Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

12.11.2016

Rozdział XXIII

***Jasmiel***

    - Doskonale. Jesteście coraz lepsi, oby tak dalej – pochwaliłam moich wojowników, zadowolona z efektów treningu. - Macie pół godziny przerwy.
    Anioły i anielice, choć porządnie wymęczeni, z uśmiechami na twarzach rozeszli się, by skorzystać z przerwy. Mówiłam całkiem szczerze, byłam zadowolona z ich postępów. Gdy przydzielono mi ich po porażce w pierwszej bitwie z demonami, wiedziałam, że czeka mnie sporo pracy. Byli wojownikami, potrafili walczyć, ale nie na tyle dobrze, by pokonać demony w bitewnym tłoku. By walczyć, będąc otoczonym przez wroga. By przeżyć.
    Na szczęście szybko się uczyli, a ja mogłam śmiało przyznać, że jestem z nich dumna. Cieszyłam się, gdyż każdy trening dawał im większe szanse na przeżycie. I na nasze zwycięstwo.
    Glorianna zatrzymała się przy mnie na chwilę i podała mi wodę; upiłam spory łyk. Skierowała się w stronę innych aniołów, miałam zamiar do nich dołączyć, ale moją uwagę przykuła anielica nie będąca wojowniczką.
    Dostrzegłam ją już wcześniej, gdy obserwowała trening. Przysiadła  na schodkach, skuliła się i przyglądała nam. Teraz dojrzałam, że w ręku trzymała zmiętą chusteczkę.
    Podeszłam do niej i posłałam jej uśmiech.
    - Wszystko w porządku? Potrzebujesz czegoś?
    Pokręciła głową, a ciemne kręcone włosy, ścięte na krótko, zafalowały gwałtownie. Nie wyglądała na wojowniczkę, ani na biurokratę, miała okrągłą twarz, duże jasne oczy i nieśmiałe spojrzenie. Ubrana była w skromną, prostą sukienkę, czym również się wyróżniała, wojowniczki nosiły obcisłe spodnie i długą tunikę, a na niej pas z bronią.
    - Nie, dziękuję. Chciałam tylko popatrzeć... Zaraz sobie pójdę...
    - Nie musisz, przecież nam nie przeszkadzasz – zapewniłam. Co prawda każdy anioł miał swoje obowiązki i raczej się nie zdarzało, by je zaniedbywały, ale skoro tutaj siedziała, widocznie miała powód.
    - Wiesz, podziwiam was – odezwała się cicho. - Narażacie życie, by nikogo więcej nie spotkał taki los jak mojego podopiecznego... - Podniosła chusteczkę i wytarła nią nos.
    Westchnęłam i usiadłam obok niej.
    - Jesteś stróżem – zrozumiałam. Jeśli straciła podopiecznego, nie otrzyma nikogo nowego, póki nie będzie na to gotowa. To dlatego nie miała w tym momencie żadnych obowiązków, którymi powinna się zająć. - Możesz tu zostać. - Uścisnęłam lekko jej dłoń. Posłała mi pełne wdzięczności spojrzenie.
    - Dziękuję.
    - Jak masz na imię? - zapytałam ją. - Ja jestem Jasmiel.
    - Wiem, jesteś znaną wojowniczką. - Anielica skinęła mi głową. - Mam na imię Marissa.
    - Miło mi cię poznać. Straciłaś podopiecznego, musi ci być bardzo ciężko. - Spojrzałam na nią ze współczuciem.
    - Dave na to nie zasłużył – szepnęła Marissa cicho. - Był policjantem. Miał żonę i dwoje małych dzieci. Byli naprawdę szczęśliwą rodziną, myślałam, że dożyje starości. Ale nie udało mi się go uratować... - Po policzkach spłynęły jej łzy.
    - To nie twoja wina, Marisso – powiedziałam, obejmując ją ramieniem. - Chcesz mi opowiedzieć, jak to się stało?
    - Bójka w klubie, miał tam wstąpić w drodze do domu. Uspokoić, aresztować kogo trzeba i wrócić do rodziny. Kupił prezent dla córki, następnego dnia kończyła pięć lat. Powinnam coś zrobić, nie wiem, może nawet zepsuć mu radiowóz, nie pojechałby albo się spóźnił i... przeżył. Powinnam wyczuć, kto jest w środku. Ale nim poczułam, że to oni, ognisty i lodowy smok, było za późno. Nie mógł się ruszyć i płonął powoli, od stóp w górę. Bardzo cierpiał. A przecież nic im nie zrobił. Tylko wszedł tam razem z innymi policjantami. - Marissa otarła mokre policzki chusteczką i znowu wydmuchała nos. Przytuliłam ją do siebie.
    - Ale teraz już nie cierpi... - próbowałam ją pocieszyć.
    - On nie, ale jego rodzina tak. Zwłaszcza Suze, pięcioletnia córeczka, ciągle dopytuje, gdzie jest tatuś i dlaczego wszyscy płaczą... Minęło już ponad dwa tygodnie, ale nie tak łatwo się pozbierać po czymś takim... - Nabrała powietrza i odetchnęła głęboko. - Przepraszam. Wiem, że żyłaś między ludźmi i widziałaś już niejedną śmierć i rozpacz. Ale on powinien żyć. - Spojrzała na mnie swoimi jasnymi oczami, pełnymi smutku. - Wiesz, jeśli ludzie zabijają ludzi, to każdy anioł wie, że czeka ich sprawiedliwość. Poniosą karę za swoje czyny, a ci dobrzy trafią do Nieba i będą szczęśliwi. Ja chcę tylko, żeby ognistego smoka spotkała sprawiedliwość. Nie chodzi o to, żeby umarł, ale by nikogo już więcej nie zabijał i zrozumiał, jak straszną rzecz zrobił. Tylko że on nie zrozumie, prawda? Każdy anioł mówi, że oni zawsze będą zabijać. To dlatego postanowiliście ich... unicestwić. - Ostatnie słowo Marissa wypowiedziała ciszej, niepewnie. Jak ktoś, kto przez całe swoje anielskie życie starał się czynić dobro, rozumiejąc, że za zło czeka sprawiedliwa kara. Skinęłam głową z powagą.
    - Czekaliśmy z nadzieją, że jednak potrafią żyć obok ludzi i ich nie krzywdzić. Ale nie. Nie potrafią. Zrobimy, co w naszej mocy, by już nikogo nie skrzywdzili – zapewniłam ją. Oparła głowę o moje ramię.
    - Dziękuję – szepnęła. - Za to, że narażacie życie dla ludzi, których kochamy.
    - Takie jest nasze zadanie – odparłam poważnie i poczułam na sobie czyjś wzrok. Podniosłam głowę. Archanioł Rafael właśnie zmierzał w naszą stronę.
    - Marisso, kochanie, skąd te łzy? - Był wyraźnie przejęty smutkiem na twarzy anielicy. I jak zawsze gotów był nieść pocieszenie.
    - Chodzi o Dave'a. Wiem, powinnam się już pozbierać, ale wczoraj poszłam zobaczyć jego rodzinę i nie radzą sobie. - Pochyliła głowę. - Gdybym mogła ich jakoś pocieszyć...
    - Masz prawo do żałoby, kochałaś go – powiedział miękko, usiadł obok i ujął jej dłoń. - Nigdy nie przestajemy ich kochać. Może powinnaś spotkać się ze stróżami jego rodziny?
    - Tak, to dobry pomysł. - Marissa spojrzała na archanioła z wdzięcznością.
    - Jestem pewien, że razem znajdziecie sposób, by im pomóc. Myślę, że możemy sobie nawet pozwolić na małą ingerencję. - Mrugnął i poklepał jej dłoń. - A z nowym przydziałem na razie się wstrzymamy.
    - W porządku. - Anielica skinęła głową, wydawała się pokrzepiona pomysłem ingerencji. - To ja pójdę porozmawiać ze stróżami rodziny.
    - Idź, kochanie, idź. Gdybyś czegoś potrzebowała, wiesz, jak mnie znaleźć. - Uśmiechnął się, przytulił Marissę, a potem patrzył, jak odchodzi. Westchnął, gdy zniknęła nam z pola widzenia. - Biedne dziecko.
    - Owszem – potwierdziłam. - Jej podopieczny zginął straszną śmiercią, a powinien nadal żyć.
    - Ludzie bardzo często umierają, choć powinni żyć. I nie tylko ludzie. - Spojrzał na mnie. - A ty, Jasmiel? Ciebie też coś trapi?
    Wzruszyłam ramionami.
    - Wiele rzeczy. Czy mój oddział sobie poradzi, czy ktoś zginie w następnej bitwie, czy na pewno przekazałam im wszystko, co mogłoby uratować im życie, na czym powinnam się skupić po przerwie... Takie normalne troski dowódcy oddziału w czasie kolejnej wojny z rasą Panów. - Zerknęłam na niego. - A ciebie co trapi, archaniele?
    - My sami, Jasmiel, my sami. Gabriel się izoluje, Michał pozwolił, by ogarnęła go żądza krwi, a Uriel wydaje się jeszcze dziwniejszy niż zwykle. I nikt tego nie dostrzega. - Nagle posłał mi uśmiech. - Wiesz, co robię, gdy się denerwuję? Piekę ciasteczka. Nie chciałabyś mi pomóc?
    - Ciasteczka? - zdziwiłam się. - Nie umiem piec ciasteczek. Kiedy się denerwuję lub mam problem, idę pobiegać. Lubię wysiłek fizyczny – wyjaśniłam. - Ale chętnie spróbowałabym twoich ciasteczek – dodałam, posyłając mu uśmiech. Lubiłam Rafaela. Jego chyba nie dało się nie lubić.
    - W takim razie podeślę ci trochę. - Zapatrzył się na wojowników.
    - Dziękuję – odpowiedziałam, podążając za jego wzrokiem.
    - Nienawidzę wojen – mruknął. - Nie rozumiem, dlaczego Michał nie zgadza się na pertraktacje.
    - Zgodził się – sprostowałam. - To oni się nie zgodzili. Mogli wyjść i wtedy nikt inny by nie ucierpiał. Azazeal też odrzucił naszą propozycję, wolał narazić życie córki niż wycofać się z wojny.
    - Azz uważa tę wojnę za równie bezsensowną, jak ja. - Spojrzał na mnie. - Michał wcale nie chciał rozmawiać. Oni nie są nami, Jasmiel, nie pójdą na śmierć, by ocalić innych.
    - Jeśli ich nie powstrzymamy, będą zabijać dalej. Michał nie podjął decyzji pochopnie, nie chciał wojny, to konieczność. Bronimy ludzi, bo nie są w stanie obronić się sami. Próbowaliśmy innych rozwiązań, sam wiesz, że rozmawiałam z Sheilą. - Westchnęłam. - Oni nigdy nie przestaną. Tak jak kiedyś, tak i teraz, musimy ich powstrzymać, nie pozwolić, by skrzywdzili kolejnych ludzi.
    - A ja wciąż wierzę, że jest dla nich szansa. Nie zmienią się nagle, ludzie także nie. A jednak dla tych drugich nie brakuje nam miłości. - Pokręcił głową. Czułam bijący od niego żal. - Zamiast tego na każdym kroku pokazywaliśmy im, jak pełni pogardy dla nich jesteśmy, jak bardzo chcemy ich przegonić. A potem dziwi nas, że zachowują się jak zaszczute psy.
    - Rafaelu, porównujesz bezbronnych ludzi do smoków – zaprotestowałam cicho. - Ja też w pewnym momencie wierzyłam, że miłość Sheili może nawrócić jej męża, ale do tego on też musiałby ją kochać. I nie sądzę, by czuli się gorsi, bo kochamy ludzi. Wręcz przeciwnie, zawsze czuli się lepsi. Najlepsi.
    - Cóż, pokory im brakuje, to przyznaję. Ale to nie znaczy, że są źli, ani, że mamy prawo ich zabijać. Ojciec stworzył nas z miłości i właśnie miłość powinniśmy szerzyć. Nie śmierć, strach i wojnę.
    - Szerzenie miłości tym razem nie uratuje życia ludzi, którzy umierają przez nich w bólu – odparłam ponuro.
    - Jesteś pewna? Bo nie widziałem, by dążyli do wymordowania ludzi po tym, jak postawiliśmy im warunki. Próbowali im sprostać. Wydarzenie, które Michał uznał za początek wojny, było nieszczęśliwym wypadkiem. Teraz giną demony, aniołowie i ludzie. To lepsza droga, Jasmiel? Michał się zapomina. Dlaczego tego nie widzicie?
    - Spalenie ludzi żywcem w klubie też było nieszczęśliwym wypadkiem? - Pokręciłam głową. Rafael kierował się miłością do każdego, ale nie rozumiał słuszności decyzji Michała. - Wojna zawsze jest ostatecznością. Gdyby Michał widział inne wyjście, skorzystałby z niego. Gdyby smoki zdecydowane były przestać zabijać, nikt więcej by nie zginął. Jesteśmy aniołami, zwalczamy zło. Sheila myślała, że Dorian ma w sobie dobro – ale czy na pewno? Czy kiedykolwiek zrobił coś dobrego, coś dla innych, nie dla siebie? Czy też wszystko, co robi on i lodowy smok ma jakiś cel, ukrytą intencję?
    - Oczywiście, że ma w sobie dobro – żachnął się. Jego ton mówił, że naprawdę w to wierzy. - Widziałem, jak zmienia się przy Sheili, jak mu zależy. Zrezygnował też z zemsty. Dba o swoich podwładnych...
    - Sheila to jego żona, ich rasa dbała o rodzinę. A Azazeal jest jej ojcem, poza tym siostra nie pozwoliłaby mu go zabić. - Wzruszyłam ramionami. - Dbanie o podwładnych to jego obowiązek. Ale nic nie wiem o tym, by zrobił coś dobrego. Tak po prostu. Gdy w klubie pozabijał ludzi, mógł ocalić pozostałych, tych, którzy go nie rozgniewali, a jednak im także pozwolił spłonąć.
    Przyglądał mi się w zamyśleniu.
    - A gdyby zrobił coś dobrego?
    - Wtedy archaniołowie na pewno wzięliby to pod uwagę. - Spojrzałam na niego. - Ale Dorian musiałby to zrobić, nie mając ukrytego celu. Jeśli faktycznie byłoby coś takiego, to mogłoby zakończyć wojnę. - Patrzyłam na Rafaela w zamyśleniu. Mocno wierzył w to, że nasi wrogowie nie są źli, że są zdolni do zrobienia czegoś dobrego. Jego wiara była tak silna, że zaczęłam się zastanawiać. A jeśli się nie mylił...? - Myślisz, że potrafiłbyś znaleźć coś, co udowodniłoby, że zasługują na kolejną szansę?
    - Na pewno jest coś takiego, ale oni nie chcą mnie słuchać. Żaden z nich.
    - Jeśli będą mieli dowód, wysłuchają – zapewniłam go. - Ten jeden czyn może znaczyć bardzo wiele. Szukaj, Rafaelu – zachęciłam. - A jeśli nie znajdziesz... to będzie znaczyło, że jednak smoki nie mają w sobie dobra.
    - Mają – stwierdził stanowczo.
    - W takim razie mam nadzieję, że znajdziesz na to dowód – powiedziałam szczerze. - Tylko w ten sposób przekonasz Michała do zawarcia pokoju. Muszę wracać na trening. - Wstałam i spojrzałam w stronę wojowników, ustawiających się w szeregach.
    - Poćwiczcie przytulanie – zasugerował, również wstając. Sprawiał przy tym wrażenie absolutnie poważnego. - Kiedy skończę, tylko ta umiejętność będzie potrzebna.
    Uśmiechnęłam się.
    - To akurat mamy opanowane do perfekcji.
    - Ale zawsze miło poćwiczyć. - Mrugnął i ruszył ku wyjściu. Odprowadziłam go wzrokiem i wróciłam do mojego oddziału.

    Tym razem położyłam nacisk na walkę z konkretnymi rodzajami demonów. Było ich tak wiele, że czasami trudno było od razu rozpoznać, z kim mamy do czynienia. A od tego bardzo często zależało nasze życie.
    Ci, po których wyglądzie od razu było widać, jakimi umiejętnościami władają, nie stanowili wielkiego problemu. Przygotowaliśmy się na ich moce, potrafiliśmy unikać ich ataków, odeprzeć, znaleźć słaby punkt i go wykorzystać. Ta grupa demonów nie była dla nas wielkim zagrożeniem, nawet jeśli ich moce wydawały się przerażające. Gorsza, ale także możliwa do pokonania, była grupa demonów, których umiejętności nie widać było na pierwszy rzut oka, lecz doświadczeni wojownicy potrafili odróżnić ich od siebie. To na nich skupiałam uwagę podległych mi aniołów podczas treningów. To, jak szybko rozpoznają zagrożenie, mogło przesądzić o ich życiu i śmierci.
    Najgorsza była trzecia grupa. Demony, które potrafiły się doskonale kamuflować. Słaby kamuflaż również można było rozpoznać. Jeśli nie po wyglądzie, to po ruchach, sposobie walki, który punkt przeciwnik najbardziej osłania, a którym zamierza zaatakować. Jednakże kamuflażowi, jak ich nazywałam, mieli znaczną przewagę. O ile pozostałe rodzaje demonów prędzej czy później dało się rozpoznać, o tyle tutaj należało się zastanowić, a w bitewnym tłoku nie było na to czasu. Czasem kamuflażowi mieli ukrytą broń, moc, której mogli użyć w najmniej spodziewanym momencie, a czasami po prostu walczyli tak dobrze, że nie można ich było pokonać. Jak dowódca armii Doriana.
    Do tej pory nie wiedziałam, kim jest. Miał doskonały kamuflaż. Fakt, że nie użył na mnie żadnej specyficznej mocy, nie świadczył o tym, że jej nie miał, mógł po prostu czekać na właściwszy moment. Byłam na to przygotowana. Nie opuszczała mnie myśl, że gdyby Azazeal nie wmieszał się do bitwy, mogłabym pokonać dowódcę. W końcu popełniłby błąd. Odkrył się. Wiedziałam, że coś przeoczyłam, nurtująca myśl błądziła gdzieś blisko, ale nie potrafiłam jej wyłapać. W końcu dałam sobie spokój. Być może nie będę już miała okazji, by walczyć akurat z nim. Należało zatem skupić się na innych i nauczyć mój oddział wszystkiego, co wiem.
    Były jeszcze demony Legiona i choć on sam nazywany był niepokonanym, to po rozdzieleniu walczyliśmy nie tyle z nim, co z jego demonami. Były groźniejsze od zwyczajnych demonów, ale nie niezwyciężone.
    Najmniej wiedziałam o lodowych żołnierzach. Wyglądało na to, że łatwo było ich zabić, lecz lodowy smok mógł je udoskonalić, musieliśmy być na to gotowi.
    Większość czasu od wybuchu wojny spędzałam na treningach, z myślą, że z każdym dniem przybliżał się moment, w którym poprowadzę oddział aniołów do walki w imię dobra i sprawiedliwości. Jak się okazało, ten dzień miał nadejść szybciej, niż myślałam.
    Po południu Michał wezwał wszystkich dowódców. Wydawał się poważny i zdecydowany.
    - Ostatnie wydarzenia pokazały nam, że nie możemy już dłużej czekać. Jak już wiecie, tydzień temu o mało nie zginęła grupa Sióstr od Aniołów, ognisty smok zaatakował bezbronne kobiety, przeraził je okrutnie i zastawił na nas pułapkę. By uniknąć kolejnych takich sytuacji, a przede wszystkim ofiar w ludziach, zdecydowałem, że wyzwiemy smoki do walki z nami. Jutro odbędzie się bitwa.
    - A oni się na to zgodzili? - spytał jeden z aniołów.
    - Właśnie wybieram się do jednego z nich, lodowego smoka. Złożę mu propozycję. Nie odrzuci jej. - Spojrzał na nas po kolei. - Wybrałem was, bo jesteście najlepsi. Ufam, że wyszkoliliście armię na tyle, byśmy jutro pokonali naszych wrogów. Zakończmy tę wojnę. Niech winni poniosą karę, sprawiedliwość zatriumfuje, a ludzie będą bezpieczni.
    Kilku aniołów wzniosło okrzyki. Zgadzałam się całkowicie z Michałem. Bitwa to dobre rozwiązanie. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, będzie to decydująca bitwa.
    - Wieczorem wprowadzę was w strategię – zwrócił się do nas archanioł, zanim wyszedł, by wyzwać rasę Panów i ich sojuszników do walki.
    Wróciłam do mojego oddziału, by odbyć ostatni trening przed bitwą i przekazać nowinę. Część aniołów zareagowała entuzjastycznie, inni byli zaniepokojeni, ale widziałam też zdecydowanie na ich twarzach. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, co oznacza taka wiadomość. Jutro mogli zostać zwycięzcami – byłam pewna, że Michał wszystko zaplanował i nie przewiduje przegranej – i wrócić w chwale albo... zginąć.
    Nikt nie miał bowiem wątpliwości, że wielu z nas zginie. Aczkolwiek byłam dobrej myśli; wyszkoliłam ich najlepiej, jak potrafiłam i naprawdę wierzyłam, że sobie poradzą.

8 komentarzy:

  1. Zastanawiam się czy Rafael będzie szukał tego dobrego uczynku Doriana i czy odkryje, że pomógł on temu dziecku i czy Ty uchroni ich od wojny :D
    Już się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno będzie szukał, a czy znajdzie, to się okaże;)

      Usuń
  2. Anioły również szykują się do rozstrzygającej bitwy. Już nie mogę się jej doczekać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szykują się, zarówno anioły, jak i demony;)

      Usuń
  3. Nonono, szukanie dobrych uczynków u Doriana, to dopiero wyzwanie :)
    Zadziwiające jak obie grupy potrafią się usprawiedliwiać i mieć swoje racje i to równie dobre ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rafael lubi wyzwania^^
      Prawda? Zależy, z której perspektywy patrzeć;)

      Usuń
  4. dziekuje, jak widac i anioły szykuja sie do wojny szkoda ze i inni tak jak Raphael nie podzielaja jego zdania, wojna to nic dobrego i przyniesie wiele smierci, Jasmiel chce walki , podobnie Michał i oczywiscie Ezekiel:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raphael to inkub, chyba chodziło Ci o Rafaela:)
      Uważasz, że Jasmiel naprawdę chce tej wojny? Co do Ezekiela też bym polemizowała, czy na pewno chce wojny właśnie teraz:p

      Usuń