Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

14.04.2017

Rozdział XXX

***Sheila***

    To był początek końca. Stałam w ogrodzie, patrząc na pękające bariery. Objęłam się ramionami i zmrużyłam oczy, usiłując dostrzec znajomą postać wśród walczących.
    - Musimy iść – usłyszałam, nim Varys chwycił moje ramię. - Nie jesteś tu bezpieczna, ukryję cię w Piekle.
    - Leanne nie idzie, prawda?
    Spochmurniał.
    - Nie chce opuścić swojego drzewa. A ja nie mogę jej zmusić.
    Leanne postanowiła chronić swój dom bez względu na grożące jej niebezpieczeństwo. Doskonale ją rozumiałam. Miałam zamiar zrobić dokładnie to samo. Tu było moje miejsce, u boku męża, rodziny, przyjaciół. Nie miałam zamiaru się chować, gdy Dorian walczył o nasz dom. I nasze życie.
    - Ja także zostaję – oznajmiłam.
    Jeśli chciał zaprotestować, to nie miał okazji. Bariery pękły z hukiem, a ziemia gwałtownie zatrzęsła się pod moimi nogami. Varys objął mnie mocno, chroniąc przed upadkiem. Gdy drżenie ustało, sięgnął po miecz.
    - Znajdź Leanne – poprosiłam. - Pójdę po broń. Nic mi nie będzie – dodałam, widząc jego niepewne spojrzenie. - Pobiegnę tylko do zamku.
    Wahał się jeszcze przez chwilę, w końcu skinął głową i kazał mi czekać w zamku. Ruszył biegiem w stronę drzewa Leanne, a ja popędziłam alejką. Postanowiłam, że tym razem się nie poddam. Znajdę Doriana i upewnię się, że jest cały. A potem... potem nie wiem co; nie było już bezpiecznego miejsca.
    Zatrzymałam się gwałtownie i niemal straciłam równowagę, gdy nade mną przeleciał cień, po czym wylądował o kilka kroków ode mnie. Anioł był wysoki, barczysty i uzbrojony. W przeciwieństwie do mnie. Powoli cofnęłam się o krok, nie spuszczając z niego wzroku.
    - Sheila – powiedział, przeciągając głoski. Najwyraźniej stałam się sławna, skoro tak łatwo mnie rozpoznał. Sheila, żona potwora, tak zapewne o mnie mówiono. - Można by pomyśleć, że otrzymasz... cóż, jakąkolwiek ochronę.
    - Chwilowo ten etat jest wolny – odpowiedziałam, jednocześnie usiłując coś wymyślić. Zagradzał mi drogę do zamku, gdzie spoczywała moja broń. Gdybym zawróciła, z pewnością by mnie dogonił.
    Ale nie mógł złapać wody.
    - To niedobrze. - Spojrzał na mnie niemal ze smutkiem. Zrobiłam kolejny krok w tył, szykując się do zmiany formy. - Taka delikatna istota powinna mieć kogoś do ochrony. A tak... - Bezradnie rozłożył ramiona, po czym uniósł miecz. - Przykro mi, ale Michał wydał rozkaz, by tym razem nie oszczędzać nikogo. Ta wojna musi skończyć się dziś, na zawsze.
    - To może wybierzemy rozwiązanie pokojowe? - pisnęłam. Krzyknęłam i uchyliłam się przed ciosem miecza. Skupiłam się na cząsteczkach wody w organizmie, ale silna dłoń anioła chwyciła  moje ramię i po raz drugi w życiu poczułam, że utknęłam. Utknęłam w tym ciele, a on uniósł miecz.
    - Nie szarp się, zrobię to szybko – poradził. - Wierz mi, nie chcę sprawiać ci zbędnego bólu.
    Och, co za wspaniałe rozwiązanie! Że też sama na to nie wpadłam!
    Kopnęłam go w goleń, wkładając w ten cios całą moją siłę i wykręciłam się, próbując uwolnić ramię. A jednak puścił mnie dopiero chwilę później, gdy ciemna plama wystrzeliła zza zarośli i rzuciła mu się do szyi. Odskoczyłam na bezpieczną odległość, a Wiercipiętka z charkotem wgryzła się w ciało anioła. Zobaczyłam krew, a wtedy do ataku dołączyły pozostałe trzy hyosube, powalając mężczyznę na ziemię. Próbował się bronić, ale one były bardzo silne i nieustępliwe. Ich kły i pazury rozrywały ciało, jakby było z gąbki.
    Zapomniałam już, jak szybkie i niebezpieczne są te zwierzęta, zwłaszcza gdy polowały w grupie. Usłyszałam jęk mojego niedoszłego zabójcy i okropny dźwięk rozrywanego ciała. Zebrało mi się na mdłości.
    Otrząsnęłam się, gdy coś trąciło moje ramię. Eminencja prychnęła cicho, odniosłam wrażenie, że ponaglająco. Znów mnie trąciła, jej ciepłe chrapy otarły się o moją dłoń. Zrozumiałam. Chciała mnie stąd zabrać. Na swoim grzbiecie.
    Nigdy nie jeździłam konno, nie wspominając o kelpiach. Oczywiście, chciałam, by kiedyś mi na to pozwoliły, ale nie teraz. Nie, nie było ale. Eminencja była szybka, o wiele, wiele szybsza ode mnie. Potrzebowałam jej. Wsparłam dłonie na jej boku, kiedy usłyszałam ciche popiskiwanie. Obejrzałam się, szukając jego źródła. W zaroślach siedział Śpioszek i skomlał żałośnie, patrząc na hyosube pastwiące się nad ciałem anioła. Dorosłe drapieżniki były niebezpieczne i z pewnością sobie poradzą. Lepiej ode mnie. Ale Śpioszek był za mały.
    Chwyciłam malucha i tuląc go do piersi, wsiadłam na grzbiet Eminencji.
    - Muszę dostać się do zamku – powiedziałam, mając nadzieję, że mnie zrozumie. Zrozumiała i popędziła naprzód.
    Nie wiem skąd, ale zające Leanne także wybiegły, usiłując dogonić kelpię. Chwyciłam się grzywy i przechyliłam. W filmach taka scena wygląda majestatycznie, niestety ja nie byłam dobrym jeźdźcem, tym bardziej na oklep i niemal spadłam z Eminencji, na co zareagowała prychnięciem. Jej pęd sprawił, że moje włosy się rozwijały, ale na szczęście nie wpadły mi do oczu. Udało mi się chwycić za uszy jednego zająca i posadzić sobie na kolanach. Widząc to, drugi rozpaczliwie przyspieszył, a ja znów omal nie spadłam, łapiąc go. Teraz jechałam na oklep na magicznym, wodnym koniu, trzymając się kurczowo grzywy, tuląc do piersi dwa zające i małego hyosube, i prosiłam boginki, bym tylko nie spadła.
    Eminencja była wspaniała. Pędziła, zgrabnie wymijając każdą przeszkodę i pilnując, czy ciągle siedzę na jej grzbiecie. Walki przeniosły się pod sam zamek, zewsząd otaczali nas wojownicy, a wrzawę ich głosów przerastał tylko szczęk stali. Pochyliłam się, przytrzymując grzywy kelpii.
    Anioły były wszędzie. I zabijały z zimną krwią. Nie tak wyobrażałam sobie te istoty. Braci i siostry wujka Rafaela. Wierzyłam, że mimo wszystko są tymi dobrymi. Że przede wszystkim chcą chronić, że zabijają w ostateczności. Cierpiałam po tym, gdy użyłam berła Lorelei, skazując wiele aniołów na śmierć. Nie przyznałam się przed nikim, ale opłakiwałam ich w głębi duszy. Czułam się potworem. Natomiast gdy patrzyłam na nich teraz, galopując na grzbiecie Eminencji, mając w pamięci słowa mojego niedoszłego zabójcy... Oni wcale nie byli lepsi od nas. Zabijali, bo mogli. Widziałam, jak zadawali ciosy, a demony, moje demony, zostawały ranne, traciły kończyny, a nawet życie. Nigdy dotąd nie widziałam takiej brutalności. Takiej nienawiści. A także tylu zmaltretowanych ciał leżących w pokrytej szkarłatem trawie. Znałam niektórych z nich. Z niektórymi śmiałam się przy ognisku po zakończonym treningu, inni uczyli mnie, jak się bronić.
    Nagle dostrzegłam mężczyznę, którego poznałam, gdy pierwszy raz odwiedziłam Doriana na placu treningowym. Traktował mnie po ojcowsku, stanął po mojej stronie od samego początku. Walczył z dwoma przeciwnikami jednocześnie i wyglądał na naprawdę wściekłego. Zauważył mnie i posłał pokrzepiające spojrzenie. I wtedy anielski wojownik pchnął go mieczem w brzuch i rozpruł ciało, tnąc w górę. Drugi z napastników zamachnął się i ściął mu głowę. Tom. Tom umarł, zabity na moich oczach. Dopiero, kiedy Śpioszek zaczął wiercić się w panice, zdałam sobie sprawę, że krzyczę. Umilkłam, pozwalając, by krzyk zmienił się w szloch. Zające Leanne drżały w moich ramionach. Bały się. Ja też. Byłam przerażona i zrozpaczona jednocześnie. Ciągle miałam przed oczami tryskającą krew i spadającą głowę. Ciało jeszcze przez chwilę stało, jakby nie dotarło do niego, że to koniec, po czym i ono osunęło się na ziemię.
    Pokręciłam głową, próbując pozbyć się tego wspomnienia. Trzęsłam się cała, gdy Eminencja zatrzymała się przed bocznym wejściem do lochów. Zmusiłam się, by zsunąć się z jej grzbietu. Na chwiejnych nogach dotarłam do zakratowanych drzwi i pchnęłam je biodrem. Dopiero wtedy puściłam zwierzęta. Zające przycupnęły w rogu pomieszczenia, wtulając się w siebie, natomiast Śpioszek przylgnął do mojej nogi.
    - Nie bójcie się, tu nic wam nie grozi. - Mój głos wydawał się dziwnie zachrypnięty od płaczu. - Tylko tu zostańcie.
    Wyprostowałam się i rozejrzałam. Moja broń leżała na parterze, w salonie. Chciałam mieć ją blisko w razie potrzeby. Nie przewidziałam tylko, że do zamku dostanę się przez lochy. Znalazłam schody i powoli ruszyłam na górę, opierając się o ścianę dłonią. Łzy płynęły mi po policzkach, lecz już nie łkałam. Nie wydawałam z siebie żadnego dźwięku, niepewna, co czeka mnie na górze. Na szczęście było pusto. Prawie. Pracujące u nas kobiety ze strachem wyglądały przez okno. Każda trzymała jakąś broń.
    - Och, panienko! - Anne zaszlochała na mój widok i nim zdołałam jakoś zareagować, zamknęła mnie w swoich ramionach. - Tak się cieszę, że panienka żyje! Jest panienka ranna?
    Pokręciłam głową. Nic mi nie dolegało. Poza tym, że moje demony i ci, których kocham, właśnie umierają. Musiałam im jakoś pomóc. Wyswobodziłam się z uścisku osobistej pokojówki i chwyciłam mój kij. Obok, zawinięte w grube płótno, leżały berło i sztylet z anielskiej stali. Położyłam je tu, licząc, że nie będą potrzebne. Sztylet mógł zabijać Panów, więc go nie lubiłam, ale istniało też drugie dno. Mógł zabijać anioły. Berła natomiast już od dawna nie powinnam mieć. Miałam je odesłać, gdy tylko go użyję, bo kolejny raz mógłby okazać się dla mnie niebezpieczny. Pamiętałam tę obezwładniającą moc. A jednak zachowałam je. Ze strachu, z obawy, że mogę nie mieć innego wyjścia. Gdyby od tego zależało życie moich bliskich, użyłabym go. Nawet gdyby to miało mnie zabić.
    Dlatego chwyciłam sztylet i wsunęłam go za pasek, który dostałam przy okazji jednego z treningów. Od Toma. Chlipnęłam cicho i sięgnęłam po berło, mocując je po drugiej stronie paska.
    - Ukryjcie się w Piekle – poradziłam. Mój głos wciąż był zachrypnięty, ale brzmiał spokojnie. - Tutaj nie jest już bezpieczne.
    - A co z tobą, pani? Pójdziesz z nami? - odezwała się Emma. Czy to nie czysta kpina, że właśnie teraz zdałam sobie sprawę, że po ślubie stałam się dla nich panią? Tylko dla Anne wciąż byłam panienką. To nie pora na takie myśli.
    - Ja znajdę Doriana.
    - Ale, panienko, to jest...
    - Niebezpieczne, wiem.
    - Chciałam powiedzieć szalone – sprostowała Anne.
    Uśmiechnęłam się. Doceniałam jej szczerość, od początku walczyłam o to, by wszystkie traktowały mnie zwyczajnie. Możliwe, że już nigdy nie będę miała na to szansy.
    - Muszę to zrobić. A wy się ukryjcie.
    - Ja będę tu czekać, aż panienka wróci – oznajmiła Anne stanowczym tonem. Pozostałe kobiety przytaknęły.
    Poczułam kolejne łzy napływające mi do oczu i szybko je otarłam. Uściskałam je wszystkie i ponownie ruszyłam do wyjścia ukrytego w lochach. Tym razem biegłam. Zamknęłam drzwi i poczułam ulgę, widząc czekającą na mnie Eminencję. Teraz towarzyszył jej Majestat. Wspięłam się na kelpię, myśląc o tym, że właśnie łamię dane Varysowi słowo. Miałam czekać na niego w zamku. Pod warunkiem, że wróci.
    Nie. Wróci, na pewno. Musi. Tylko, że to on będzie musiał poczekać na mnie.
    Poklepałam Eminencję, a ona ruszyła. Majestat pilnował naszej lewej, a w prawej ściskałam moją laskę, gotowa użyć jej do obrony w każdej chwili.
    - Pędź jak wiatr... - szepnęłam do zwierzęcia. Zrozumiała.

    Byłam głupia, sądząc, że zdołam odnaleźć moich bliskich wśród walczących. Byli zbyt liczni. Jechałam na Eminencji i zaczynałam rozumieć, jak się zachowywać, by nie polecieć na spotkanie z ziemią. Trwające walki były bardziej rozproszone, niż wtedy, w Dolinie Śmierci. Użycie berła, by przechylić szalę zwycięstwa, nie wchodziło w grę. Nie zdołałabym ochronić demonów. A było źle. Nawet ja to widziałam, choć nie znałam się na wojnie. Wybijali nas, po prostu nas wybijali.
    Nagle Eminencja się zatrzymała, omal nie wpadając na Lexa. Parsknęła, ale ją zignorował i ściągnął mnie z jej grzbietu.
    - Co tu robisz, na wszystkie Kręgi Piekieł?! Życie ci niemiłe?!
    - Szukam was! - fuknęłam, ale i tak go przytuliłam. Tak bałam się o bliskich. Przynajmniej wiedziałam, że on jeden żyje i sprawia wrażenie zdrowego.
    - Poszukamy się, gdy będzie po wszystkim. Teraz cię ukryję, jasne?
    Poprowadził mnie między drzewami. Zdziwiłam się, że dotarłam już do lasu.
    - Złączysz się z jeziorem. Wtedy nikt nie zdoła zrobić ci krzywdy. Poczekasz, aż ktoś z nas cię zawoła.
    - Nie mogę się ukrywać, nie wiedząc, czy cała moja rodzina jest żywa – zaoponowałam.
    - Na razie skupmy się na tym, byś ty była żywa – powiedział miękko. I gwałtownie zaczerpnął oddech.
    Nie wiedziałam, co się dzieje. Lex zaczął się dusić i oparł na kolana. Uklękłam przy nim, biorąc go pod ramię. Poczułam strach. To był Lex, on nigdy nie chorował. Nigdy nawet nie bolała go głowa, a teraz klęczał, kaszląc krwią i nie mogąc złapać tchu. Podtrzymywałam go, lecz poza tym nie wiedziałam, jak pomóc. Nie był ranny. Po prostu... tak jakby zaczął nagle umierać. Dlaczego?
    - Azazeal... - wycharczał. Zobaczyłam cienie opuszczające jego ciało w zatrważającym tempie. Jego demony, zrozumiałam. Tracił je. Wciąż opuszczały jego ciało, lecz nie widziałam ich już tak wyraźnie, ponieważ nagle zrobiło się ciemno. I zimno. Gwałtowny wiatr mroził mi kości.
    Nagle zrozumiałam.
    Lex wymówił imię taty. Byli złączeni, to tata zebrał demony i stworzył ciało, które miało być ich naczyniem. Naczyniem dla legionu demonów. Byli nierozerwalnie złączeni. Demony odchodziły, Lex umierał. Bo zniknęła nić łącząca go z tatą. A to znaczyło, że... Nie. Nie, błagam. Tylko nie to. Nie!
    Straciłam go. Traciłam obu. Nie mogłam do tego dopuścić. Lex był coraz słabszy, z każdym straconym demonem było w nim mniej życia.
    Zacisnęłam dłonie na jego ramionach, prosząc, by powiedział mi, co mam robić, jak go uratować. Krew, olśniło mnie. Ojciec użył swojej krwi, a ta krew płynęła też z moich żyłach. Musiałam spróbować, póki jeszcze miał w sobie jakieś demony.
    Chwyciłam sztylet i, zacisnąwszy zęby, gwałtownie rozcięłam skórę po wewnętrznej stronie dłoni. Potem chwyciłam rękę Lexa i zrobiłam z nią to samo. Splotłam z nim palce, by nasza krew się wymieszała. Bolało. I nic się nie działo.
    - Lex, proszę, nie zostawiaj mnie – chlipnęłam. - Powiedz, co mam zrobić...
    Spojrzał na mnie. Jego oczy były przerażająco puste. Jakby nie było w nim już życia.
    - Powiedz to. Co robisz. Wiążesz mnie... - urwał, nie mogąc złapać tchu. Jednak chyba zrozumiałam.
    - Legionie, ja córka Azazeala, poprzez moją krew, związuję cię. Jesteś teraz mój. I masz żyć.
    Tym razem zadziałało. Poczułam unoszącą się wokół nas moc i wiatr, który dął jeszcze mocniej. Nie puszczałam dłoni Lexa, nie wiedziałam, kiedy mogę to zrobić. Oraz czy nie jest za późno. Wtedy nadeszły cienie. Całe ich chmary zaczęły wnikać w ciało Lexa. A więc trzymałam go mocniej, czekając, aż wrócą wszystkie. Przybywały i przybywały. Miałam wrażenie, że to nie ma końca. Ciągle się pojawiały i wnikały w ciało Lexa, którego oczy stały się całkowicie czarne.
    Jest ich za dużo, pomyślałam. Więcej niż uciekło, byłam tego niemal pewna.
    - Lex? - zapytałam niepewnie. Nie zareagował, sprawiał wrażenie, jakby wpadł w trans. To nie miało końca. Skąd one się brały? A jeśli mu zaszkodzą? Jeśli przez to nie będzie sobą?
    Puściłam go. Zabrałam dłoń i cofnęłam się minimalnie, obserwując mojego przyjaciela i brata. Pomogłam mu? Czy zaszkodziłam? Moje serce tłukło się w piersi jak szalone. Boginko, co ja zrobiłam?
    - Lex? - spróbowałam jeszcze raz. Zamrugał, a jego oczy odzyskały naturalny kolor. To był dobry znak. Miałam taką nadzieję.
    - To... - Pokręcił głową. - Potrzebuję czasu. Jest ich tak wiele. Nas jest tak wiele.
    Zamknął oczy i opadł na trawę. Nie pozostało mi nic innego jak czekać. Nie udźwignęłabym go, nawet gdyby kelpie znów przyszły mi z pomocą. Oparłam się o drzewo i spojrzałam w górę, próbując dostrzec niebo. Zbliżała się burza. Nienaturalna, mroczna. Niebo wydawało się zielone. Opuściłam głowę i zaczęłam przyglądać się Lexowi. Musiałam skupić się na tym, że żyje. Że leży obok. Byle tylko nie myśleć, że tata... Że on prawdopodobnie... Nie myśleć o tym. Teraz liczył się Lex.
    Powiedział, że jest ich dużo. Zatem nie pomyliłam się, wchłonął więcej demonów, niż powinien. Nie miałam pojęcia dlaczego. Być może zrobiłam coś źle. Oby dał sobie z tym radę. Żył. W tej chwili skutki uboczne nie były dla mnie tak ważne. Nasłuchiwałam upiornego wycia wiatru i patrzyłam na mroczniejące niebo. Po raz pierwszy burza wydawała mi się straszna i niebezpieczna.
    Słyszałam odgłosy walki przebijające się przez wycie wiatru. Jednak do nas jeszcze nie dotarli. To dobrze. Poczułam się zmęczona, oparłam głowę o pień i zamknęłam oczy. Myślałam o tacie, nie potrafiłam się powstrzymać. Płakałam. Najpierw bezgłośnie, potem szlochałam cicho. Lex usiadł i przysunął się do mnie. Przytulił mnie. Przyjęłam tę bliskość, proste pocieszenie. I płakałam skryta w jego ramionach, żegnając ojca.
    Czułam się odpowiedzialna za to, co się stało. Tata brał udział w wojnie z mojego powodu. To moja miłość do Doriana zmusiła go do tego. I przypłacił to życiem, chroniąc mnie i moją nową rodzinę. Zawsze będę choć częściowo winna śmierci jednej z najbliższych mi osób. A pozostali być może także właśnie umierali. Genevieve. Varys. Leanne. V'lane. Nawet Ezekiel. I Dorian. Ten, który miał moje serce na własność. Może nawet Raph. Nie było go z nami, gdy nastąpił atak. Mogłam tylko mieć nadzieję, że ukrył się w bezpiecznym miejscu. Nie był wojownikiem, a to nie była jego wojna. Oby tak pozostało.
    - Jak to się stało? - zapytałam cicho.
    - Nie wiem. Po prostu poczułem, że... że już go nie ma. - Ścisnął moją dłoń.
    - Musimy go znaleźć. Nie może tam leżeć i... - urwałam, przypominając sobie ciało Toma. Co jeśli tata będzie wyglądał tak samo? A jeśli będzie gorzej?
    - Znajdziemy, ale nie teraz. - Wstał i wyciągnął do mnie dłoń. Podałam mu swoją i pozwoliłam, by podciągnął mnie na nogi. - Nadal chcę, byś się ukryła. Nie mamy wielkich szans.
    Gwałtownie pokręciłam głową. Nie zgodzę się na siedzenie w kącie, gdy wszystkim grozi śmierć.
    - Chcę znaleźć Doriana, Lex. Muszę go znaleźć, nie zniosę niepewności. Jeśli coś mu się stanie...
    Lex westchnął i posłał mi znużone spojrzenie. Przeczesał włosy dłonią, oceniając mnie wzrokiem. Wyprostowałam się, chcąc wyglądać na silniejszą niż jestem.
    - To, czego się nauczyłaś, to za mało. Tam są sami wojownicy... Och, nie patrz na mnie jak zabiedzony psiak.
    - Muszę wiedzieć, że on żyje.
    Lex wydawał się zirytowany. Nie dziwiłam się, wiele przeszedł. I chciał mnie chronić. A ja jego. I wszystkich, których kocham.
    - Niech będzie, spróbujemy. Ale jeśli uznam, że jest zbyt niebezpiecznie, nie będziesz dyskutować, tylko się ukryjesz.
    Cóż mogłam zrobić, przystałam na tę propozycję. To zawsze jakaś szansa, że odnajdę Doriana. W dodatku będę miała przy sobie Lexa. Obiecałam, że będę szła tuż za nim i zatrzymam się, jeśli da mi taki znak. Pomimo iż przemierzaliśmy las, on poruszał się bezszelestnie. Gdybym nie widziała go przed sobą, mogłabym pomyśleć, że jestem sama. Oczywiście ja też umiałam iść cicho, byłam lekka i zwinna, lecz moje cicho nijak miało się do sposobu, w jaki poruszał się Lex.
    Omijał większe grupy walczące w okolicy lasu, pilnując, by nikt nas nie zauważył. Jeśli chcieliśmy znaleźć Doriana, nie wdając się w potyczki co chwilę, było to logiczne wyjście. Prawdę mówiąc ulżyło mi, że Lex zaniechał brawury. Nie byłam pewna, czy w pełni doszedł do siebie.
    Zagadnęłam go o to, gdy byliśmy na tyle daleko od zgiełku walki, by nikt nas nie słyszał. Las rósł tu zbyt gęsto, by wojownicy mogli wykonywać swobodne ruchy.
    - Jest nawet lepiej. Stałem się silniejszy niż kiedykolwiek. - Zerknął na mnie. - Nie chcę, byś komuś o tym mówiła. To, co zrobiłaś... nie masz tak silnej magii, Sheilo.
    Zamrugałam.
    - Masz na myśli te kilka dodatkowych demonów?
    - Kilka? - Pokręcił głową. - Wiesz, ile demonów zebrał Azazeal?
    - Sto – odpowiedziałam, starając się zignorować rozdzierający ból, jaki wywołało we mnie imię taty.
    - Podwoiłaś tę liczbę. - Spojrzał na mnie. - Nie powinnaś móc schwytać nawet jednego, a co dopiero setkę. Mam teorię, ale zajmiemy się tym później. Teraz nic o tym nie wiesz, jasne?
    Przytaknęłam otumaniona. Dwieście demonów? Ja to zrobiłam? Niemożliwe. Nie mogłabym...
    Zatrzymałam się, gdy Lex uniósł dłoń. Staliśmy na skraju lasu, a przed nami rozgrywała się najważniejsza i najbrutalniejsza bitwa od czterech tysiącleci. Wszędzie były ciała lub ich części. W powietrzu latało pierze. Krew natomiast... Jej było tak wiele, że trawa zdawała się nią nasiąkać. Powietrze aż wibrowało od magii, czułam ją w każdym oddechu. Była mroczna, niemal gorzka. Miałam wrażenie, że się duszę.
    To właśnie ta magia sprawiła, że niebo stało się zielone, a wiatr uderzał tak silnie, że anioły nie mogły latać. Odetchnęłam głęboko. Gdzieś tam był Dorian. Miałam nadzieję, że żywy.
    Lex nie czekał na moją reakcję, wiedział, jaka będzie. Cienie wystrzeliły z jego ciała, pochłaniając napotkane po drodze anioły. Dopiero po chwili zrozumiałam, co robił. Oczyszczał dla nas drogę.
    - Biegnij! - krzyknął. Chwyciłam mocno mój kij i rzuciłam się przed siebie najszybciej jak mogłam. Lex był tuż za mną, zabijając lub raniąc każdego anioła, który wymknął się jego cieniom i choćby do nas zbliżył. Żadna strzała nie zdołała się do nas przebić. Mój przyjaciel i brat był prawdziwą maszyną śmierci.
    Zamachnęłam się kijem, trafiając napastnika w brzuch i od razu wycelowałam w żuchwę kolejnego. Nie sprawdzałam, co dzieje się z nimi po moim trafieniu, wiedziałam, że Lex się tym zajmie.
    Kilka razy musieliśmy się zatrzymać, ponieważ przeciwników było zbyt wielu. Lex obracał się szybko niczym błyskawica i w tym samym tempie zatapiał ostrze lub własne dłonie w ciałach aniołów. Pchnął mój kark, zmuszając do pochylenia się i odrąbał głowę atakującej mnie kobiecie. Jego dłonie iskrzyły, gdy zadawał ciosy, a ich prędkość sprawiała, że stały się dla mnie tylko rozmazanymi smugami.
    Kopnęłam jasnowłosego wojownika w brzuch i zdzieliłam go w głowę kijem. Poprawiłam, zmuszając go do uklęknięcia i uderzyłam jeszcze raz. Oddech, wypad, cios, powrót. Tak jak uczył mnie Varys. Lub cios między nogi, jak radził V'lane. Musiałam przyznać, że jego metoda była skuteczniejsza.
    Mój kij zderzył się z czyimś mieczem. Udało mi się powstrzymać cios, ale nie mogłam go odeprzeć. Dlatego odskoczyłam, pozwalając, by miecz opadł i uderzyłam przeciwnika między oczy. Nie byłam pewna czy bardziej ucierpiała jego twarz, czy moja dłoń, ale zebrałam się w sobie i poprawiłam kijem. Zewsząd otaczały nas drobne wyładowania, jakby Lex nagle wytwarzał prąd. Co nie było wykluczone, biorąc pod uwagę jego nowy asortyment.
    Uderzyłam kolejnego anioła, oddychając coraz szybciej. Niestety Lex miał rację, moje umiejętności były niczym przy wojownikach. Dwa razy straciłabym głowę, gdyby nie jego interwencja. Raz zostałabym przebita ostrzem, a raz zwalono mnie z nóg. Na szczęście osłonił mnie jeden z cieni, a w następnej sekundzie sam Lex postawił mnie na nogi.
    Nie wiem, jak długo walczyliśmy, ani ile razy się zatrzymywaliśmy, ale byłam wykończona. Uparcie rozglądałam się za członkami mojej rodziny, mając nadzieję, że odnajdę ich całych i zdrowych. W myślach błagałam boginki o to, by właśnie tak się stało.

    Serce zabiło mi szybciej, gdy go zobaczyłam. Szybciej, ponieważ żył. Wciąż go miałam, nie odebrali mi go. Szybciej, bo był otoczony i walczył z samym Gabrielem, który był w stanie go pokonać. Szybciej, bo musiałam natychmiast znaleźć się przy nim i mu pomóc. Szybciej, bo nie wiedziałam, jak tego dokonać.
    Obejrzałam się na Lexa, ale on był zajęty walką i utrzymywaniem mnie przy życiu. Nie miałam czasu, by czekać, aż na mnie spojrzy. Więc zrobiłam, co mogłam zrobić. Zanurkowałam między walczących i puściłam się biegiem. Biegłam najszybciej jak się dało, wymijając wrogów i odpychając ich od siebie kijem. Ciągle spoglądałam w kierunku Doriana. Chwilowo walczył z kilkoma przeciwnikami. Gabriel powalił jednego z demonów, który próbował pomóc mojemu mężowi. Oni go zabiją. Dobra boginko, to nie może się tak skończyć! Dlaczego był tam sam?!
    Usłyszałam imię mojego męża wykrzyczane przez kogoś w tłumie. Dostrzegłam zmierzającą w jego stronę Genevieve. Niestety, by do niego dotrzeć, musiała stawić czoła zbyt wielu aniołom. Była za daleko i ciągle ją atakowano. Mnie nikt nie brał na poważnie, nie widzieli we mnie zagrożenia, dlatego udawało mi się biec dalej. Szybciej. Musiałam działać szybciej.
    Dostrzegłam V'lane'a pędzącego w kierunku Doriana, lecz on także był daleko. A tuż przed nim podążał Michał. Nie namyślając się wiele, zamachnęłam się laską i rzuciłam nią w jego kierunku. Nie miałam czasu sprawdzać, czy trafiłam, pewnie nie, ale to mogło na chwilę przykuć jego uwagę. Przyspieszyłam, teraz, bez balastu w postaci kija, biegło mi się łatwiej. Byłam już blisko. Chciałam krzyknąć, kiedy Gabriel znów włączył się do walki. Jeden z aniołów albo tego nie dostrzegł, albo postanowił zagrać bardzo nieczysto, bo uniósł miecz, celując w plecy mojego męża.
    Skoczyłam. Jeszcze w locie udało mi się wyszarpnąć sztylet zza pasa. Jeszcze nigdy tak naprawdę go nie użyłam, nie poza treningami z V'lanem. A teraz nim rzuciłam. Nie jak kijem, tym razem skupiłam się na celu  i odpowiednio zamachnęłam. Tak jak zawsze powtarzał V'lane. Ostrze przebiło szyję anioła i ten osunął się na ziemię. A ja upadłam na niego, zdumiona, że mi się udało. Niestety, w lądowaniu byłam znacznie gorsza. Sturlałam się z konającego i wyszarpnęłam sztylet. Poderwałam się dokładnie w chwili, by zobaczyć miecz archanioła Gabriela, który zbliżał się do serca mojego męża. Miałam czas tylko na jedną reakcję. Szarpnęłam Doriana, obracając się z nim tak, bym to ja znalazła się na drodze ostrza.

6 komentarzy:

  1. Cóż za odważna i bezinteresowna decyzja Sheili.:O
    Że też zostawiacie czytelników w takim momencie.:P

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem pod wrażeniem odwagi jaką pokazała tutaj Sheila. Oby nie skończyło się to jej śmiercią!
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :)
    Pozdrawiam,
    Areti

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak zwykle zostawiacie nas w niepewności! Aczkolwiek z moim tempem czytania ostatnio znów wpadnę po dwa rozdziały na raz licząc, że i Sheila przeżyje i Dorian i że ktoś skopie Ezekielowi d... cztery litery :) :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kto ma skopać mu te cztery litery? Obstawiasz kogoś?^^

      Usuń