Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

07.08.2016

Rozdział XVIII

***Dorian***

    Nie przypuszczałem, że do tego dojdzie. Nie na poważnie. Owszem, dotarły do mnie ostrzeżenia, ale sądziłem, że wystarczy nie prowokować aniołów. Nie zabijać, unikać ludzi i nerwowych sytuacji. Jakże się myliłem.
    Wybuchła wojna i to nie dlatego, że gniew przesłonił mi zdrowy rozsądek czy też z powodu zignorowania zakazu aniołów. Nie, wojna wybuchła, bo ludzie nas zaatakowali, a my ośmieliliśmy się przed nimi bronić. W pewnym momencie przyszło mi nawet do głowy, że anioły miały w tym swój udział. Samoloty dosyć szybko pojawiły się wokół nas, atak był nagły, silny, strzelano, by nas zabić. Szybko jednak odrzuciłem tę teorię. Gdyby tak było, nie zdołalibyśmy się obronić. Nie jako smoki. I anioły dopilnowałyby, żeby żaden człowiek nie zginął. A więc nie brały w tym udziału, co nie zmienia faktu, że szybko skorzystały z nadarzającej się okazji, by uznać nas za winnych i skazać na śmierć. Niedoczekanie. Zamierzaliśmy się bronić, choćbyśmy musieli wybić wszystkich pierzastych w Niebie.
    Musieliśmy mieć armię. I oczywiście plan, strategię, coś, co da nam przewagę. Ezekiel był znakomitym strategiem, z kolei Azazeal znał anioły lepiej, niż ktokolwiek inny. Ja miałem demony. Niezbyt posłuszne, nie za dobrze wyszkolone, lecz to miało się wkrótce zmienić.
    W salonie czekał na mnie Legion. Miał szkolić moje wojsko. Nie miałem nic przeciwko temu, obecnie każda pomoc była cenna.
    - Gotowy? Mój pan jest już w twojej części Piekła, lodowy smok także.
    Skinąłem głową.
    - Możemy iść.
    Przenieśliśmy się na plac treningowy, gdzie V'lane zebrał już wszystkich wojowników z mojego Kręgu. Również tych, którzy nie stawili się na wezwanie. W innych okolicznościach surowo bym ich ukarał. Jednak w czasie wojny każdy demon był mi potrzebny.
    Azazeal i Ezekiel znajdowali się w budynku obok placu, gdzie planowali strategię. Uznałem, że zanim do nich dołączę, powinienem uświadomić poddanym, że nie mogą zwyczajnie ignorować moich poleceń. Nakazałem, by V'lane wskazał wszystkich, którzy nie przybyli na wezwanie. Nieważne, jaki mieli powód. To był ich obowiązek, którego nie wypełnili.
    Było ich prawie czterystu, stali na placu w nieregularnych szeregach, przypominających raczej chaotyczną gromadę. Zatrzymałem się naprzeciwko nich i przez chwilę tylko im się przyglądałem. Spuszczone głowy, zaniepokojone spojrzenia. Od niektórych czułem wyraźny strach.
    - Wiecie, czym zawiniliście – odezwałem się w końcu. - Zapamiętam was, możecie być pewni. Ale macie szansę odpokutować wasze nieposłuszeństwo. Jeśli to się powtórzy, zostaniecie ukarani za dezercję. Na co mi wojownicy, którzy tchórzą przed walką?
    Nie zwracając uwagi na szepty i niechętne spojrzenia, nakazałem im dołączyć do pozostałych. Wiedziałem, że jeśli wdam się z nimi w dyskusję, może ponieść mnie gniew i moja armia zostanie poważnie uszczuplona. Skinąłem głową Legionowi, dając mu znak, że może przejąć dowodzenie.
    Demon Azazeala wystąpił do przodu, obrzucając moich poddanych taksującym spojrzeniem. Wiedziałem, że ich ocenia. Sylwetkę, postawę, siłę. Splótł dłonie za plecami w sztywnej, żołnierskiej pozie. Demony przypatrywały mu się z mieszaniną ciekawości i lęku, niektórzy szeptali między sobą, śledząc nas tylko mimochodem. Nie wyglądało to zbyt kompetentnie, choć nie było też zaskoczeniem. Od Varysa wiedziałem, że w Piekle Legion jest kimś w rodzaju gwiazdy, legendy opowiadanej w każdym z Kręgów. Demon, którego nie można pokonać. Jeden i wielu jednocześnie. Plotki o tym, jakie posiada moce, nie dawały się już zliczyć.
    - Czy tak wita się swojego dowódcę? - zapytał, a jego głos rozniósł się po okolicy. - Gwarem, jak przekupki na targu? Jak kwoki? Jesteście kwokami, panowie? Takie panienki jak wy nie przetrwają długo na wojnie.
    Rozległo się kilka gniewnych głosów. Legenda czy nie, moi poddani nie przepadali za wykonywaniem poleceń. Mnie samemu zajęło sporo czasu, by zrozumieli, że ich życie należy teraz do mnie. A mimo to niektórzy zignorowali wezwanie do bitwy. Legion był obcy, należał do Azazeala, a więc nie był jednym z nich. Uniosłem brwi, ciekaw, jak teraz poradzi sobie demon. Sam ogłosił się dowódcą.
    - Wojska obu naszych kręgów łączą się przeciwko wspólnemu wrogowi. A to oznacza, że będziecie mnie słuchać, czy wam się to podoba, czy nie. Zapewniam, że mogę zmusić każdego z was do wykonywania poleceń i nie zajmie mi to wiele czasu. Nie chcę słyszeć pretensji i wymówek. To ja ocenię, kto z was jest zdolny do walki! Jeśli ktokolwiek spróbuje się wymigać lub udawać, będę wiedział. Nie radzę wam tego próbować. A teraz cisza! - huknął, gdy gwar zaczął narastać. Czułem jego pewność siebie, aurę przywódcy i niekończącą się charyzmę. Nie był to rodzaj magii, nie do końca, bowiem Legion jej nie używał, widziałem jednak, że demony także to czują. Jak również potrzebę, by mu się podporządkować. - Nikt nie odezwie się, póki nie otrzyma zgody na zabranie głosu. To po pierwsze. Po drugie: jak wy wyglądacie? Wszyscy powinni stanąć w rzędach, na baczność, z godnością i gotowością, by w każdej chwili dobyć broni.
    Zaskakujące, ale wiele demonów faktycznie stanęło na baczność. Inne niebawem poszły w ich ślady.
    - Wiem, że przez długi czas byliście pozostawieni samym sobie. Samael nie dbał o waszą kondycję, czy umiejętności. Koniec z tym. Koniec swobody i grania władcy na nosie. - Zamilkł, patrząc na tłum. - Wiem, że od niedawna trenujecie pod okiem nowego dowódcy. Wiem też, że nie zdołał tak szybko wyszkolić was wszystkich. Dlatego podzielicie się na grupy. Chcę wiedzieć, kto odbył trening tylko raz. Nie ważcie się nawet przyznawać, że ktoś tego treningu nie odbył. Stańcie po lewej, ci którzy trenowali co najmniej trzy razy po prawej.
    Patrzyłem na demony, które niechętnie spełniały rozkazy Legiona. Żaden nie zaprotestował. Potem wojownik spojrzał na nas. Zerknął na mnie, następnie na V'lane'a.
    - Mam nadzieję, że jesteś tak dobry, jak twierdzi Sheila – odezwał się do dowódcy moich wojsk. - Jeśli mają za tobą pójść, musisz im pokazać, że jesteś tego wart. - Odwrócił się do tłumu i podniósł głos. - Przywódca powinien być przykładem dla swojej armii. Sprawdźmy, ile wart jest wasz generał. - Wskoczył na podium, sięgając po miecz. - Pokaż mi, na co cię stać. - Wskazał V'lane'owi miejsce na podium. - Spróbuj mnie pokonać.
    Rozległy się gwizdy i wiwaty, wszyscy czekali na reakcję V'lane'a, ciekawi, czy podejmie wyzwanie. Bez słowa sięgnął po broń i ruszył w stronę przeciwnika. Był opanowany, spokojny, jakby zmierzenie się z Niepokonanym nie robiło na nim wrażenia.
    Nie krążyli wokół siebie, jak zwykle czynią walczący. Nie skakali, szukając słabego punktu przeciwnika, nie próbowali zmylić się nawzajem. Ich starcie było szybkie i gwałtowne. Poruszali się tak szybko, że ich sylwetki rozmazywały się w oczach widzów. Musiałem wykorzystać swoje zdolności, by móc w pełni obserwować walkę. V'lane był jak burza, gwałtowny, nieustępliwy, nieprzewidywalny. Legion bardziej przypominał wiatr, nieokiełznany, obojętny, kształtujący wszystko wokół. Patrząc na nich, zrozumiałem, dlaczego Legion wyzwał V'lane'a w obecności jego żołnierzy. Brakowało im pokory i szacunku dla tych, którym podlegali. Gdy zobaczą, jak ich dowódca radzi sobie z kimś o sławie Legiona, zrozumieją, dlaczego właśnie on otrzymał owo stanowisko. Musieli w niego uwierzyć. Nawet jeśli przegra, co było wielce prawdopodobne z takim przeciwnikiem, jego pozycja wzrośnie. Postanowiłem zaufać Legionowi w kwestii wojska, a także, że nie uszkodzi zbytnio mojego podwładnego. Wierzyłem w V'lane'a, wiedziałem, że da sobie radę. Poza tym, Ezekiel i Azazeal już od kilkunastu minut zajmowali się planami taktycznymi naszych wojsk. Wypadało, bym do nich dołączył.
    Przywitałem ich skinieniem głowy. Ezekiel posłał mi niezadowolone spojrzenie, jakby to, że wyspałem się i przyszedłem tutaj nieco później, miało jakikolwiek wpływ na losy wojny.
    - Coś ustaliliście? - zapytałem, zajmując miejsce obok nich.
    - Niewiele – mruknął mój przyjaciel. - Po pierwsze, kolejna walka musi odbyć się na naszych zasadach. Powinniśmy wykorzystać ograniczenia aniołów, wszystkie ich słabe strony.
    - Czyli to, że są honorowi, uczciwi, szanują życie, kochają ludzi – wymieniłem. - Co jeszcze i jak możemy to wykorzystać?
    - Anioły mają wiele ograniczeń, ale nie są głupie. By zwyciężyć, najlepiej ich zaskoczyć – odezwał się Azazeal.
    - Z pewnością spodziewają się, że będziemy walczyć – odparłem.
    - Głównym naszym celem powinni być archaniołowie – stwierdził Ezekiel. - Michał przede wszystkim, ale pozostali także. Są przywódcami, gdybyśmy ich zabili albo wzięli do niewoli, z pewnością wywołałoby to chaos wśród aniołów.
    - Z wyjątkiem Rafaela – sprostował Azazeal. - On nie chciał wojny. Nie bierze w niej udziału.
    - Ale jest archaniołem, naszym wrogiem. - Ezekiel posłał mu lodowate spojrzenie. Na byłym aniele nie wywarło to najmniejszego wrażenia.
    - Rafael jest przeciwny wojnie i walczył tam na górze o szansę dla was – przypomniał. - Wstawiał się za wami za każdym razem. Skupmy się raczej na pozostałych. Michał jest wojownikiem. Gabriel słynie ze swej wiedzy, ale mało kto wie, że potrafi naprawdę dobrze walczyć. Uriel to anioł śmierci, zwykle jest ponad to, ale jeśli będą go potrzebowali, na pewno stanie do walki.
    - Jak na razie nie mamy zbyt wielkich szans, by ich schwytać lub zabić – mruknąłem. - Jedynie na polu bitwy, ale do tego potrzebujemy kontroli i przewagi.
    - Musimy zebrać jak najpotężniejszą armię – potwierdził Ezekiel. - Na razie mamy wasze demony i moich lodowych wojowników, którzy wymagają dopracowania. To za mało. Stanowczo za mało. Potrzebujemy czegoś... pierwotnego.
    Nie mogłem się z nim nie zgodzić. Wiedzieliśmy, czego potrzebujemy, co musimy zrobić, by zwyciężyć. Problem w tym, że jak na razie nasze pomysły opierały się na tym, co było dla nas niedostępne. Armia, to było najważniejsze. Potem mieliśmy dopracować strategię kolejnej walki, wykorzystując słabe strony aniołów. Naszym celem była śmierć archaniołów. Ewentualnie niewola. Tylko wtedy mieliśmy szansę na zwycięstwo.

    Kolejne dni spędziłem na naradach, treningach i szkoleniach. Wracałem późno i po kolacji oraz kąpieli, a także masażu delikatnymi rękami mojej czułej żony, zasypiałem natychmiast, by zrywać się skoro świt. Nie wiedzieliśmy, co planują anioły, kiedy zaatakują i czy nie uda im się w końcu sforsować barier. Azazeal twierdził, że nasze wspólne moce są dla nich nie do pokonania, ale w końcu mogli znaleźć sposób. Wolałem nie straszyć Sheili moimi wątpliwościami, na razie była bezpieczna i wiedziałem, że w razie czego Varys zabierze ją z zamku. Miałem nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie, wolałem jednak, by demon strachu zawsze był w gotowości.
    Z żoną widziałem się jedynie przy posiłkach, rano i przed snem. Po śniadaniu natychmiast odbywaliśmy naradę, przedstawialiśmy plany i pomysły. Jak na razie były to plany oddalone w czasie z wielu względów. Ezekiel wciąż udoskonalał swoją armię, poza tym wspominał mi coś o źródle pradawnej mocy, ale nie chciał zdradzić szczegółów. Azazeal zajmował się swoimi wojownikami, a także opowiadał nam o każdym z archaniołów i o tych aniołach, których powinniśmy się wystrzegać. Jako jedną z najlepszych wymienił Jasmiel, tą samą, przez którą Sheila tak się na mnie rozgniewała. Podobno sam ją szkolił i kiedyś widział w niej ogromny potencjał. Gdyby mnie zaatakowała, z przyjemnością obciąłbym jej skrzydła. Na początek.
    Legion wciąż szkolił moje wojsko. Po walce z V'lanem demony nabrały szacunku do swojego dowódcy. Czasem zastanawiałem się, jak to możliwe, że demon potrafił tak znakomicie walczyć, ale uznałem, że to nie czas, by go o to wypytywać.
    Popołudniami trenowałem. Musiałem udoskonalać swoje umiejętności; gdyby przyszło mi walczyć z którymś z archaniołów, musiałem być lepszy niż oni. Pamiętałem do tej pory, jak Azazeal pokonał mnie w walce na miecze i gdyby nie moja magia, mógłby obciąć mi głowę.
    Podczas pierwszego treningu z teściem przekonałem się, że wiele mi brakuje, by go pokonać. Nie było to przyjemne zaskoczenie, ale rozumiałem, że skoro tyle wieków spędziłem na śnie, nie byłem w stanie doskonalić swoich umiejętności.
    - Skup się, chłopcze, pamiętaj, że twoja magia w starciu z aniołami nie będzie w połowie tak silna, jak gdy walczyłeś ze mną. Musisz być szybszy, jeśli chcesz przeżyć starcie z Michałem. O wiele szybszy – skarcił mnie po tym, gdy znów zostałem rozbrojony.
    - To kwestia czasu, bym wrócił do wprawy, zbyt długi sen nie służy pracy mięśni – mruknąłem, ponownie przywołując miecz.
    - Cztery tysiąclecia temu także nie potrafiłeś ze mną wygrać. A w przeciwieństwie do ciebie, oni ćwiczyli przez ten czas – sprostował.
    - Szybko nadrobię zaległości – zapewniłem, przyjmując odpowiednią pozycję.
    Skinął głową.
    - Obserwuj. Musisz przewidzieć mój ruch, nim go wykonam. Wypatruj oznak i bądź gotowy – pouczył i w tej samej chwili zadał cios. Sparowałem go.
    - W walce z kilkoma przeciwnikami, na przykład w czasie bitwy, jest to raczej niewykonalne – zauważyłem, czekając na jego kolejny ruch.
    - Raczej. W rzeczywistości, gdy atakuje cię kilku przeciwników, sami sobie wchodzą w drogę i nie mogą w pełni pokazać swoich umiejętności. - Tym razem zaatakował szybciej. Zablokowałem cios i odpowiedziałem atakiem.
    Uchylił się i ciął mieczem tuż przy mojej szyi. W tej samej chwili usłyszałem jęk i głuchy odgłos uderzenia, gdy kilkanaście metrów dalej Ezekiel doznał bliskiego kontaktu ze ścianą.
    - Cóż, przynajmniej jesteś lepszy od tego tam.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Ja zawsze byłem lepszym wojownikiem, on lepszym strategiem.
    - I jestem przystojniejszy – sapnął mój przyjaciel, dźwigając się na nogi.
    - Więc może staniesz na polu bitwy i poczekasz, aż wszyscy zamrą z zachwytu? - parsknął Legion. Uśmiechnąłem się. Cóż, gdyby naszym wrogiem były zwyczajne kobiety, kto wie, może nawet by podziałało.
    Azazeal tylko pokręcił głową i skinął w moją stronę. Zaatakowałem, obserwując uważnie diabła, by przewidzieć jego następny ruch. Nie było to proste, sprawiał wrażenie, jakby nie planował żadnych ruchów, jego ciało robiło to za niego. Uśmiechnął się, widząc moją minę.
    Zaatakowałem ponownie. W końcu musiał się czymś zdradzić, choćby naturalnym odruchem, drgnieniem mięśni i wiedziałem doskonale, że jeśli będzie to zbyt wyraźny ruch, może być próbą zmylenia mnie.
    - Za dużo się zastanawiasz. Obserwuj, ale nie myśl tyle – znów mnie pouczył. - Twoje ciało wie, co robić, słuchaj go.
    - Znam zasady, nie jestem amatorem – mruknąłem.
    - Ale chcesz czy nie, jesteś moją rodziną i zamierzam utrzymać cię przy życiu – odparł. - Zrób sobie przerwę na oddech. Byłoby też dobrze, gdybyś potem potrenował ze swoim wojskiem.
    Zatrzymałem się, przez chwilę nie wiedząc, co odpowiedzieć. Zmuszając Sheilę do ślubu nie tak to sobie wyobrażałem. Tymczasem córka Azazeala mnie pokochała, jej ojciec deklaruje, że będzie mnie bronił, bo jestem jego rodziną, a najdziwniejsze, że zupełnie mi to nie przeszkadzało. Kiedy to się skończyło? W którym momencie zemsta przestała być ważna, by w końcu odejść w zapomnienie? Nie pamiętałem, ale zdałem sobie sprawę, że moja niechęć do teścia była coraz mniejsza.
    Ezekielowi by się to nie spodobało. Lepiej, jeśli zachowam to dla siebie, uznałem.
    - Ze swoim wojskiem – powtórzyłem, skupiając się na tym, co powiedział Azazeal. - Czyli mam walczyć z demonami z mojego Kręgu?
    - Masz ich trenować, pokazać, że jesteś jednym z nich. Musisz ich poznać i pozwolić, by poznali ciebie. Tylko wtedy naprawdę za tobą pójdą.
    - Trochę mi zajmie poznawanie ich wszystkich – odparłem, wzruszając ramionami. - Ale dobrze, czemu nie. Mogę z nimi potrenować.
    Uśmiechnął się przeciągle.
    - Może nie uwierzysz, ale od nich też możesz się czegoś nauczyć. Poza tym, gdy cię zaakceptują, pójdą za tobą wszędzie. Twój dowódca już ich zjednał.
    - Nie wszyscy stawili się na wezwanie, mimo że V'lane po nich poszedł – zauważyłem.
    - Oczywiście, że nie. Samael... nie nauczył ich, co znaczy lojalność. Właściwie nie nauczył ich niczego poza okrucieństwem i tym, że zdani byli na siebie. Twój dowódca dał im poczucie jedności i dyscyplinę bez uciekania się do tortur. Ale nadal pozostał obcym, który wcześniej był nikim. Dopiero, gdy zobaczyli, jak walczy z Lexem, uwierzyli, że jest w stanie im przewodzić. Nie tylko pokazał umiejętności, ale też nie poddał się, gdy przegrywał.
    - No dobrze, więc mam podejść do nich bardziej osobiście. Tylko, jak sam wspomniałeś, nie znają lojalności ani poczucia obowiązku. Zaatakowali Sheilę na ulicy, zdradzili mnie i spiskowali przeciwko mnie. Kilka treningów sprawi, że nagle się zmienią i chętnie pójdą oddać za mnie życie? - Uniosłem brwi.
    Westchnął i usiadł na stołku.
    - No tak, czasem zapominam, jaki jesteś młody. Nie, chłopcze, kilka treningów nie zapewni ci ich lojalności. Na to potrzeba lat. Na początek wywalcz szacunek.
    - Jestem ich praprzodkiem, już samo to powinno wzbudzać w nich respekt – mruknąłem.
    - Wielu uważa to za mit, chłopcze.
    - Tak jak nasze istnienie, a jednak jesteśmy – odparłem.
    - To prawda, ale nie mnie musisz przekonać.
    Westchnąłem i zerknąłem w stronę trenujących demonów.
    - No dobrze, niech będzie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.
    Dołączyłem zatem do moich poddanych, pokazując im przydatne w bitwie ruchy, obserwując ich walkę, a gdy któryś z nich szczególnie dobrze sobie radził, brałem go do sparingu. Na początku wojownicy wydawali się nieufni, w dodatku naprawdę marnie było z ich wyszkoleniem. Następnego dnia było już znacznie lepiej, dostrzegłem też sporo korzyści ze wspólnego treningu. Przede wszystkim widziałem, jak wielu było już gotowych do walki. Trudno było poznać cała armię, ale kilkunastu najlepszych wyróżniało się umiejętnościami, byli też liderzy, za którymi szły całe grupy. Szybko udało mi się ich dostrzec i to na nich skupiłem największą uwagę.
    Treningi z wojownikami okazały się dosyć ciekawe, demony władały przeróżnymi mocami, niezwykle przydatnymi w czasie walki. Demon ognia, którego skóra potrafiła niespodziewanie zapłonąć, demon ciemności, gdyż potrafił oślepić przeciwnika, gdy spojrzał mu w oczy, albo demon złych wspomnień, wydobywał z przeciwnika najgorsze wspomnienia, utrudniając skupienie w trakcie walki. Z tego co mówił Legion, większość aniołów znała ich moce i niektóre potrafiły się przed nimi obronić, jednak wykorzystanie ich w sposobnej chwili z pewnością dawało demonom przewagę.
    W ten sposób część treningów spędzałem z wojownikami z mojego Kręgu, a część z Ezekielem, Azazealem i Legionem. Każdy z nich walczył inaczej i za każdym razem uczyłem się coraz więcej. Musiałem być gotowy na ostateczne starcie, mogło nastąpić w każdej chwili.
    Także Genevieve często do nas dołączała. Moja siostra była doskonałą wojowniczką. Trenowała najwięcej, a widząc ją podczas sparingu przestawałem obawiać się o jej bezpieczeństwo. Genie potrafiła się obronić. Bardzo mnie to cieszyło, bo dzięki temu nie musiałem się o nią martwić.
    Sheila również trenowała. Z tego co mówił Varys, szło jej coraz lepiej. Jej przyjaciółka, leśna nimfa, także zaczęła naukę. Bądź co bądź, rosło tu jej drzewko, nie mogła opuścić tego miejsca, a pomagając nam przy pierwszym starciu z aniołami stanęła po naszej stronie. Zatem mogła się obawiać agresji naszych wrogów. Varys uczył leśną nimfę, jak może się przed nimi obronić.
    Wieczorami, przy kolacji i później, przed snem, moja żona opowiadała mi o spędzonym dniu, o postępach, jakie robiła i widziałem, jak bardzo się stara. Nie powinna przez to przechodzić, nie ona, moja delikatna nimfa wodna o ciepłym i dobrym serduszku, myśląca przede wszystkim o innych i gotowa nieść każdemu pomoc. Kobieta, która uratowała mi życie, gdy byliśmy jeszcze wrogami. A teraz musiała brać udział w wojnie z aniołami i ja nic nie mogłem na to poradzić.
    Jedyne, co mogłem zrobić, to zakończyć tę wojnę. Zwyciężyć, pokazać aniołom, że z nami się nie zadziera i sprawić, by Niebo już nigdy nam nie zagroziło. Póki jednak nie mieliśmy wystarczających możliwości, pozostały treningi i planowanie.
    Cztery dni po ataku aniołów wpadłem na pewien pomysł.

    Gdy zjawiłem się w miejscu naszych narad, Azazeal i Ezekiel już tam byli i zawzięcie o czymś dyskutowali. Podszedłem i zatrzymałem się przy nich.
    - Musimy zdobyć jeńców – powiedziałem, zwracając ich uwagę. - Wiem, jak ich zaskoczyć. Być może nawet uda się nam poznać ich plany.
    - Co wykombinowałeś? - Ezekiel zerknął na mnie z ciekawością.
    - Nie jesteśmy w stanie zaatakować aniołów w Niebie, ale nie możemy też biernie czekać na ich ruch – odparłem. - Zwabimy je w pułapkę. Mówiłeś, że przybywają na pomoc, gdy ludzie gorliwie się modlą, prawda? - zwróciłem się do teścia. - Możemy to wykorzystać. Napadniemy grupę ludzi, wystraszymy ich, by zaczęli się modlić, a gdy przybędą anioły, otoczymy je i uwięzimy. Jeśli będzie to wyglądać na przypadkową napaść w gniewie, nie powinni domyślić się podstępu.
    - Nie będziemy mogli zaczaić się na nich całym wojskiem, wtedy wyczują podstęp – ostudził mój zapał Azazeal.
    - Chyba, że ktoś z nas w odpowiedniej chwili otworzy portal, gdy nasze wojsko będzie czekać gotowe w Piekle – sprostował Ezekiel.
    - Otoczymy ich, znajdą się w pułapce – dodałem. - Powinniśmy wybrać odpowiednią grupę ludzi, takich, którzy wierzą w anioły i często się modlą.
    - Klasztor – natychmiast podsunął Ezekiel.
    - Jeśli ludzie będą ginąć, wojna się nie skończy, póki jedna ze stron nie przestanie istnieć – zaprotestował mój teść. - Nie możemy sobie na to pozwolić.
    - Nie musimy ich zabijać. - Wzruszyłem ramionami. - Możemy tylko nastraszyć.
    - To może zadziałać, jednak nie zapominaj, że tylko garstka naszych jest w stanie zabić anioła.
    - Ich też nie musimy zabijać – odezwał się cicho Ezekiel, uśmiechając się chłodno. To, co zobaczyłem w jego oczach, powiedziało mi, że mój przyjaciel ma naprawdę diaboliczny, mrożący krew w żyłach plan.
    - A więc ja i Ezekiel atakujemy klasztor, jesteśmy sami, wpadają anioły, ty otwierasz portal – zwróciłem się do Azazeala – przez który wchodzą nasze wojska, bierzemy wroga do niewoli. Jak duży oddział mogą przysłać na nas dwóch?
    - Może około setki. Może dwóch – odparł po namyśle mój teść. - Widząc ciebie mogliby uwierzyć, że mścisz się na niewinnych zakonnicach. Ale nie uwierzą, że on jest sam. - Wskazał Ezekiela.
    - W takim razie może lepiej, żebym tylko ja tam poszedł – stwierdziłem. - Będzie wyglądało to na zwyczajny pokaz gniewu ognistego smoka.
    - Skoro mają przeżyć, musisz chociaż stworzyć pozory co do twoich zamiarów. Potem... uwięzimy tylu skrzydlatych, ilu się da. - Ezekiel wstał i sięgnął po karafkę z winem. - Potrzebuję chociaż kilku żywych.
    - Ludzi łatwo wystraszyć, a anioły powinny szybko zareagować. Dam sobie radę – zapewniłem. - W razie czego postraszę je Piekłem, prześlę jakiś obraz tortur.
    - No dobrze, ustalmy zatem gdzie, kiedy i kogo zabieramy – zdecydował Azazeal.
    - Dowolny zakon, najlepiej odosobniony. Może być nawet jutro, jeśli zdążymy wszystko zaplanować. Jak wielu wojowników powinniśmy zabrać? - Spojrzałem na Ezekiela, potem na Azazeala.
    - Przynajmniej trzy setki, lepiej mieć przewagę – zdecydował mój przyjaciel. Azazeal tylko wzruszył ramionami, co musiało oznaczać zgodę. Często zgadzali się w kwestiach strategii, zauważyłem też, że żadnemu z nich się to nie podobało.
    - W takim razie pozostało znaleźć miejsce, odpowiedni klasztor.
    - Co powiecie na Zgromadzenie Sióstr od Aniołów? - zagadnął Legion, wchodząc do sali. Uśmiechnął się krzywo i zajął miejsce u boku Azazeala. Podał mu jakąś kartkę.
    - Brzmi idealnie – uznałem.

    Wszystko zostało dokładnie zaplanowane, Ezekiel i Azazeal skupili się na każdym szczególe, by niczego nie pominąć. Mój teść miał powiedzieć o wszystkim Genevieve, a ja, gdy wróciłem do domu na kolację, postanowiłem porozmawiać o tym z Sheilą.
    Kiedy pojawiłem się w jadalni, stół był już zastawiony, a moja żona czekała na mnie z rozpoczęciem posiłku. Posłała mi uśmiech i pocałowała, gdy usiadłem obok.
    - Jak dziś wygląda sytuacja?
    - Planujemy zasadzkę na anioły – odpowiedziałem, zerkając na nią i opowiedziałem jej o planach napaści na klasztor, podkreślając, że nie mam zamiaru zabijać zakonnic.
    Słuchała mnie w ciszy, nie przerywając, póki nie skończyłem. Trudno było mi określić, co myślała.
    - To chyba dobra strategia – w końcu przyznała cicho.
    - Tak, dzięki temu zyskamy przewagę.
    - Po jednej bitwie?
    - Jeśli weźmiemy kilku aniołów do niewoli, to tak.
    Tym razem spojrzała na mnie uważniej. W jej oczach dostrzegłem zaskoczenie.
    - Do niewoli? Ale jak to? Po co?
    - To był pomysł Ezekiela, pewnie chce je przesłuchać. Może dowiemy się czegoś konkretnego o ich planach.
    - A jak chcecie ich do tego skłonić? - Uniosła brwi.
    - Nie wiem – przyznałem. - Ale Ezekiel chyba ma jakiś pomysł.
    - Nie ufam jego pomysłom – mruknęła, sięgając po szklankę z wodą.
    - Zobaczymy, on zwykle dobrze kombinuje. Zauważyłem, że w kwestiach strategii często zgadzają się z twoim ojcem. - Sięgnąłem po kanapki i zjadłem jedną w kilku kęsach.
    - Może tak. Nie powinnam się mieszać, skoro nie wiem nic o wojnie. Może zjesz coś ciepłego?
    - A jak tobie minął dzień, skarbie? - Sięgnąłem po talerz z zupą mleczną.
    - Jak każdy poprzedni, pozwalam Varysowi się męczyć, a potem mu za to dziękuję. Twierdzi, że robię postępy.
    Spojrzałem na nią i sięgnąłem po jej dłoń.
    - Skoro tak twierdzi, na pewno tak jest. Najważniejsze, żebyś umiała się obronić, Sheilo. Wiem, że nie jesteś typem wojowniczki, tym bardziej podziwiam twoją wytrwałość. - Uniosłem jej drobną dłoń do ust.
    - Zdecydowanie nie będę wojowniczką – westchnęła. - A tak chciałabym pomóc.
    - Nie każdy jest urodzonym wojownikiem. Jeśli będziesz mogła jakoś pomóc, powiem ci o tym, możesz być pewna, skarbie. - Pocałowałem ją w policzek i wróciłem do posiłku.
    Następnego dnia wstałem dość wcześnie, niemal równo z Sheilą. Zjedliśmy śniadanie i zanim wyszedłem, zapewniłem ją, że będę na siebie uważał i wrócę do niej w jednym kawałku.

    Zakon Sióstr od Aniołów, na który miałem napaść, miał siedziby w kilku państwach, ale wybraliśmy Zgromadzenie w Rosji. Ponieważ nie znałem wcześniej rosyjskiego, najpierw udałem się do tego państwa, by szybko przyswoić sobie ich mowę. Pół godziny później wróciłem do Piekła, w miejsce, gdzie Ezekiel miał otworzyć portal.
    Mój przyjaciel oczywiście już tam był. Towarzyszyli mu Genie i Azazeal, a także Legion. Kawałek dalej stał V'lane z moimi wojownikami.
    - Nie schrzań tego – usłyszałem od Ezekiela zamiast życzeń powodzenia.
    - Bez obaw. - Wzruszyłem ramionami. Traktowałem poważnie swoje zadanie, ale szykowałem się również na mnóstwo ciekawych emocji. Im więcej ludzkiego strachu, tym lepiej dla mnie.
    - Uważaj na siebie – nakazała Genie, zapinając mi na szyi stary, rodzinny wisiorek. - Przybędziemy, gdy tylko poczuję, że coś ci grozi.
    - Do tego czasu dam sobie radę – zapewniłem ją, chowając wisiorek pod koszulę. Czarną, podobnie jak spodnie. W końcu czerń od zawsze kojarzona była z mrokiem, a ja musiałem zrobić jak najmroczniejsze wrażenie.
    - I nie doprowadź żadnej z zakonnic do zawału.
    - Oby żadna nie miała słabego serca. W każdym razie postaram się straszyć głównie te młodsze.
    - Bardzo zabawne – mruknęła.
    - Nie martw się. - Posłałem jej uspokajający uśmiech, potem zerknąłem na V'lane'a, rozmawiającego z wojownikami i zniknąłem, pojawiając się przed klasztorem.
    Początkowo miałem zamiar pojawić się w środku, ale nie znałem rozkładu pokoi, uznałem zatem, że najlepiej będzie wejść drzwiami.
    Klasztor stał w odosobnieniu, otoczony był niskim murem, a jedynym widocznym wejściem była szeroka czarna brama. Pchnąłem mocą, otwierając ją całkowicie i wszedłem na dziedziniec. Ujrzałem dwa duże budynki, zapewne mieszkania zakonnic. Ruszyłem w stronę jednego z nich i zatrzymałem się przed drzwiami. W środku wyczułem mnóstwo ludzi, oczywiście były tam same kobiety. Otworzyłem drzwi mocą i wszedłem do budynku.
    Naprzeciwko wejścia stała figurka anioła wielkości dorosłego człowieka. Po lewej stronie, przy niewielkim stoliku siedziała może czterdziestoparoletnia kobieta, czytając jakieś pisemko z aniołami na okładce. Z tego co słyszałem, zakonnice ubierają się w szczególny sposób, w stroje zwane habitami, charakterystyczne dla każdego zgromadzenia. Po stroju tej kobiety nie widać było, że jest zakonnicą, ale Legion wspominał, że w przeciwieństwie do większości zgromadzeń, Siostry od Aniołów nie noszą habitów.
    Na mój widok kobieta zerwała się z miejsca, patrząc na mnie ze zdumieniem.
    - W czym mogę pomóc? - zapytała z niepokojem.
    - Pomóc? Mnie? W niczym. - Wyminąłem ją i poszedłem dalej. Jedna zakonnica nie sprowadzi aniołów, potrzeba było ich co najmniej kilkanaście.
    - Siostry właśnie wychodzą do swoich zajęć, jeśli chce pan się z którąś zobaczyć, proszę tutaj poczekać. - Kobieta ruszyła za mną. Zignorowałem ją i przeszedłem długim korytarzem, na końcu którego również stała figurka anioła. Wszedłem do pomieszczenia, w którym wyczułem najwięcej emocji.
    Było ich osiemnaście. Dziewiętnaście z tą, która przyszła za mną. Moje wejście najwyraźniej przerwało przemówienie jednej z kobiet. Spojrzała na mnie z wyraźną dezaprobatą.
    - Tutaj nie wolno wchodzić. Proszę poczekać na korytarzu.
    - Mnie się nie każe czekać. - Użyłem mocy, a drzwi zamknęły się z hukiem i zatrzasnęły na zamek. Kobiety odruchowo wycofały się kilka kroków, tylko ta, która się do mnie odezwała, zapewne przełożona, wciąż stała sztywno. Mogła mieć około pięćdziesięciu lat, może więcej. Mimo drobnej postury wyglądała, jakby górowała nad pozostałymi zakonnicami. Jeszcze się nie bała, ale wyczuwałem od niej niepokój. - Przybyłem, by zemścić się na aniołach, do których się modlicie – wyjaśniłem na początek i rozejrzałem się. Sala była całkiem spora, z dwoma rzędami krzeseł przy prawej ścianie, naprzeciwko drzwi stała kolejna, irytująca figurka anioła, po lewej znajdowało się duże okno. Spojrzałem w nie i sprawiłem, że szyba odbiła moją drugą postać – czerwonego smoka.
    Jedna z kobiet pisnęła na ten widok, jednak wciąż nie czułem ich strachu. Widocznie myślały, że to tylko sztuczki. Uśmiechnąłem się, przewidując dobrą zabawę.
    - Która pierwsza zechce zginąć jako męczennica aniołów? - zapytałem.
    - Proszę natychmiast opuścić klasztor, inaczej wezwiemy policję – oznajmiła przełożona i sięgnęła po telefon wiszący na ścianie. Odskoczyła z krzykiem, gdy przedmiot zrobił się gorący, po czym stopił się w jednym momencie. Została z niego tylko szara maź na podłodze.
    - Ostatnim razem, gdy nasłano na mnie policję, spaliłem ich żywcem – odparłem, uśmiechając się złowrogo. - Umierali bardzo powoli. Dopiero wybuch skrócił ich cierpienia. Nie sądzę, by chcieli ze mną zadzierać. Ale wy... wy jesteście moją pomstą. Zanim umrzecie, poczuję wasz ból, strach, przerażenie i bezsilność. Myślicie, że wasze anioły was obronią? Proszę bardzo, módlcie się do nich. Jeśli macie wystarczająco dużo wiary, może uda wam się przeżyć. - Urwałem, słysząc za sobą kroki. Za pomocą magii pojawiłem się po drugiej stronie sali, a na moim miejscu stała krępa zakonnica z krzesłem w rękach. Trafiła w pustkę, a moja nagła teleportacja w końcu wywołała oczekiwany przeze mnie strach.
    Parsknąłem śmiechem.
    - Naprawdę? Tym chciałaś mnie pokonać? Wiesz, kim jestem? - Rozejrzałem się. Kobiety zbiły się w ciasną gromadę, ta z krzesłem przesuwała się w ich stronę, wciąż trzymając je jak broń. - Słyszałem, że jesteście wykształconymi kobietami. Zrobimy więc tak: zadam wam kilka pytań, jeśli żadna mi nie odpowie, jedna z was zginie. A więc pierwsze pytanie brzmi: kim ja jestem? - W tym momencie osnuła mnie ciemnoczerwona mgła. Opadła nisko i zniknęła. Efekty specjalne mieliśmy więc za sobą. Czując płynące od kobiet przerażenie, stwierdziłem, że wywołały pożądany skutek. Podobał mi się ich strach. A to był dopiero początek.
    Zakonnice nie wyglądały na takie, które milkną z przerażenia, zatem powinny odpowiadać na moje pytania. Przynajmniej miałem taką nadzieję, skoro nie wolno mi było żadnej zabić.
    - Jeśli chcesz się na kimś za coś mścić, weź mnie, ale wypuść moje siostry – odezwała się przełożona. Była poważna, jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale strach od niej płynący przyjemnie dotykał moich zmysłów, dodawał mocy, sprawiał, że miałem ochotę na więcej.
    - To nie jest odpowiedź na moje pytanie – stwierdziłem i wyciągnąłem rękę w stronę jednej z młodszych zakonnic. Kobieta uniosła się w górę. Zaczęła krzyczeć, jakbym obdzierał ją ze skóry, choć zupełnie nic jej nie zrobiłem. No, poza uniesieniem jej w powietrze, aczkolwiek to akurat nie mogło być dla niej bolesne. Ale to nawet lepiej, bo pozostałe zakonnice zaczęły bać się jeszcze bardziej. Któraś nawet się rozpłakała. - Kim jestem? - Spojrzałem na przełożoną. Tym razem nie udało jej się ukryć lęku.
    - Człowiekiem opętanym przez demona – odparła po chwili. Pokręciłem głową.
    - Źle. Nie jestem człowiekiem. - Uniosłem wrzeszczącą zakonnicę odrobinę wyżej. - Zgadujcie dalej.
    - A więc demonem! - zawołała ta, którą spotkałem przy wejściu.
    - No, niezupełnie, ale jesteś blisko. Jestem ich praprzodkiem. Tym razem zaliczę wam tę odpowiedź. - Postawiłem zakonnicę, którą natychmiast objęła inna kobieta i zaczęła uspokajać. - Jestem tym, którego nie można pokonać. A jednak wasi aniołowie próbowali. Teraz pokażę im, czym te próby się kończą – powiedziałem, mając nadzieję, że już się do nich modlą. Przynajmniej w myślach. - Ale oni nie przyjdą, jeśli macie za mało wiary – dodałem, uznając, że takie słowa zmobilizują je do gorliwszej modlitwy. - A nawet jeśli, to nie zdążą, do tego czasu będziecie już martwe. Przejdźmy do drugiego pytania. Jak wygląda Piekło?
    Ponieważ nie otrzymałem odpowiedzi, spojrzałem ponownie w okno i szyba odbiła jedno z bardziej przerażających miejsc w Piekle. Były tam potępione dusze ze spaloną skórą, przywołałem też zapach spalenizny, by wyglądało to tak, jakbym otworzył portal do otchłani. Reakcją był silny strach, usłyszałem też cichą modlitwę jednej z nich, skierowaną wprost do archanioła Michała. Bardzo dobrze.
    - Która pierwsza zechce sprawdzić? Może ty? - Wskazałem na zakonnicę, która wcześniej próbowała uderzyć mnie krzesłem. Kobieta spojrzała na mnie z lękiem i w panice rzuciła się do drzwi, ale klamka nie ustąpiła. Już nie wyglądała na taką odważną. Zaczęła łomotać rękami w drzwi, wołając pomocy. Upadła na kolana, krzyczała, płakała i najwyraźniej dostała ataku paniki. Przez chwilę upajałem się jej strachem.
    - Ja pójdę, zostaw ją – odezwała się przełożona. Spojrzałem na nią w zamyśleniu. Wierzyła w to, że chcę przenieść ją do Piekła? Chyba tak. Cóż, widocznie poświęcanie się miała we krwi.
    Już miałem zadać kolejne pytanie, dzięki któremu zakonnicy miała zostać oszczędzona wizyta w Piekle, gdy odbicie zniknęło, a obok siebie usłyszałem szum skrzydeł. Odwróciłem się plecami do ściany, stając naprzeciwko przybyłym aniołom.
    Pięciu z nich otoczyło kobiety, odgradzając mnie od nich. Na ich czele stał jeden z wojowników, przed którymi ostrzegał mnie Azazeal, rozpoznałem go od razu. Wyciągnąłem dłoń, w której natychmiast pojawił się miecz. Wykonałem swoje zadanie, teraz musiałem tylko doczekać przybycia wsparcia. Genie musiała poczuć, że jestem zagrożony. Wisiorek, który zawiesiła mi na szyi, był pod działaniem tej samej magii, której chciałem użyć na pierścionku Sheili. Klejnoty należące do mojego rodu zostały zaklęte na długo przed moimi narodzinami, miały zapewnić nam bezpieczeństwo, w razie zagrożenia informując pozostałych członków rodu. Warunkiem aktywowania czaru była krew płynąca w naszych żyłach, tylko ktoś z nas mógł to uczynić. Klejnoty rozpoznawały nasz ród, także tych, którzy do niego dołączyli.
    Anioł bez słowa ruszył do ataku. Przybył tu, by mnie zabić i wyglądał na takiego, który wie, co robi. Byłem na to przygotowany i choć przyparty do ściany nie mogłem długo odpierać ataków, wiedziałem, że za chwilę zyskam pomoc. Nagle zrozumiałem, że jeszcze nie byłem zagrożony. Wciąż miałem moc i miecz, mogłem się bronić, a wszystkie emocje, które przed chwilą dostarczyły mi zakonnice, wzmocniły moją pewność siebie.
    Dlatego nadal nikt się nie pojawiał. Otaczały mnie tylko anioły.
    Zablokowałem cios ich dowódcy, jednocześnie starając się utworzyć barierę wokół siebie. Ostrze anielskiego miecza śmignęło mi tuż przed twarzą. Oparłem się plecami o ścianę, zdając sobie sprawę, że długo się tu nie obronię i w następnej chwili przybyło moje wsparcie.
    Demony otoczyły oddział wroga, atakując go ze wszystkich stron. Mieliśmy przewagę liczebną, a anioły zupełnie się nas nie spodziewały. Pozbyłem się otaczającej mnie bariery i z impetem ruszyłem na wroga.
    Przywódca aniołów wydawał się zaskoczony, ale bez trudu zablokował mój cios, płynnie przechodząc z obrony do ataku. Poruszał się szybko, sprawnie i niełatwo było przewidzieć jego ruchy. W końcu udało mi się go zranić, ale ledwie go musnąłem. Mimo przewagi demonów jakiś anioł zaatakował mnie z prawej strony. Szybko się go pozbyłem, lecz walczące demony i anioły oddzieliły mnie od dowódcy.
    Walczyłem co chwila z innym aniołem, a mój miecz był czerwony od ich krwi. Wokół latało irytujące białe pierze.
    Walka nie trwała długo. Anioły zostały otoczone, większość zginęła, pozostałe wciąż się broniły. Ich dowódca w końcu zorientował się w sytuacji i dał sygnał do odwrotu. Pamiętając, że naszym celem jest ujęcie ich żywcem, przestałem je zabijać. Wiele zdołało umknąć, ale udało mi się ogłuszyć kilka z nich, po mojej lewej Ezekiel zrobił to samo. Pozostałych wyłapały moje demony, Azazeal, Legion i V'lane. Efektem było około trzydziestu pojmanych aniołów. Zgodnie z naszym planem, natychmiast przenieśliśmy się do lochów w zamku Ezekiela, gdzie czekały już otwarte cele.
    - Siedmiu – usłyszałem V'lane'a i spojrzałem na niego przez ramię. Ezekiel zamykał właśnie ostatnią z cel i nie mieliśmy już nic do roboty.
    - Dziewięciu – padła odpowiedź Legiona i mój dowódca zaklął, grzebiąc w kieszeni. Wyjął nieduży mieszek i oddał demonowi. Najwyraźniej założyli się, który z nich wyłapie więcej aniołów.
    - Odegram się – mruknął V'lane, potwierdzając moje przypuszczenia. Nie zaskoczyło mnie, że ci dwaj się polubili, dowódca moich wojsk wyjątkowo łatwo nawiązywał znajomości.
    Odetchnąłem. Udało się, odnieśliśmy sukces. Anioły wpadły w zasadzkę, pojmaliśmy jeńców. Spojrzałem na Genie, z niepokojem dostrzegłem na niej sporo krwi. Miałem nadzieję, że należącej jedynie do aniołów.
    - Jesteś ranna, Genie?
    Pokręciła głową.
    - Kilka draśnięć, ale nic poważnego. Mieliśmy dużą przewagę, to była łatwa bitwa.
    - Następnym razem nie będzie tak łatwo – wtrącił Azazeal.
    - Z pewnością anioły nie nabiorą się na to po raz drugi – zgodziłem się.
    - Być może nie będzie potrzeby tego powtarzać – odparł wesoło Ezekiel, klepiąc mnie w ramię. - Zasłużyliśmy na drinka, nie sądzisz?
    - Zdecydowanie – zgodziłem się i zerknąłem ciekawie na Ezekiela. - Twierdzisz, że z powodu trzydziestu jeńców wygramy wojnę?
    - Kto wie. - Uśmiechnął się tajemniczo i ruszył ku schodom prowadzącym na piętra mieszkalne.
    - On znów coś knuje – mruknęła Genie, krzyżując ramiona na piersi.
    - Jeśli skutecznie, to niech knuje – odparłem, uśmiechając się. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób Ezekiel chce osiągnąć cel, ale byłem pewien, że nie będzie to przyjemne dla naszych wrogów.
    Szczególnie dla tych siedzących właśnie w jego lochu.

10 komentarzy:

  1. Dziękuję kochane dziewczyny.Nie powiem ile mam lat,za to powiem,że czekam jak dziecko na cukierka,na każdy nowy rozdział.Oby dzięki temu,że mają zakładników udało się zakończyć wojnę.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My zawsze mamy osiemnaście. ;)
      Cóż, taki jest plan: zakończyc wojnę, a najlepiej ją wygrać. Ezekiel jest ambitny.;)

      Usuń
  2. Niezła zagrywka ze zwabieniem i pojmaniem aniołów. Ciekawe, co planuje dla nich Ezekiel? Zapowiada się ciekawie.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co planuje Ezekiel, oto jest pytanie. I czy mu się uda.

      Usuń
  3. Ezekiel jak zwykle coś knuje, pewnie dlatego zdecydowanie wolę Doriana. Mam nadzieję, że wygrają wojnę :)
    Czekam niecierpliwie na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygrają wojnę i zajmą Niebo?^^
      A następny rozdział tuż, tuż;)

      Usuń
    2. Ważne, żeby przeżyli. Nie muszą od razu przejmować Nieba ^^

      Usuń
  4. Nie ufam temu co zrobi z nimi Ezekiel :(

    OdpowiedzUsuń
  5. dziekuje, jak widac przygotowania do walki trwaja, Legion i Vlan niezle sobie radza, a i sam Dorian szkoli sie pod okiem Azazela, trzeba mu tez przyznac ze wymyslił niezly plan z tym klasztorem:)

    OdpowiedzUsuń