Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

05.07.2015

Rozdział XIV

***Dorian***

 

    Obiad u teścia, póki co, przebiegał dużo lepiej, niż się spodziewałem, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Sheila nie tylko przestała się gniewać, ale nawet uznała, że będziemy dobrym małżeństwem i najwyraźniej powróciliśmy do stanu sprzed zabicia Samaela. Dowiedziałem się też trochę o jej obawach dotyczących nocy poślubnej. Musiałem jej jeszcze sporo wyjaśnić, skoro miała takie dziwne poglądy na nocne obowiązki żony, ale widocznie nie miał kto jej tego uświadomić. Nasłuchała się jakiś bzdur i stąd jej obawy.
    Rafael stanowczo mi podpadł, ale jednocześnie dzięki niemu moja narzeczona przestała się obrażać, więc musiał mieć u niej ogromny autorytet. Warto było o tym pamiętać w razie czego. Anioł-pacyfista na coś się przydał.
    Ale najlepsza była mina Azazeala. Wygrałem. Sheila wyjdzie za mnie, cokolwiek by jej nie powiedział, a on miał już świadomość własnej porażki. Nawet przestał udawać, że go to nie rusza, kiedy wypił butelkę wina prosto z gwinta.
    Zadowolony z tego faktu, ruszyłem za Legionem, ciekawy, co takiego chciał mi pokazać. Poprowadził mnie jednym z ciemnych korytarzy, nie oglądając się za siebie.
    - Mam nadzieję, że lubisz niespodzianki.
    - Nie lubię – mruknąłem. Nie wiedziałem, co wykombinowali, ale coraz mniej mi się to podobało.
    - To niedobrze, bo nieźle namieszałeś w Piekle – odparł, pchając masywne drzwi.
    - Zabijając diabła? Sam się prosił, jakże mógłbym odmówić? - Zerknąłem w stronę schodów prowadzących w dół.
    - Owszem, ale wszystko ma swoją cenę. - Spojrzał na mnie przez ramię i ruszył w dół. Wzruszyłem ramionami i podążyłem za nim. Zszedł na sam dół i zatrzymał się przy kolejnych drzwiach.
    - Gotów? Sheila prosiła, bym sprowadził cię w jednym kawałku.
    - I ty uprzejmie przychylisz się do jej prośby? Powinienem być wdzięczny? - Zerknąłem na drzwi.
    - Wciąż jest córką Azazeala. Jej życzenie to dla mnie rozkaz. - Zdjął zasuwę i pchnął drzwi. - Witaj w Piekle.
    Wszedłem pierwszy, rozglądając się ciekawie dookoła. Legion schylił się, gdy coś przeleciało nad jego głową. Po chwili zorientowałem się, że nie było to coś, lecz ktoś. Mały, pokraczny demon umknął szybko przed wzrokiem Legiona.
    - A oto twoja cena.
    Najwyraźniej byłem w przedsionku Piekła, gdzie panował jeden wielki chaos. Demony biły się, warczały, krzyczały, wokoło panował ogromny hałas, a krew ciągle się przelewała.
    - Pasuje do definicji Piekła – mruknąłem. - Jakaś ostra popijawa czy efekt nieudanej imprezy?
    - Efekt bezkrólewia. To demony, nad którymi pieczę sprawował Samael. Zgodnie z tradycją, należą do ciebie. - Spojrzał na mnie przelotnie. - Są wściekli i potrzebują silnej ręki. Niespodzianka.
    - Czyli... zabijam władcę części Piekła i ta część należy do mnie? Ciekawe, ciekawe. - Ruszyłem śmiało do przodu, ale zatrzymałem się z namysłem. Nie miałem zamiaru rozdzielać każdej grupki z osobna. Musiałem po prostu zwrócić na siebie ich uwagę. Szkoda, że nie mogłem po prostu zaryczeć jako smok, tak, by poczuli strach przede mną, widmo rychłej śmierci w razie sprzeciwu. A może mogłem? Nie musiałem się przemieniać, wystarczyło tylko odtworzyć głos. Uśmiechnąłem się, zadowolony z pomysłu.
    Skupiłem się i już po chwili wszystko inne zagłuszył ryk smoka. Długi, przerażający, taki, jaki wydaję, gdy zapałam gniewem. A jak wiadomo, gniewu smoka trudno jest uniknąć.
    Z miejsca zapadła cisza. Wszystkie oczy skierowały się w moją stronę. Nawet demony ciężej ranne lub te, które właśnie unosiły swoje miecze, wpatrywały się teraz we mnie.
    - Demony z byłego kręgu Samaela, zostać na miejscach. Pozostali – wynocha. Macie minutę, potem zademonstruję, jak giną buntownicy.
    Dzięki prostemu zaklęciu mój głos rozniósł się po całym przedsionku Piekła, byłem więc pewien, że każdy demon mnie usłyszał. Czy zrozumiał – zaraz się okaże.
    Część demonów zniknęła, a więc zostali tylko ci od Samaela. Zanim zdążyłem się odezwać, wystąpił jeden z nich, wielki, potężnej postury, z mnóstwem tatuaży na łysej głowie i o odstraszającym wyglądzie.
    - Jeśli uważasz się za naszego nowego pana, będziesz musiał dowieść, że jesteś tego godny. Tylko wtedy będziemy należeć do twojego kręgu  – odezwał się śmiało. Uniosłem brwi. Muszę? Ja nic nie muszę.
    Demon zgiął się wpół i jęknął, gdy posłałem ku niemu wiązkę mocy. Upadł na kolana i zaczął toczyć pianę z ust. Przyglądałem mu się przez chwilę, powoli potęgując jego ból. Uznałem, że rozpuszczanie wnętrzności robi się monotonne, pora na coś innego. Pchnąłem ponownie mocą, sprawiając, by demon wypluł swoje narządy, a przynajmniej ich część. Przez przełyk kolejno przechodziły ciemne kawałki pomieszane z krwią i innymi płynami z wnętrza organizmu. Chciał coś powiedzieć, być może błagać o litość, ale trudno o konwersację, gdy zwraca się własne wnętrzności. W pewnym momencie część jelit utkwiła mu w gardle i przez chwilę charczał jeszcze, w końcu się udusił.
    - Ktoś jeszcze ma ochotę odezwać się niepytany? - Rozejrzałem się po obecnych. Nikt jakoś się nie kwapił. - No trudno. Utwórzcie szereg. Szybko, opieszali podzielą los rozgadanego.
    Demony posłusznie ustawiły się w szeregu. I kto by pomyślał, że jeszcze przed chwilą tłukli się wzajemnie bez sensu.
    - Zaczniemy od początku. Niepotrzebni mi słabi i bezradni. - Przebiegłem wzrokiem po gromadzie demonów i naliczyłem czworo najciężej rannych. Ledwo trzymali się na nogach, jeden chwiał się z zamglonym wzrokiem. Gdyby takie rany otrzymali w bitwie, kazałbym ich opatrzyć. Ale skoro wmieszali się w bójki, nie oceniając realnie swoich możliwości, mogli równie dobrze posłużyć za przykład. - Nie lubię bójek, a szczególnie tych, którzy w nich przegrywają – stwierdziłem i czwórka demonów zajęła się ogniem. Płonęli przez chwilę, krzycząc głośno, a parę sekund później został z nich tylko sam proch.
    - Skoro etap popisów masz już za sobą, proponuję przejść do konkretów – zaproponował stający za mną Legion.
    - Skoro tak ci się spieszy – mruknąłem, zerkając na pozostałe demony. Większość wyglądała na buntowników, ale nawet ci pozornie najstraszniejsi spoglądali na mnie z lękiem. - Jesteście teraz na moje rozkazy. Należycie do mojego kręgu. Jutro w południe macie stawić się przed granicą mojego zamku. Tam dowiecie się całej reszty. Wybierzcie tego, kto będzie was reprezentował i przemawiał w waszym imieniu. Nie mam zamiaru rozmawiać z całą hołotą. Możecie się rozejść. A jeśli jutro kogoś zabraknie lub się spóźni, osobiście się z nim policzę. - Odwróciłem się i zerknąłem na Legiona. - Wracamy.
    Demon uniósł brew.
    - Gratuluję. Rozumiem, że potrafisz już rozpoznać swoje demony? - zapytał spokojnie. Wciąż stał w tej sztywnej, prostej pozie, choć wydawał się w niej naturalny. Jak wojownik i przywódca.
    - Tak, oczywiście. Już noszą mój znak – odparłem. Tym znakiem było oczywiście moje imię w języku Panów, które pojawiło się na lewym ramieniu każdego z nich, gdy uznałem demony za mój krąg.
    - Zatem one wiedzą. A ty? - Brew znów powędrowała w górę. - Wiesz, jak je przywołać?
    - Poradzę sobie – mruknąłem. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać lekcji o przywoływaniu demonów od wiernego poddanego mojego przyszłego teścia.
    Prawie się uśmiechnął, kącik jego ust nieznacznie powędrował do góry.
    - Rozumiem.
    - Świetnie. W takim razie wracamy. - Otworzyłem masywne drzwi, którymi wcześniej weszliśmy.
    - Początki nigdy nie są łatwe – uprzedził, ruszając za mną.
    - I co, mam wypożyczyć od Azazeala podręcznik „Jak władać Piekłem – porady byłego anioła”? - spytałem, idąc korytarzem. Uśmiech na twarzy demona stał się szerszy.
    - Nie zdziwiłbym się, gdyby taki posiadał.
    - Ani ja, ale jakoś nie mam ochoty się z tym zapoznawać.
    - Mój pan nie dzieli się swoimi sekretami. Niemniej, jako strażnik twej narzeczonej, jestem zobowiązany służyć pomocą.
    - Będę pamiętał – odparłem, otwierając kolejne drzwi.
    - Zadbasz o nią, prawda? - Ton jego głosu kazał mi się odwrócić. Nie był pozbawiony emocji, a pełen troski. Sheila skradła wiele serc.
    - Zadbam. Będzie szczęśliwa – zapewniłem. Nieszczególnie go lubiłem, ale jeśli chodzi o Sheilę, uznałem, że mogę być szczery.
    - Zatem to musi mi wystarczyć. - Zatrzymał się przy dużych, rzeźbionych drzwiach. - Możesz tu na nią poczekać.
    - Poczekać? - Uniosłem brwi. - Wolałbym sam do niej pójść.
    Znów ta cholerna brew. Bardzo irytujący nawyk.
    - Panienka Sheila rozmawia właśnie z ojcem.
    - Hm... rozumiem, że to dosyć burzliwa rozmowa?
    - Nie mam pojęcia, nie zwykłem podsłuchiwać mojego pana. Na pewno jesteś głównym tematem.
    - Tym bardziej powinienem tam pójść – odparłem stanowczo.
    - Nie chcesz się w to mieszać, wierz mi. - Pchnął drzwi i zerknął na mnie. - Uspokój się.
    Prychnąłem.
    - Mam tu stać i czekać?
    - Usiąść, napić się wina. Jeśli czegoś potrzebujesz, przyślę służbę. - Gestem zaprosił mnie do komnaty. Przyglądał mi się przez chwilę, jakby ujrzał coś ciekawego. - Martwisz się?
    - Czym? - Wszedłem i usiadłem na kanapie. Niech mu będzie.
    - Że mój pan na nią wpłynie, oczywiście.
    - Nie. - Uśmiechnąłem się. - Absolutnie nie. To już raczej ona na niego... czyż nie? - Zerknąłem na Legiona. Zamknął drzwi i usiadł w fotelu naprzeciwko mnie. Wciąż nie pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia.
    - Nie. Nie ona.
    - W takim razie zapowiada się długie czekanie – mruknąłem.
    - Nie. Panienka zaraz tu zejdzie. Żegna swój dom. - Przymknął oczy. Mimowolnie obudziła się we mnie ciekawość. Zdolności Legiona były zdumiewające.
    - To dobrze. - Spojrzałem w stronę drzwi.
    - Więc zanim tu przyjdzie... może powiesz mi, czego się obawia?
    - Sheila? - Wzruszyłem ramionami. - Pewnie tego, że ojciec nie weźmie pod uwagę jej zdania, że się z nią nie liczy, będąc przekonanym o własnych racjach.
    - Nie. Bała się, gdy u was byłem. Boi się teraz, choć nie tak bardzo. Dlaczego?
    - Sam ją o to spytaj. - Spojrzałem na niego. Oczekiwał ode mnie zwierzeń na temat mojego związku?
    - Zatem tak zrobię. - Podniósł się. Ja nadal siedziałem, czekając na moją narzeczoną. - Gdybyś czegoś potrzebował, wezwij służbę – poinformował mnie i wyszedł. Przez moment słyszałem, jak rozmawia na korytarzu. Od razu poznałem jej głos. Chwilę później moja narzeczona stanęła w drzwiach. Spojrzała mi w oczy i ruszyła ku mnie. Wstałem i posłałem jej uśmiech.
    - Jak rozmowa z ojcem, moje pisklątko?
    - Lepiej niż myślałam. - Objęła mnie w pasie i ucałowała w policzek.
    - O, to wspaniale. - Uśmiechnąłem się, obejmując ją ramionami. - Co powiedział?
    - Że to zawsze będzie mój dom – odparła cicho.
    - No widzisz. Niepotrzebnie się przejmowałaś. Rozumiem, że teraz wracamy do naszego domu? - Pocałowałem ją lekko w usta.
    - Wujek Rafael cię poparł.
    - Zauważyłem, że mnie popiera – odparłem, zerkając w jej śliczne oczy.
    - Zaproponował tacie, że sam udzieli nam ślubu. - Wyraźnie ją to ucieszyło. Widziałem, jak te oczy lśniły. I patrzyły tylko na mnie.
    - Zgodził się? - spytałem zaciekawiony.
    - Zagroził mu wyrwaniem piór. Wszystkich. - Zachichotała. - Ale chyba wolałby tę opcję. Nie rozumiem czemu.
    - Hm... może dlatego, że straciłby autorytet? Jest diabłem, a Rafael aniołem...
    - Nie, nie rozumiesz. Gdyby decyzja należała do niego, wybrałby Rafaela. Nie podoba mu się ceremonia...
    - Tak jak wszystko, co związane jest ze mną – uzupełniłem.
    - Ja jestem z tobą związana – poprawiła, dotykając mojego policzka.
    - I tu twój ojciec ma problem. - Położyłem dłoń na jej dłoni. - Trudno mu się z tym pogodzić.
    - Kto miałby mnie zrozumieć, jeśli nie on? Oddał skrzydła za miłość.
    - Za miłość? - zdziwiłem się. - Upadł, bo się zakochał?
    - Tak. Pokochał ludzką kobietę, a aniołom tego nie wolno. Ale jeśli coś poświęcać... to miłość wydaje się dobrym powodem. Nie sądzisz? - Wtuliła się w moje ramiona. Cudownie pachniała.
    - A gdzie jest teraz ta kobieta, którą pokochał? - Dotknąłem jej miękkich, gęstych włosów.
    - Umarła dawno temu. Tylko tyle wiem.
    A więc stracił skrzydła, upadł, stał się diabłem, a kobieta, dla której to wszystko poświęcił, w końcu i tak umarła. Oto dlaczego nasza rasa nie potrafiła kochać. Bo miłość nie kończy się dobrze. Oczywiście wolałem nie tłumaczyć tego Sheili.
    - Nie wiesz, jak długo z nią był? - zapytałem zaciekawiony. - I czy był z nią szczęśliwy?
    - Nie lubi o tym mówić. Ale wierzę, że tak. Skoro ją kochał. - Przytuliła policzek do mojej piersi. - Słyszę bicie twojego serca.
    Uśmiechnąłem się, patrząc na śliczną, drobną nimfę, już wkrótce moją pod każdym względem. Jeszcze tylko dzisiejsza noc i jutrzejsza. Nie sądziłem, by dziś dała się przekonać, ale może jutro... ostatecznie pojutrze... Z przyjemnością wciągnąłem jej zapach, delikatnie wsuwając palce w jej włosy.
    - Twoje serce też pewnie mocno bije – szepnąłem do jej ucha.
    - Bije dla mojego przyszłego męża – usłyszałem jej cichy głos.
    - Dla mnie bije twoje serce? - Zerknąłem na nią niepewnie, nie do końca wiedząc, jak mam to rozumieć. Spojrzała na mnie tymi wielkimi, pięknymi oczami.
    - A dla kogo innego miałoby bić? Będziesz moim mężem.
    - Ty będziesz moja, a ja twój, już na zawsze. Będziemy istnieli dla siebie, więc nasze serca też będą biły dla siebie wzajemnie – zgodziłem się z nią. - Masz rację, moje pisklątko. - Pocałowałem ją w usta.
    - Już jestem twoja. - Odpowiedziała na mój pocałunek. - Wszystko we mnie jest twoje...
    - I tak powinno być, moja piękna narzeczono. - Nie do końca bym się zgodził, że wszystko w niej jest już moje, aczkolwiek słowa te brzmiały jak słodka obietnica. Nie wiem, co ten archanioł jej zrobił, ale nie miałem nic przeciwko temu. Przesunąłem językiem po jej słodkich ustach.
    - Dorianie, nie rozumiesz... - zaprotestowała cicho. - Ja chciałam...
    Ponownie spojrzałem w jej piękne oczy. Wyglądała, jakby się nad czymś wahała.
    - Tak, Sheilo?
    - Ja chyba...
    - Co się stało? - Dotknąłem jej policzka. - Powiedz...
    - Myślę, że... zakochałam się.
    Zamrugałem, spoglądając na nią uważnie.
    - W kim?
    - Co?
    No tak, głupie pytanie. Gdyby zakochała się w kimś innym, raczej by mi tego nie powiedziała tak po prostu.
    - We mnie? - Spojrzałem jej w oczy. - Zakochałaś się we mnie, Sheilo?
    - Oczywiście. Szalone, co? A jednak.
    - Szalone? Chyba nie. Ale to... miłe. - Pocałowałem ją lekko. - A więc... mimo wszystko... zakochałaś się we mnie? - Uśmiechnąłem się. To może nawet lepiej, stwierdziłem. W końcu będzie moją żoną. Jeśli tak chce miłości, to niech mnie kocha. Mnie to przecież nie przeszkadza w żaden sposób.
    - Jest w tobie coś, czemu nie umiem się oprzeć... - Tym razem to ona pocałowała mnie. Przyciągnąłem ją do siebie, pogłębiając pocałunek. Była taka słodka i kusząca... Wtuliła się w moje ramiona z ufnością.
    - Nie gniewasz się?
    - Ja? Na ciebie? - zdziwiłem się.
    - Wiem, że twój ród inaczej postrzega miłość... - Spuściła wzrok, jednak nie odsunęła się.
    - Moja rasa nie potrafi kochać, ale jeśli dzięki temu, że mnie pokochałaś, będziesz szczęśliwa, to cieszę się, że tak się stało. - Przesunąłem delikatnie dłonią po jej policzku.
    - Będę szczęśliwa, kiedy ty będziesz obok. Reszta... Z resztą nauczymy się żyć, prawda?
    - Oczywiście. A ja zawsze będę obok, jako twój mąż. - Pocałowałem ją. Najpierw delikatnie, potem bardziej namiętnie. Mruknęła cicho, wsuwając palce w moje włosy. Miałem wrażenie, że tym razem pozwoliłaby mi na więcej. Była we mnie zakochana. Nie powiedziałem jej, jak dziwne to uczucie, wiedza, że ktoś mnie kocha. Właśnie ona. To było... miłe.
    - Wracamy do domu? - spytałem między pocałunkami.
    - Mhm. - Pocałowała mnie jeszcze raz i uśmiechnęła się. - To był długi dzień.
    Również się uśmiechnąłem i zniknęliśmy, pojawiając się w salonie naszego zamku.
    Czas do kolacji minął nam na pocałunkach i przytulaniu. Nawet w czasie posiłku Sheila wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczami i obficie nakładała mi kolejne porcje najlepszych potraw, nazywając te, których jeszcze nie znałem. Najbardziej zaciekawiła mnie zapiekanka, wiele różnych składników utworzyło niesamowity efekt. Z przyjemnością słuchałem radosnego głosu mojej narzeczonej, gdy opowiadała mi, jak uczyła się gotować, a także piec ciasto z Genie, jak w końcu jej się udało i że chciałaby jeszcze upiec karpatkę, ale jest podobno trudniejsza do przygotowania. Niewiele z tego rozumiałem, ale słuchanie jej sprawiało mi przyjemność.
    Po skończonej kolacji postanowiliśmy sprawdzić, co u naszych, nie do końca jeszcze udomowionych, zwierzątek. Hyosube były już po posiłku, Varys sumiennie o to zadbał. Podejrzewałem, że mój więzień właśnie leczy swoje liczne rany. Nie chciał mówić, w porządku, nie śpieszyło mi się aż tak bardzo. Przynajmniej moje drapieżniki będą miały codziennie smaczny posiłek.
    - Psotnik! Urwis! Wiercipiętka! Maruda! - zawołała ich Sheila, a ja z trudem powstrzymywałem się przed roześmianiem. Gdyby w moich czasach ktoś nadał imiona hyosube i próbował je udomowić, naraziłby się na drwiny. Ale teraz wszystko się zmieniło i hyosube nie mogły żyć w dzikich lasach. Hodowla była tutaj jedynym wyjściem. Czemu więc miałyby nie mieć imion? Trochę zabawne, ale jednak pasowały. Najdziwniejsze, że na nie reagowały.
    Hyosube, kiedy były najedzone, nie sprawiały wrażenia groźnych. Gdy tylko Sheila usiadła na trawie, jedna z samiczek – Wiercipiętka – wdrapała się na jej kolana i pozwoliła głaskać. Oba samce ganiały się wokół mnie i mojej narzeczonej, a Maruda stała przez chwilę, jakby nie mogąc się zdecydować, w końcu zareagowała na wołanie Sheili i położyła się koło niej, łaskawie pozwalając się pogłaskać.
    Przez najbliższe pół godziny Sheila przytulała i głaskała hyosube, opowiadając przy tym, jak w dzieciństwie znalazła rannego zajączka i go opatrzyła, jak się nim zajmowała, a kiedy wyzdrowiał, poszła z nim do lasu, gdzie odnalazł swój dom.
    - A hyosube nie mogą wrócić do domu – zakończyła – więc my musimy dać im dom, który przeze mnie straciły.
    - Zapewniam cię, że w ich domu nie byłoby im lepiej, niż tutaj – uspokoiłem ją. To była prawda. Prędzej czy później by zginęły, a tu mogły spokojnie dożyć do starości. W dodatku sprawiały wrażenie zadowolonych ze starań Sheili. Pokręciłem głową, zdumiony tym, jak brutalność świata, którą tam dobrze znałem, uginała się pod wolą mojej narzeczonej.
    Wróciliśmy do zamku, gdy było już ciemno. Po długim pocałunku Sheila poszła do swojej sypialni, a ja do siebie. Śmiało mogłem uznać ten dzień za udany. Gdyby Azazeal dowiedział się, jak mi pomógł tym swoim obiadem, chyba by szału dostał, pomyślałem z satysfakcją.
    Wziąłem prysznic i rozmyślając o ceremonii ślubnej, która pojutrze czekała mnie i Sheilę, położyłem się spać.
    Obudził mnie krzyk. Zerwałem się, nasłuchując. Dochodził z pokoju Sheili. Wstałem i przeniosłem tam bezzwłocznie w obawie o jej bezpieczeństwo. Moja narzeczona faktycznie krzyczała, ale nie dlatego, że ktoś ją zaatakował. Spała. Odetchnąłem, obserwując, jak rzuca się niespokojnie na łóżku. Już miałem ją obudzić, gdy przypomniałem sobie, że oprócz bielizny nic na sobie nie mam. Mnie to co prawda zupełnie nie przeszkadzało, ale Sheila gotowa jeszcze pomyśleć, że dwa dni za wcześnie nastaję na jej cześć...
    Dopiero gdy pojawiły się na mnie spodnie i koszula – niestety z guzikami, ale nie miałem zamiaru tracić czasu na ich zapinanie – podszedłem i usiadłem na łóżku, budząc narzeczoną.
    Otworzyła oczy, nie przestając się szarpać. Dostrzegłem, jak jej źrenice rozszerzają się na mój widok, potrzebowała kilku głębokich oddechów, nim się uspokoiła.
    - To tylko zły sen, moje pisklątko – wyjaśniłem jej. - Krzyczałaś.
    Wciąż na mnie patrzyła, jakby nie do końca rozumiała, co się dzieje. Wreszcie skinęła głową.
    - Tak, tylko sen.
    - Już dobrze. Sen minął. - Pogłaskałem ją po policzku. Miała taką delikatną skórę, tak przyjemną w dotyku. - Może wolałabyś spać przy świetle? - Wyciągnąłem dłoń, nad którą pojawiła się jasna kula światła. Posłałem ją w stronę ściany, gdzie zatrzymała się i zawisła w powietrzu. - Jeśli będziesz chciała, by zgasła, wystarczy, że powiesz to na głos. Tak samo, by ponownie ją zaświecić. - Sięgnąłem do jej dłoni, podniosłem i przysunąłem do ust.
    - Dziękuję – szepnęła tylko.
    Skinąłem głową i przysunąłem się bliżej. Wyglądała tak krucho, delikatnie, bezradnie. Objąłem ją ramieniem i przytuliłem.
    - Przepraszam, jeśli cię obudziłam. - Spojrzała na mnie, powoli rozluźniając się w moich ramionach.
    - Nie miałaś na to żadnego wpływu, Sheilo. - Pocałowałem ją w policzek. - Co ci się śniło?
    - Ty – padła odpowiedź. Sheila już na mnie nie patrzyła, wbiła wzrok w swoje kolana osłonięte czerwoną koszulą.
    Westchnąłem.
    - Nadal Samael? Ten diabeł nawet po śmierci nie da nam spokoju? - mruknąłem ponuro.
    - Przepraszam. Naprawdę chciałabym o tym zapomnieć...
    - Zapomnisz. - Ponownie pocałowałem ją w policzek. - Zostanę z tobą i przypilnuję, byś nie miała już dzisiaj żadnych koszmarów.
    - Przeze mnie się nie wyśpisz – zaprotestowała, choć nie dostrzegłem w niej przekonania. Chciała mojej obecności, ale wstydziła się prosić. Po ślubie z pewnością nabierze więcej odwagi. Już ja się o to postaram.
    - Czemu miałbym się nie wyspać? - Przeniosłem wzrok na dywan koło łóżka. - Chyba, że każesz mi spać na podłodze...
    Spojrzała w tym samym kierunku. Przez chwilę myślałem, że przytaknie, ale pokręciła głową i odsunęła się na drugi koniec łóżka.
    - Jest tu dość miejsca dla nas obojga.
    - Racja. - Uśmiechnąłem się i zdjąłem koszulę. - Przy mnie żaden koszmar cię nie dopadnie, moje pisklątko.
    Skinęła głową, patrząc na mnie wielkimi oczami.
    - Ale... nie masz zamiaru spać nago, prawda?
    - Zawsze śpię nago – zażartowałem, ale widząc jej minę, roześmiałem się i pokręciłem głową. - Żartuję. Sypiam w bieliźnie, oczywiście. - Zacząłem zdejmować spodnie.
    - Och. No tak, pewnie w twoich czasach nie było piżamy. - Przygryzła wargę w ten uroczy, zabawny sposób. Protest nie nastąpił, zamiast tego usiadła wygodniej, wsunęła nogi pod kołdrę i zerknęła na mnie.
    Powiesiłem spodnie i koszulę na krześle, po czym usiadłem na łóżku, sięgnąłem pod kołdrę i spojrzałem na Sheilę.
    - Wszystko w porządku, moje pisklątko?
    - Tak. Oczywiście. Zostawisz światło?
    - Dobrze. - Wsunąłem się pod kołdrę i sięgnąłem po jej dłoń. Splotła palce z moimi i ułożyła się na boku, przodem do mnie. Jej twarz odzyskała już kolory. Dokładnie kilka odcieni różu.
    - Może cię przytulę? - zaproponowałem. - Lubisz, jak trzymam cię w ramionach, prawda? - Uśmiechnąłem się.
    Uniosła brwi w zabawny sposób. Nie musiała nic mówić, domyśliłem się odpowiedzi.
    - Lubię. Gdy jesteś ubrany.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Skoro się krępujesz. Ale gdybyś miała ochotę choć odrobinę się przytulić, to śmiało.
    - Przypominam, że nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. Chyba nie chciałeś wykorzystać sytuacji, prawda? - Jej głos nabrał stanowczości.
    Chętnie bym wykorzystał, ale skoro i tak wiedziałem, że dziś mi się nie uda, to po co miałbym ją drażnić?
    - Uważasz, że przyszedłem tutaj, by wykorzystać twoje koszmary do własnych celów? - spytałem, robiąc urażoną minę.
    - Jeśli nie, to dlaczego się rozebrałeś i chcesz się przytulać? - Była nieugięta. We właściwy sobie, uroczy sposób. Miałem ochotę się uśmiechnąć.
    - Rozebrałem się, bo nie sypiam w ubraniu, Sheilo. A w przytulaniu nie widzę nic nieprzyzwoitego. Ale jeśli tak bardzo się boisz, że mógłbym coś kombinować, to nie musimy się nawet dotykać. - Zerknąłem na nasze dłonie. - Twoje łóżko, ty decydujesz.
    - Nie. Tak jest dobrze – mruknęła, przymykając oczy. - I wcale się nie boję.
    - W takim razie dobranoc, moje pisklątko. - Położyłem się na boku, w jej stronę i przyglądałem przez chwilę. Wyglądała naprawdę ślicznie.
    - Mhm. Tylko nie odchodź nigdzie – poprosiła cicho, nie otwierając oczu.
    - Będę tutaj, aż się obudzisz – obiecałem, tym razem absolutnie poważnie. Byłem zdecydowany zadbać, by już nigdy nie musiała się bać.
    Uśmiechnęła się sennie i ścisnęła lekko moją dłoń. Nie minęło wiele czasu, kiedy jej równy, spokojny oddech upewnił mnie, że zasnęła.
    Przysunąłem się odrobinę, powoli, by jej nie zbudzić, a gdy leżałem tuż przy niej, ostrożnie ją przytuliłem. Mruknęła coś przez sen i ochoczo ułożyła głowę na mojej piersi. Uśmiechnąłem się zadowolony i uznałem, że teraz ja również mogę już zasnąć.

9 komentarzy:

  1. Abra-Cadabra5 lipca 2015 12:24

    Dorian zdobył dla siebie kawałek Piekła, ciekawe, kiedy zacznie władać całym.;)
    Jak Sheila mogła posądzić go o nieczyste intencje, przecież to oczywiste, że chciał się tylko poprzytulać.^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że planuje przejąć całą władzę?
      No ba, nawet przez myśl by mu nie przeszło nic innego!:D

      Usuń
    2. Abra-Cadabra6 lipca 2015 19:05

      Ostatecznie pewnie tak - w końcu to Dorian.xD

      Usuń
  2. Już nie wiem, jak ma się odnosić do tego wszystkiego. Sheila dalej słodka, a Dorian wciąż wodzi ją na pokuszenie, jak na włościanina z piekła przystało. Do ślubu zostało tak niewiele. Jestem ciekawa co planujecie na dzień zaślubin - tragedię czy wesele. Czy oblubienica będzie ronić łzy szczęścia i wzruszenia czy może żalu i poczucia rozczarowania, złości. Dziękuję za rozdział. Pozdrawiam Agnieszka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dziękuję za rozdział i info. Ja, też jestem ciekawa co planujecie w dzień zaślubin? Bo coś mi się wydaje, że to nie będzie zwykły dzień. Ach, ten Dorian, jak on lubi prowokować Azazeala. Raczej oni nigdy nie dojdą do porozumienia.

    OdpowiedzUsuń
  4. To Sheila tak się stara Doriana zrozumieć, a tymczasem ten zdobywa do kompletu Piekło :D No nieładnie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatuś też w tym samym interesie siedzi i było dobrze, to czemu mąż nie może?^^

      Usuń
    2. Bo tatuś był grzeczny, Sheili nie porywał i nie groził jej i nie zabijał na jej oczach :D A mąż się rozhulał ;)

      Usuń
  5. dziekuje ,podoba mi sie Legion , dba o Sheilę i ma poczucie humoru jak widac , tak od razu rzucił go do piekła i kazał zapanowac nad teraz jego demonami. zastanawia mnie tez kiedy obudza (i czy w ogóle)sie pozostałe smoki :)

    OdpowiedzUsuń