Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

21.01.2017

Rozdział XXVI. Część 1

***Dorian***

    Nie mogłem uwierzyć, że naprawdę to zrobiła. Że była na tyle bezmyślna, by próbować uwolnić anioła. Jeńca, schwytanego przez nas i uwięzionego, by Ezekiel mógł kombinować, jak wygrać tę wojnę.
    Pojawiłem się w Piekle pełen złości na naiwność mojej żony. Gdyby wieść o tym się rozniosła, nie tylko upadłyby morale moich wojowników – wszak ich pani próbowała uwolnić jednego z ich wrogów. Upadłby także mój autorytet, jako władcy części Piekła, który nie potrafi zapanować nad własną żoną. Najgorsze było to, że oczekiwaliby wymierzenia jej kary. I raczej nie uznaliby aresztu domowego. A ponieważ inaczej bym jej nie ukarał, mogłoby to spowodować kolejne bunty i protesty.
    Na szczęście mój przyjaciel w porę zapobiegł katastrofie. Byłem pewien, że Ezekiel nikomu o tym nie powie. Inna sprawa, że pewnie jest jeszcze bardziej wściekły, niż ja. Rozumiałem pobudki swojej żony, choć nie spodziewałem się po niej aż takiej naiwności. Miałem nadzieję, że Ezekiel też choć po części wiedział, czemu to zrobiła i widział w niej naiwną nimfę, nie zdrajczynię.
    Spochmurniałem, przypominając sobie naszą rozmowę. Co prawda w końcu dotarło do niej, co zrobiła, ale niewiele to zmieniało. Przypomniałem sobie, jak wymagała ode mnie, żebym się zmienił, przestał zabijać. Nie dlatego, że anioły tego żądały, co akurat było logicznym argumentem. Dlatego, że to właściwe, że Sheila chce, bym dla niej tak postępował, bym nie korzystał z zasobów, które dało mi moje dziedzictwo, uśpił swój mrok i nie czerpał z ludzi. Bo to jest właściwe według niej. Ale to, co było właściwe dla niej, jak wypuszczenie wroga z lochu, tak naprawdę było naiwne i głupie.
    Odetchnąłem, próbując się uspokoić. Miałem ochotę wrócić i powiedzieć jej to wszystko, uświadomić, jak się na niej zawiodłem, ale zdałem sobie sprawę, że to nic by nie dało. Ona już wie, że źle zrobiła. Wie i wyciągnie wnioski na przyszłość. Kolejna kłótnia jest niepotrzebna. Tym bardziej, że przez chwilę w jej oczach ujrzałem strach. Nie chciałem, żeby się bała. Jest moją żoną i musi rozumieć pewne kwestie, ale nie powinna się mnie bać.
    Skierowałem się do sali treningowej. Wojownicy jedli właśnie śniadanie. Oczywiście był tam także i V'lane, rozprawiał o czymś z dwoma demonami. Wziąłem sporą porcję i przysiadłem się do niego.
    - Nie zjadłeś śniadania w domu? - zdziwił się. - Myślałem, że będziecie z Sheilą dłużej świętować wygraną.
    - Wygraliśmy bitwę, nie wojnę – zwróciłem mu uwagę i zabrałem się za śniadanie. V'lane wzruszył tylko ramionami i dokończył swój posiłek.
    Rozejrzałem się po sali. Nastroje były zdecydowanie dobre, demony świętowały zwycięstwo. Wielu poległo, zbyt wielu. Varys, zgodnie z moimi poleceniami, miał zająć się ich rodzinami. Wojownicy walczyli dla mnie i umierali, był to ich obowiązek, zatem do mnie należała ochrona ich bliskich po śmierci na polu walki. Cóż, mój zarządca będzie miał dzisiaj pełne ręce roboty.
    Tuż po śniadaniu do sali treningowej wszedł Ezekiel. Skinął na mnie głową, idąc w stronę gabinetu. Wstałem i podążyłem za nim. Nie spodziewałem się przyjemnej rozmowy.
    Zajął swoje zwyczajowe miejsce za biurkiem i sięgnął po dzbanek z kawą. Spojrzał na mnie.
    - Niech zgadnę, odpuściłeś jej.
    - Nie – zaprotestowałem. - Powiedziałem dokładnie, co myślę o jej postępowaniu, w końcu przyznała mi rację i przeprosiła. Zakazałem jej opuszczać dom. Zostanie tam do końca wojny.
    Uniósł brwi, co z jego strony było jasnym znakiem, co o tym myśli. Upił łyk kawy.
    - To twoja żona i twój obowiązek. Przypomnij mi jednak, od kiedy karą za zdradę jest areszt domowy?
    - Popełniła błąd, ale to nie była zdrada – sprostowałem. - Tylko czysta naiwność. Nie wiem, co ten anioł jej nagadał, myślę, że wykorzystał jej dobre serce i przekonał, że w ten sposób zakończy wojnę. Ktoś powinien pilnować tych lochów – zwróciłem mu uwagę.
    - To była głupota. Co jest o wiele gorsze. Zdrajcy są przewidywalni. Jej naiwność może okazać się gwoździem do trumny. Tego chcesz?
    - W domu niczego nie nabroi. - Wzruszyłem ramionami. - Nie musisz się już o to martwić. Powiedz lepiej, czy masz jakiś plan co do dalszych działań wojennych, czy po prostu czekamy?
    - Myślę, że powinniśmy ich dobić, póki są osłabieni. A zatem, trzeba ich wykurzyć spod miękkiej pierzynki.
    - Jak? Na zakonnice już się raczej nie nabiorą...
    - Coś wymyślę – mruknął. - Ty lepiej pilnuj żony.
    - Moja żona, mój problem. Ty się zajmij wymyślaniem strategii, bo jak się pozbierają, stracimy swoją szansę. - Wstałem.
    - W wypadku wojny, problem może być wspólny.
    - Nie zapominaj, dzięki komu wygraliśmy wczorajszą bitwę – zwróciłem mu uwagę. - Poza tym, jak mówiłem, Sheila zostanie w domu do końca wojny.
    Westchnął i posłał mi poważne spojrzenie.
    - Pamiętam. Tak samo jak to, że jej dobre serduszko sprawiło, że nie będę miał paskudnej blizny. Dlatego pozwoliłem ci rozwiązać ten problem na własną rękę, choć mogłem zadziałać sam. Po prostu nie chcę, żeby była problemem. Mogę odpuścić tylko ten jeden raz.
    - Nie będzie problemem – zapewniłem go. - Możesz być o to spokojny.
    Skinął głową i skupił się na stosie papierów leżących na biurku. Obaj jednak podnieśliśmy głowy, gdy drzwi się otworzyły. Genie zerknęła na mnie, potem na Ezekiela i usiadła na brzegu biurka.
    - Co to za miny?
    - Zastanawiamy się nad różnymi problemami w tej wojnie – odparłem, unikając tematu Sheili. - Ezekiel twierdzi, że powinniśmy wywabić anioły z Nieba, póki są osłabione, ale Michał pewnie będzie wolał poczekać, aż zregenerują siły.
    - Dlatego nie możemy pozwolić im czekać. - Przyjaciel machnął ręką, dając mi znak, że mogę iść. A tym samym nie tłumaczyć nic Genevieve.
    - W takim razie wymyślajcie, ja wracam do moich wojowników. - Posłałem uśmiech siostrze i wyszedłem.
    Nim zdążyłem dołączyć do trenujących, na sali pojawił się Raphael. Rozejrzał się, a gdy mnie dostrzegł, natychmiast ruszył w moją stronę. Był blady, poważny.
    - Sheila – powiedział, a mnie w tym momencie przyszło do głowy, że anioły przedarły się jakoś przez bariery i porwały mi żonę. - Zatruła się winem – dodał. - Musisz natychmiast przyjść. Kiepsko to wygląda.
    Skinąłem głową i natychmiast przeniosłem się do zamku. Wpadłem do sypialni, gdzie, jak wyczułem, leżała moja nimfa.
    Sheila naprawdę nie wyglądała dobrze. Blada jak nigdy dotąd, miotała się na łóżku, przytrzymywana przez Leanne. Nim do niej doszedłem, wydała z siebie cichy jęk i znieruchomiała. Wtedy zauważyłem, że nie tylko nienaturalna bladość dolega jej skórze. Była sucha, tak sucha, że na jej nogach, aż do kolan, ciągnęły się drobne siateczki pęknięć. Jak porcelana, która została stłuczona i pospiesznie sklejona.
    - Co się stało? Jak to możliwe? - Usiadłem na łóżku i sięgnąłem po jej dłoń. Z przerażeniem spostrzegłem, że robi się coraz bardziej sucha. Leanne położyła wilgotny kompres na jej czole.
    - Wypiła łyk tego wina. - Inkub podał mi butelkę. Jedną z tych starszych, które były tu od dawna. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Wino? Ostrożnie umoczyłem palec. Nieprzyjemne pieczenie uświadomiło mi, że wino z pewnością było zatrute.
    W mojej piwnicy znajdowało się zatrute wino. Z czasów przed moją służbą. Spojrzałem na nieprzytomną Sheilę i uznałem, że potem będę dociekać, jak się tam znalazło. Teraz najważniejsze było, jak ją wyleczyć.
    - Jest sucha. Powinniśmy włożyć ją do wody, wtedy będzie mogła się uleczyć... prawda? - Spojrzałem pytająco na Leanne.
    - To zbyt ryzykowne – zaprotestowała nimfa leśna. - Może połączyć się z wodą i już nie wrócić...
    Dotknąłem chłodnego policzka żony. Wydawała się chudsza niż zwykle, taka słaba, bezradna. Jakby... umierała? Odsunąłem od siebie czym prędzej tę myśl. Była zbyt przerażająca. Musiałem ją uratować. Na każdą truciznę jest antidotum. Rozejrzałem się za Raphaelem.
    - Poszedł powiadomić Azazaela – podpowiedziała mi Leanne, przemywając chłodną wodą twarz Sheili. Natychmiast sięgnąłem po komórkę. Odetchnąłem i wybrałem numer Ezekiela.
    - Lepiej, żeby to było ważne – usłyszałem głos przyjaciela.
    - Sheila została otruta. Potrzebne mi antidotum. - Starałem się, by mój głos był spokojny i opanowany, choć miałem ochotę zawołać, że nie ma czasu na zbędne wyjaśnienia i ma natychmiast tu przyjść.
    Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.
    - Wiesz, co to było?
    - Nie znam się na tym – powiedziałem ze zniecierpliwieniem. - Ale mam całą butelkę tego wina. Sheila jest nieprzytomna, źle to wygląda – dodałem niepewnym głosem.
    - A podobno w domu miała się w nic nie pakować – mruknął mój przyjaciel. Tym razem jego głos nie dobiegał ze słuchawki, lecz z miejsca tuż za mną. Pochylił się i dotknął czoła Sheili. - Wino, tak?
    W tej samej chwili w pokoju pojawili się Azazeal, Legion i Raphael. Teść natychmiast podszedł do córki.
    Sięgnąłem po butelkę i podałem Ezekielowi.
    - Potrafisz zrobić antidotum?
    Potrząsnął butelką, mieszając jej zawartość i powąchał.
    - Nie od razu, najpierw muszę dowiedzieć się, z czego to zrobiono. Zabiorę to wino i zobaczę, co mogę zrobić.
    - Lepiej się pospiesz – burknął Azazeal, ujmując dłoń Sheili.
    - Daj znać, jak tylko będziesz wiedział – poprosiłem go i usiadłem przy Sheili. Mój teść kucał przy drugiej stronie łóżka, trzymając córkę za rękę, a Raphael stanął koło Leanne. - Ma zbyt suchą skórę, nie wiemy, jak szybko działa trucizna – dodałem cicho.
    - Widzisz te linie, przypominające pęknięcia? Tak szybko wysycha. A nimfa i woda to jedno. - Azazeal ukrył dłoń Sheili w swoich i zamknął oczy. I wtedy te linie zaczęły blaknąć. - Mogę jej dać dodatkową godzinę, nie więcej. I trzeba ją nawadniać.
    Na te słowa Leanne namoczyła kolejny ręcznik. Ezekiela już nie było, nie zauważyłem, kiedy zniknął.
    - Trucizna była w winie, a więc ktoś podstawił je tam umyślnie. Chyba stoi tam od początku – powiedziałem z namysłem, przyglądając się Sheili. Dotknąłem jej policzka, był rozpalony. Najgorsze było to, że nie potrafiłem jej pomóc. Moja moc nie miała w tym wypadku żadnego zastosowania.
    - Więc może będzie więcej – odezwał się Legion i wyszedł z pokoju.
    Leanne przytknęła ręcznik do szyi Sheili, potem dotknęła nim ramienia.
    - Nie mieliśmy pojęcia, że wino może jej zaszkodzić... - Zerknęła na Rapha. - W końcu było stąd...
    - Wyglądało jak zwykłe wino – dodał inkub, wpatrując się w Sheilę. - Napiła się pierwsza...
    Nagle kilka kroków ode mnie zmaterializował się Varys. Wydawał się bardzo zaniepokojony, jeśli nie przerażony.
    - Co z nią?
    - Niedobrze – odparłem i zerknąłem na Leanne, potem na Raphaela, który patrzył na mnie z wyraźnym poczuciem winy. - Nie rozumiem, po co ktoś miałby chcieć otruć Sheilę... Chyba, że celem byłem ja, ale wątpię, by taka trucizna mogła mnie zabić... Tylko trucizny wytworzone przez rasę Panów mogą na nas zadziałać.
    - Ktoś już był na tyle głupi, by chcieć zjeść twoje serce, panie – odezwał się Varys. W jego głosie słyszałem z trudem powstrzymywany gniew.
    - Belial. - Zacisnąłem pięści. - Ta służka, Marie, musiała je tam podłożyć. Zatem Belial musi mieć antidotum.
    - Tylko, jeśli był dość bystry, by je zdobyć – mruknął Azazeal.
    - Bystry z pewnością nie jest, ale i tak muszę spróbować. Lepsze to, niż czekanie. Nie wiemy, ile Ezekielowi zajmie sporządzenie antidotum. Jeśli Belial ma gotowe, zdobędę je. - Spojrzałem na Sheilę. Nadal nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogę ją stracić. Musiałem działać, z siedzenia i zamartwiania się nic nie wyniknie.
    W tej samej chwili moja żona poruszyła się niespokojnie i jęknęła cicho.
    - Więc lepiej, byś znalazł go jak najszybciej.
    - Macie na myśli Beliala? - Legion stanął w drzwiach. Trzymał butelkę wina.
    - Tak. - Zerknąłem na niego. - Jest tego więcej?
    - To jedno. - Uniósł butelkę.
    Varys zaklął siarczyście.
    - Powinienem był je znaleźć, sprawdzić...
    Leanne podeszła do niego i ujęła pod ramię.
    - I spróbować każde wino? Nie mogłeś tego przewidzieć.
    Legion przytaknął i postawił wino na stoliku.
    - Bez urazy, ale nie masz moich umiejętności, niczego byś nie znalazł. A teraz skupmy się na tym, jak pomóc Sheili.
    - Jedyne, co możemy teraz zrobić, to znaleźć Beliala. - Wstałem. - Mój więzień, demon amuletów coś wie. Pora, by w końcu mi powiedział. Dowiem się wszystkiego i niebawem wrócę – powiedziałem, po czym przeniosłem się do lochów.
    Zatrzymałem się tuż przed celą. Tyle czasu próbowałem wydobyć z demona cokolwiek, a on na początku zaprzeczał, jakoby był szpiegiem Beliala, potem po prostu milczał. Wystarczyła jedna wizyta Sheili i nie tylko z nią porozmawiał, ale nawet obiecał, że się zastanowi. I na tym musiałem się skupić. Na Sheili. Jeśli jej sposób podziałał, miałem zamiar pójść tym torem.
    Wszedłem do celi pewnym siebie krokiem. Sporo się tu zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Było łóżko, poduszka, ciepłe koce, nawet niewielka balia z wodą. Obok łóżka ktoś postawił małą szafkę, na której znajdował się pusty talerz i kubek. To już nie był loch, to był pokój. Skromny, ale jednak.
    Więzień leżał na łóżku z książką w ręku. Nie miałem wątpliwości, że to wszystko było pomysłem Sheili, zdaje się, że zadbała nawet o to, by demon się nie nudził. Na mój widok Mizkun odłożył książkę i usiadł na łóżku. Zerknął na drzwi za mną, jakby oczekiwał, że przyjdzie ktoś jeszcze.
    - Pora odpowiedzieć na propozycję Sheili – przystąpiłem od razu do rzeczy. Demon amuletów spojrzał na mnie z niechęcią.
    - Jeśli przyjdzie, będę z nią rozmawiał – odezwał się. No proszę, jednak się namyślił.
    - Powiedz mi, gdzie znajdę Beliala, a dotrzymam obietnicy Sheili – powiedziałem spokojnie. Demon popatrzył na mnie podejrzliwie.
    - Chcę rozmawiać z nią – powtórzył uparcie. Miałem ochotę cisnąć nim o ścianę i podpalić. Musiałem się uspokoić, z martwego niczego nie wydobędę. Torturami też niestety nie.
    - Twoje życie zależy od Sheili – powiedziałem, wpatrując się w niego złowrogo. - Została otruta winem Beliala i muszę go znaleźć, by zdobyć antidotum. Z każdą chwilą moja żona ma coraz mniej czasu, a jak widzisz, jej słowo potrafi wiele zdziałać. - Zatoczyłem ręką, wskazując loch. - Gdyby jej zabrakło, wszystko wróci do poprzedniego stanu. Musisz zdecydować teraz: pomożesz ją uratować i wydasz Beliala, albo nadal będziesz mu lojalny i zgnijesz tutaj, wśród szczurów, robaków i jako codzienna przekąska dla hyosube – warknąłem. Widząc jego zaciętą minę, miałem ochotę cisnąć w niego płomieniem, ale nic by to nie dało. Musiałem się uspokoić, gdy pozna, jak bardzo mi zależy, może odmówić z chęci zemsty. Zatem trzeba go było przekonać, że w jego interesie leży zdradzenie kryjówki Beliala.
    Przeszedłem się powoli po celi, odzyskując opanowanie.
    - O to chodzi? Że jesteś lojalny Belialowi? Należałeś do Kręgu Lucyfera, wolałeś go zdradzić i przejść do kogoś, kto tak niewiele może ci zaoferować? - Spojrzałem na niego. Skrzywił się.
    - Nie jestem szpiegiem Beliala – syknął. Znowu to samo.
    - Lucyfer sądzi inaczej. Nie próbował cię stąd wydostać – zauważyłem. Prychnął.
    - Po prostu przestałem być mu potrzebny.
    - A więc jesteś szpiegiem Lucyfera – podjąłem – i udawałeś przed Belialem, że chcesz się do niego przyłączyć. Gdzie się spotykaliście?
    Spojrzał na mnie z tak dobrze znaną mi miną. Milczał.
    - Sheila jest jedyną osobą, która może cię stąd wydostać – przypomniałem. - Jedyną, która stanęła w twojej obronie. Jeśli nie chcesz pomóc jej ocalić, nie jesteś mi już potrzebny – dodałem ciszej.
    - Nie wiem, gdzie ukrywa się Belial – odezwał się Mizkun – ale wiem, jak możecie go znaleźć. Jeśli mnie uwolnisz, wskażę budynek, w którym się z nim spotykałem. Tam znajdziesz jego ślad.
    - To na nic, Legion nie jest w stanie go wyśledzić – zaprzeczyłem.
    - Oczywiście, że nie. - Przez twarz więźnia przemknęło zadowolenie. - Moje amulety są niezawodne. Lucyfer kazał dać jeden Belialowi, by zdobyć jego zaufanie. Dzięki temu nikt nie jest w stanie go wyczuć czy wyśledzić. Wystarczy, że zniszczycie amulet, a Legion, kierując się zostawionym śladem, szybko go znajdzie.
    - Gdzie jest ten amulet?
    Mizkun wahał się przez chwilę.
    - Powiem, gdy mnie uwolnisz – rzekł w końcu. Prychnąłem.
    - Nie mamy czasu na negocjacje! - Stanąłem tuż nad nim. Czułem, jak pulsuje we mnie gniew. - Jeśli chcesz, byśmy zdążyli ją ocalić, wskaż miejsce. Sheila dała ci słowo, więc przestań w nie wątpić. Inaczej stracę cierpliwość, a nie mam jej już zbyt wiele.
    Wahał się przez chwilę, w końcu wzruszył ramionami.
    - W porządku. Wypuścisz mnie, gdy znajdziesz Beliala? - upewnił się. Odetchnąłem.
    - Tak.
    Okazało się, że amulet ukrył Belial, ale Mizkun, jako twórca, znał położenie wszystkich swoich amuletów. Po zniszczeniu naszyjnika mieliśmy natrafić na ślad diabła.
    Wyszedłem z lochu i skierowałem się do sypialni, w której leżała Sheila. Uda się, musi się udać. Teraz pozostało tylko znaleźć Beliala i zabrać mu antidotum. Oby je miał.
    Tym razem to Azazeal zajmował się Sheilą. Robił to z wprawą kogoś, kto opiekował się wieloma umierającymi i rannymi. Na pierwszy rzut oka wydawał się spokojny, ale dostrzegłem w nim ten sam strach, który czaił się we mnie. Legion obracał w palcach butelkę, jakby widział tylko ją. Pozostali siedzieli w rogu pokoju, zapewne nie chcąc przytłaczać Sheili. Raphael wpatrywał się ponuro w przeciwległą ścianę. Leanne opierała głowę o ramię Varysa, ale wyprostowała się na mój widok.
    Wyjaśniłem krótko, czego udało mi się dowiedzieć.
    - Najpierw znajdziemy i zniszczymy amulet, potem wytropimy Beliala, a wtedy zdobędziemy antidotum, jeśli takie sporządził. - Spojrzałem pytająco na Legiona.
    Skinął głową i w końcu rozstał się z butelką.
    - Wiesz, gdzie jest ten amulet? Czy mam uciąć sobie pogawędkę z demonem?
    - Wiem. Możemy od razu się tam przenieść.
    - W porządku, im szybciej, tym lepiej – zgodził się.
    Przenieśliśmy się do niezamieszkałego domu na miejskich obrzeżach. Był w kiepskim stanie, składał się z parteru i piętra, pewnie było tam też jakieś poddasze. Ściany pokrywały graffiti o przeróżnej treści.
    - Na piętrze – zwróciłem się do Legiona. - Tam znajdziemy amulet.
    Skinął głową i ruszył przodem. Weszliśmy po skrzypiących schodach na górę, do największego pokoju. Był pusty, nie licząc jednego fotela w kolorze zgniłej zieleni, a w oknach nie było szyb. Przesunąłem fotel i wyjąłem deskę z podłogi. Włożyłem rękę i wymacałem szkatułkę. A więc Mizkun mówił prawdę. Wyjąłem znalezisko i pokazałem Legionowi.
    - Świetnie – mruknął. - Zatem przedstawienie czas zacząć. Swoją drogą Belial jest idiotą, że ukrył coś tak ważnego pod podłogą.
    - Gdziekolwiek by nie ukrył, Mizkun i tak by wiedział – stwierdziłem i przyjrzałem się szkatułce. - Gdy ją otworzę, przypuszczam, że diabeł to poczuje. Ale to niewiele zmieni, może uciekać, ile chce, po zniszczeniu amuletu i tak go znajdziesz, prawda? - Zerknąłem na Legiona.
    - Gdziekolwiek będzie, bez względu na to, jak szybko zacznie uciekać – odparł.
    Skinąłem głową i otworzyłem szkatułkę. W środku był okrągły jasnopomarańczowy kamień wstawiony w czarną oprawkę. Na kamieniu wyryte były napisy w języku demonów. Wyjąłem amulet i zacisnąłem na nim dłoń, wkładając w to swoją moc. Po chwili wysypałem na podłogę szary pył, który natychmiast wyparował.
    Legion uśmiechnął się przeciągle, a jego oczy zapłonęły. Najwyraźniej wyczuł ślad Beliala zgodnie z zapowiedzią Mizkuna. Odetchnął głęboko jak drapieżnik, który zwęszył ofiarę.
    - O tak, był tu i to całkiem niedawno. I wiem, którędy poszedł.
    Podbiegł do okna i wyskoczył przez nie, jakby nie stanowiło żadnej przeszkody. Miękko opadł na bruk i tam nabrał prędkości.
    Wyjrzałem przez okno i przeniosłem się przed budynek, po czym ruszyłem za Legionem.
    Był szybki, musiałem się postarać, by dotrzymać mu kroku. Skręcił za róg i po kilkudziesięciu metrach zatrzymał się przed karczmą, która na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie meliny. Na drugi także.
    - Tu ślad jest najsilniejszy, musiał często bywać w tym miejscu – odezwał się demon.
    - Ale już go tu nie ma? - upewniłem się.
    - Nie, zapewne wykorzystuje to miejsce, by zniknąć w tłumie. Jest tu tak wielu ciemnych typów, że ich aury się mieszają. Przez to pojedynczy ślad staje się wręcz niemożliwy do wyłapania. - Pchnął drzwi. - Ale ja go znajdę.
    - Na to liczę. - Wszedłem za nim. Karczma wyglądała obskurnie. Dawno nie malowane ściany, nie do końca wysprzątane stoliki i nieprzyjemny zapach. - Belial zdecydowanie tu pasuje – skomentowałem.
    Legion zaśmiał się cicho i przejechał palcem po blacie. Na jego skórze została ciemna, tłusta plama.
    - Pewnie czuł się jak w domu. - Rozejrzał się, przyglądając bywalcom. - Piwnica – mruknął.
    - Stawiałbym na tamte drzwi. - Wskazałem korytarz kończący się drzwiami z napisem „Tylko dla personelu”. Machnął ręką.
    - Prowadź zatem.
    Ruszyłem w stronę drzwi. Były zamknięte, ale stopiłem zamek i otworzyłem je bez problemu. Weszliśmy do dużego pomieszczenia z zapasami alkoholu, dalej były schody prowadzące w dól, pewnie do piwnicy.
    - Tajne spotkania w piwnicy? - zastanawiałem się, schodząc w dół.
    - Raczej miejsce szybkich ewakuacji. Sposób, by wejść do karczmy i zniknąć.
    Barman krzyknął coś za nami, jego wypowiedź składała się głównie z przekleństw. Legion poświęcił mu tylko krótkie spojrzenie i mężczyzna zamilkł. Zatem reputacja zastępcy Azazeala sięgała nawet tutaj.
    - Jesteś przywiązany do Azazeala, prawda? - zagadałem, wchodząc po schodach. - Jak wygląda ta więź? Jeśli on by zginął, ty także?
    - Mniej więcej – odparł.
    Weszliśmy do piwnicy, pomieszczenie było puste, jeśli nie liczyć kilku beczek. Zapach krwi mieszał się z wonią detergentów. Legion uniósł pokrywę jednej z beczek i zapach krwi się nasilił.
    - Nasza więź opiera się bardziej na tym, że to jego magia zmusiła setkę demonów do zamieszkania w jednym ciele. Gdyby zginął, te demony, małe części mnie, odeszłyby. Więc tak, to oznaczałoby śmierć. - Zostawił beczki w spokoju i ukląkł na środku pomieszczenia. - Portal. Ten głupiec stworzył tu portal.
    - Dla nas to lepiej – stwierdziłem. - Możemy go otworzyć i będziemy mieli diabła podanego na tacy. - Zerknąłem na niego. - Setka demonów to sporo. Są uśpione? I budzisz tego, który w danym momencie jest najbardziej potrzebny?
    - Mówisz, jakbym trzymał w sobie setkę demonów. Nie ma ich, jestem ja. Albo my, jeśli wolisz. Jesteśmy całością. Tylko nie proś o tę głupią sztuczkę – dodał i przesunął dłonią nad posadzką. Najpierw zalśniła cienka linia, potem zaczęła rosnąć, piąć się ku górze.
    - Jaką sztuczkę? - zainteresowałem się, obserwując linię.
    Westchnął teatralnie i spojrzał na mnie oczami czarnymi jak sama otchłań.
    - Nazywam się Legion, bo jest nas wielu – odparł, a właściwie odparli, bo usłyszałem wiele głosów. Potem wzruszył ramionami i wyprostował się, patrząc na portal. - Ludzie uważają, że ciągle tak mówię. A dzieciaki uwielbiają, gdy to powtarzam.
    - Zapamiętam na przyszłość, gdybym nie miał z kim zostawić dzieci – uznałem, również spoglądając na portal. - Chodźmy po to antidotum. - Ruszyłem pierwszy.
    - Nie radzę, zjadam te niegrzeczne – odrzekł poważnie.
    Portal przeniósł nas do niedużego dworku, tak zapchanego bibelotami, że można było dostać klaustrofobii. O ile Belial nie chował się pod którymś z nich, byliśmy sami.
    - Może nas wyczuł i uciekł? - zastanawiałem się.
    - Dał nogę, gdy zniszczyłeś amulet. Nie jest zbyt bystry, ale nawet on czasem myśli. - Zobaczyłem cienie wyłaniające się z ciała Legiona i mknące na różne strony. Widok był całkiem fascynujący.
    - I myśli, że uda mu się uciec. I że śmierć jest najgorszym, co może go spotkać. - Zacisnąłem usta, przypominając sobie nieprzytomną Sheilę i poczułem narastający we mnie gniew. - Błąd.
    Legion parsknął i podszedł do jednego z posągów. Anioła z połamanymi skrzydłami.
    - A jednak jest jeszcze głupszy, niż myślałem. - Kopnął posąg, a ten przewrócił się i roztrzaskał o podłogę. Pod nim była klapa. - Na dole. Chcesz czynić honory?
    - Pewnie. - Otworzyłem i zszedłem po drabinie na sam dół. Legion podążył za mną.
    Szmer za plecami jasno dał mi do zrozumienia, gdzie ukryła się nasza zguba. Nade mną demon zatrzasnął klapę i zeskoczył na posadzkę. Chwycił ostrze, nim dosięgło jego ciała, miał przy tym niemal znudzoną minę.
    - Poważnie, tylko tyle?
    Odwróciłem się i ujrzałem wysokiego, szczupłego, wręcz chudego mężczyznę w luźnym ubraniu, czarne kręcone włosy związane miał niedbale na karku. W ręku trzymał miecz, na mój widok podniósł go wyżej i stanął w pozycji gotowej do walki. Prychnąłem.
    - Cóż to, nie cieszysz się na mój widok? A tak usilnie próbowałeś zdobyć moje serce. - Spojrzałem na miecz i rozgrzałem go do czerwoności. Diabeł wypuścił go i rzucił się do ucieczki. Nie mógł nigdzie się przenieść, skutecznie go zablokowałem. Legion tylko skrzyżował ramiona na piersi, najwyraźniej postanowił dać mi wolną rękę. Doskonale mi to odpowiadało.
    Uderzyłem mocą, zatrzymując Beliala. Upadł i przeturlał się na plecy, wyciągając sztylet. Tym razem sprawiłem, że broń wyrwała mu się z ręki i wbiła w jego ramię. Podszedłem, mocą poderwałem diabła na nogi i uderzyłem nim o ścianę. Jęknął.
    - Kiedy z tobą skończę, nie będziesz w stanie nawet jęczeć. Przynajmniej dopóki nie odrosną ci odpowiednie organy, wtedy zabawa zacznie się od nowa. - Podszedłem, po drodze przywołując sztylety. Jeden wbiłem mu w drugie ramię, kolejne w nadgarstki, przybijając diabła do ściany i po dwa sztylety na obie stopy, by przygwoździć go do podłogi. A potem pchnąłem mocą i zacząłem je powoli rozgrzewać.
    - Zaczekaj! Możemy się dogadać, mogę sporo zaofero... - urwał, zaciskając zęby i w końcu krzyknął z bólu. Zmniejszyłem nacisk mocy i spojrzałem mu w twarz.
    - W mojej piwnicy znalazło się zatrute wino. Gdzie trzymasz antidotum?
    - I nie próbuj się wypierać, to wino aż cuchnie twoją magią – dodał mój towarzysz.
    - Wino? - Belial spróbował się poruszyć, co spowodowało kolejny jęk bólu. - Lepiej by mi się myślało, gdybyś usunął te sztylety, pamięć może mnie zawodzić, gdy... - ponownie jęknął, gdy na chwilę zwiększyłem nacisk.
    - Mów. Masz antidotum?
    - Oczywiście, dam ci je... Kto się zatruł? - Zerknął na mnie, potem na Legiona i znowu na mnie. - Nie ty.
    - Twoja głupota przekracza wszelkie granice – warknąłem. - Na mnie nie działają takie trucizny. Mów, albo wbiję kolejny sztylet – zagroziłem.
    - Dam je wam osobiście. Ale nie za darmo. Oddaj mi swoją część Piekła, w końcu i tak trafiła ci się przypadkiem, co ci zależy – zwrócił się do mnie. - Dopiero wtedy dostaniesz antidotum. I tylko ja wiem, gdzie jest, więc jak mnie zabijesz, nigdy go nie znajdziesz – zastrzegł, starając się stać w bezruchu.
    - Uważasz, że śmierć to najgorsze, co możemy ci zrobić? - Legion zniżył głos, obiecując niewypowiedziane męki.
    Belial zmrużył oczy i pokręcił głową.
    - Ta trucizna działa szybko. Bardzo szybko. Nie macie czasu na tortury. Wystarczy, że przekażesz mi władzę – zwrócił się do mnie. - Na ramionach twoich demonów pojawi się mój znak, ja dam ci antidotum, ty pośpieszysz na ratunek... niech zgadnę, pewnie tej małej nimfie? Jak jej było? Sheila? I wszystko dobrze się...
    - Nie waż się nawet wypowiadać jej imienia – przerwałem mu, a diabeł krzyknął z bólu. Próbował ją porwać, skrzywdzić, a teraz przez niego leżała nieprzytomna. Cierpiała, choć niczym sobie na to nie zasłużyła. I tylko dlatego, że jakiś diabeł umyślił sobie zdobyć władzę. Przez chwilę słuchałem jego krzyków, dopiero potem zmniejszyłem nacisk. - Gdzie jest antidotum?
    Belial odetchnął i spojrzał na mnie z nieukrywaną nienawiścią.
    - Ja wytrzymam długo. Ona nie.
    - Diabelski pakt? - odezwał się nagle Legion. - Ty dostajesz jego Piekło – wskazał mnie – Sheila dostaje od ciebie lekarstwo. Tyle. Czy tak?
    Belial spojrzał na niego w zamyśleniu.
    - Owszem. Dam jej lekarstwo, gdy już będę miał Piekło.
    - Najpierw pokaż, że masz to antidotum – zażądałem.
    - Tak, pewnie, a wy mi je zabierzecie. - Pokręcił głową. - Najpierw Piekło.
    - Wiesz, że takiego paktu nie można złamać... - Demon podszedł bliżej.
    - Dostaniecie antidotum. - Diabeł wydawał się być pewny siebie.
    Zawahałem się. Oddanie Piekła mogło uratować Sheilę, ale czy na długo? Jeśli stracimy moją armię, anioły zyskają znaczną przewagę. Gdyby miało to zaszkodzić jedynie mnie, zrobiłbym to. Ale zginąć mogli Genie i Ezekiel. Wczoraj o mało nie straciłem siostry. Nie mogłem dopuścić, by to się powtórzyło. Musiałem zatrzymać armię, ale mogłem oddać resztę mojej części Piekła.
    Nagle rozdzwonił się mój telefon. Echo pomieszczenia uczyniło ten dźwięk jeszcze głośniejszym. Wyjąłem go z kieszeni i zerknąłem na wyświetlacz. Ezekiel. Odebrałem.
    - Udało się? - zapytałem z nadzieją.
    - To cholernie trudny eliksir – usłyszałem. - Bardzo złożony. Zebranie składników i przygotowanie antidotum zajmie mi z tydzień. Przykro mi, ale ona tyle nie wytrzyma.
    Nadzieja zgasła. Potrzebne nam było gotowe antidotum.
    - Znaleźliśmy Beliala – poinformowałem. - Chce moje Piekło w zamian za lekarstwo.
    - Nie zgadzaj się – natychmiast zaprotestował.
    - Masz inne rozwiązanie?
    Ezekiel przez chwilę milczał.
    - On ma to antidotum, tak? - zapytał w końcu.
    - Tak twierdzi. - Spojrzałem na diabła, który mimo kilku sztyletów w ciele stał z bardzo zadowoloną miną, jakby był już pewien zwycięstwa.
    - Gdzie jesteś? - padło krótkie konkretne pytanie. Podałem mu lokalizację, a kilka sekund później już stał koło mnie.
    Spojrzał na Beliala, jakby go oceniając. Minął mnie i Legiona, stając twarzą w twarz z diabłem.
    - A więc masz antidotum, tak?
    - Tak, oczywiście. Dostaniecie je, ale najpierw chcę jego Piekło. - Zerknął na mnie. - I uwolnij mnie z tych sztyletów. A, i oczywiście zdejmiesz blokadę. Nie lubię mieć ograniczonych mocy. W końcu będę władcą Piekła. - Posłał mi triumfalne spojrzenie.
    - Tak ci się wydaje? - mruknął mój przyjaciel. - Tylko widzisz, to ja zajmuję się jego interesami, a twoja propozycja... jest nie do przyjęcia.
    Wbił dłoń w ciało diabła, nim ktokolwiek z nas zdążył zareagować. Wyrwał serce Beliala, które natychmiast pokryło się lodem, a ten zmienił organ w lśniący kryształ. Legion zaklął, ale Ezekiel się uśmiechał. Oczy więźnia stały się zimne i puste, nim powróciły do poprzedniego wyglądu. Prawie.
    - Teraz szczerze mi odpowiesz: masz antidotum?
    - Nie. Skończyło się. Wiem, jak je zrobić – odpowiedział natychmiast.
    - Ja też. - Ezekiel spojrzał na mnie. - Nie zdąży, nawet, jeśli ma składniki.
    Stałem przez chwilę, próbując zrozumieć, co właśnie usłyszałem.
    - A więc skłamał. - Pokręciłem głową. - Ale gdzieś musi być lekarstwo, ktoś musi jej pomóc. - Spojrzałem na Beliala. Poczułem narastający gniew, a gdzieś wewnątrz skupił się ból, który rósł i rósł w miarę, jak docierało do mnie, że nie ma antidotum. Nie ma ratunku. - Musi być jakiś sposób, by ją uratować – zwróciłem się do Ezekiela, chcąc jedynie usłyszeć, że mój przyjaciel, który zawsze miał w zanadrzu jakieś dobre rozwiązanie, i tym razem nie zawiedzie.
    Odwrócił wzrok.
    - Przykro mi, ale ja nie potrafię. Nie ma innego leku, sprawdziłem to. To rzadka trucizna, od dawna nikt jej nie używał. Dlatego nikt nie ma leku. - Spojrzał na mnie. - To nimfa, jeśli złączy się ze swoim jeziorem, cząstka niej zawsze będzie w nim żyła.
    - A pył? - wtrącił Legion. Zaciskał pięści tak mocno, że pobielały mu kłykcie. - Odpowiednia ilość... powiedz, że jeszcze go macie.
    - Wczoraj poszła reszta – odparłem cicho.
    Cząstka niej w wodzie? Miałbym ją stracić i pocieszać się, że mam blisko jej... nie ciało, nie prochy nawet, tylko jakąś jej cząstkę w jeziorku? I co, miałbym codziennie tam przychodzić i rozmawiać z wodą? A może z jej karpiami? Pokręciłem głową i spojrzałem na Beliala.
    - Czy on czuje ból? - zapytałem Ezekiela.
    - O tak. Czuje wszystko i jest wszystkiego świadom, zadbałem o to. - Wyciągnął do mnie rękę z sercem diabła. - A od teraz jest twój.
    Wziąłem serce pokryte lodem i w pierwszej chwili miałem ochotę po prostu rozsadzić go od środka. Tak, by umierając, patrzył na swoje wnętrzności. Ale zmieniłem zdanie. To potrwa chwilę, za krótko. Pchnąłem mocą, sprawiając, że sztylety stały się tak gorące, że topiły tkankę, ale nie na tyle, aby nie zdążyła się zagoić, zanim wypalą na tyle duży otwór, by wypaść. W pomieszczeniu rozległ się okrzyk bólu. Poczułem swąd palonej skóry i mięśni.
    - Na razie tak go zostawię, potem się nim zajmę – zdecydowałem i spojrzałem na Legiona. - Powinniśmy wracać.
    Przytaknął, lecz był to ponury gest. W jego oczach widziałem, że opłakiwał Sheilę. Byłem pewien, że kochał ją równie mocno jak ona jego.
    Nie tylko on. Wszyscy ją kochali. Czekali tam z nadzieją, że zdobędę antidotum. Zawiodłem wszystkich. Zawiodłem moją Sheilę. Nie potrafiłem jej uratować. Stawiałem przy niej strażników, pilnowałem, by zawsze była bezpieczna, a ona zatruła się winem, które było przeznaczone dla mnie. Umierała przeze mnie. Po tym, jak powiedziałem jej tyle przykrych słów. Musiałem to cofnąć, zanim będzie za późno. Za późno... Ta myśl była niesamowicie bolesna. Stracę ją, na zawsze. I wszystko będzie mi o niej przypominać. Jeziorko, jej rybki, kelpie, zamek... nawet hyosube. Też pewnie będą za nią tęsknić...
    Wciąż nie mogłem uwierzyć, że zabraknie jej w moim życiu. Że nie ma ratunku. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to przemiana. Stać się smokiem, przestać myśleć, czuć. Wizja życia bez mojej Sheili była tak przerażająca, że przemiana zdawała się być dobrym rozwiązaniem. Ukryć się gdzieś i zapomnieć o wszystkim.
    Pokręciłem głową, zbierając się w sobie. Jeszcze nie teraz. Sheila żyje. Muszę ją zobaczyć. Być przy niej. Przy kobiecie, dla której zrobiłbym wszystko. Kiedy jej zabraknie... Potem. Potem będę o tym myślał.
    Spojrzałem na serce w swoich rękach. Przywołałem szkatułkę i włożyłem je do środka.
    - Wracajmy.

7 komentarzy:

  1. To ta nowa historia, o której myślę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ta którą pisałyśmy jako "Sekrety Irlandii", ale trochę się zmieni, przynajmniej w rozdziałach Ciary.

      Usuń
    2. Fajnie, zastanawiałam się, kiedy wreszcie wróci ;P

      Usuń
  2. Oj, oj, czarno się zapowiada, ale wierzę, że Sheila zostanie wyleczona, a Dorianowi kopniak nie zaszkodzi ;)

    Nie mogę się doczekać nowej historii, co tydzień coś, super :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w jaki sposób? Masz jakiś pomysł? Bo Dorianowi już się skończyły:P
      Nie całkiem nowa, ale trochę zmieniona;)

      Usuń
  3. 1O nie, tylko nie śmierć Sheilii!
    Mam nadzieję, że Ezekiel jednak stworzy antidotum. To nie może się tak skończyć... ;c

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż za dramatyczna sytuacja. Na dodatek nikt nie ma antidotum. Kto im zatem pomoże.

    OdpowiedzUsuń