną krótką chwilę jego mina wyrażała oburzenie, najwyraźniej zdenerwował się na widok Azazeala i pozostałych upadłych. Potem jednak przybrał kamienny wyraz twarzy i poprowadził wojsko do ataku na nowo przybyłych.
    - Żadnych ckliwych pogawędek? Co za szkoda – mruknąłem i ruszyłem w stronę Doriana. Osłony padły, czas na grę zespołową.
    Po dołączeniu armii Azaeala szala zwycięstwa zdecydowanie przechyliła się na naszą stronę. Anioły powoli zaczęły się cofać, wciąż walcząc, ale ginęło ich coraz więcej. Nie żeby nie zginęło wiele demonów.
    - Teść rusza ci na ratunek, co? - zagadnąłem Doriana, stając do niego plecami. Zaatakowaliśmy jednocześnie.
    - Na to wygląda. Widzisz, a tak się oburzałeś na moje małżeństwo z Sheilą. - Wyciągnął zakrwawiony miecz i ciął nim następnego anioła.
    - Żonka jest całkiem słodka, ale teść prawie cię zabił przy ostatniej wojnie. - Zaatakowałem anioła, tym razem celując w te jego białe skrzydełka.
    - Może poczuł potrzebę rehabilitacji? - zasugerował Dorian. Widocznie humor mu się poprawił na widok sojuszniczej armii.
    - Co dalej? Wypijecie razem po kielichu?
    Odetchnąłem, widząc, że anioły się wycofują.
    - Jeśli będzie trzeba przypieczętować sojusz kielichem, to nie odrzucę takiej propozycji. Radziłbyś mi inaczej? - Zerknął na mnie, potem na Michała, który zatrzymał się w powietrzu. Wokół niego zlatywały się anioły, zaprzestając walki.
    - Nie. Potrzebujemy tej pomocy.
    - Właśnie.
    Dorian opuścił miecz, spoglądając w górę. Nikt już nie walczył, martwi pierzaści leżeli na ziemi, a żywi zebrali się wokół archanioła, który nie spuszczał z nas wzroku. Jeśli chciał zabić nas tym wzrokiem, ktoś musiał powiedzieć mu, że to nie działa.
    - Nie myślcie, że to koniec. Wrócimy, a wtedy ta ziemia spłynie krwią – oznajmił gromkim głosem. - Jednak nie musi tak być. Okażę wam swoją dobrą wolę i dam szansę tym, którzy nie zabijają. - Spojrzał w stronę zamku. - Nie wszyscy muszą umrzeć. - Ponownie odwrócił głowę w naszą stronę. - Jeśli się poddacie, pozwolimy innym żyć. Ich życie i śmierć spoczywa w waszych rękach.
    Naprawdę oczekiwał, że oddamy życie tak po prostu? Był głupszy, niż sądziłem.
    Dorian prychnął głośno, ściskając w dłoni miecz.
    - Będziemy na was czekać. Jeśli spróbujecie tu wrócić, zostanie z was tylko garstka piór. A w ramach dobrej woli nie wypchamy nimi poduszek.
    - Mów za siebie – mruknąłem.
    Wzrok Michała podążył w stronę zamku, odruchowo również tam spojrzałem. Sheila stała między konarami, ściskając zieleniące się gałęzie i przygryzała wargę. Za nią można było dostrzec sylwetkę Varysa.
    - Niech więc tak będzie – zgodził się Michał i dał gest do odwrotu. W tej samej chwili pędy zaczęły się rozplatać i cofać do ziemi.
    Odleciały. Wiedziałem, że wrócą, ale na tę chwilę zagrożenie minęło. Spojrzałem na Doriana. Stał jeszcze przez moment, przyglądając się odlatującemu wrogowi, po czym schował miecz i rozejrzał się wokoło. Tę właśnie chwilę wybrała sobie jego żona, by wybiec spomiędzy cofających się pędów i wpaść prosto w jego ramiona.
    Objął ją i przytulał przez chwilę. Ech, te czułości.
    - Już po wszystkim, skarbie – szepnął. Potem przeniósł wzrok na jej ojca. - Dostaliśmy wsparcie w samą porę. - Zerknął na Genevieve, stojącą obok Azazeala. Jej ubranie pokryte było krwią, jak nas wszystkich. - Genie, jesteś cała?
    - Kilka siniaków i zadrapań, to wszystko – odparła, opierając się o Azazeala. Objął ją ramieniem. - A wy?
    - Dopiero się rozkręcałem. - Wytarłem miecz o i tak brudną już koszulę. Moja garderoba nie miała dziś szczęścia.
    - Ze mną w porządku. - Dorian rozejrzał się ponownie. - Ale zdaje się, że anioły nieco zmniejszyły liczebność mojej armii...
    - Nie wszyscy stawili się na wezwanie – wtrącił V'lane. On również nie wyglądał najlepiej, co znacznie poprawiło mi humor.
    - Omówimy to w środku? - zaproponowała Sheila, wciąż tuląc się do Doriana. - Trzeba się wami zająć.
    - Najpierw bariery – wtrącił Azazeal. Gestem dłoni odesłał swoich żołnierzy; u jego boku pozostał tylko Legion.
    - Poprzednie pękły bez większego wysiłku – mruknął Dorian.
    - Jeśli stworzymy je obaj, nie pękną. - Upadły przyjrzał się posiadłości. - Dasz radę, chłopcze?
    - Oczywiście. - Wzruszył ramionami. - Skoro to powstrzyma anioły, to do dzieła.
    Westchnąłem i oparłem się o samotne drzewko. Nie mogłem tego przegapić.
    - Jak duża ma być bariera? - chciał wiedzieć upadły.
    - A jak dużą możemy utworzyć? Najlepiej, żeby otaczała cały teren, albo chociaż zamek, jeziorko, ogród i drzewo Leanne – odparł mój przyjaciel.
    - Które to drzewo?
    - Rośnie w tamtym lesie. - Dorian wskazał ręką. - Dąb. Ale objęty powinien zostać cały las, to drzewo nie może rosnąć samotnie.
    - Masz wymagania... Dobra, zaczynajmy. Mamy jeszcze parę spraw do omówienia.
    Mój przyjaciel skinął głową i stanął przodem do zamku, uwalniając moc. Przez chwilę obserwowałem grę świateł, jakie powstawały przy zetknięciu ich mocy. W końcu skinąłem na Vi i ruszyłem do zamku. Poszła za mną bez wahania.

    Upiłem łyk burbona, rozkoszując się miękkim fotelem w salonie Doriana. Stolik zastawiony był różnego rodzaju przekąskami, które przyniosła służba. Stuknąłem się szklanką z Vi i dopiłem resztę trunku.
    Dorian zajmował kanapę, cały czas obejmował siedzącą przy nim, roztrzęsioną Sheilę. Tłumaczył właśnie Azazealowi nasze położenie.
    - Jeśli przyłączysz się do wojny, mamy szansę wygrać. Nie spodziewam się, że pokonamy całe Niebo, ale anioły zrezygnują i dadzą nam spokój. Moich wojowników trzeba wyszkolić, Ezekiel udoskonali swoje wojsko. Pytanie brzmi, czy twoja armia weźmie w tym udział... teściu.
    - Ta decyzja została już podjęta w chwili, gdy dołączyła do was Genevieve, a moja córka znalazła się w niebezpieczeństwie. One nie odpuszczą, widzę to w ich oczach. Więc ja też nie. Ale chcę, by Legion nadzorował poczynania twojego wojska. Masz dobrego dowódcę, lecz tym demonom potrzeba solidnej motywacji. Więc – uniósł kieliszek – jeśli mam walczyć z aniołami, będziecie o wszystkim informować mnie lub jego.
    - Skąd mamy wiedzieć, że nie zmienisz zdania na polu walki, że nie dogadasz się z górą? - wtrąciłem.
    Uśmiechnął się półgębkiem.
    - Musicie mi zaufać.
    - A jeśli złożą ci propozycję, że oszczędzą Sheilę i Genie? - zapytał Dorian, przyglądając mu się uważnie.
    - One się nie zgodzą.
    - A utrzymanie Genie w domu byłoby niemożliwe – dodał Legion, zajadając się już drugą paczką ciastek. Najwyraźniej walka pobudziła u niego apetyt na słodycze.
    Dorian milczał przez chwilę.
    - A więc nie wydasz nas aniołom, bo Sheila i moja siostra nie wyrażą na to zgody? To wciąż nie gwarantuje, że nie zrobisz tego bez ich wiedzy. Ale chyba nie mamy innego wyboru. - Założył ręce na piersi i oparł się w fotelu.
    - Tata by nas nie zdradził – wtrąciła Sheila. - Jestem tego pewna.
    - A jednak nie sądzę, by coś nam obiecał. - Sięgnąłem po karafkę, by napełnić szklankę.
    - Nie, tobie nie. - Azazeal podniósł się i spojrzał na Sheilę. - Na pewno chcesz tu zostać, kochanie?
    Skinęła głową.
    - Tu jest mój dom.
    - Niech tak będzie – westchnął niegdysiejszy anioł. - Wobec tego zjawię się rano i pokażecie mi to wasze wojsko. A póki co radzę wam wypocząć. I zostać tutaj.
    - W porządku – zgodził się Dorian. - I tak nigdzie się dzisiaj nie wybierałem.
    - I dbaj o moją córkę – dodał. Spojrzał na Vi, która najwyraźniej postanowiła przegonić mnie w osuszaniu karafki. - Genie, wracasz z nami?
    - Dziś zostanę. Będę w domu rano, ok.?
    Spojrzał na szklankę w jej dłoniach i z westchnieniem skinął głową.
    - Gdybyś mnie potrzebowała...
    - Wiem, Azz, dzięki.
    Posłał jej uśmiech, który wcale mi się nie podobał. Potem ucałował czoło Sheili i już ich nie było. Diabła, jego demona i ciastek. Westchnąłem i zatopiłem się w fotelu.
    - Co za cholerny dzień.
    - O tak... dwie bitwy jednego dnia bywają męczące – stwierdził mój przyjaciel. - Chyba wezmę długą kąpiel i się wyśpię, jutro pewnie nie będzie dużo lepiej...
    - Chodź, przygotuję ci tę kąpiel. - Sheila ucałowała Doriana i wstała, nie puszczając jego dłoni. - Chodź, chodź, moje serce, gorąca kąpiel i masaż na pewno postawią cię na nogi.
    Zerknąłem na nich i przysunąłem sobie talerz z kanapeczkami. Dorian również sięgnął po kanapkę, przegryzając ją po drodze.
    - Wypocznijcie, zobaczymy się jutro – zwrócił się do nas, zanim razem z Sheilą wyszli z salonu.
    - Nie wierzę, że to się dzieje. To znów się dzieje.
    Spojrzałem na Vi i dolałem jej alkoholu. Dziś chyba wszyscy go potrzebowaliśmy. Przesiadłem się na kanapę, tuż obok niej i podsunąłem talerz z kanapkami.
    - Przetrwamy to, Vi. Znajdę sposób, byśmy wygrali.
    Oparła głowę na moim ramieniu.
    - Jak? Jest nas troje, Azz przewodzi setce upadłych, ale zwykłe demony nie są w stanie zabić anioła. Jak mamy wygrać?
    - Jak zawsze, gdy brak nam przewagi. Przekrętem.

6 komentarzy:

  1. Dorian i Sheila są tacy słodcy.Tak bardzo się troszczą o siebie.Ale wojna której się tak obawiali własnie wybuchła.Jedna dobra rzecz w tej tragicznej sytuacji-Vi rozmawia i pije razem z Ezekielem.Dziękuje kochane dziewczyny i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Ezekiela to zdecydowanie dobra rzecz;)

      Usuń
  2. Abra-Cadabra3 lipca 2016 11:17

    W końcu nadeszła wojna.:) Motyw z wypychaniem poduszek anielskimi piórami bardzo zabawny.xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że Ezekiel chętnie by sobie sprawił takie poduszki^^

      Usuń
  3. Jaki grzeczny Dorian, anioły walą drzwiami i oknami, a on myśli o ochronie drzewa i jeziorka. No nie poznaję kolegi ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. dziekuje , jak widac tym razem wpadli w prawdziwe tarapaty, Aniloły wypowiedziały wojne, , tesc mu pomógł ale czy uda im sie wygrac ?potrzebny bedzie kompromis:)

    OdpowiedzUsuń