Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

17.09.2016

Rozdział XXI

***Dorian***

    Zakończyłem trening tuż przed obiadem, który zjedliśmy wszyscy razem z Piekle. Demony, po poczęstunku Sheili, były w zdecydowanie lepszym humorze i zdaje się, że nawet mniej narzekały. Zanim zdążyłem wrócić do żony, na mojej drodze pojawił się teść. Towarzyszył mu wysoki ciemnowłosy mężczyzna, demon. Rozpoznałem inkuba, co mnie zdziwiło, ten rodzaj demonów nie należał do wojowników.
    - To jest Raphael – przedstawił mi go Azazeal. - Mam do niego pełne zaufanie, w razie zagrożenia przeniesie Sheilę w bezpieczne miejsce.
    - Witaj, dobrze w końcu poznać męża Sheili. - Inkub wyciągnął rękę, posyłając mi swobodny uśmiech. Podałem mu dłoń, obrzucając demona uważnym spojrzeniem. Prosząc teścia o ochroniarza dla Sheili nie miałem na myśli inkuba. Z drugiej strony, nie musiał być wojownikiem, a skoro Azazeal mu ufał, to zapewne nie bezpodstawnie.
    Powierzając Sheilę opiece Varysa, myślałem wyłącznie o jej bezpieczeństwie. Dopiero po uwadze Ezekiela uświadomiłem sobie, że Piekło potrzebuje zarządcy na cały etat. Pozostało mi zatem posłuchać rady przyjaciela.
    - Raphael? - powtórzyłem i przypomniałem sobie, że Sheila kiedyś wspominała o przyjacielu, który ma na imię Raphael i jest dla niej jak brat. Jednak z pewnością nie dodała, że jest inkubem.
    - Wracam do swoich obowiązków, zobaczymy się później – dodał mój teść i ruszył w stronę Genevieve.
    - Dobrze – mruknąłem i zerknąłem na Raphaela. - Sheila wspominała o tobie, jesteś wychowankiem Azazeala?
    - Owszem, jest dla mnie jak ojciec – odparł poważnie inkub, po czym rozejrzał się ciekawie po sali. - A Sheila, w związku z tym, jak siostra. - Uśmiechnął się, gdy wypatrzył ją wśród demonów. Zmierzała właśnie w naszym kierunku. Na widok Raphaela wyraźnie się zdziwiła i przyspieszyła.
    - Raph? Co tu robisz, coś się stało? - chciała wiedzieć, gdy tylko podeszła. Wcale nie spodobało mi się to, jak objęła inkuba.
    - Jestem teraz twoim ochroniarzem – oznajmił demon, posyłając jej uśmiech, który wcale nie wyglądał na braterski. Podszedłem i objąłem żonę ramieniem.
    - Varys jest potrzebny w Piekle jako zarządca, zatem twój ojciec polecił Raphaela, by w razie zagrożenia przeniósł ciebie i Leanne w bezpieczne miejsce – wyjaśniłem.
    - Ale... - pokręciła głową – w bezpieczne miejsce, ok. A to na pewno dobry pomysł?
    - Twój ojciec uważa, że tak – mruknąłem.
    - Nic ci nie grozi, kiedy ja jestem w pobliżu, Sheilo – zapewnił inkub. Uniosłem brwi, ale zachowałem dla siebie myśl, że w razie czego by jej nie obronił. Skoro da radę w porę z nimi uciec, powinien wywiązać się z zadania.
    - W razie zagrożenia Raphael zabierze was tutaj; gdyby mnie nie było na miejscu, pojawi się przy was Varys – zwróciłem się do Sheili.
    - Dobrze, w takim razie niech tak będzie. I cieszę się, że w końcu mogliście się poznać. - Splotła palce z moimi i uśmiechnęła się do Raphaela. - Czyli zamieszkasz z nami na jakiś czas?
    - Tak, póki nie minie zagrożenie – przytaknął inkub.
    - Oby minęło jak najprędzej – dodałem i przeniosłem nas do zamku.
    Raphael rozejrzał się ciekawie i posłał uśmiech jednej z moich służących, Pam, która akurat sprzątała w salonie. Kobieta odpowiedziała uśmiechem, ukłoniła się nam i wyszła.
    W drzwiach minęła się z Leanne. Nimfa leśna uściskała Sheilę i mnie, po czym zerknęła ciekawie na naszego gościa.
    - Poznaj moją przyjaciółkę, Leanne. Jej drzewo rośnie nieopodal, więc mieszka z nami – wyjaśniła Sheila, po czym przedstawiła nimfie inkuba. Leanne dygnęła z gracją.
    - Leanne – powtórzył Raphael, ujął jej dłoń i złożył na niej nieco przydługi pocałunek. - Imię równie piękne, co jego właścicielka. Widziałem kilka nimf leśnych, ale żadna nie dorównywała urodą tobie, Leanne – powtórzył jej imię, wypowiadając je z zachwytem. Przewróciłem oczami. Typowy inkub.
    Leanne natomiast zarumieniła się tak bardzo, jakby wcześniej żaden mężczyzna nie poświęcał jej tyle uwagi. Dopiero po chwili odzyskała głos na tyle, by zapewnić, że cieszy się z zawarcia tej znajomości.
    - Raph – mruknęła moja żona.
    - Wybacz, jeśli cię onieśmieliłem, piękna Leanne, to nie było absolutnie moim zamiarem. Ale jak można nie podziwiać tak niezwykłej urody? - Posłał jej kolejny uśmiech, nieznacznie taksując ją wzrokiem. Zatrzymał się na oczach.
    Nim zdążyła mu odpowiedzieć, Sheila położyła dłoń na jego ramieniu. Najwyraźniej nie zamierzała dopuścić, by całkowicie oczarował Leanne.
    Spojrzał na nią niewinnym wzrokiem.
    - Wybierz sobie pokój – odezwałem się. - Potem pokażemy ci, gdzie kończą się bariery. W razie gdyby w pobliżu pojawiły się anioły, musisz być gotowy do przeniesienia Sheili i Leanne.
    - Pokażę ci pokoje – zaproponowała moja żona, biorąc inkuba pod ramię. Spojrzała na mnie. - Kochanie, wyjaśnisz wszystko Leanne?
    - Tak, idźcie – zgodziłem się. Raphael zrobił zawiedzioną minę, ale skinął głową.
    - Chodźmy zatem. - Posłał uśmiech nimfie leśnej i wyszedł z Sheilą.
    Spojrzałem na oszołomioną Leanne.
    - Ponieważ Varys ma inne obowiązki, uznałem, że potrzebujemy kogoś, kto będzie tutaj bez przerwy – wyjaśniłem. - Raphael pomieszka z nami przez jakiś czas. To inkub, więc nie zaangażuj się – ostrzegłem ją. - Uwodzi wszystkie kobiety, jedynie Sheilę traktuje jak siostrę. - Przynajmniej tak twierdzili, ale uznałem, że powinienem zaufać żonie w tej kwestii.
    - Inkub? To znaczy? - Leanne spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem.
    - Demon seksu. Czerpie z tego moc do życia – wyjaśniłem. - Inkuby i sukkuby pobierają siłę życiową od swoich kochanek i kochanków, mają ich bardzo wiele, więc raczej się nie angażują w związek z jedną osobą.
    Chyba przesadziłem z ilością informacji, Leanne w zdumieniu otworzyła usta i najwyraźniej chciała coś powiedzieć, ale żadne słowo nie padło. Wydawała się zagubiona, gdy trawiła wszystko, co jej powiedziałem. W końcu skrzyżowała ramiona na piersi, przybierając buntowniczą postawę.
    - To nie świadczy o nim zbyt dobrze.
    - Nie mnie to oceniać – stwierdziłem. - Ale dobrze, żebyś wiedziała, że to zawodowy uwodziciel i pewnie będzie chciał cię uwieść.
    - Ale ja się nie zgadzam być zawodowo uwiedziona – burknęła.
    - I prawidłowo – przyznałem jej rację.
    W tej samej chwili Sheila i jej nowy strażnik zeszli po schodach, zaśmiewając się z czegoś. Żona posłała mi uradowane spojrzenie, zauważyłem, że Leanne odsunęła się i niemal schowała za moimi plecami.
    - No dobrze, chyba pora cię oprowadzić – uznała Sheila, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
    - Tak, chętnie pozwiedzam zamek – zgodził się i zerknął na Leanne. - Coś się stało?
    - To prawda, że chcesz mnie zawodowo uwieść? - zapytała. Sheila spojrzała na nas ze zdumieniem. Chyba nie tak wyobrażała sobie moją rozmowę z Leanne.
    Raphael najpierw zerknął na mnie ponuro, potem na leśną nimfę i przybrał niewinny wyraz twarzy. Zdaje się, że opanował go do perfekcji.
    - Nie ośmieliłbym się cię uwodzić, piękna Leanne, tym bardziej zawodowo. - Przyłożył rękę do piersi. - Zbyt niewinny kwiatuszek z ciebie. Pragnę jedynie pozachwycać się twoją urodą, czy to coś złego?
    Nimfa spoglądała to na niego, to na mnie, w końcu wyruszyła ramionami.
    - Jak bez uwodzenia, to możesz się nawet zachwycać.
    Przygryzłem wargę, by nie parsknąć śmiechem, natomiast inkub uśmiechnął się szeroko i skinął głową.
    - Zatem dołączysz do nas, kwiatuszku?
    - Jasne – zgodziła się od razu, zapominając o niedawnej urazie. Sheila tylko pokręciła głową.
    - W takim razie ja wracam do Piekła, zobaczymy się później – zwróciłem się do żony.
    - Będę tęsknić – odparła i wtuliła się w moje ramiona. Pocałowała mnie czule. Odpowiedziałem długim, równie czułym pocałunkiem.
    Przerwaliśmy dopiero słysząc westchnienie Leanne. Sheila lekko się zarumieniła. Uśmiechnąłem się do niej.
    - Do zobaczenia, skarbie.
    Wróciłem do sali treningowej, gdzie czekali już na mnie Genie i Azazeal. Okazało się, że mieli nowe informacje, istotne dla przebiegu wojny. Mianowicie – odkryli istnienie groźnej broni, która mogła nam się przydać w walce z aniołami. Była to legendarna broń Aenghusa Óga, boga celtyckiego. Według podań, posiadał on dwa magiczne miecze: Moralltach czyli wielką furię, która odbiera życie i Baegalltach – małą furię oraz dwie włócznie: Gae Buide i Gae Derg. Pierwsza zadawała rany, których nie można wyleczyć, druga natomiast niszczyła magię.
    Ezekiel odkrył, że broń znajduje się w zaklętej jaskini i powiedział o tym Genie. Dzięki internetowi oraz innym osiągnięciom współczesnej technologii udało jej się namierzyć jaskinię w Irlandii, która mogła być tą właściwą. Niestety, nie mogliśmy tego skonsultować z Ezekielem, gdyż wyszedł, zapowiadając, że dziś już raczej nie wróci, a głos w komórce twierdził, że jest obecnie poza zasięgiem.
    - Ja tam pójdę – postanowiłem. - Jeśli broń Aenghusa Óga tam jest, będziemy mieli znaczną przewagę.
    - Broń Aenghusa Óga? - wtrącił V'lane, który właśnie zrobił sobie przerwę w treningu. - Znam tę legendę.
    - Świetnie, w takim razie idziesz ze mną – zwróciłem się do niego, co przyjął z jękiem i ponurą miną. Zerknąłem na Genie. - Znalazłaś tylko jedno miejsce?
    - Tylko ta jaskinia pasuje, ale jeszcze poszukam – odparła, podając mi wydrukowaną z internetu mapę. Skinąłem głową, oglądając ją uważnie.
    - Wyruszymy natychmiast – postanowiłem.
    - Starajcie się nie rzucać w oczy – poradził Azazeal. - I lepiej się pospieszcie, anioły mogą wykorzystać okazję, że jesteście sami i poza Piekłem.
    - Damy sobie radę. - Ponownie przejrzałem mapę. - Gotowy? - zwróciłem się do V'lane'a.
    - Tak, pewnie – mruknął dowódca moich wojsk i przenieśliśmy się do północnej Irlandii, do jednej z jaskiń Marble Arch w hrabstwie Fermanagh.
    Pojawiliśmy się na górzystym terenie, pośród zielonych lasów. Kierując się mapą, ruszyliśmy ścieżką w stronę wejścia do jaskini, które powinno znajdować się gdzieś w dole, zatem najpierw musieliśmy znaleźć prowadzące tam schody.
    V'lane tupał i kopał każdy kamień po drodze, jakby spodziewał się znaleźć ukryte wejście.
    - Zachowaj energię na później, czeka nas jeszcze wędrówka po jaskini – zwróciłem mu uwagę.
    - Wędrówką bym się nie przejmował. Przypominam, że jeśli coś tu jest, chroni to magia – odparował.
    - Z magią też sobie poradzę. Opowiedz coś więcej, skoro dobrze znasz tę legendę, jaki rodzaj magii może chronić broń? Na co powinniśmy uważać?
    - Na wszystko, Celtowie byli cholernie podstępni. Jeśli w ogóle istnieli. - Zerknął na mnie. - Zakładając jednak, że to prawda, pewnie zostaniemy poddani jakiejś próbie.
    - Fizycznej? Czy psychicznej? - Spojrzałem na niego. - W razie czego możesz się wycofać, mnie nie tak łatwo zabić, ale wolałbym nie stracić dowódcy wojska.
    - Nie mam pojęcia. Ale na pewno nie będę stał obok. - Zatrzymał się. - Chyba znalazłem naszą drogę.
    - Tak, na to wygląda. - Ruszyłem pierwszy. Droga schodziła w dół i na razie nie widać było, gdzie się kończy.
    Wkrótce grota otoczyła nas z każdej strony, odcinając od światła słonecznego. Zrobiło się ciemno i głucho jak w grobie. V'lane zaczął pogwizdywać.
    - Widzę, że humor ci się poprawił – stwierdziłem i utworzyłem niewielką kulę ognia, posyłając ją w górę, by leciała przed nami i oświetlała nam drogę. - To dobrze, ale nadal musimy być ostrożni. Choć pewnie ty to wiesz, zauważyłem, że masz świetny instynkt, jesteś szybki i potrafisz walczyć jak żaden inny demon, z wyjątkiem Legiona, ale on nie jest zwykłym demonem. Gdzie nauczyłeś się tak walczyć? - Zerknąłem na niego. Skoro miałem okazję go przepytać, najwyższa pora, by dowiedzieć się czegoś konkretnego o dowódcy moich wojsk. - Pokonałeś samego Beliala, a to przecież upadły.
    Spojrzał na mnie kątem oka i wzruszył ramionami.
    - Od najmłodszych lat miałem do wyboru: stać się najlepszym albo dać się zabić. Kiedy nie ma się Kręgu, tak wygląda życie, nieustająca walka o przetrwanie. Dlatego obserwowałem i uczyłem się.
    - Czemu nie miałeś Kręgu? Zwykle zostaje się w tym Kręgu, w którym demon się urodzi – zauważyłem.
    - Zwykle tak, chyba że ów demon nie rodzi się w żadnym z Kręgów. - Zajrzał w jedną z odnóg tunelu.
    Czyli jego rodzice nie mieli Kręgu. Ewentualnie jedno z nich nie miało, a drugie nie było demonem. Zerknąłem na mapę.
    - Broń powinna znajdować się gdzieś w tamtej części jaskini – wskazałem na wprost – tylko musimy ją znaleźć, a to niestety spory obszar. Czemu wcześniej nie starałeś się o przyjęcie do jednego z trzech Kręgów? - zapytałem go.
    - Bo nie wierzyłem, że to się uda. - Uśmiechnął się krzywo i ruszył wskazaną drogą. Tym razem poruszał się wolniej i całkowicie bezszelestnie.
    - Masz do zaoferowania spore umiejętności, myślę, że w każdym Kręgu miałbyś szanse na przyjęcie – odparłem, rozglądając się uważnie.
    - Słynę też z bycia niepokornym – mruknął. Wskazał coś głęboko w dole. - Wspominałem, że będzie krwawo?
    Zerknąłem w dół skrywający stos kości. Zapewne ludzkich.
    - Pułapka? - Rozejrzałem się ponownie. Nie można było w żaden sposób obejść dołu, droga prowadziła bezpośrednio przez niego.
    - Jakaś na pewno. Pytanie, na czym polega. - Spojrzał na mnie. - Nie wierzę w bóstwa, ale... zawsze byłem ciekaw, czy sidhe istnieją.
    - Istniały – zapewniłem. - Ale już za moich czasów nie można było ich odnaleźć, zostały tylko legendy o nich. Albo wyginęły, albo dobrze się ukryły.
    - Nie pocieszyło mnie to – mruknął i się wyprostował. - Nie podoba mi się ta myśl, ale musimy tam zejść.
    I skoczył.
    Westchnąłem i obniżyłem światło aż do dna dołu, po czym się tam zmaterializowałem.
    I mniej więcej wtedy to się zaczęło. Szkielety powstały i rzuciły się na nas bez zbędnego uprzedzania. V'lane zaklął i sięgnął po miecz. Przywołałem swoją broń i odparłem atak kilku pierwszych szkieletów, po czym zebrałem moc i cisnąłem w jednego z nich. Spłonął w ułamku sekundy, została tylko garść popiołu.
    - Nieźle – pochwalił mnie demon, nim uskoczył przed zmasowanym atakiem. Nagle zamarł i w ostatniej chwili uchylił się przed ostrzem. Ostrzem, które zostało rzucone z góry, zza naszych pleców.
    Zerknąłem w górę i dostrzegłem białe pióra. Musieli nas śledzić aż tutaj. Czekali, aż wpadniemy w pułapkę, by odciąć nam możliwość ucieczki. Zakląłem i jednym ruchem dłoni spaliłem wszystkie szkielety, po czym ustawiłem magiczną barierę nade mną i V'lanem. Byłem pewien, że długo nie wytrzyma, ale przynajmniej te pierzaste kukły udające honorowych wojowników będą musiały same tu zejść. Ich broń nie przebije bariery.
    - Nie można tak było od razu? - mruknął mój towarzysz broni, zerkając przez ramię. Spojrzał na wroga, najwyraźniej próbując ich policzyć. Zauważyłem, że mimo wszystko nie chciał w pełni obrócić się plecami do wnętrza jaskini. - Cóż – odezwał się w końcu – chyba będziemy musieli ich zabić.
    - Z przyjemnością – odparłem, czekając, aż pierwszy anioł wyląduje przede mną. Dół nie pomieści zbyt wielu aniołów, a jeśli pojawi się ich paru naraz, można będzie ich ubijać po kilku za jednym zamachem.
    Zaatakowali razem, rozrywając moje bariery jak bańkę mydlaną. Nagle zrobiło się tłoczno i zrozumiałem, że nie będzie łatwo operować mieczem. Przesunąłem się w bok, wiedząc, że nie możemy pozwolić, by nas otoczyli. Naliczyłem dwudziestu. Na dwóch. Lepiej, żeby V'lane faktycznie był tak dobry, jak mówiono. Ani nie zwariował, co było moją pierwszą myślą, gdy nagle odrzucił broń. Operowanie mieczem w tłumie było trudne, ale walka bez broni to samobójstwo.
    - Co ty robisz? Stań plecami do mnie – zwróciłem się do niego, jednocześnie zamieniając miecz na dwa długie sztylety. Dobrze, że ostatnio trenowałem nimi walkę, w takiej sytuacji najłatwiej posłużyć się krótszą bronią. Musiałem sprawnie zabić jak najwięcej aniołów, tym bardziej, że V'lane mógł co najwyżej ich zranić, chyba że zacznie obcinać im głowy.
    - Ten miecz jest bezużyteczny przy takiej przewadze liczebnej – odparł. - Hej, chłopaki, nie chcecie omówić tego przy herbacie? Nie? Tak myślałem – sapnął, uchylając się przed ciosem. Rzucił mi szybkie spojrzenie. - Tylko nie oceniaj.
    I wtedy w jego dłoni zalśnił miecz przywołany siłą woli. Anielski miecz. A potem V'lane zaatakował.
    Zrozumiałem, co ukrywał V'lane. Był nefilim.
    Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, anioły atakowały nas zaciekle, aczkolwiek widok mojego podwładnego z anielskim mieczem ich także zaskoczył. Wykorzystałem ten moment, by pozbyć się dwóch z nich. Kiedy kolejni wojownicy skoczyli w moją stronę, ciąłem ich sztyletami i wypuściłem trujące opary. Dwóch najbliżej stojących upadło, pozostali szybko zareagowali, rozpraszając moją magię. Nie tracąc czasu, zabiłem kolejnego anioła.
    Zerknąłem w bok, za moimi plecami leżało już sporo anielskich trupów, najwyraźniej V'lane również świetnie sobie radził. W dodatku potrafił się dostosować. Nigdy nie trenowaliśmy razem, jednak okazało się, że doskonale zna mój styl walki, współpraca nie sprawiała mu problemu. Przypomniałem sobie jego wyjaśnienia. Obserwuje. Cholerny spryciarz. Obaj zawirowaliśmy zamieniając się miejscami, wyprowadziliśmy cios niemal w tym samym momencie.
    Zabijaliśmy ich błyskawicznie, cios za ciosem, trup za trupem. Nie było to proste, atakowali nas bez przerwy, ale dzięki współpracy mojej i V'lane'a zaczęliśmy zyskiwać przewagę. Gdy to zrozumieli, było już za późno. Zostało ich czterech, rzucili się do ucieczki, podlatując w górę. Wiedziałem, że jeśli uciekną, sprowadzą posiłki. Nie mogłem na to pozwolić, nie teraz, kiedy jeszcze nie dotarliśmy do celu. Pchnąłem mocą, a kiedy jeden z aniołów zachwiał się i niemal upadł, dopadłem go, celnym ruchem obcinając mu skrzydło. Upadł na ziemię, a ja rzuciłem się na kolejnego, dwóch pozostałych zostawiając V'lane'owi. Nie miałem wątpliwości, że sobie z nimi poradzi.
    Kątem oka dostrzegłem, że jego ostrze znów zalśniło i przeistoczyło się w nową broń. Nagle dzierżył kosę, którą błyskawicznie pozbawił głowy jednego z przeciwników. Najwyraźniej nie tylko mnie zaskoczyło, jak anielska broń podlega woli demona. Nie demona, nefilim.
    Wbiłem miecz w uciekiniera i obejrzałem się na tego z obciętym skrzydłem, jeszcze żył. V'lane zajął się ostatnim aniołem, zatem pozostał tylko ten ranny. Resztą sił wyciągnął miecz w moją stronę, ale wytrąciłem go mu z ręki, kucnąłem i wbiłem mu sztylet w brzuch. Przez chwilę patrzyłem, jak umiera. Początkowo zastanawiałem się, czy nie powinienem wypytać go o zasadzkę, czy nie czeka na nas jakaś większa armia aniołów, ale uznałem, że i tak nie będzie chciał mi niczego powiedzieć, a nie mieliśmy czasu na dłuższe przesłuchanie. Zatem trzymałem sztylet w jego wnętrznościach, czując na ręce wypływającą z niego krew i wpatrywałem się w oczy, pełne bólu, świadome, że to koniec, że umiera, a ja przeżyłem. Że przegrał. Gdybym nie musiał się śpieszyć, jego agonia z pewnością by się przedłużyła. Wciąż miał drugie skrzydło, które mógłbym odcinać po kawałku. Ale nie było czasu na przyjemności, czekała mnie misja do wykonania. Patrzyłem na niego z satysfakcją, aż skonał, po czym wstałem i spojrzałem na V'lane'a.
    Oparł się o ścianę, oddychając głęboko. Miał rozcięty rękaw, ale nie dostrzegłem innych obrażeń. Zatem krew na ubraniu też nie należała do niego. Opuścił ręce, ale nadal trzymał lśniącą lekko kosę. Na moich oczach blask zbladł.
    Opuściłem swoją broń i przeniosłem wzrok na tę kosę. Anielską broń.
    - Jesteś nefilim – odezwałem się.
    - I? - Spojrzał na mnie wyczekująco.
    - Czemu dopiero teraz się o tym dowiaduję? - Uniosłem brwi.
    Prychnął.
    - Może dlatego, że to tajemnica. Jedna z tych, których stawką jest życie. Może to pretensjonalne, ale jestem do niego przywiązany.
    - Jesteś dowódcą moich wojsk, zatem ja powinienem o tym wiedzieć – odparłem. - Poza tym, polowania na nefilim zakończyły się setki lat temu. Nie widzę powodu, dla którego miałbyś to przede mną ukrywać. Chyba, że... - Zmarszczyłem brwi. Przyszło mi do głowy, że skoro Belial tak szybko przed nim uciekł, może wcale nie chodziło o jego umiejętności ani o anielski miecz, tylko... V'lane mógł być jego synem. To by sporo wyjaśniało. - Kto jest twoim ojcem? - zapytałem, nie odrywając od niego wzroku.
    - Jakie to ma znaczenie? - burknął. Wciąż zaciskał palce na broni, jakby oczekiwał, że będzie musiał ze mną walczyć.
    - Odpowiedz. Który z upadłych? - Zastanawiałem się, co zrobię, jeśli mam rację? Jeśli to wszystko było grą i jakimś większym planem, a uratowanie Sheili było jego częścią? Wiedziałem, co wtedy musiałbym zrobić. Czekałem na jego odpowiedź, naprawdę mając nadzieję, że nie okaże się zdrajcą.
    Patrzył na mnie bez słowa, w końcu westchnął i oderwał się od ściany.
    - Lucyfer. Jestem synem najpotężniejszego z upadłych, to chciałeś wiedzieć?
    - Lucyfer? - powtórzyłem zaskoczony. Niespodziewanie poczułem ulgę, nie lubiłem Lucyfera, ale sam fakt bycia jego synem nie był jeszcze w żadnej mierze zdradą. - Ach. No cóż, on akurat nie planował wyrwać mi serca. - Patrzyłem na niego, zastanawiając się, czy mówi prawdę. Gdyby kłamał, jak miałbym to sprawdzić? Z drugiej strony, miał stały dostęp do zamku i w każdej chwili mógł porwać moją żonę albo umożliwić to komuś innemu. Jak do tej pory, nie miałem powodów, by mu nie ufać. Samo bycie nefilim też nie było powodem. - Nie przypominasz tego irytującego diabła. Wdałeś się w matkę?
    - Nie mam pojęcia, zmarła, gdy miałem sześć lat. Co teraz?
    Wzruszyłem ramionami. Gdyby miał mnie zabić znienacka, już dawno by to zrobił, a nie dopiero wtedy, gdy dowiedziałem się, kim naprawdę jest. Oczekiwał, że go zabiję, bo okazał się nefilim? Tak samo, jak niegdyś robiły to anioły?
    W tym momencie miałem dwie możliwości. Uznać go za zdrajcę, albo mu zaufać. Nie miałem żadnych podstaw do tej pierwszej, zatem...
    - Szukamy tej legendarnej broni. - Odesłałem sztylety i wskazałem na przejście po drugiej stronie dołu. - Tam zaczniemy. - Zerknąłem na niego. - Ojciec nie przyjął cię do Kręgu?
    Zamrugał, najwyraźniej spodziewał się innej reakcji. Kosa w jego dłoni zalśniła i zmieniła się w srebrny karwasz opasający jego przedramię. Powoli pochylił się i podniósł odrzucony wcześniej miecz.
    - Nie jest moim fanem. Kilka razy próbował mnie zabić, zmienił front, gdy okazało się, że mogę być użyteczny, ale... cóż, ja też nie jestem jego fanem. - Schował miecz i spojrzał na mnie. - Nie jestem zwolniony?
    - Gdybym podejrzewał cię o zdradę, to nie zwolnieniem musiałbyś się przejmować. A kiepski ojciec to jeszcze nie powód do pozbycia się jednego z najlepszych wojowników. - Zerknąłem na niego. - Naprawdę powinieneś mi wcześniej powiedzieć. Masz anielską broń, w dodatku potrafisz zmieniać jej kształt i zamiast wykorzystać ją w walce z aniołami, machasz zwykłym mieczem. - Pokręciłem głową.
    Przeszedł nad ciałem anioła i dołączył do mnie. Wyglądał, jakby spadł mu z serca wielki ciężar. Naprawdę sądził, że odrzucę go przez pochodzenie.
    - Może i masowe polowania na mój rodzaj ustały, ale to nie potrwa wiecznie. Poza tym ciągle jest wielu takich, którzy nas nienawidzą. Czasem kamuflaż to jedyne wyjście.
    - Teraz jesteś w moim Kręgu, więc niepotrzebny ci kamuflaż – zauważyłem, ostrożnie przechodząc przez niewielkie przejście. Oświetliłem drogę płomykiem, jak poprzednio i rozejrzałem się uważnie w poszukiwaniu ewentualnych pułapek. Ściany były wilgotne, podłoże składało się z mnóstwa małych kamyków, które chrzęściły pod stopami, a po lewej stronie słychać było szum podziemnego jeziora. Na razie droga schodziła cały czas w dół, kawałek dalej rozchodziła się w dwóch kierunkach.
    - To bardziej skomplikowane – mruknął. - Ale dziękuję.
    Skinąłem głową i zatrzymałem się przy rozwidleniu.
    - Wątpię, żeby ukryto broń w wodzie, więc chodźmy najpierw w prawo.
    - Poświeć w lewo.
    Skierowałem światło w lewą stronę. Kawałek dalej zaczynało się podziemne jezioro.
    - Coś mi mówi, że to mogłoby być w ich stylu. Tuatha de Danaan, sidhe, zwał jak zwał. Płynąca woda blokuje magię, więc nie moglibyśmy jej wyczuć. I nie chce mi się wierzyć, by nie zrobili czegoś z tym jeziorem.
    - No dobrze, zatem jezioro. - Rozejrzałem się w poszukiwaniu transportu. - Mam nadzieję, że nie będziemy musieli płynąć wpław.
    - Wydaje mi się, że właśnie tego oczekiwali. Pytanie, co zrobi nam ta woda... - Spojrzał w dal. - Możesz przesunąć to światło dalej? Zobaczymy, jak daleko ciągnie się ta rzeka.
    Światło zaczęło przesuwać się tuż nad wodą, coraz bardziej się oddalając.
    - Może przywołam jakąś łódkę? - zaproponowałem. Przypomniałem sobie, że niedawno widziałem kilka w sklepie. Jedna z nich bez problemu by się zmieściła.
    - Można spróbować.
    Cichy chlupot wody wydał się całkowicie odrealniony. V'lane także go usłyszał, bo wpatrzył się w jezioro. Jakaś dziwna płetwa wynurzyła się z wody, a za nią pokryty kolcami łeb. Stworzenie – bo nie przypominało ryby – zanurzyło się ponownie.
    Przypomniałem sobie miejsce, w którym widziałem łódkę i spróbowałem ją tutaj sprowadzić. Pojawiła się, ale gdy tylko dotknęła wody, błyskawicznie zatonęła.
    - Stawiam sto do jednego, że to coś jest mięsożerne – odezwał się V'lane. - I głodne – dodał, widząc fale kierujące się w naszą stronę. Karwasz zalśnił i stał się włócznią.
    - Zatem zapolujemy. Starczy dla nas obu. - Wskazałem na drugiego stwora, płynącego za pierwszym. Przywołałem harpun i powiększyłem światło.
    V'lane spojrzał na mnie spod uniesionych brwi.
    - Zabrzmiało, jakbyś chciał to zjeść.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Zbliża się pora kolacji. - Utkwiłem wzrok w drugim stworze, pierwszego zostawiając V'lane'owi.
    Parsknął śmiechem i skoczył. Odbił się od skalnej ścianki i opadł na grzbiet stwora, wbijając w niego ostrze. Zwierzę, jeśli można je tak nazwać, zabulgotało i spróbowało zrzucić intruza, lecz anielskie ostrze zagłębiło się w jego ciele. Cóż, nie można było powiedzieć, że V'lane'owi brakuje brawury. Choć Ezekiel pewnie nazwałby to głupotą.
    Drugi stwór zatrzymał się raptownie i zaczął zawracać, ale w porę rzuciłem w niego harpunem, który utkwił głęboko w jego ciele, po czym – wyrywającego się i wydającego dziwne, gardłowe odgłosy – wyciągnąłem na brzeg. Żył jeszcze, ale wciąż machał kilkunastoma płetwami wyrastającymi z różnych miejsc na ciele oraz pokrytym kolcami łbem. Skóra, początkowo żółtawa, zaczęła szybko schnąć i pokrywać się czerwienią. W końcu stwór przestał się ruszać.
    V'lane krzyknął, bym nie dotykał wody, po czym skoczył i odbił się od ściany. Jeszcze dwa razy i był na drugim brzegu.
    Oświetliłem lepiej tamto miejsce i spróbowałem się przenieść. Napotkałem opór, magię gęstą jak mgła. Spróbowałem ponownie, sięgając w głąb, wydobywając moc płynącą z mojego ognia, przecinając unoszącą się nad jeziorem magię i torując sobie drogę. Naprawdę nie miałem ochoty przepływać magicznej rzeki, ani wpław, ani na grzbietach martwych stworów. Akrobacje po ścianach też nie były w moim stylu. Skupiłem się i w następnej chwili stałem obok V'lane'a. Udało się, ale zużyłem sporo mocy. Oparłem się ręką o ścianę jaskini i odetchnąłem.
    - Silna magia – mruknąłem.
    - Oby nie było więcej takich niespodzianek. Ale są też plusy, przy takiej ochronie musi tu być coś cennego.
    - Na to wygląda. - Ruszyłem powoli brzegiem podziemnego jeziora, oświetlając drogę i nasłuchując, czy znowu nic na nas nie wyskoczy. Lub nie wynurzy się z wody.
    Poczułem szturchnięcie w ramię i spojrzałem we wskazane miejsce. Stała tam duża, rzeźbiona skrzynia. Brakowało tylko kłódki. Albo jakiegokolwiek otworu, który służyłby do jej otwarcia. Podszedłem ostrożnie, przygotowany na pułapki.
    - Legenda wspomina o tym, jak otworzyć skrzynię z bronią? - spytałem V'lane'a.
    - Nie wiadomo mi nic na temat skrzyni – odparł, przyglądając się znalezisku. - Pewnie abrakadabra nie zadziała.
    - Może powinniśmy zabrać całą skrzynię? - zaproponowałem. - Nawet jeśli nie ma tam broni, z pewnością zawiera coś cennego.
    - Ale nie będziemy pewni, czy mamy to, po co przyszliśmy... - zaoponował bez większego przekonania.
    - Możemy spróbować ją otworzyć, ale nie wyczuwam tu konkretnej magii, więc nie mam pojęcia, jaką powinienem zastosować. - Pokręciłem głową. - Ezekiel na pewno znajdzie sposób. A jeśli nie ma tu broni, możemy wrócić jutro – dodałem.
    - A jak przeniesiemy ją przez jezioro?
    - Tak, jak ja tu się przeniosłem, a z tamtego brzegu, gdy znajdziemy się poza zasięgiem magii, możemy od razu pojawić się w Piekle. - Zerknąłem na niego. - Zaniosę skrzynię na drugi brzeg i mogę potem po ciebie wrócić, będzie bezpieczniej.
    - Poradzę sobie z przedostaniem się na drugą stronę. Jedynym problemem jest ta skrzynia.
    - Przeniosę ją – zapewniłem, chwyciłem za uchwyty i uniosłem. Była ciężka, ale nie jako fizyczny ciężar, raczej przytłoczona mnóstwem magii. - Jesteś pewien, że chcesz znowu skakać przez wodę?
    Skinął głową.
    - Dam radę, to wcale nie jest takie trudne, jeśli się dobrze rozpędzić. Widzimy się po drugiej stronie.
    - W porządku. - Skupiłem się i ponownie przedarłem przez magiczną zasłonę, by zmaterializować się po drugiej stronie. Tym razem było jeszcze trudniej, magia stawiała silny opór, a gdy w końcu udało mi się ją przebić, poczułem, jak wypycha mnie z powrotem. Niewiele myśląc, posłałem skrzynię na drugi brzeg, by chronić jej zawartość, ale nie zdążyłem tego samego zrobić ze sobą. Pojawiłem się tuż nad jeziorem i wpadłem do niego z głośnym pluskiem.
    Przeklinając w myślach i mając nadzieję, że przynajmniej skrzynia dotarła na miejsce, wynurzyłem się i podpłynąłem do brzegu.
    V'lane wylądował tam sekundy wcześniej i zdążył już odciągnąć skrzynię od brzegu. Spojrzał na mnie z niepokojem.
    - Wszystko w porządku?
    - Tak, tylko trochę przemokłem – mruknąłem, wstając i przeczesałem dłonią mokre włosy. - Nie wziąłem pod uwagę, że skrzynia nie jest tylko przedmiotem, magia blokowała ją silniej niż mnie. Przynajmniej woda nie jest lodowata... - urwałem, czując wypełniającą mnie moc. Nie była moja. Zupełnie, jakbym pobrał jej zbyt dużo i miała teraz rozsadzić mnie od środka. Przycisnąłem rękę do brzucha, starając się zapanować nad tym, co się we mnie działo. Bezskutecznie. Sekundę później zrozumiałem, co aktywowała magia, gdy zanurzyłem się w wodzie z jeziora. Zakląłem, opierając się o ścianę.
    - Co się dzieje? - chciał wiedzieć V'lane.
    - Genie – zwróciłem się do niego, starając się zapanować nad bólem. - Sprowadź ją, szybko, zanim... Będę przed jaskinią – zdołałem wykrztusić i przeniosłem się na początek ścieżki, którą tutaj przyszliśmy. Wiedziałem, że to kwestia sekundy, za chwilę nie byłbym w stanie użyć mocy. Upadłem na kolana, podparłem się rękami i zalała mnie fala ogromnego bólu.
    Przemiana następowała za szybko. Wiedziałem, że taki ból może wywołać Furię, ba, na pewno ją wywoła. Przy przemianie trwającej kilkanaście sekund nie miałem szans, by nad sobą zapanować. Zatem poddałem się, czując, jak całe moje ciało przenika okropny ból, kości łamały się jednocześnie, mięśnie zmieniały, rosły, krew płonęła, a do świadomości wdzierał się instynkt smoka. Pragnienie krwi, ogień, łowy... Przemiana się skończyła. Uniosłem głowę, nie czując ulgi, lecz ból, który pozostał w moim ciele i posłałem w powietrze falę ognia. Tak, to przyniosło pewną ulgę. Musiałem zapolować. Zanurzyć się we krwi. Jak najszybciej. Rozłożyłem skrzydła.
    Tuż przed uniesieniem się w górę poczułem zalewającą mnie magię, nim ujrzałem jej źródło. Dobrze znałem tę ciepłą, spokojną aurę. Skradała się, otaczała mnie w powolny, nienachalny sposób.
    - Dorian – Genevieve odezwała się cicho, ale to wystarczyło, bym ją usłyszał. Jej moc była kojąca, mimo bólu odzyskiwałem panowanie nad sobą. Milczałem jeszcze przez chwilę, na powrót złożyłem skrzydła. Magia mojej siostry otuliła mnie jak miękki jedwab, zacisnęła się wokół mnie, jednocześnie kojąc mój umysł. Delikatnie, kawałek po kawałku.
    Genie, odezwałem się w jej myślach i spojrzałem na siostrę.
    - Już dobrze, braciszku. Jestem z tobą. - Podeszła i dotknęła mojego boku. Masowała moją skórę powolnymi, kolistymi ruchami i ciągle mówiła.
    Słuchałem jej kojącego głosu, a uspokajająca magia siostry krążyła w moim organizmie jak krew krąży w żyłach. Łagodna, stała, nieustępliwa.
    Odetchnąłem głęboko.
    To była najgorsza przemiana w moim życiu, stwierdziłem. Jeśli anioły teraz by na nas wpadły, byłoby kiepsko, dodałem i spojrzałem w stronę jaskini, gdzie przy wejściu stał V'lane.
    - Ależ braciszku, obroniłabym cię. - Genie posłała mi uśmiech, wciąż dotykając mojego boku. - Lepiej?
    Lepiej. A to wszystko przez jedną kąpiel, wyobrażasz sobie? Spojrzałem na moją młodszą siostrę. Wolałem nie doprowadzać do sytuacji, w której musiałaby mnie bronić. To ja zwykle ją chroniłem, trudno było mi się przestawić, że teraz jest znakomitą wojowniczką i nie potrzebuje już mojej opieki.
    Odetchnąłem. Ból był znacznie mniejszy, ale czekała mnie jeszcze jedna przemiana. Mam nadzieję, że w tej skrzyni jest owa słynna broń.
    - Lepiej, żeby tak było, dość się namęczyłeś. - Poklepała mnie lekko. - Jeśli chcesz, zabiorę cię do domu. Prześpisz się przed zmianą postaci.
    - Kryzys zażegnany? - zagadnął V'lane, zbliżając się w naszą stronę.
    Kuszące, ale nie. Wolałbym zjeść kolację w ludzkiej postaci, stwierdziłem i zerknąłem na mężczyznę. Mało brakowało, ale w porę ją sprowadziłeś, zwróciłem się do V'lane'a, tak by słyszeli mnie teraz oboje i zerknąłem na otaczający nas las. I nawet niczego nie podpaliłem. To dobrze, bo Leanne chyba by mi głowę urwała, jakbym spalił kolejny las...
    - Spędziłbyś wieczór w kącie – zażartował, gdy już oswoił się z głosem w głowie.
    - Jak to było z tą wodą? Zeke nic na ten temat nie mówił.
    Część podziemnego jeziora napełniona jest magią, tak silną, że wypełnia każdego, kto dotknie wody i po prostu rozsadza go od środka. U mnie nadmiar magii natknął się na wewnętrzny ogień i to wywołało przemianę. Błyskawiczną, dodałem, lekko poruszając skrzydłami. Mimo że ból znacznie się zmniejszył, byłem pewien, że jeszcze przez jakiś czas będę obolały.
    - Następnym razem każemy temu nadętemu pięknisiowi samemu szukać skarbów – mruknęła moja siostra.
    V'lane jeszcze przez chwilę taksował mnie spojrzeniem, co wcale nie było dziwne, biorąc pod uwagę, że widział smoka po raz pierwszy. W końcu okręcił się na pięcie i ruszył w stronę jaskini.
    Chyba już jestem gotowy na przemianę, stwierdziłem, cofając się o krok. Nie ma sensu dłużej tutaj sterczeć, poprzednim razem wpadło na nas dwudziestu aniołów, kto wie, czy nie będą ich szukać.
    Genie zamrugała, najwyraźniej nie spodziewała się, że zostaniemy zaatakowani. Cóż, gdyby się spodziewała, nie zgodziłaby się, żebym gdziekolwiek szedł. Na szczęście szybko odegnała złość.
    - Pomogę ci – zaoferowała i jej magia znów wkradła się w moje ciało. Gdy to robiła, przemiany były mniej bolesne. Jej dar był rzadkością, w danym momencie mogła istnieć tylko jedna kobieta posiadająca moc uciszania Furii. Była dla nas błogosławieństwem.
    Tym razem poszło sprawnie i niemal bezboleśnie, kilka minut później znów stałem na dwóch nogach. Przywołałem na siebie pierwsze lepsze ubranie, gdyż poprzednie było w strzępach. Przeciągnąłem się i odetchnąłem.
    - Dziękuję – zwróciłem się do siostry.
    - Zawsze do usług. - Objęła mnie na chwilę i cmoknęła w policzek. Zawsze tak reagowała, gdy pojawił się choć cień zagrożenia dla mnie. Wiedziałem, że jej strach był spowodowany tym, że już raz mnie straciła.
    - Zabierajmy się stąd – zawołał V'lane, idąc ku nam ze skrzynią na ramieniu.
    Pojawiliśmy się w Piekle. Ezekiela nadal nie było, więc otwarcie skrzyni miało nastąpić najwcześniej jutro. Opowiedziałem Genie wszystko, co zdarzyło się w jaskini, pomijając pochodzenie V'lane'a. Mimo że nie widziałem powodu, dla którego miałby teraz ukrywać, że jest nefilim, postanowiłem na razie przemilczeć ten temat. Jeśli będzie chciał o tym powiedzieć, sam to zrobi.
    Nie zauważyłem, kiedy podszedł do nas Legion. Najwyraźniej nie miał już nic do roboty, bo dosiadł się z miską pełną potrawki z ryżu i kurczaka.
    - To ma być to? - zapytał, wskazując skrzynię. Wzruszyłem ramionami.
    - Oby. Okaże się, jak otworzymy.
    - Więc dlaczego wciąż jest zamknięta? - Wpakował sobie do ust kopczastą łyżkę potrawki. To mi przypomniało, że wciąż nie jadłem kolacji. Zdecydowanie powinienem coś zjeść.
    - Chroni ją magia – odparłem. - Próbowałem otworzyć, nic z tego. Ale możesz spróbować. - Wskazałem na skrzynię.
    Odstawił miskę i kucnął przed skrzynią. Zauważyłem, że jego oczy zmieniają kolor. Wciąż i wciąż. Czekałem cierpliwie, ciekawy, co z tego wyniknie. Może któryś z jego demonów odkryje, jak otworzyć skrzynię?
    - Cholerne sidhe – mruknął, nie spuszczając wzroku ze skrzyni. Tymczasem V'lane podprowadził jego miskę i korzystając z nieuwagi demona, dobrał się do potrawki. Widząc, że to zauważyłem, przyłożył palec do ust. Nagle usłyszałem syk i zobaczyłem dym unoszący się znad skrzyni. I wtedy wieko się uniosło.
    Spojrzałem do środka, leżały tam dwa miecze i dwie włócznie.
    - A więc to jednak właściwa skrzynia – stwierdziłem z ulgą.
    - Mam nadzieję, że działają – mruknął Legion i obejrzał się. Dokładnie w chwili, gdy V'lane wyskrobywał resztki potrawki z dna miski. Przewrócił oczami. - Pójdę po drugą porcję.
    - Po dwie – poprawił V'lane, wręczając mu miskę, po czym zatarł ręce i zajrzał do skrzyni.
    - Po trzy – dodałem i stanąłem obok niego. Ostrożnie wyjąłem miecz. Był duży, wyglądał na dość stary i miał liczne zdobienia na rękojeści. Tuż przy ostrzach widniały znaki, których nie potrafiłem odczytać, zapewne zaklęcia.
    - Wygląda... staro – burknął dowódca moich wojsk.
    Legion gwizdnął na kogoś i uniósł trzy palce. Po chwili w naszą stronę, kulejąc, ruszył chudy, zgarbiony demon, niosąc trzy zapełnione do granic możliwości miski. Co ciekawe, każdą trzymał w innej ręce, ba, miał jeszcze pięć wolnych ramion.
    - Skoro pochodzi z czasów sidhe, to nic dziwnego – stwierdziłem i odłożyłem broń na miejsce. Usiadłem, wziąłem potrawkę i zabrałem się do konsumpcji, starając się nie zjeść wszystkiego za jednym kęsem.
    Podczas gdy my skupiliśmy się na priorytetach – czyli jedzeniu – Genie wyjęła ze skrzyni żółtą włócznię i kilka razy się z nią obróciła, wypróbowując jej wyważenie.
    - Jest dobra – mruknęła i przyjrzała się napisom. - Gae Buide – odczytała. No tak, uwielbiała legendy o sidhe, nic dziwnego, że znała ich język.
    - Zadaje rany, których nie można wyleczyć – przypomniałem sobie. Zjadłem ostatni kęs potrawki i odstawiłem miskę. Ponownie sięgnąłem po miecz. - To Wielka Furia, prawda? - zapytałem siostrę.
    Przytaknęła.
    - Zeke twierdzi, że wystarczy draśnięcie, by zabić.
    - A zatem głupio byłoby się zaciąć. - V'lane wygrzebywał właśnie resztki potrawki.
    - W czasie bitwy na pewno jest skuteczny, ale czy ranny anioł nie zostanie wyleczony, gdyby uciekł? - zastanawiałem się. - Oni na wszystko znajdą lek.
    - Dla pewności ścinaj głowę, na to na pewno nie znajdą rozwiązania – zasugerował Legion.
    - Wystarczy draśnięcie. Zabije go, nie otruje – wyjaśniła Genie.
    - To świetnie. - Sięgnąłem po pochwę i schowałem w niej miecz. - Znaczne ułatwienie w razie przewagi liczebnej.
    - Szkoda, że teraz takich nie robią. - V'lane przeciągnął się i położył na ziemi. - Dam głowę, że świetnie sprzedawałyby się na ebayu.
    - Czasem zastanawiam się, czy jego umiejętności na pewno są tyle warte, by go słuchać. - Legion podniósł się na nogi i wskazał skrzynię. - Dobrze to schowajcie. Powiem Azazealowi o waszym znalezisku – dodał i ruszył przez plac.
    - Pora wracać do domu. - Spojrzałem na Genie. - Ciekawe, gdzie się podziewa Ezekiel. Trochę go ominęło. - Odłożyłem miecz do skrzyni.
    - Nawet nie chcę dociekać. Jutro sprawdzimy działanie broni, dziś wszystkim przyda się odpoczynek.
    - Zatem do jutra. - Posłałem siostrze uśmiech i zerknąłem na V'lane'a.
    Podniósł się i strzepał piach z ubrania. Jakby i tak nie nadawało się już tylko do wyrzucenia. Odprowadził Genie wzrokiem i spojrzał na mnie poważnie.
    - Zdaje się, że nasze szanse w tej wojnie rosną. Mroźny ma jeszcze jakieś asy w rękawie?
    - Ma, ale musi nad nimi popracować. - Po schowaniu skrzyni przenieśliśmy się obaj do domu, do jednego z salonów. - Twoja broń też jest sporą przewagą, możesz zabijać anioły – zauważyłem. - Powinieneś używać jej w bitwach.
    - Pewnie masz rację – mruknął.
    - A poza tym, mam pewien pomysł. - Spojrzałem na niego uważniej. Nie byłem pewien, czy moja propozycja ma rację bytu, ale mogłem spróbować. - Nefilim trzymają się razem, prawda? Znasz takich, którzy mogą używać anielskiej broni i nie należą do żadnego Kręgu? Chciałbym, żebyś złożył im propozycję. Jeśli zgodzą się walczyć w tej wojnie, zostaną moimi wojownikami, przyjmę ich do Kręgu, zapewnię ochronę i bezpieczeństwo. A także broń po zabitych aniołach, gdyby jej nie mieli.
    - Dobrze zrozumiałem? - Uniósł brwi. - Proponujesz im bezpieczeństwo... w zamian za to, że w tej wojnie będą gotowi oddać za ciebie życie?
    Wzruszyłem ramionami.
    - Może któryś z nich ma niewyrównane rachunki z aniołami i będzie chciał podciąć im skrzydła. Możesz im to zaproponować, a co zrobią, to ich decyzja. A w moim Kręgu są tacy nefilim?
    Pokręcił głową.
    - Staramy się nie rzucać w oczy. Łatwiej nas namierzyć, gdy należymy do jakiegoś Kręgu.
    - A jednak ty zgodziłeś się wstąpić i zostać dowódcą moich wojsk. Mimo że to zwraca uwagę – zauważyłem.
    - Jestem zwierzęciem stadnym, poza tym nie interesuje mnie spokojne, nudne życie. No i byłem ciekaw. Ożeniłeś się z kobietą, która jest taka jak ja. Uznałem, że to coś znaczy i musiałem sprawdzić. Chciałem poznać Sheilę i tę potężną, przerażającą istotę, która podobno straciła dla niej głowę. - Zerknął na mnie i uśmiechnął się lekko. - Liczyłem, że to jakiś przełom. W pewien sposób nefilim stanęła teraz u władzy.
    - I co? Jesteś zaskoczony, czy tego właśnie się spodziewałeś? - zapytałem, ciekawy jego odpowiedzi.
    - Cóż. Sądziłem, że to wszystko było bardziej przemyślane, zaplanowane. Potem doszedłem do wniosku, że to wszystko zasługa Sheili. Jest jaka jest i dzięki temu do ciebie trafiła, że to nie ma nic wspólnego z naszym gatunkiem. Teraz... nie wiem. Wciąż tu jestem, więc chyba jest nadzieja.
    - Nigdy wcześniej nie interesowałem się nefilim – przyznałem. - Sheila była pierwsza. Ale nigdy nie miałem nic przeciwko potomstwu Upadłych, poza tym uważam, że twoje pochodzenie to dodatkowy atut, szczególnie w walce. Jak zdobyłeś taką broń? Każdy nefilim potrafi zmieniać jej kształt?
    - Moja matka ukradła miecz ojca. Dostałem go, gdy miałem trzy lata. Jak na ironię miecz rozpoznał we mnie krew Lucyfera. Co do rodzaju broni, nie ja to robię, lecz sam miecz. Daje mi to, czego potrzebuję. Przez lata nauczyłem się precyzować, czego od niego oczekuję. Ale nie wiem, czy to przez ilość treningów, czy przez to, do kogo wcześniej należał.
    - Lucyferowi i tak by się już nie przydał – stwierdziłem. - No cóż, w każdym razie powiedz innym nefilim o mojej propozycji, każdy wojownik mogący posługiwać się anielskim mieczem to nasza przewaga.
    Wyszliśmy z salonu i usłyszałem gwar dochodzący z jadalni. Stół był już zastawiony, na krześle siedział Raphael, a wokół niego stłoczyły się wszystkie kobiety w zamku. Inkub coś tłumaczył, żywo gestykulując, a słuchaczki wpatrywały się w niego z uwagą i rozmarzeniem.
    Pierwsza zauważyła nas Sheila, od razu podniosła się z krzesła i ruszyła w naszą stronę.
    - Dobra boginko, jak wy wyglądacie? Co się stało?
    - Na zwiędłe liście, czyja to krew?! - wykrzyknęła Leanne.
    - Aniołów – wyjaśniłem spokojnie. - Nic nam nie jest, zaatakowali nas, gdy poszliśmy szukać cennej broni, ale ich pokonaliśmy – dodałem, obejmując żonę. - To był długi i męczący dzień.
    - W takim razie was nakarmimy, a potem sobie odpoczniecie. - Pocałowała mnie w policzek, potem w podbródek i szyję. - A potem przygotuję ci ciepłą kąpiel i o wszystkim mi opowiesz.
    - Za to Varys jeszcze nie wrócił – mruknęła Leanne.
    - Brzmi idealnie – zwróciłem się do Sheili, przytulając ją lekko i zerknąłem na Leanne. - Nie wrócił? Miał sprawdzić, jak się mają sprawy w Piekle, podczas gdy my zajmujemy się wojną. Jeśli nie wróci za godzinę, pójdę tam – postanowiłem.
    - Da sobie radę. - V'lane machnął ręką. - Pójdę zmyć z siebie tę juchę. - Rzucił okiem na siedzącego przy stole inkuba i opuścił jadalnię.
    Zgodnie z sugestią żony, postanowiłem najpierw się posilić, a potem wziąć kąpiel. Usiadłem do stołu, czując, że niedawno zjedzona potrawka wcale nie zaspokoiła mojego głodu. Zerknąłem na służące, które dopiero teraz zerwały się i wróciły do swoich obowiązków, a Raphael posyłał wszystkim uśmiechy. Jednej z nich, Pam, coś szepnął na ucho, na co dziewczyna, zarumieniona, skinęła głową i pospiesznie wyszła z jadalni. Westchnąłem, przewidując, że moja idealna dotąd żeńska część służby może nieco opóźnić się w swoich obowiązkach. A wszystko przez demona seksu, którego wcisnął mi teść w ramach ochrony córki.
    Uznałem, że dzisiaj i tak dość już miałem problemów, zatem odpuściłem i zabrałem się za zaspokajanie smoczego apetytu.

7 komentarzy:

  1. Kolejny rozdział pojawi się najpóźniej jutro?^^ Jak miło. xD
    Broń Aenghusa Óga powiadacie... Ciekawe, skąd czerpiecie inspiracje do tego typu pomysłów. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma tak dobrze:p
      Z różnych źródeł;)

      Usuń
    2. Czułem, że to byłoby zbyt piękne.^^

      Fajnie, że wyjaśniła się pretensjonalna tajemnica V'lane'a.;)

      Usuń
    3. V'lane pewnie też poczuł ulgę;)

      Usuń
  2. Inkub do ochrony kobiety... Hmm, czyżby teść jednak miał jeszcze nadzieję na zmianę zięcia? ;) Ach, Sheila się nie da, ale i tak... :D
    A biedny Varys pewnie wpadł w kłopoty i nikt o niego się nie martwi :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że tak to sobie wykombinował?^^
      Jak to nikt? Leanne się martwi, Dorian też się zaniepokoił:p

      Usuń
  3. dziekuje, udało im zdoby nowa bron , okaza się czy bedzie skuteczna, a co do Varysa to mam nadzieje ze nie wpadł w tarapaty

    OdpowiedzUsuń