Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

14.05.2017

Rozdział XXXII

***Sheila***

    Pierwszego dnia po zawarciu pokoju starałam się być niemal wszędzie. Pomagałam w organizacji pochówków dla demonów, które poległy w czasie walk. Zaplanowano jedną, wielką uroczystość pożegnalną dla nich wszystkich. Varys przeznaczył duży plac na cmentarz; wszystkie ciała miały zostać spalone, a prochy umieszczone w urnach. Rodziny poległych same mogły wybrać odpowiednie nagrobki lub grobowce. W przypadku osób takich jak Tom, którzy nie mieli bliskich, wszystkim zajmowałam się sama. Tego dnia postanowiłam, że nie będę opłakiwać ojca. Będę opłakiwać wszystkich tych, za których nie ma kto wylewać łez.
    Ceremonialne palenie ciał miało odbyć się wieczorem, po zachodzie słońca. Do tego czasu wszystko musiało zostać przygotowane. Lex miał zorganizować bliźniaczą ceremonię dla poległych z własnego Kręgu. Tak więc teraz demony zajmowały się transportowaniem ciał, a ja podpisywałam podsuwane mi przez Varysa dokumenty.
    - Tyle, jeśli chodzi o pogrzeby – poinformował mnie, zabierając ostatnią kartkę.
    - Wciąż musimy im jakoś pomóc, upewnić się, że ich warunki życia się nie pogorszą – powiedziałam. - Że żadne dziecko nie zostało osierocone.
    Na myśl o dzieciach odruchowo dotknęłam brzucha. Świadomość, że wkrótce ja również będę matką, wciąż do mnie docierała. Rano poprosiłam Anne, by kupiła w aptece test ciążowy; potrzebowałam czegoś więcej niż słowa Gabriela, by w pełni w to uwierzyć. Zrobiłam go i miałam już pewność. Nosiłam pod piersią owoc miłości mojej i Doriana. I naprawdę się bałam.
    Bałam się, bo jeszcze niedawno to ja byłam zależna od innych. Poznanie Doriana zafundowało mi szybki kurs dorastania, a teraz... teraz rosło we mnie dziecko, które będzie bezbronne i całkowicie zależne ode mnie. To ja będę stała między nim, a resztą świata, ja nauczę go życia. Bałam się, że nie będę taką matką, jaką powinnam. Wychowywanie dziecka w świecie pełnym demonów, z genami pradawnej, mrocznej rasy, nad którymi nawet Dorian nie zawsze panował. Pragnęłam, by moje dziecko było najszczęśliwsze na świecie.
    - Dobrze się czujesz, dziewczyno?
    Uśmiechnęłam się do Varysa, porzucając myśli o czekających mnie wyzwaniach. Pstryknęłam długopisem i wsunęłam go do kieszeni swetra.
    - Tak, trochę się zamyśliłam. - Oparłam się o biurko i spojrzałam na mojego najlepszego przyjaciela. - Właściwie powinnam poinformować o tym was wszystkich, gdy wróci Dorian, ale jestem pewna, że nie będzie zły, jeśli powiem ci już teraz. Ja i Dorian będziemy mieli dziecko.
    Zamrugał i oderwał wzrok od dokumentów. Zerknął na mój brzuch, jakby oczekiwał, że nagle się zaokrągli, potem uśmiechnął się szeroko.
    - To wspaniała nowina. Przyjmij gratulacje – powiedział i pochylił się, by lekko mnie uścisnąć. Objęłam go, ciesząc się z tej bliskości. - Więc kiedy pojawi się ten maluch? - zapytał, puszczając mnie.
    - Właściwie to nie wiem. Pewnie za jakieś osiem miesięcy, ale po dokładne informacje muszę iść do lekarza.
    Skinął głową i skrzyżował ramiona na piersi. Chyba dostrzegł moją niepewność, bo znów się odezwał:
    - Poradzisz sobie, dziewczyno. Jestem przekonany, że będziesz wspaniałą matką.
    Uśmiechnęłam się szerzej i ponownie dotknęłam brzucha. Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie. Wiedziałam już, że dla tego maleństwa zrobię wszystko.
    Po tej radosnej nowinie na powrót wróciliśmy do tematu demonów i tego, w jaki sposób można im pomóc. Miałam kilka pomysłów, których Varys uważnie wysłuchał i pomógł mi ustalić, na ile te pomysły są możliwe i warte wprowadzenia w życie. Zanotowałam wszystko skrupulatnie i schowałam kartkę, by później porozmawiać o tym z Dorianem.

    Wróciłam do zamku późnym popołudniem. Dopilnowanie, że wszystkie grobowce i pomniki będą gotowe na wieczór, zajęło mi o wiele więcej czasu niż przypuszczałam. Najprawdopodobniej Dorian nie będzie zadowolony. Bardzo poważnie potraktował ciążę i tak zwane jedzenie za dwoje. Tymczasem spóźniłam się na obiad aż o dwie godziny. Miałam nadzieję, że mąż przyjmie usprawiedliwienie, jakim są obowiązki żony władcy Piekła. Dodatkowo spotkałam Lexa i nie mogłam nie skorzystać z chociażby kilku minut w jego towarzystwie.
    Śmierć taty sprawiła, że teraz on był odpowiedzialny na jego Krąg i musiał dołożyć wszelkich starań, by go utrzymać. Wiedziałam, że czeka go prawdziwe wyzwanie, tym większe, że Lex tak naprawdę nigdy nie lubił władzy. Potrafił przemawiać do wojowników, potrafił ich szkolić, inspirować. Niestety, rola taty to znacznie więcej niż militaria. On musiał umieć i wiedzieć wszystko, być nie tylko najlepszym wojownikiem, ale też najlepszym biurokratą i politykiem. Lex był beznadziejnym biurokratą. Tym bardziej byłam zdziwiona, że pomimo tak wielu obowiązków, zgodził się, by wpaść do nas z wizytą.
    Zrzuciłam buty w korytarzu i razem z Lexem ruszyliśmy na poszukiwanie Doriana. Znaleźliśmy go w salonie, rozmawiał z V'lanem. Na mój widok przerwał rozmowę i spojrzał na mnie z naganą.
    - Przegapiłaś obiad.
    - Ale nie przegapię kolacji. - Cmoknęłam go w policzek i usiadłam obok.
    Lex skinął Dorianowi głową i uścisnął dłoń V'lane'a, po czym zajął miejsce w fotelu. Natychmiast zainteresował się tacą z ciastkami. Ja także, głównie po to, by pokazać mężowi, że jem.
    - Zaraz dostaniesz coś ciepłego – zapewnił Dorian, zerkając w stronę kuchni. Objął mnie ramieniem. - Jak idzie przejęcie władzy w Kręgu? - zwrócił się do Lexa.
    - Nie za dobrze – mruknął ten, przełamując ciastko na pół. - Nigdy dotąd demon nie stał na czele Kręgu. Ale to mój problem. - Wrzucił do ust połowę ciastka. - Przyszedłem, by pomówić o tym, co czeka was. - Zerknął na mnie.
    - Przygotowania na narodziny dziecka, ale mamy jeszcze sporo czasu – stwierdził mój mąż.
    V'lane uniósł szklankę wypełnioną napojem gazowanym i mrugnął do mnie. Wieści szybko się roznoszą.
    - Gratulacje, królewno.
    Uśmiechnęłam się.
    - Tak, ale powinniście... przygotować się dodatkowo. Na to, co to dziecko będzie w stanie zrobić – sprecyzował Lex.
    W międzyczasie Emma przyniosła parującą zupę. Zapach był wspaniały.
    - To zależy, jakie cechy odziedziczy. Jeśli będą dominowały moje, będzie zmieniać się w smoka, jeśli Sheili, pojawią się skrzydła anioła – powiedział Dorian z namysłem. - Ale pewności nie mamy.
    Zaczęłam jeść zupę, przysłuchując się rozmowie.
    - Cóż, ja mam pewność, że ten maluch już jest bardzo potężny. Widzisz... - Lex sięgnął po kolejne ciastko – kiedy Sheila przywiązała mnie do siebie, zrobiła coś, czego nie powinna móc zrobić.
    Pomyślałam o demonach, które dostał w bonusie i przerwałam jedzenie. Nie wiedziałam, skąd się wzięły. Czy kogoś przez to... nie zabiłam.
    - Nawet Azazeal zdołał utrzymać dla mnie tylko setkę demonów. Teraz mam ich dwieście i wiem, że nie zrobiła tego magia Sheili.
    Zamrugałam i odruchowo dotknęłam brzucha. V'lane gwizdnął przez zęby.
    - Zatem to maleństwo ma większą moc niż miał Azazeal. Mimo że jeszcze się nie narodziło. - Dorian wydawał się zadowolony. - Cóż, będzie musiało nauczyć się panować nad swoją mocą, a my mu w tym pomożemy. - Spojrzał na mój brzuch.
    - Przynajmniej dwukrotnie większą. Nie wiemy, jak to na nie wpłynie. Ani na Sheilę – sprecyzował Lex.
    Może Dorian był zadowolony, mnie to niepokoiło. Dziecko nie powinno być tak silne.
    - Myślisz, że to może być groźne dla Sheili? - zaniepokoił się mój mąż. - A może po prostu moc Sheili i dziecka się połączyła, dlatego była taka silna?
    - Nawet jeśli, to magia Sheili była zaledwie namiastką.
    Teraz wszyscy patrzyli na mnie i czułam się z tym naprawdę niekomfortowo. Odruchowo objęłam brzuch obronnym gestem.
    - Może po prostu miejmy na nich oko – mruknął V'lane. - Nie ma sensu panikować.
    - Jutro zbada cię najlepszy lekarz w Kręgu. A gdybyś źle się poczuła, natychmiast mi powiedz – zwrócił się do mnie Dorian.
    - Wiesz, często się źle czuję. To tak zwane poranne mdłości – mruknęłam i wróciłam do zupy. Brak kolacji i minimalne śniadanie w końcu doprowadziły mój organizm do głodu.
    - Tylko mdłości? To chyba normalne? Ale nic cię nie boli? - dopytywał Dorian.
    - Nic nam nie jest – zapewniłam, sięgając po jego dłoń.
    - I oby tak zostało. - Lex wstał i cmoknął mnie w policzek. - Muszę iść, praca nie wykona się sama.
    - A ja idę odespać całą tę wojnę – dodał wesoło V'lane i wyszczerzył zęby, widząc kwaśną minę przyjaciela, nim ten zniknął.
    - Całą? To trochę ci się zejdzie – skomentował Dorian, zamykając w swoich dłoniach moją dłoń.
    - Trzeba próbować. - Mrugnął do nas i ruszył na górę. Oparłam się o męża, zadowolona, że mamy chwilę dla siebie. Czułam się oszołomiona rewelacjami Lexa i jeszcze bardziej odczułam brak ojca. Moje dziecko miało być tak potężne, a ja musiałam dać sobie z tym radę, bo nie miałam już nawet kogo się poradzić.
    Objął mnie i oparł policzek o moje włosy.
    - Jesteś jeszcze głodna, kochanie? - zapytał, zerkając na talerz po zupie.
    - Trochę – przyznałam. Westchnęłam, nie mogąc przestać myśleć o słowach Lexa. - Myślisz, że ta moc może zaszkodzić dziecku?
    - Nie sądzę, przecież to jego moc. Martwię się raczej o ciebie. Ale póki nie ma niepokojących objawów, powinno być dobrze. Na co masz ochotę? Podobno kobiety w ciąży jedzą różne dziwne rzeczy... - Zerknął na mnie.
    - Wystarczą mi ziemniaki i jakiś kotlet – sprecyzowałam. Nie czułam, by to było dziwne danie.
    Emma, jakby mnie słyszała, przyniosła właśnie drugie danie. I to z zasmażaną kapustą. Pychota.
    - Genie nadal się nie odzywała? - zapytałam między kęsami.
    - Niestety nie. Jeśli nie wróci do pogrzebu, poszukamy jej z Ezekielem.
    Zmarszczyłam brwi. Nieobecność Genevieve robiła się niepokojąca. Była gdzieś tam, sama, pogrążona w żałobie. Ja nieustannie szukałam towarzystwa i zajęć, byle tylko znów nie dopadły mnie ponure myśli i tęsknota. Wiedziałam, że mimo wszystko powrócą wieczorem i nawiedzą mnie w snach. Nawet wtedy będę mogła szukać pocieszenia w ramionach Doriana. Ale co pomagało Genie?
    - Myślę, że ona nas potrzebuje, nawet jeśli tego nie przyznaje.
    - Też tak myślę, ale nas unika. Kiedy wróci, może przez jakiś czas zamieszka u nas? - zaproponował Dorian. - Wydaje mi się, że nie będzie chciała już mieszkać w zamku Azazeala...
    - Kocham ją tak samo jak ty, wiesz, że jeśli o mnie chodzi, może zamieszkać z nami nawet na zawsze – zapewniłam.
    Takie rozwiązanie mogłoby okazać się korzystne dla nas wszystkich. Pod warunkiem, że Genie się zgodzi.
    - W takim razie spróbujemy ją przekonać – odparł Dorian. Patrzył na mnie przez chwilę. - Jak myślisz, to będzie chłopiec, czy dziewczynka?
    Dotknęłam brzucha i zastanowiłam się przez chwilę. Odpowiedź przyszła jakoś automatycznie:
    - Chłopiec. Tak czuję.
    Uśmiechnął się.
    - Nasz syn. Powinniśmy pomyśleć nad imieniem.
    Przytaknęłam, gryząc ostatni kęs obiadu. Imię. Imię dla naszego synka. Albo córeczki, jeśli się mylę.
    - Nie jest za wcześnie?
    - Na wymyślanie imion? Chyba nie. - Kiedy skończyłam jeść, przytulił mnie, kładąc dłoń na moim brzuchu. - Też sądzę, że to będzie chłopiec.
    Wtuliłam się w jego ramiona. Przymknęłam oczy i nakryłam jego dłonie swoimi. Teraz byliśmy we troje.
    - Maleńki Dorian. Jak ten świat to zniesie. - Uśmiechnęłam się.
    - Będzie musiał, bo nasz synek już w drodze – szepnął mi do ucha mąż.
    Pocałowałam go w policzek, po raz pierwszy od naszego poznania czując spokój. Wiele straciliśmy w tej wojnie, zwłaszcza ja, jednak ta chwila uświadomiła mi, że potrafię być jeszcze szczęśliwa. Będę opłakiwać tatę do końca moich dni. Z pewnością przepłaczę niejedną noc. Ale będę się też cieszyć, bo los dał mi najpiękniejszy prezent. Dał go nam obojgu.

    Na ceremonii pogrzebowej zjawiło się naprawdę wiele osób. Kobiet i mężczyzn, a nawet dzieci. Niektórzy płakali, inni oczekiwali ze spokojem. Widziałam matki trzymające dzieci na rękach, rozbrykanych chłopców, biegających między stosami. Dostrzegłam młodą kobietę, ściskającą bukiet ciemnych dalii. Mogła mieć tyle lat co ja i właśnie opłakiwała kogoś bliskiego. Przesunęłam wzrok na ciało, przy którym stała. Mężczyzna, dość młody. Niegdyś pewnie przystojny, teraz jego twarz przecinała gruba krwawa szrama. Cięcie niemal pozbawiło go oka. Wzdrygnęłam się i spojrzałam w bok. Inny młody mężczyzna został przecięty na pół.
    - Nie musisz oglądać ich wszystkich – odezwał się Varys. Stanął u mojego boku, gdy tylko Dorian ruszył pomiędzy stosy pogrzebowe. Obaj uznali, że powinnam zostać na swoim miejscu. - Jeśli chcesz, zabiorę cię do domu. Zrozumieją.
    - Nie. Oni dla nas walczyli, umierali dla nas. Więc ja powinnam być tu dla nich.
    - Dorian z pewnością jest dumny z twojej postawy.
    - Nie ma nic przeciwko temu – szepnęłam. - Połowa tego, co robię, jest z myślą o nim. Niemniej... dziś jestem tu dla tych, którzy polegli. Zasłużyli chociaż na to, by ich docenić.
    Znów spojrzałam na kobietę z daliami. Czy mężczyzna, którego opłakiwała, był jej mężem? Nawet nie próbowałam wyobrazić sobie, co bym poczęła, gdyby odebrano mi Doriana. Był całym moim światem.
    Spojrzałam na niego, kiedy przemawiał. To był nasz wspólny pomysł, żeby wygłosił krótką mowę honorującą poległych. Dziękował tym, którzy zdecydowali się dla niego walczyć, wspominał odwagę tych, którzy odeszli i obiecywał pomoc tym, którzy przeżyli. Był wspaniały. Te wszystkie przeciwności losu, które musiał pokonać, uczyniły go naprawdę dobrym władcą.
    Gdy mój mąż skończył mówić, zapalił pochodnię. Przytknął ją do pierwszego stosu, a gdy ten zaczął płonąć, przekazał ją dalej. Demony podpalały stosy pogrzebowe swoich bliskich i przekazywały sobie pochodnię. Obserwowałam to zjawisko szeroko otwartymi oczyma. Nie zauważyłam, kiedy Dorian znalazł się przy mnie. W milczeniu przyglądaliśmy się płonącym kolejno stosom. W końcu Varys wręczył pochodnię mnie. Pozostało jedno ciało. Podeszłam do Toma i przytknęłam pochodnię do słomy, na której leżał. Ogień wzniósł się wysoko, blednąc na tle ciemnego już nieba. Dorian zgasił pochodnię i objął mnie ramieniem.
    Pozwoliłam mu się przytulić, nie spuszczając wzroku z ognia. Że płaczę, uświadomiłam sobie dopiero wtedy, gdy dłoń męża otarła mi policzek z łez.
    Spojrzał na mnie z troską.
    - W porządku? - zapytał.
    - Tak. Po prostu... jest ich tak dużo...
    -  A ta woń wręcz powala, co? - mruknął V'lane stojący gdzieś za moim mężem. Widziałam, że Varys posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
    - Możemy już iść – stwierdził Dorian. - Nie widziałem tutaj Genie...
    - Czy nie wypadałoby zostać, aż ostatni płomień zgaśnie? - zawahałam się.
    - To nie jest konieczne – odparł Dorian po namyśle. - Powinniśmy poszukać Genevieve. Ezekiel mówił, że pomoże nam ją znaleźć. - Spojrzał na mnie.
    W innej sytuacji pewnie bym się upierała, jednak troska Doriana kazała mi zmienić podejście. Bał się o siostrę i doskonale to rozumiałam. Genevieve była teraz priorytetem.
    - Dobrze. Masz jakiś plan? Pomysł, dokąd mogła iść?
    - Myślę, że gdzieś, gdzie wspomnienia o Azazealu są mniej bolesne – odparł Dorian. - Ale nie wiem dokładnie. Może Ezekiel wymyśli, gdzie jej szukać.
    - No to chodźmy do niego – zgodziłam się. - Znajdziemy ją.
    W następnej chwili przenieśliśmy się do zamku Ezekiela. Od razu skierowaliśmy się na piętro, tam gdzie mieściły się jego prywatne pokoje. Miałam nadzieję, że Ezekiel szybciej wpadnie na jakiś pomysł.
    Okazało się, że wcale nie musiał. Usłyszeliśmy głosy dobiegające z gabinetu:
    - Wiesz, wszyscy martwiliby się mniej, gdybyś dała jakiś znak życia. No nie wiem, choćby telefon?
    - Właśnie to robię, Zeke. Przestań mnie rozpraszać.
    - Rozpraszać? Vi, nie wiedzieliśmy, co się z tobą dzieje, chyba mogłabyś to wyjaśnić.
    Spojrzałam na Doriana. Ulżyło mu.
    - Po prostu tam nie wracam, Zeke. Tylko tyle. - Głos mojej przyjaciółki wydawał się znużony.
    - Masz prawo, ale to nadal twój dom, Vi. Nikt nie może ci go odebrać.
    - Ja nie mam domu, Zeke! Nie rozumiesz? - Skrzywiłam się, słysząc rozpaczliwy ton. - To Azz był moim domem, nie to miejsce. A teraz... ja nie mam domu. Nie mam! - Przy ostatnim słowie jej głos się załamał.
    - Ależ masz, Genie – odezwał się Dorian, wchodząc do gabinetu. - Przy mnie zawsze będzie twój dom. Bardzo byśmy chcieli, żebyś zamieszkała z nami. - Spojrzał na mnie.
    Przytaknęłam gorliwie, ale Genevieve tylko pokręciła głową i otarła łzy.
    - Kocham cię, bracie, ale nasze drogi rozeszły się dawno temu. Poza tym... to i tak nie miałoby sensu. Wyjeżdżam. Chciałam wpaść rano i się pożegnać.
    Czułam, że wybierze podobne wyjście. Nie byłam tylko przekonana, czy jest właściwe. Czy nie pogrąży jej w jeszcze większym żalu.
    - Dokąd? I na jak długo? - dopytywał Dorian. - Jeśli to przyniesie ci ulgę, w porządku, ale pamiętaj, że przy mnie zawsze będzie twój dom – powtórzył.
    Wzruszyła ramionami i oparła się o biurko Ezekiela. Nie wydawała się zdecydowana.
    - Nie wiem. Chyba będę podróżować. Dawno tego nie robiłam. Odwiedzę miejsca, o których prawie zapomniałam. Może w którymś z nich osiądę na dłużej. - Spojrzała na Doriana. - Dasz sobie radę, słuchaj żony.
    - Ale wrócisz na narodziny bratanka? - zapytał.
    Zamrugała zdumiona, a ja zdałam sobie sprawę, że nie mieliśmy okazji jej powiedzieć. Sposób, w jaki zrobił to Dorian, nie należał do najlepszych.
    - Już planujecie dziecko? Tak wcześnie?
    - Oni niczego nie planowali i w tym problem – mruknął Ezekiel.
    - Genie, Sheila jest w ciąży. - Objął mnie ramieniem. - I owszem, to trochę wcześnie, ale mamy jeszcze sporo czasu, by się z tym oswoić i przygotować.
    Przypatrywała nam się jeszcze chwilę, jakby trawiąc tę informację. W końcu się uśmiechnęła i podeszła, by serdecznie nas uściskać.
    - To wspaniała nowina – powiedziała, całując mnie w policzek. - Oczywiście, że wrócę, by poznać bratanka. Lub bratanicę. - Jeszcze raz objęła Doriana.
    - Sheila twierdzi, że to będzie chłopiec – powiedział mój mąż.
    - To tylko przeczucie – sprostowałam.
    - Czasem przeczucia się sprawdzają. Informujcie mnie, czy wszystko w porządku – poprosiła.
    - Oczywiście, będziemy w kontakcie – zgodził się Dorian.
    Przytaknęła i cofnęła się o krok.
    - Muszę spakować rzeczy, więc nie mogę dziś z wami świętować. Odezwę się, gdy gdzieś osiądę. - Zerknęła na Ezekiela. - Wiem, że miałeś ambitne plany, które pokrzyżowała wojna. Jeśli chcesz się rozerwać, nim zaczniesz od nowa... nie pogardzę towarzystwem – dodała, a w następnej chwili jej nie było.
    - To chyba propozycja nie do odrzucenia? - spytał Dorian, zerkając na Ezekiela.
    - Taaa... - mruknął tamten. - Zdaje się, że i mnie nie zobaczycie przez jakiś czas.
    - Dbaj o nią – dodałam, na co tylko uniósł brew.
    - Chyba nie o to jej chodzi, ale bez obaw.
    - Dobrze, że będziesz towarzyszył mojej siostrze – stwierdził Dorian. - Nie powinna być teraz sama.
    - I nie będzie. A teraz wybaczcie, ale jeśli niczego nie chcecie, to mam trochę spraw do załatwienia przed wyjazdem.
    Nie chcieliśmy. Cóż, nie zostało nam nic innego, jak pożegnać się i wrócić do domu. Było już późno, więc kolację zjedliśmy sami. Wyglądało na to, że inni domownicy już śpią. Jesienny deszcz uderzał o szyby, przypominając mi, że pomimo ostatnich wydarzeń, życie płynie swoim rytmem.

    Genievieve i Ezekiel wyruszyli z samego rana. Wpadli tylko na chwilę, by się z nami pożegnać i już ich nie było. Cieszyłam się, że chociaż Raph zdecydował się zostać dłużej. Co prawda znów zajął swoje pokoje w zamku taty, ale to i tak znaczyło, że będzie blisko. Czułam się lepiej z myślą, że śmierć taty nie oznaczała całkowitego rozpadu naszej rodziny. Genie potrzebowała przestrzeni, ale moi przybrani bracia zdawali się potrzebować siebie nawzajem. I mnie.
    Kolejne dni upływały w podobny sposób. Każdego ranka odwiedzałam grób ojca i składałam na nim kwiaty. Każdego popołudnia jadłam obiad z Lexem i Raphem, raz zapraszając ich do siebie, raz odwiedzając razem z Dorianem. Lexowi udało się utrzymać Krąg, lecz kosztowało go to naprawdę wiele trudu. Wszyscy gratulowali nam mojej ciąży, najbardziej przejęła się tym Leanne, no i oczywiście sam Dorian. Oboje obchodzili się ze mną, jakbym była z porcelany. Przypuszczam, iż przyczyniło się do tego nie tylko nienarodzone jeszcze dziecko, ale także żałoba, którą przechodziłam. Czasem budziłam się w nocy i płakałam. Wizja umierającego ojca nawiedzała mnie w snach, choć tak naprawdę nigdy nie powiedziano mi, jak dokładnie umarł. Myślę, że widziałam dość innych śmierci, by umysł sam podsuwał mi taką wizję. Wielokrotnie śniłam o wojnie. Wciąż i wciąż przeżywałam ostatnią bitwę, jej ofiary, mój własny strach. Zdarzało się, że budził mnie mój własny krzyk, a wtedy Dorian zamykał mnie w ramionach i odgradzał od całego świata. Całował moją twarz i powtarzał, jak bardzo mnie kocha. To pomagało. Sny powracały, lecz coraz rzadziej.
    Kolejną zmianą był Śpioszek drepczący za mną wszędzie, gdzie się udałam. Poza tym w końcu postanowiłam nauczyć się jeździć na kelpiach. Wciąż nie czułam pragnienia, by ujeżdżać zwykłe konie, lecz kelpie stały się mi bliskie. Dorian towarzyszył mi podczas lekcji, dzięki czemu zwierzęta zgodziły się dopuścić też jego. Majestat pozwalał mu się nawet dosiąść, ale lubił robić mojemu mężowi psikusy i zrzucać go do jeziora. Śmiałam się, że teraz oni obaj, Dorian i Majestat, walczą ze sobą o dominację.
    Razem z Leanne zadbałyśmy o to, by ogród powrócił do stanu pierwotnego. Znowu. Tym razem, na szczęście, zniszczenia były mniejsze, zapewne dlatego, że rośliny szykowały się na mrozy. Leanne doczekała się w końcu małych zajączków i była z tego powodu tak szczęśliwa, że często słyszałam jak nuci, idąc do lasku. Varys czasem jej towarzyszył. V'lane natomiast... on się nie zmienił. Nadal pozostał głównym źródłem dobrego humoru w naszym domu. Wciąż trenował z wojownikami, a czasem przedstawiał nam innych nefilim, chcących dołączyć do Kręgu. Nie odmawialiśmy.

    Wiedziałam, że nie jestem jedyną osobą odwiedzającą grób taty, lecz miesiąc po jego śmierci, ujrzałam tych gości na własne oczy. Rafael i Gabriel właśnie odchodzili, lecz zatrzymali się na mój widok. Odetchnęłam głęboko, walcząc z pokusą, by nie zawrócić i poczekać w zamku taty, aż sobie pójdą. Do tej pory widziałam Rafaela tylko raz. Odwiedził nas, by upewnić się, że sobie radzimy i nie potrzebujemy pomocy. To było dość niezręczne spotkanie.
    To nie tak, że miałam żal do Rafaela. Do Gabriela też nie. Rozumiałam, że całe zło, które nas spotkało, spowodowała wojna. Anioły na swój sposób pragnęły chronić ludzi. Nie darzyli nas nienawiścią i tak naprawdę chyba nie byli naszymi wrogami. Dowodem tego była Leanne, która podczas bitwy opuściła drzewo, by pomóc pisklakowi, który wypadł z gniazda. Opowiedziała nam o tym dzień po uroczystościach pogrzebowych. Mówiła, że natknęła się na anielskich wojowników, ale nie zrobili jej krzywdy. Była tylko nimfą, którą związał z nami los. Jeden z nich nawet pomógł jej znaleźć pisklę i obiecał, że nikt nie złamie nawet jednej gałązki jej drzewa. Po prostu... Była wojna, a oni robili, co ich zdaniem musieli. My też.
    Wuj lekko mnie uścisnął, Gabriel poprzestał na uścisku dłoni i kilku grzecznościowych wypowiedziach. Obaj mieli nadzieję, że mam się dobrze i ciąża przebiega bez komplikacji. Ku mojemu zaskoczeniu także obaj zaoferowali pomoc, gdybym czegoś potrzebowała. Po tym jak zabiłam anioła, sądziłam, że Rafael nie zechce utrzymywać ze mną dalszych kontaktów. Jak się okazało, byłam w błędzie.
    - Mieliśmy duże zamieszanie tam na górze, nie mogłem się wyrwać – wyjaśnił mi. - Poza tym... nie byłem pewien czy chcesz, bym ci się narzucał. Ta wojna...
    Pokręciłam głową i objęłam go.
    - Zawsze będziesz moją rodziną. I nie jesteś winien tego, co się stało. Gdyby nie ty, wszyscy bylibyśmy martwi.
    - Szkoda, że nie przybyłem trochę wcześniej – powiedział cicho.
    - Nie miej żalu do Michała – wtrącił Gabriel. - Pogubił się trochę po tym, jak Azazeal upadł. Ostatnie, czego chciał, to jego śmierć. Nadal nie żywi sympatii do rasy twojego męża, ale zrozumiał, że za bardzo dał ponieść się złości.
    - On ich naprawdę nie lubi, co?
    Archanioł niechętnie przytaknął.
    - Pogubił się, a my tego nie zauważyliśmy. Teraz mu pomagamy. Niczym się nie martw.
    Skoro archanioł tak twierdził, musiałam uwierzyć. Przypuszczałam, że w niechęci Michała jest coś więcej niż troska o ludzi. Być może kiedyś poznam całą prawdę. O Michale, ale także o tacie. Wiedziałam, że Genie była dla niego kimś więcej niż przyjaciółką. Miał w szkicownikach setki jej portretów, więcej niż Deirdre, dla której miał oddać skrzydła. Deirdre, która była bardzo podobna do naszej Genevieve. Kiedyś. Kiedyś nadejdzie ten dzień, gdy dowiem się wszystkiego.
    Rozstałam się z archaniołami i ruszyłam do grobu ojca. Tak jak zapowiedział Rafael, zastałam tam pogrążoną w myślach Jasmiel. Stanęłam obok niej bez słowa.
    - Tak mi przykro – odezwała się cicho, wpatrując się w grób. - Nie chciałam jego śmierci. Był moim nauczycielem, trenował mnie, podziwiałam go, trudno mi uwierzyć, że już go nie ma...
    Uklękłam i położyłam na grobie różę. Smutek Jasmiel nie mógł zwrócić mi ojca. Wszystkim było teraz przykro. A jednak ktoś go zabił i nic tego nie zmieni.
    - Lubił cię – powiedziałam w końcu. - Miał twój portret.
    Spojrzała na mnie.
    - Mój portret? - zdziwiła się. - Naprawdę? - Kucnęła i położyła na jego grobie bukiecik niezapominajek. - Nigdy go nie widziałam – powiedziała cicho. - Ale Azz zawsze pięknie malował. Kiedyś lubiłam podziwiać jego obrazy.
    - Nie lubił się nimi chwalić – wyjaśniłam cicho. - Czasy sprzed upadku zwykle trzymał w sekrecie.
    - Domyślam się. - Znowu spojrzała na grób. - Zmienił się od tamtej pory, ale nie tak bardzo, jak mi się wydawało. Powinnam była wcześniej to dostrzec, powiedzieć mu, że... powinnam... - urwała i pokręciła głową, przygryzając wargę. - Za późno. Zrezygnowałam, zniszczyłam to i już nigdy tego nie odbuduję. - Zamrugała i przez chwilę nic nie mówiła, wpatrując się w grób. Potem spojrzała na mnie. - Wiem, że to niewiele znaczy, ale przepraszam. Za mało się postarałam. I... jeśli będziesz czegoś potrzebować, daj znać. Zawsze się zjawię.
    Westchnęłam i sięgnęłam po znicz. Wymieniłam wypalony do połowy wkład na nowy, który właśnie podpaliłam.
    - Rafael się starał, ale to i tak nic nie zmieniło w tej kwestii.
    Dotknęłam płyty nagrobnej, zastanawiając się, co powiedziałby tata, widząc tyle aniołów na jego ziemi.
    Jasmiel milczała przez chwilę.
    - Pójdę już, pewnie chcesz tu pobyć sama. Dbaj o siebie, Sheilo. - Spojrzała na mnie.
    Skinęłam głową i mimowolnie dotknęłam brzucha.
    - O nas – poprawiłam ją cicho. - Nie wiem, czy któryś z archaniołów ci powiedział, ale spodziewam się dziecka.
    - Słyszałam o tym. To wspaniała wiadomość, gratuluję. Zatem dbaj o was i do zobaczenia. - Skinęła mi głową i zniknęła.
    Usiadłam na łydkach i odwiązałam szal. Poranek tego dnia był dość ciepły, promienie słońca przemykały między gałęziami drzew, ogrzewając ziemię i nagrobek. Uniosłam głowę do światła i przymknęłam oczy. A potem zaczęłam relacjonować tacie poprzedni dzień, mając nadzieję, że – gdziekolwiek jest – słyszy moje słowa.

    Wróciłam do zamku przed południem. Zsunęłam buty i zdjęłam kurtkę, nim ruszyłam do salonu. Rozsiadłam się na kanapie, wciąż myśląc o spotkaniu aniołów. To było takie dziwne, że nagle każdy z nich oferował mi pomoc. Miałam nadzieję, że los nigdy nie zmusi mnie do skorzystania z którejś z tych propozycji. Podrapałam Śpioszka, usiłującego wspiąć się po kocu, którym otuliłam kolana. Podniosłam go i przytuliłam, rozkoszując się jego miękkim, puszystym futerkiem. Ułożył się wygodnie i ziewnął.
    - Już się do ciebie przykleił?
    Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Doriana. Podszedł do mnie, niosąc jakieś pudełko. Zerknęłam na nie ciekawie i uniosłam twarz do pocałunku.
    - Jest jeszcze mały. Co tam masz? - zmieniłam temat.
    Usiadł obok mnie i potrząsnął pudełkiem.
    - Genie przysłała nam paczkę. Pomyślałem, że otworzymy razem.
    Podkurczyłam pod siebie nogi i przysunęłam się bliżej.
    - Otwieraj – zachęciłam go.
    Odwiązał kokardę w odcieniu krzykliwej zieleni i przeciął taśmę zabezpieczającą pudełko. Podniósł wieko i oboje zajrzeliśmy do środka.
    Ubranka. Śpioszki, czapeczki, sweterki, śliniaczki, skarpetki... wszystko maleńkie, niebieskie w białe kropeczki lub po prostu białe. Przepiękne.
    - Są takie śliczne – szepnęłam, biorąc w ręce maleńki sweterek. Poczułam łzy wzbierające w kącikach oczu.
    Dorian objął mnie i pocałował w czoło. Oparłam głowę na jego ramieniu.
    - To co, nowy początek? - zapytał cicho.
    Przytuliłam do piersi pierwszy sweterek naszego dziecka.
    - Nowy początek.

7 komentarzy:

  1. Abra-Cadabra14 maja 2017 23:42

    Coś się kończy, coś się zaczyna - Sheila straciła właśnie ojca, ale wkrótce zyska prawdopodobnie syna. Nowy początek.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie czujesz jak rymujesz. XD Nowy początek - za jakiś czas, kiedy ogarniemy czarownice. ;)

      Usuń
  2. Taki przyjemny, spokojny rozdział otwierający nowy etap życia bohaterów :) Idealne wyciszenie po ostatnich bitwach.
    Pozdrawiam,
    Areti

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowy etap się otwiera, a co za tym idzie, ta historia - historia Doriana i Sheili - dobiega już końca. Wyjaśnimy wszystko przy ostatnim fragnencie za tydzień. Przy okazji zapraszam na naszego drugiego bloga, na którym pojawiło się już kilka rozdziałów: ciunas-story.blogspot.com

      Usuń
  3. Mam nadzieję, że z Sheila nie będzie jak z Bellą ze Zmierzchu, że poród ją zabije...
    Szkoda też, że ich historia się kończy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, nie, nic z tych rzeczy. Sheili nic nie będzie i przejdzie ciążę bez problemów. Będzie tylko dużo jadła. ^^
      Ich historia się kończy, ale nie wszyscy bohaterowie doszli do tego momentu. Taki mały spoiler.;)

      Usuń
  4. Ach, jak słodko się zrobiło :)

    OdpowiedzUsuń