Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

04.03.2017

Rozdział XXVII. Część 2

***Sheila***

    Aby spotkać się z ojcem, musiałam wybrać się na plac ćwiczeniowy. Udało mi się przekonać Doriana, by zabrał mnie ze sobą, gdy wracał do wojowników. Oczywiście nadmierna troska o mnie nie ominęła mojego męża. Trzymał mnie za rękę i osobiście doprowadził mnie do miejsca, w którym mój ojciec rozmawiał z demonami. Całe to pilnowanie wydawało mi się nawet zabawne, ale w przypadku Doriana po prostu mnie to cieszyło. Jego bliskość i troska sprawiały mi radość. A także pocałunki, którymi stale mnie obdarowywał, a które były tak słodkie i czułe.
    Na mój widok tata zakończył rozmowę i mocno mnie uściskał. Tak jak wspominałam, wszyscy członkowie mojej rodziny stali się bardzo nadopiekuńczy. Dorian pocałował mnie na pożegnanie i zostawił pod opieką ojca. Dokładnie tak to nazwali, pod opieką. Nie zdziwiło mnie więc, gdy na moją prośbę o rozmowę, zdecydował się zabrać nas do siebie.
    Usiadłam w wielkim, miękkim fotelu i patrzyłam jak Rose, gospodyni taty, nalewa nam mojej ulubionej herbaty z cytryną i stawia na stoliku talerz pełen czekoladowych babeczek. Wzięłam jedną, nigdy nie umiałam odmówić czekoladzie. Wgryzłam się w miękkie ciasto i niemal westchnęłam z zadowolenia.
    - Jak się czujesz? - usłyszałam pytanie. - Wiele ostatnio przeszłaś.
    - Dobrze wiesz, tato, że dzięki pomocy wujka Rafaela nic mi nie dolega.
    - Co nie znaczy, że o tym zapomniałaś. Ból fizyczny wcale nie jest tym najgorszym. Dlatego proszę, odpowiedz mi na pytanie.
    Westchnęłam i obróciłam babeczkę, szukając strony z największą ilością czekoladowej posypki.
    - Jestem trochę oszołomiona, ale poza tym sobie radzę. Wszyscy bardzo się o mnie troszczą, a Dorian jest taki kochany i ciągle sprawdza, czy u mnie wszystko w porządku. Bardziej martwię się tym, że wciąż jesteśmy w stanie wojny, a ja... chciałabym, żeby zapanował między nami pokój.
    Rozmowa o trapiących mnie smutkach wymagała naprawdę dużych pokładów czekolady i dodatkowej herbaty, ale ulżyło mi, że mogłam wyrzucić z siebie to wszystko.  Ucieszyło mnie także to, że tata o wiele lepiej reagował na moje opowieści na temat Doriana. Wyglądało na to, że w pełni zaakceptował nasz związek. Nie wiedziałam, czy tę zmianę zawdzięczam ich wspólnym treningom, czy chwilom, gdy myśleli, że mnie tracą. Postanowiłam najzwyczajniej w świecie cieszyć się tym, co mam.
    W końcu zdecydowałam się poruszyć temat, który skłonił mnie do tej wizyty.
    - Co byś powiedział, gdybym poprosiła cię o przyjęcie jeszcze jednego demona do Kręgu?
    Przyjrzał mi się uważnie, ale nie potrafiłam odgadnąć, o czym myślał. Był mistrzem w ukrywaniu tego.
    - Czyżby któryś z twoich przyjaciół podpadł Dorianowi? Na przykład ten wyszczekany nefilim?
    Cóż, V'lane sprawiał wrażenie trudnego, ale Dorian go lubił. Słyszałam to w jego głosie, widziałam, jak rozmawiają i śmieją się razem. Inny władca pewnie nie cieszyłby się, że dowódca jego wojsk jest tak niezależny, jednak V'lane był także bardzo kompetentny i szanował Doriana, nawet jeśli nazywał go szefem.
    - Nie chodzi o nikogo z naszego Kręgu. - I wyjaśniłam wszystko. Opowiedziałam o tym, jak Mizkun znalazł się w naszej niewoli, o tym, co zrobił mu Dorian, o umowie i mojej obietnicy pomocy. Bardzo chciałam pomóc.
    Tata słuchał, nie przerywając mi ani razu. Dopiero gdy skończyłam, zaczął pytać o relacje Mizkuna z Lucyferem, o jego umiejętności, a także ogólne wrażenie, jakie na mnie zrobił. Odpowiadałam szczerze i tak wyczerpująco, jak tylko mogłam.
    - Zależy ci na tym – raczej stwierdził, niż zapytał, ale mimo wszystko przytaknęłam. - Dobrze, dam mu szansę.
    Wezwał jedną ze służek, Berenice i kazał jej przynieść jakieś dokumenty. Patrzyłam, jak przegląda plik zadrukowanych kartek, kilka z nich podpisuje, na kilku coś zakreśla. Przysunęłam sobie broszurę z kolorowymi zdjęciami różnych posiadłości i zaczęłam ją przeglądać w ciszy. Przegryzałam babeczkę, przewracając strony, póki tata nie wyciągnął do mnie ręki.
    - Pokaż mi to, kochanie – poprosił, więc oddałam mu broszurę.
    Przerzucił kilka kartek i zakreślił jedno ze zdjęć. Adres sugerował, że dom znajduje się tuż za centrum, w Piekle. Tata wręczył wszystko Berenice.
    - Dopilnuj, by rzeczy z tego domu zostały przeniesione pod zaznaczony adres. Gdyby były problemy, zabierzcie, co możecie. Wyślij też kogoś do Lucyfera z umową. Byłoby miło, gdyby podpisał, to zaoszczędzi całej masy dodatkowych protokołów. Chcę, by to wszystko było zrobione do wieczora. Andriej ma przyjąć nowego.
    Berenice potwierdziła, że do wieczora wszystko będzie gotowe i wyszła, niosąc ze sobą plik dokumentów. Dopiero po chwili zauważyłam, że na stole pozostała broszurka, mniejszy odpowiednik tej, którą oglądałam. Tata coś w niej zakreślił i wręczył mi.
    - Ten Mizkun może się tu przenieść wieczorem, ktoś będzie na niego czekał.
    Skinęłam i otworzyłam broszurę, oglądając ładny domek ze sklepikiem na dole. Broszura opisywała okolicę i stan domu. Wyglądało świetnie.
    - Dziękuję, tatku – zarzuciłam ojcu ramiona za szyję i cmoknęłam go w policzek. - Jesteś niezastąpiony.
    Zaśmiał się i przytulił mnie mocno.
    - Ależ oczywiście, że jestem. - Uśmiechnął się i odgarnął mi za ucho niesforny kosmyk, który wymknął mi się z warkocza. - A na potwierdzenie, mam coś dla ciebie. Chodź ze mną.
    Wstał, a ja ujęłam go pod ramię i pozwoliłam poprowadzić się korytarzem. Niezwykle przyjemnie było znów przechadzać się po zamku ojca. Trochę tak, jakbym wróciła do domu. Oczywiście to nadal był mój dom, wiedziałam, że tata zachował mój pokój takim, jakim go zostawiłam. Byłam przekonana, że są tam nawet wszystkie rzeczy, których nie zabrałam ze sobą po ślubie.
    Jednak minęliśmy tę część zamku i skierowaliśmy się do prywatnych komnat ojca. Wstęp do nich miała tylko rodzina.
    Wprowadził mnie do przytulnego saloniku i dalej, do gabinetu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Rozejrzałam się więc z ciekawością, podziwiając ciemne, rzeźbione meble, regały wypełnione książkami i biurko z szufladami. To właśnie do niego podszedł tata i otworzył jedną z szuflad. Nie chcąc zaglądać mu przez ramię, przyjrzałam się portretom wiszącym na wprost biblioteczki. Rozpoznałam Genevieve, piękną i roześmianą, w staroświeckim stroju do jazdy konnej. Stała przy stajni, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Inny obraz, wykonany węglem, przedstawiał ładną kobietę o hipnotyzującym spojrzeniu i kształtnych ustach. Jej włosy były długie i faliste, opadały kaskadą na ramiona. Zaciekawiona nieznajomą, postanowiłam jednak przesunąć się dalej. Portret był narysowany ołówkiem i przedstawiał twarz Genevieve otoczoną prostymi włosami. Były jeszcze dwa obrazy z Genie. Jeden był utrzymany w brązach, przedstawiał ją siedzącą na piknikowym kocu, ubraną w piękną sukienkę z czasów wojny secesyjnej i kapelusz. Drugi był tak idealny, że przypominał fotografię. Genie pochylała się nad studnią, miała na sobie prostą średniowieczną sukienkę, jej oczy były wpatrzone w portrecistę. Znalazłam też podobiznę matki, siedzącej na brzegu jeziora, patrzącej w dal rozmarzonym wzrokiem. Na końcu jeszcze raz ujrzałam nieznajomą o hipnotyzującym spojrzeniu, a potem Rapha z tym jego zawadiackim uśmiechem. Oparty o ścianę stał mój własny portret, prawie skończony.
    Wiedziałam, że tata potrafi malować, ale te obrazy zachwyciły mnie w każdym calu. Były nieziemskie.
    - To dlatego nigdy nie pozwalasz nikomu wchodzić do tego gabinetu? - zagadnęłam.
    Uśmiechnął się i stanął u mojego boku.
    - Trochę. Ale przede wszystkim dlatego, że tylko tutaj mogę liczyć na prywatność. Proszę, weź to. - Podał mi nieduże pudełeczko. Wzięłam je i zaciekawiona obróciłam w dłoniach, chcąc obejrzeć je z każdej strony, nim zajrzę do środka. W końcu podniosłam wieczko i poczułam łzy napływające mi do oczu. W środku był ozdobiony perłami srebrny grzebyk do upinania włosów. Pamiętałam, jak matka go nosiła. Zawsze powtarzała, że kiedyś będzie mój, ale umarła, a ozdoba zniknęła. A teraz znów na nią patrzyłam. Ostrożnie wyjęłam grzebyk, jakby lekkie dotknięcie mogło sprawić, że zniknie.
    - Miałem ci go dać z okazji ślubu, ale nie sądziłem, że twój związek z Dorianem przetrwa. Że to właśnie ten ślub. Myliłem się, a ty powinnaś to mieć.
    Wyjął grzebyk z mojej dłoni i wpiął mi go we włosy.
    - Skąd go masz? - zdołałam zapytać.
    - Nie miałaś go, gdy do mnie przyszłaś. Twoja matka była do niego przywiązana, więc poprosiłem Lexa, by odnalazł zgubę. - Posłał mi uśmiech. - Jest idealny dla ciebie.
    Otarłam łzy wzruszenia i również się uśmiechnęłam.
    - Dziękuję, tato. To wspaniały prezent.
    Pocałował mnie w policzek i objął. Oparłam głowę na jego ramieniu i wpatrzyłam się w portrety.
    - Masz tego więcej?
    - Setki. Płótna i zeszyty. Malowanie zawsze mnie uspokajało.
    Zatrzymałam wzrok na portrecie nieznajomej.
    - To ona? Kobieta, dla której oddałeś skrzydła?
    Jego wzrok podążył za moim. Przez chwilę milczał i zastanawiałam się, czy ten temat wciąż nie jest dla niego zbyt bolesny. Zaczęłam szukać w głowie innego pytania, kiedy się odezwał.
    - To było bardziej skomplikowane, ale tak, to Deirdre.
    - Bardziej skomplikowane? Chodzi o to, o czym mówił wujek Rafael? O wojnę?
    Zerknął na mnie kątem oka, jakby nie spodziewał się, że tyle wiem.
    - Cóż. Tak, po części tak. Wtedy to ja dowodziłem armią, Michał wolał skupić się na wybiciu przywódców. Robiłem więc, co do mnie należało. Niepotrzebnie – westchnął.
    - I spotkałeś Genevieve – podsunęłam. Przytaknął.
    - To prawda. A ona zmieniła wszystko. Deirdre spotkałem, gdy tułałem się po Ziemi, nie mogąc znaleźć sobie miejsca wśród braci i sióstr. Tam nikt nie czuł tego co ja. Może Rafael, ale on nie zaczął przez to wątpić w słuszność swojego istnienia. Deirdre była... niezwykła. Mądra, piękna i odważna. W świecie rządzonym przez mężczyzn, nie bała się okazywać swojej siły.
    - Jak umarła? - spytałam cicho.
    Wpatrywałam się w tę ładną, jasnowłosą kobietę. Bez wątpienia jej oczy wyrażały siłę i niezależność. Ale w uśmiechu dostrzegłam łagodność. Jak w portretach Genevieve.
    Wiedziałam, że miłość mojej matki do ojca nie była odwzajemniona, że zależało mu na niej, lecz nie tak, jak ona by tego chciała. Sam mi to przyznał. Fascynowała go, zachwycała i nawet obudziła troskę, lecz nie kochał jej tak naprawdę. Co nie znaczy, że nie pomógłby jej, gdyby do niego przyszła. Wiedziałam, że otoczyłby ją opieką i pozwolił tu zamieszkać. Że gdyby mu pozwoliła, mogliby razem mnie wychowywać.
    - Aniołom nie wolno kochać tylko jednej osoby. A jeszcze bardziej nie wolno nam mieć dzieci. Zaszła w ciążę. Zabito ją i naszego syna tuż po porodzie. A mnie z nimi nie było, bo wciąż uczyłem się żyć jako upadły. - Przytulił mnie mocniej i ucałował w czoło. - Nie mogłem zabić Beliala i Lewiatana, ale odebrałem im wszystko. Niestety nie dość. A teraz nie wiem, czy powodem twojego otrucia byłem ja, czy twój mąż.
    - Belial chciał śmierci Doriana, nie mojej. Ubzdurał sobie, że może dzięki niemu panować nad demonami – wyjaśniłam, tuląc się do ojca. Obejmowałam go bardzo mocno. Niemal równie mocno, jak go kochałam. - Namalujesz kiedyś coś dla mnie? Chciałabym powiesić sobie twój obraz w którymś z pokoi – zmieniłam temat, nie chcąc, by zadręczał się bolesnymi myślami.
    - A co byś chciała?
    Zamyśliłam się na moment.
    - Moją matkę. I naszą rodzinę.
    - Da się zrobić. - Pocałował mnie w czubek głowy i podszedł do biurka. Spod niego wysunął kilka obrazów oprawionych w ramy i zaczął je przeglądać. W końcu wyciągnął jeden i odwrócił w moją stronę. Był to portret mojej matki z perłowym grzebykiem we włosach. Na jej ustach igrał delikatny uśmiech.
    - Jest piękny – zachwyciłam się.
    Wtedy ojciec pokazał mi drugi obraz, wydawał się niedawno skończony. To był portret ślubny, mój i Doriana. Jakże zachwycający.
    - A jednak brałeś pod uwagę, że nam się uda!
    Uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
    - Namalowałem go niedawno, mam dobrą pamięć. Jest twój. I to. - Położył na obrazach duży szkicownik. - Są tu portrety każdego z rodziny, pewnie znajdziesz też parę krajobrazów. Niestety nie mam nic ze wszystkimi razem. Ale pomyślę o czymś takim.
    - To prawie jak gwiazdka – zażartowałam, przypominając sobie o popularnym wśród ludzi święcie.
    Przysiadłam na brzegu biurka, obok opierającego się o nie ojca i razem zaczęliśmy oglądać rysunki. Chętnie je komentowałam, natomiast tata, w którym obudziła się masa wspomnień, opowiadał mi związane z portretami historie. Bawiliśmy się tak dobrze, że na trochę zapomniałam o trwającej wojnie i innych problemach.

    Od Varysa dowiedziałam się, że Dorian zdążył już zlecić sporządzenie odpowiedniego paktu i od jakichś dwudziestu minut był na dole, gdzie załatwiał sprawy z Mizkunem. Uświadomiłam sobie, że ja również powinnam tam być, a przez czas spędzony z ojcem Dorian poszedł sam i Mizkun zapewne właśnie myślał, że moje obietnice nic nie znaczyły. A przecież właśnie po to udałam się do taty. Ścisnęłam w dłoni broszurkę i zbiegłam po schodach. Minęłam zdumioną Anne, więc pomachałam jej na powitanie i biegłam dalej. Mijałam korytarze oświetlone pochodniami, aż niemal wpadłam na Doriana. On i Mizkun stali w drzwiach celi. Zdążyłam.
    Dorian właśnie podawał Mizkunowi pakt do podpisania. Na mój widok uśmiechnął się na moment, po czym przesunął się, robiąc mi miejsce.
    - Chciałabyś coś dodać do paktu, Sheilo?
    - Do paktu nie. Udowadniam tylko, że dotrzymuję słowa – odparłam i spojrzałam na Mizkuna.
    - Rozmawiałaś z Azazealem? - zapytał od razu, zerkając na mnie znad dokumentu.
    Przytaknęłam. Przypuszczam, że miałam bardzo zadowoloną minę.
    - I co powiedział? Zgodził się mnie przyjąć? - Usłyszałam wyraźne zdziwienie w głosie demona, widocznie nie dowierzał, że tata od razu spełni moją prośbę.
    - Jak już mówiłam, tata bardzo mnie kocha. - Uśmiechnęłam się i podałam demonowi broszurkę. - To może ci się przydać. Ktoś ma na ciebie czekać – dodałam.
    Mizkun wpatrywał się przez chwilę w ulotkę.
    - Dom? Mam go kupić? - Spojrzał na mnie. - Czy dostaję go na kredyt i mam na niego zapracować?
    Westchnęłam.
    - Raczej nie będziesz mógł mieszkać w dawnym domu, a to znaczy, że nie masz dokąd iść. Ten dom to – machnęłam ręką, szukając słowa - Lex nazywa do pakietem wyprawkowym. Każdy demon w Kręgu taty dostaje własny kąt i pomoc, póki nie stanie na nogi. Pod domem jest pomieszczenie idealne na sklep. Na przykład z amuletami. Poza tym tata kazał sprowadzić co się da z twojego dawnego domu – wytłumaczyłam. - Na miejscu ma czekać na ciebie demon z biurokracji, Andriej. On wytłumaczy ci wszystko dokładniej. Potem podpiszesz dokument, że przysięgasz wierność tacie i zrywasz więzi z Lucyferem.
    Mizkun wpatrywał się we mnie ze zdumieniem. Dorian stał oparty o ścianę i milczał.
    - Zgoda – powiedział w końcu demon i podpisał pakt. Podał go Dorianowi. - To mogę już iść...?
    Dorian zerknął na podpis.
    - Tak – rzekł krótko.
    - Powodzenia – dodałam.
    Skinął mi głową i zniknął.
    - I to by było na tyle – mruknął Dorian.
    Zbliżyłam się i objęłam go w pasie.
    - Martwisz się – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. Nauczyłam się już odróżniać humory męża.
    - Wiesz, pakt paktem, ale zawsze może szukać jakiegoś obejścia. Belial też chciał zawrzeć pakt na antidotum, którego nie miał. - Przytulił mnie do siebie.
    - Tata mówi, że pakt należy bardzo dokładnie określić. Ale nie martw się, teraz należy do Kręgu mojego ojca. A jak myślisz, co zrobiłby tata, gdyby Mizkun choć krzywo spojrzał na jego córeczkę lub zięcia? - Pocałowałam męża w policzek. - Plan B. W dodatku mogłam mu pomóc i wynagrodzić cierpienia.
    Czułam się wyjątkowo dumna z własnego planu.
    - To chyba faktycznie najbezpieczniejsza opcja – stwierdził mój mąż po namyśle.
    - Widzisz? I wszyscy zadowoleni – ucieszyłam się. - A czyj to był pomysł?
    Dorian spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
    - Twój, twój, moja mądra, śliczna i dobra żono – powiedział z rozbawieniem.
    Odpowiedziałam uśmiechem i czule pocałowałam męża. Był już wieczór, a to oznaczało, że już nigdzie się nie wybiera i mam go dla siebie.
    - Cóż, twoja mądra, śliczna i dobra żona ma jeszcze jeden pomysł – szepnęłam mu do ucha.
    - Hm... Jestem otwarty na propozycje – odparł, musnął ustami moje ucho i przeniósł nas do sypialni.
    Zaśmiałam się cicho i zaczęłam szeptać słodkie obietnice między pocałunkami. Muszę przyznać, że ten pomysł spodobał mu się jeszcze bardziej. Ośmielę się stwierdzić, że najbardziej ze wszystkich moich pomysłów. No cóż, mnie też.

    Kolejne dni przyniosły ze sobą kilka mniejszych bitew i znacznie więcej intensywnych treningów. Ja także zaczęłam brać w nich udział. Nie przez cały czas jak Dorian i wojownicy, ale każdego dnia spędzałam godzinę, intensywnie ćwicząc. Nie miałam złudzeń, że dobra passa potrwa dość długo, byśmy wygrali wojnę. Chciałam być gotowa i miałam też nadzieję, że treningi pomogą mi zahartować się także psychicznie.
    Uchyliłam się przed Dorianem i cofnęłam o dwa kroki. Zachwiałam się lekko, czując nagłe zawroty głowy. Zgięłam się wpół i zamknęłam oczy z nadzieją, że lada moment to minie. Być może po prostu za mało spałam, albo zjadłam coś, co mi zaszkodziło. Rano miałam lekkie mdłości, a teraz to.
    - Co się stało? - Dorian ujął mnie pod ramię i przyjrzał się mojej twarzy. - Źle się czujesz?
    - Nie, to drobiazg. Zdaje się, że potrzebuję więcej odpoczynku. - Uśmiechnęłam się, by go uspokoić. Może właśnie o to chodziło, przeforsowałam się. - Chyba dziś daruję sobie trening.
    - I jutro. Najlepiej kilka dni.
    Pocałowałam męża, wdzięczna za jego troskę, choć wiedziałam, że trochę przesadza. Zawroty głowy już minęły. Wyprostowałam się i pozwoliłam przytulić. Pocałował mnie w czubek głowy i objął ramionami, jakby tym sposobem mógł ukryć mnie przed całym światem.
    - Nic mi nie jest, kochanie, naprawdę – zapewniłam go, za co zostałam nagrodzona kolejnym pocałunkiem.
    Zauważyłam V'lane'a idącego w naszą stronę z niedużą grupką obcych mi mężczyzn. Wszyscy byli wysocy i sprawiali wrażenie wysportowanych. Świadczyły o tym chociażby muskularne ramiona. Przyjaciel zatrzymał się przed nami i zasalutował.
    - Szefie, księżniczko. - Mrugnął do mnie. - Przyprowadziłem kilku znajomych, którzy są gotowi się zaciągnąć. Znajomych takich jak ja – dodał ciszej.
    Zaciekawiona przyjrzałam się sześciu mężczyznom. Naprawdę byli nefilim?
    Dorian sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego.
    - Witajcie. Jestem Dorian z rasy Panów, władca tego Kręgu Piekielnego. - Podszedł do nich i uścisnął im dłonie. - W moim Kręgu nie będziecie musieli ukrywać swojego pochodzenia. To moja żona, Sheila – przedstawił mnie. - I wasza pani, jeśli przysięgniecie mi wierność. Macie własną broń?
    Mężczyźni spojrzeli po sobie. W końcu jeden z nich postanowił się odezwać:
    - Mamy broń i potrafimy jej używać. V'lane twierdzi, że jesteś wart, by stać u twego boku. Przyszliśmy, by się o tym przekonać.
    Kilku mężczyzn ciekawie zerkało w moją stronę. Dorian skinął głową.
    - Możecie się zastanowić, dam wam czas na decyzję. Pokażę wam, jak wyglądają treningi i wyjaśnię podstawowe sprawy, reszty dowiecie się od Varysa, mojego zarządcy. Macie pytania czy możemy przejść do konkretów?
    - Jaka jest jej rola? - Któryś z nich wskazał na mnie. Poczułam się skrępowana.
    - Sheila jest moją żoną, a zatem władczynią Kręgu. Poza tym jest moim osobistym doradcą w sprawach dotyczących poddanych.
    Zamrugałam i posłałam mężowi zdumione spojrzenie. Poczułam, że się rumienię, uraczona tak niezwykłym komplementem. Osobisty doradca? Ja? Aż tak bardzo liczył się z moim zdaniem? Poczułam, że serce podskakuje mi w piersi i wywija radosne fikołki.
    - Cóż, nam to pasuje – odezwał się najwyższy z mężczyzn.
    - Świetnie. Jesteśmy teraz na sali treningowej, przejdźmy na plac – zaproponował Dorian i zerknął na mnie. - Zostaniesz jeszcze, czy chcesz już wrócić do domu, Sheilo?
    - Chyba lepiej zrobię, jeśli wrócę do domu – zdecydowałam po namyśle. Pomogło mi w tym uczucie powracających mdłości. - Jeśli nie jestem ci potrzebna...
    - Idź, skarbie, odpocznij. - Posłał mi uśmiech i zerknął na V'lane'a. - Odprowadź Sheilę do domu.
    Przyjaciel przytaknął, a ja pożegnałam jeszcze męża krótkim pocałunkiem, nim V'lane ujął mnie pod ramię i przeniósł do zamku. Podziękowałam mu i powiedziałam, że może wracać do swoich wojowników. Na pewno poczują się lepiej, mając przy sobie kogoś zaufanego. Gdy tylko zniknął mi z oczu, zawołałam Anne i poprosiłam o dzbanek wody. Miałam nadzieję, że w ten sposób pozbędę się tego nieprzyjemnego, mdlącego uczucia.
    Opadłam na kanapę i wypiłam dwie szklanki wody, nim mdłości odrobinę zelżały. To był już drugi raz tego dnia, a to wydało mi się już niepokojące. Odetchnęłam i napełniłam szklankę po raz trzeci.
    - Wszystko w porządku? - Leanne weszła do pokoju i rozsiadła się w fotelu na wprost. - Wyglądasz blado.
    - Mam wrażenie, jakbym zjadła coś nieświeżego i to właśnie urządzało rewolucję w moim żołądku – mruknęłam.
    Przyjaciółka przyglądała mi się w zamyśleniu.
    - Myślisz, że ta trucizna może jeszcze w tobie być?
    Pokręciłam głową. Tego akurat byłam pewna, kiedy anioł uzdrawiał, to całkowicie. Rafael nie tylko usunął truciznę z mojego ciała, ale także dopilnował, by wszystkie szkody zostały naprawione. W każdym razie tak zwykle działał.
    - Nie, to nie to. Pewnie zjadłam coś nieświeżego. - Upiłam mały łyczek wody. - Na wszelki wypadek przestanę trenować, póki nie będę pewna, że mi przeszło.
    - Zrezygnuj całkowicie. Dość się nauczyłaś, a teraz powinnaś odpocząć. Napić się herbaty z przyjaciółką...
    Uśmiechnęłam się. Herbata z Leanne kusiła. Zawołałam Anne i poprosiłam, by przygotowała dzbanuszek herbaty z cytryną. Kiedy już wszystko przyniosła, wdychałam cudowny herbaciany zapach i prawie nie pamiętałam o mdłościach.
    Opowiedziałam Leanne o nowych wojownikach, oraz o tym, jak Dorian ich przyjął. O całej mojej dumie z tego, jakim władcą się stawał. Tym razem już nie tylko wymagał, ale zaczął też dawać od siebie. Widziałam w tym wpływy mojego ojca, Lexa, a nawet V'lane'a, który podbijał wszystkich charyzmą i bezpośrednim podejściem.
    - Zdaje się, że on naprawdę się zmienia – przyznała Leanne. - I to w dużej mierze z twojego powodu.
    Uśmiechnęłam się i odstawiłam pustą już filiżankę.
    - Jak widać, jesteśmy zgraną parą.
    - Tak, wy tak – westchnęła i spojrzała na mnie. - Ale skąd wiedziałaś, że to właśnie on jest tym jedynym? On, a nie ktoś inny, kogo jeszcze nie spotkałaś...
    Zastanowiłam się. Na początku tego nie wiedziałam, nie miałam wyboru. A potem po prostu się zakochałam. Nie potrafiłam nawet stwierdzić, kiedy dokładnie zrozumiałam, że to miłość. Ale kochałam go i walczyłam o nasze wspólne szczęście. I nigdy nie przestałam.
    - Myślę, że to się po prostu czuje. Wiedziałam, że moje serce należy do niego, jakby był mi pisany. Nie miałam pewności, czy to się uda, Dorian zawsze był trudnym mężczyzną. Ale on też się stara.
    - Czyli po prostu zaryzykowałaś?
    - Było warto. - Dolałam sobie herbaty. - A dlaczego o to pytasz?
    Speszyła się i nagle skupiła na swojej filiżance.
    - Tak tylko... - mruknęła.
    Przyjrzałam się jej z zaciekawieniem, ale postanowiłam nie dopytywać. Przypuszczałam, że w końcu i tak opowie mi o wszystkim. Chciałam już zmienić temat, gdy Leanne nagle cała pokraśniała. A mnie zalała kolejna fala mdłości, zmuszając do szybkiej ewakuacji z pokoju. W drzwiach omal nie wpadłam na zaskoczonego Varysa.

    Gdy wyszłam z łazienki, czułam się już o wiele lepiej. Najwyraźniej jednak zjadłam coś nieświeżego i musiałam to z siebie wyrzucić. Ruszyłam w stronę pokoju, w którym zostawiłam Leanne i Varysa, ale moją uwagę przykuł Raph flirtujący z Anne. Na mój widok jednak pokojówka popędziła wykonywać swoje obowiązki, a uśmiechnięty Raph wsunął ręce do kieszeni spodni i podszedł do mnie.
    - Jak się czujesz? Podobno miałaś mdłości – zwrócił się do mnie, spoglądając z troską.
    Zamrugałam zdumiona tym, jak szybko rozchodzą się informacje. Pewnie Anne mnie podkablowała. Miałam tylko nadzieję, że nie wyglądam już tak blado.
    - Lepiej. Musiałam zjeść coś niewłaściwego. - Zmusiłam się do uśmiechu.
    - Możliwe. - Skinął głową. - Może powinnaś wyjść na świeże powietrze?
    - Tak, może – zgodziłam się. Wyraźnie zanosiło się na deszcz. - Choć chyba już mi przeszło. W pokoju zostawiłam Leanne i Varysa, pewnie powinnam jednak do nich wrócić.
    - Może lepiej zostawić ich samych...? - zaproponował Raph, uśmiechając się tajemniczo. - Nie wiem, czy zauważyłaś, ale mają się ku sobie.
    - Cóż, Leanne rumieni się na jego widok – przyznałam, gdy powoli ruszyliśmy przez korytarz.
    - A Varys jest o nią zazdrosny – odparł Raph i zerknął na mnie. - Mówię ci, coś z tego będzie.
    Nie lubię plotkować, naprawdę. To nie moja sprawa, co robią inni, ale...
    - Varys zazdrosny? - zdumiałam się.
    - Na to wygląda. Na początku, gdy tu przyszedłem, odbyliśmy ciekawą rozmowę. - Uśmiechnął się. - Powiedział, że Leanne jest niewinna i nie wolno mi jej wykorzystać czy coś w tym rodzaju. Oczywiście wyjaśniłem, że nie mam zamiaru jej uwieść i że może się za nią brać, jeśli chce. Strasznie się zmieszał i zaprzeczał, że jakby mógł i tak dalej, ale ja potrafię poznać, kiedy facet jest zazdrosny o kobietę. - Roześmiał się i pokręcił głową.
    Varys i Leanne, coś takiego. Poczułam, że się uśmiecham.
    Tak bardzo chciałam, by to okazało się prawdą. Oboje byli wspaniali, z pewnością potrafiliby uczynić siebie nawzajem szczęśliwymi.
    - Mam nadzieję, że nie dokuczałeś mu z tego powodu?
    - Ja? Gdzieżbym mógł... - Zrobił niewinną minę. - Dałem tylko parę dobrych rad, ale chyba ich nie docenił...
    - Raph! Na pewno go speszyłeś! On ma o sobie bardzo niskie mniemanie w tej kwestii... - Spojrzałam na niego z wyrzutem.
    - Może Leanne temu zaradzi. Byłaby z nich ładna para, prawda?
    - Idealna – przyznałam z rozmarzeniem. Wiele razy myślałam, jakby to było dobrze, gdyby znaleźli sobie kogoś równie wspaniałego jak oni, ale nie brałam pod uwagę, że właśnie razem stanowiliby wspaniałą parę. A ja mogłabym cieszyć się ich szczęściem. - Chyba o wiele częściej będę zostawiać ich samych.
    - Tak, popieram, to dobry pomysł – zgodził się ze mną Raph.
    Zadowolona już chciałam wziąć go pod ramię, gdy zza rogu wybiegła mała, puchata kulka. Patrzyłam oczarowana, jak młody hyosube z trudem wyhamowuje przed ścianą, obwąchuje stojący obok wazon, a potem odwraca się i mierzy nas ciekawskim spojrzeniem. Kucnęłam, by lepiej mu się przyjrzeć, a on, uznawszy to za zachętę, pognał w moją stronę omal nie potykając się o własne łapki. Zachichotałam, kiedy wywrócił się u moich stóp.
    - Dzień dobry, Śpioszku – przywitałam go. Imię zawdzięczał temu, że dotąd widziałam go tylko śpiącego. Kichnął i oparł się o moją stopę.
    - Rozbrykany dzieciak – zaśmiał się Raph, przyglądając się małemu hyosube.
    - Jest ciekawski jak każde młode – zgodziłam się.
    Maruda obserwowała malca leniwie, siedząc na rogu korytarza. Najpewniej zabrała go na jego pierwszą wycieczkę po zamku. Podrapałam malucha, a ten wykorzystał okazję, by chwycić się mojej ręki i wdrapać mi na kolana. Nie mogłam się powstrzymać i przytuliłam go leciutko.
    Raph obserwował uważnie Marudę, jakby spodziewał się, że za chwilę rzuci się na mnie, by wyrwać malca z moich rąk.
    - Spokojnie, gdyby miała coś przeciwko, nie pozwoliłaby mu podejść tak blisko – uspokoiłam go. Maruda w istocie nic nie robiła sobie z mojej zabawy ze Śpioszkiem. Czekała spokojnie, póki nie postawiłam malca na podłodze. Ten przez chwilę sprawiał wrażenie zdziwionego, że przestał być rozpieszczany, otrząsnął się i znalazł nowy obiekt zainteresowań w postaci kwiatka na parapecie. Maruda fuknęła i czym prędzej pobiegła za czmychającym potomkiem, który zdążył już sprawdzić, czy chińskie róże potrafią latać.
    Patrzyłam za nimi z rozbawieniem.
    - Dzieci – mruknął Raph, spoglądając na zniszczenia, jakich dokonał malec.
    - To tylko kwiatek. Poza tym nic mu nie będzie, wymienimy doniczkę, a Leanne pewnie zatroszczy się o roślinkę. - Podniosłam kwiatek i ułożyłam w tym, co zostało z doniczki. Z dołu dochodził kuszący zapach ciasta czekoladowego. - Co powiesz na gorące ciasto?
    - Bardzo chętnie. Emma piecze znakomite placki – stwierdził Raph i skierowaliśmy się w stronę kuchni.
    Nie wątpiłam, że połowę tego, co piekła, szykowała specjalnie z myślą o nim. Ale po co wspominać rzeczy tak oczywiste, skoro można po prostu delektować się tymi pysznościami?

4 komentarze:

  1. Czyżby nasza Sheila była w ciąży? Ciekawy rozwój wypadków :)
    Pozdrawiam,
    Areti

    OdpowiedzUsuń
  2. Abra-Cadabra5 marca 2017 13:00

    Było też o utraconym synu Azazeala, więc może autorki faktycznie dają nam coś do zrozumienia. ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Ohoho, Dorian w roli tatusia... nie wyobrażam sobie ;)

    OdpowiedzUsuń