Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

23.07.2016

Rozdział XVII

***Sheila***

    Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę. Byliśmy w stanie wojny z aniołami, które pragnęły głowy mojego męża. To, czego tak bardzo się bałam, stało się rzeczywistością. Nigdy nie doświadczyłam okrucieństw wojny, nie miałam jednak złudzeń, że jakoś to przetrwamy. Skończyło się, wszystko, co znałam i kochałam dobiegło końca. Od tego momentu każda chwila mogła być tą ostatnią. Mogłam stracić tych, których kochałam, sama również mogłam zginąć. Mogłam stracić Doriana. Ta myśl nie pozwalała mi spać. Przewracałam się z boku na bok niemal przez całą noc. Ledwie zaczynało świtać, gdy dałam za wygraną i postanowiłam zejść do kuchni. Wiedziałam, że i tak nie zasnę, a nie chciałam budzić Doriana moim kręceniem się. Potrzebował snu, by zebrać siły. Rano czekały go obowiązki związane z wojną.
    Ubrałam się i cicho wyszłam z sypialni. Zeszłam po schodach, czując pod stopami miękki dywan, który wyciszał moje kroki. Teraz, gdy noce stały się chłodne, dywany były dodatkowym atutem. Jeszcze nim zeszłam ze schodów, dostrzegłam Ezekiela śpiącego na kanapie w salonie. Genevieve leżała obok, z głową wspartą na jego kolanach. Uśmiechnęłam się na ten widok. Byli sobie bliscy, nawet jeśli twierdzili, że jest inaczej. Przeszłam koło nich na palcach. Po raz pierwszy skradałam się we własnym domu i doszłam do wniosku, że to miłe. A to dlatego, że wreszcie ktoś był w tym wielkim zamczysku. Ktoś inny niż ja i Dorian, bo wszyscy inni zwykli zrywać się o świcie. Marzyłam o tym, by mieszkało tu więcej osób, nie sądziłam tylko, że aby tak się stało, musi wybuchnąć wojna.
    Przechodząc do holu, napotkałam spojrzenie Ezekiela. Było zaskakująco trzeźwe jak na kogoś, kto właśnie się obudził. Uśmiechnęłam się, a on lekko skinął mi głową. Przeciągnął się nieznacznie i poprawił koc okrywający Genevieve. Zostawiłam ich tak i w końcu dotarłam do kuchni.
    Tak jak przypuszczałam, Emma szykowała już śniadanie. Gdy tylko mnie zobaczyła, postawiła na stole dzbanek z kakao.
    - Dzień dobry, panienko, co dziś podać?
    - Jajecznica będzie idealna. Spałaś dziś, Emmo?
    - Niewiele, ale w przeciwieństwie do panienki nie potrzebuję tego.
    Wyjęła z lodówki jajka, cebulę i czerwoną paprykę. Przyglądałam się jej, gdy sprawnie siekała warzywa i podsmażała je, aż stały się miękkie. Czasem pomagałam jej w kuchni, sprawiało mi to przyjemność, a sama Emma w końcu zaczynała traktować mnie normalnie. Wbiła jajka i spojrzała na mnie przez ramię.
    - Panienka również nie wygląda na wyspaną. Może przygotuję coś, co pomoże panience zasnąć?
    Pokręciłam głową. Nieprzespaną noc nadrobię wieczorem, jeśli będzie mi dane. Upiłam jeszcze łyk kakao i podziękowałam, gdy Emma postawiła przede mną talerz. Było pyszne, jak zawsze.
    - Ktoś jeszcze już wstał? - zapytałam między kęsami.
    Kucharka potrząsnęła patelnią, zabierając się za smażenie placków. Mężczyźni lubili duże, syte śniadania. I najwyraźniej mieli doskonały węch, bo lada chwila strażnicy weszli do kuchni, głośno o czymś rozprawiając. Umilkli, gdy tylko mnie spostrzegli. Często tak się działo, dla nich byłam panią, której mieli służyć, nie spoufalali się, choć wiedziałam, że spełniliby każdą prośbę z mych ust. Nie mogłam wiele na to poradzić, nie miałam okazji, by spędzać z nimi czas tak jak z Emmą, Anne czy też drugą pokojówką Sarą. A mimo to, żadna z nich nie traktowała mnie jak zwykłej koleżanki, owszem, nie były już tak poważne i konkretne, rozmawiały ze mną, ale żadna z nich ani na chwilę nie zapomniała, że jestem panią tego zamku.
    Wojownicy skłonili mi się z szacunkiem i usiedli po drugiej stronie długiego stołu. Westchnęłam i dokończyłam śniadanie. Emma postawiła na stole talerz pełen placków ziemniaczanych, półmisek smażonych kiełbasek i drugi, wypełniony białym serem zmieszanym ze śmietaną. Dzbanki z kawą i herbatą już były w ruchu.
    - Skusi się panienka na coś jeszcze? - zapytała Emma, zabierając opróżniony przeze mnie talerz. Kakao dolała mi bez pytania, wiedziała, że je uwielbiam.
    - Nie, dziękuję. - Uśmiechnęłam się i napiłam słodkiego napoju.
    Podniosłam wzrok, widząc Varysa wchodzącego do kuchni. Wreszcie ktoś, z kim będę mogła normalnie porozmawiać. A w każdym razie mogłam do niedawna. Od dnia, gdy zostaliśmy napadnięci, wyraźnie mnie unikał. Wciąż był miły i troszczył się o mnie jak zawsze, ale nie spędzał ze mną czasu, o ile nie było to konieczne. Odchodził, gdy tylko odpowiedział na moje pytanie, nie dając mi szans za dłuższą wymianę zdań. Miałam tego już serdecznie dość. Przesunęłam się obok niego, gdy tylko usiadł przy stole.
    - Jak się czujesz, dziewczyno?
    - Jak na wojnie – odparłam, patrząc jak zapełnia swój talerz. - Przeżyłeś kiedyś coś takiego?
    - Mam dość lat, więc przeżyłem niejedno. Jednak nigdy nie siedziałem w tym tak głęboko. - Zerknął na mnie. - Boisz się?
    Strach. To dziwne, obezwładniające uczucie, które nie pozwoliło mi zasnąć tej nocy. Coś, jak gdyby wielka łapa chwyciła mnie za gardło i nie puszczała, póki nie straciłam tchu.
    - Jestem przerażona, ale to niczego nie zmieni. Nikt nie odwoła wojny dlatego, że się boję.
    - Nie. Najlepiej więc będzie ją wygrać – oznajmił, jedząc śniadanie. - Oczywiście ty i Leanne powinnyście zostać tutaj, bariery was ochronią.
    Spodziewałam się, że tak właśnie będzie, rozumiałam, że nie mogę iść z nimi na pole bitwy, byłam beznadziejną wojowniczką, jednak nie chciałam chować się w zamku. Ukrywanie się z dala od zagrożenia z głową pełną zmartwień o najbliższych... Nie było to szczytem moich pragnień.
    - Myślisz, że jeśli będę ćwiczyć, naprawdę dużo ćwiczyć... To będę mogła zostać z wami? Nie chcę być kulą u nogi, ale...
    - Nie jesteś i nigdy nie byłaś kulą u nogi, dziewczyno – przerwał mi stanowczym tonem. - Nigdy. To ty trzymasz nas wszystkich razem.
    To były chyba najmilsze słowa, jakie usłyszałam w ostatnich dniach. Mogły być trochę przesadzone, ale podkreślały wiarę, jaką Varys we mnie pokładał. On jeden wierzył we mnie bez względu na wszystko. Potrafił sprawić, że czułam się kimś naprawdę wartościowym, nawet wyjątkowym.
    Objęłam dłońmi kubek i zaczęłam obracać go w palcach, patrząc na spienione kakao. Napój przyjemnie ogrzewał mi dłonie. Milczałam, słuchając męskich głosów i szczęku naczyń. Po kilkunastu minutach wojownicy wyszli, a Emma zaczęła zbierać ze stołu. Dostrzegłam złote bransoletki kontrastujące z jej piękną, ciemną skórą. Emma nigdy dotąd nie nosiła biżuterii, nigdy też nie nuciła przy pracy. To przykuło moją uwagę i dokładniej przyjrzałam się kobiecie. Czarne włosy wciąż były upięte w schludny, ciasny kok, ale delikatny makijaż był czymś nowym. Uśmiechnęłam się, wszystko wskazywało na to, że kucharka była zakochana.
    Poderwałam się, gdy Varys wstał od stołu i ruszył ku drzwiom. Nie pozwolę mu uciec po raz kolejny. Szybko ujęłam jego ramię, nie bacząc na zdumione spojrzenie przyjaciela.
    - Wybacz, dziewczyno, ale mam pewne obowiązki, które...
    - Które mogą poczekać – tym razem to ja wpadłam mu w słowo. - Twierdzisz, że nie jestem kulą u nogi, ale mnie unikasz. Nie zaprzeczaj – wtrąciłam, widząc, że chce coś odpowiedzieć. - Unikasz mnie, odkąd napadły na nas demony. Jesteś miły, chronisz mnie, ale uciekasz, gdy tylko masz okazję. - Ściszyłam głos. - Chcę wiedzieć dlaczego. To moja wina?
    Westchnął i rzucił mi krótkie spojrzenie. Skruszone.
    - Nic nie zrobiłaś, Sheilo. To ja zawiniłem. - Odwrócił wzrok. Poprowadził mnie ku bocznemu wyjściu i przepuścił w drzwiach. - Zawiodłem cię, nie powtórzę tego.
    Popatrzyłam na niego zdumiona. O to chodziło? Uważał, że mnie zawiódł? Pokręciłam głową i ruszyłam przez ogród po wciąż miękkiej trawie.
    Patrzenie na ogród bolało. Walka, która została stoczona tu wczoraj, nie zostawiła go w dobrym stanie. Właściwie to, co zostało, nie przypominało ogrodu. Kwiaty były zdeptane, krzewy i młode drzewka połamane. Aleja róż jako tako się trzymała, lecz i ona nie pozostała bez uszczerbku. Kwiaty leżały na drodze, przypominając papkę. Mała huśtawka leżała pod drzewem razem z gałęzią, na której wisiała. Nawet fontanna pękła. Zastanawiałam się, czy altana wciąż stoi tam, gdzie powinna. Miałam ochotę zapłakać nad moim pięknym ogrodem. Był jednym z najpiękniejszych prezentów, jakie otrzymałam od Doriana. Próbą spełnienia moich marzeń. Dlatego kochałam każdy kwiat, każde źdźbło trawy. Nie mogłam teraz o tym myśleć, mieliśmy większe problemy. Później zajmę się ogrodem. Uratuję go.
    - Unikasz mnie, bo myślisz, że mnie zawiodłeś? - upewniłam się, zerkając na mojego przyjaciela.
    Przytaknął, patrząc przed siebie. Widziałam smutek na jego twarzy, smutek graniczący z bólem.
    - Nie zawiodłeś mnie, Varysie. Uratowałeś mi życie, pokonałeś ich wszystkich, nie bacząc na własne rany. Prawie tam umarłeś. - Ścisnęłam jego dłoń. - A ja nie miałam nawet okazji ci podziękować.
    - No właśnie, prawie zginąłem, a wtedy ty zostałabyś sama, bezbronna. Gdy pojawił się Belial... nic nie mogłem zrobić. To V'lane cię uratował. Powinienem umieć zapewnić ci bezpieczeństwo.
    Nie mogłam uwierzyć, że martwi go coś takiego. Przecież był wspaniały, a ja zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze czułam się bezpiecznie.
    - Belial nie jest kimś, z kim można tak po prostu walczyć. Nie wiń się za to, że nie ty go przepędziłeś. To nie zależało od ciebie. V'lane jest po prostu... On ma coś, co mogło zagrozić Belialowi. Ale to ty uratowałeś mnie przed zamachem.
    - I pozwoliłem, byś ujrzała moją prawdziwą twarz, byś zobaczyła to... to coś.
    Zatrzymałam się gwałtownie, nie wierząc w to, co słyszę.
    - To coś? Prawdziwa twarz? Czy ty słyszysz, co mówisz? - nie wytrzymałam.
    - Wiem, co mówię. Nie powinienem był pozwalać, byś to widziała, narażać na to... Wiem, że teraz patrzenie na mnie musi być dla ciebie trudne. Chciałem ci tego oszczędzić.
    Zamarłam. Do głowy by mi nie przyszło, że tak bardzo dręczy go tamta sytuacja. Sytuacja, która dla mnie nie miała najmniejszego znaczenia, bo owszem, była bolesna, ale przecież nie wyrządziła mi krzywdy. Poza tym sama byłam sobie winna, nie wpadłam na to, by się odwrócić. Objęłam się ramionami i ruszyłam przed siebie, stąpając po wilgotnej, miękkiej trawie.
    - Jesteś idiotą. To najgłupsze, co mogło przyjść ci do głowy. - Obejrzałam się przez ramię. - Jesteś moim przyjacielem, najbliższym przyjacielem. Miałabym cię odrzucić? Tak nisko mnie oceniasz, Varysie? Myślałam, że znasz mnie lepiej.
    Nie wiedziałam czy zaskoczenie w jego oczach bardziej mnie zabolało czy rozzłościło. Właśnie on, ten który zawsze we mnie wierzył, zawsze wspierał... On myślał, że jestem tak płytka, by go odrzucić. Że nagle zacznę go oceniać przez pryzmat tego, jak ujawnia się jego moc.
    Varys podszedł do mnie powolnym krokiem. Wydawało się, że chce coś powiedzieć, lecz najwyraźniej się rozmyślił. Zamiast tego sięgnął po moją dłoń.
    - Nikt dotąd nie chciał towarzystwa demona strachu, byłaś jedyna. Sądziłem, że gdy zobaczysz to, co inni... Przepraszam, dziewczyno. Po prostu aż trudno mi uwierzyć, że istnieje ktoś taki jak ty – wyznał cicho. Patrzył na nasze dłonie, jakby obawiał się spojrzeć mi w oczy. Westchnęłam i pokręciłam głową.
    - Nie jestem jedyna. Może pierwsza, ale nie jedyna. Zaprzyjaźniliście się z V'lanem, prawda? Dorian bardzo cię ceni, może tego nie widzisz, bo nie jest zbyt wylewny, ale on na tobie polega i ufa ci, a to naprawdę dużo jak na niego. I wybrał cię na świadka na naszym ślubie, właśnie ciebie, nie żadnego innego demona. Genie też cię lubi. I Leanne. - Ujęłam go pod brodę i skłoniłam, by na mnie spojrzał. Posłałam mu ciepły uśmiech. - Cenimy cię i potrzebujemy. Teraz pora, byś sam siebie polubił.
    Patrzył na mnie bez słowa, jednak jego oczy mówiły mi wystarczająco dużo. To, co mu powiedziałam, musiało naprawdę wiele dla niego znaczyć. Podniósł moją dłoń do ust i ucałował. Uśmiechnęłam się szerzej.
    - Nigdy się od ciebie nie odwrócę, Varysie. Masz miejsce w moim sercu, na zawsze. A twoje umiejętności nie mają tu żadnego znaczenia. To nie była twoja twarz, Varysie. Teraz ją widzę. I to – dotknęłam jego piersi, czując pod palcami miarowe bicie serca – i zapewniam cię, że to najpiękniejsze serce na świecie.
    - Nie przeraziło cię to?
    - Wtedy tak, ale to tylko wizja. Nie jesteś temu winien. - Stanęłam na palcach i pocałowałam go w policzek.
    Objął mnie, najpierw nieśmiało, ledwie muskając dłońmi moje plecy, a gdy odpowiedziałam uściskiem, otoczył mnie ramionami i przycisnął do siebie. Zamknęłam oczy, przytulając policzek do jego piersi. Miał silne, twarde ciało wojownika. Uśmiechnęłam się, gdy oparł brodę na mojej głowie. Jeszcze nigdy nie przytulał mnie tak mocno. To było miłe, mając go tak blisko, czułam się mała i bezpieczna.
    Nagle przypomniała mi się rozmowa z Leanne. Ta o Varysie i jego domniemanych uczuciach do mnie. To przecież nie mogło być możliwe, miałam męża, a Varys był moim najlepszym przyjacielem. Był jak rodzina. Nie mógł żywić do mnie głębszych uczuć. Zawsze był przy mnie, zawsze mnie wspierał, wierzył we mnie. Prawie oddał życie, by mnie ratować.
    Uniosłam głowę, by na niego spojrzeć. Uśmiechnął się i pogłaskał mój policzek. Co myślał? Co do mnie czuł? Powinnam go zapytać? Wystraszyłby się? Krępował?
    Odsunęłam się z westchnieniem. Nie mogłam dawać mu nadziei, nie chciałam go ranić. Nie zasłużył na to. Powinien kochać kogoś, kto odwzajemni to uczucie. Moja miłość do niego przypominała tę do Lexa czy Rapha. Była nawet silniejsza, ale nie taka, jak miłość do Doriana.
    Wzięłam Varysa pod ramię i ruszyłam ku różanej alejce. Myśl, Sheilo.
    - Zdaje się, że dziś znów mnie zawstydziłaś, dziewczyno.
    - Dobrze ci tak.
    Roześmiał się. Ulga w jego głosie była tak wyraźna, że i ja czułam się szczęśliwa. Przez chwilę nie myślałam o wojnie i niebezpieczeństwie, które na nas czyhało. Piękny, żółto-czerwony liść spadł mi pod nogi, przypominając, że wciąż nie widziałam Leanne. Właśnie. Leanne. Musiałam z nią porozmawiać.
    Podskoczyłam, gdy w naszą stronę poleciało jabłko. Varys chwycił je bez zastanowienia. Za jabłkiem na ziemię zeskoczył V'lane. No tak.
    - Śniadanie ci nie odpowiadało?
    Wzruszył ramionami, wgryzając się w soczysty owoc i zaproponował mi kolejny, wyciągnięty z kieszeni. Odmówiłam.
    - Jeszcze nie byłem w kuchni. Chciałem pobiegać, żeby rozgrzać mięśnie. Wcześnie wstaliście – zauważył. - Tylko ja spałem dziś jak zabity?
    - Ty zawsze śpisz jak zabity – burknął Varys, rzucając w niego jabłkiem. V'lane złapał je bez trudu. - Pewnie nawet bomba atomowa by cię nie obudziła.
    - Ej, nie jesteśmy tak blisko! - zaprotestował tamten, a ja parsknęłam śmiechem.
    - Zostałeś – odezwałam się, gdy już ochłonęłam. Przytaknął.
    - Sytuacja nieco się zmieniła. Potrzebujecie mnie. - Mrugnął zawadiacko.
    Uśmiechnęłam się. Miał całkowitą rację. Bez niego nasze wojska nie doczekałyby odsieczy.
    - Jak to został? - Varys spojrzał na mnie, potem na V'lane'a. - Chciałeś odejść? Dlaczego?
    - Cóż... powiedzmy, że cenię moją prywatność, która została nadszarpnięta... Ale powiedzcie lepiej, gdzie zgubiliście tę rusałkę z maślanym wzrokiem?
    -To nimfa leśna – poprawił go Varys.
    - No przecież mówię. Więc?
    - Jeszcze nie wyszła, później do niej zajrzę – poinformowałam obu. - Z wami też pogadam później, pójdę poprosić Emmę, by przygotowała Dorianowi śniadanie.
    - Też pójdziemy, jabłka to jednak marne śniadanie – mruknął V'lane.

    Posłałam mężczyznom ostatnie spojrzenie i zabrałam tacę z przygotowanym przez Emmę śniadaniem. Weszłam do sypialni po cichu, nie wiedząc, czy Dorian już się obudził.
    Nie spał. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i przeciągnął.
    - Dzień dobry, skarbie. Dawno wstałaś?
    - Właściwie to tak. Przyniosłam ci śniadanie. - Usiadłam na brzegu łóżka i pocałowałam męża. - Jak się dziś czujesz?
    - Dobrze, już wszystko w porządku – zapewnił mnie, siadając. - Ty już jadłaś?
    Skinęłam głową i postawiłam tacę na materacu.
    - Jakieś dwie godziny temu, ale sobie przyniosłam kilka kanapeczek. - Przyjrzałam mu się. - Na pewno nic cię nie boli?
    - Nie i chyba nie powinno po anielskim pyle. A w walce nie odniosłem żadnych większych ran. - Sięgnął po kanapkę i ugryzł kawałek. Uspokojona wzięłam swój kubek i upiłam łyk kakao.
    - Genie i Ezekiel zasnęli na kanapie.
    - O, razem? - zainteresował się Dorian.
    Przytaknęłam z uśmiechem i ugryzłam kanapkę.
    - To dobrze – stwierdził mój mąż i zabrał się za posiłek.
    - Myślę, że w obecnej sytuacji nawet oni nie mają ochoty na sprzeczki.
    Dorian westchnął i spojrzał na mnie.
    - No właśnie. Obecna sytuacja. Mamy wojnę, bo anioły doczekały się pretekstu. Zupełnie, jakby to była nasza wina, że ludzie nas zaatakowali, a potem spadli na wioskę! - Nachmurzył się i w kilku łykach wypił kakao.
    - Może właśnie tego chcieli, pretekstu. Ja wiem, że nie zawiniłeś. - Dotknęłam jego policzka. - Przetrwamy to jakoś, prawda?
    - Oczywiście, nie poddamy się. - Objął mnie ramieniem i spojrzał przed siebie w zamyśleniu, jakby o czymś sobie przypomniał. - Pamiętasz tę dziewczynkę w szpitalu w Bremnes?
    - Ingrid. Ciekawe, co u niej. - Oparłam głowę na ramieniu męża.
    - Pewnie wyzdrowiała. Ale nie o to mi chodzi. Chciałbym ci o czymś opowiedzieć. O czymś dziwnym... chyba. Kiedy wylądowałem na wyspie, a furia zaczęła mijać, zobaczyłem ruiny jednego z domów, na który spadły samoloty. Stała tam mała dziewczynka, może siedmio- albo ośmioletnia. Bała się, czułem to wyraźnie, ale nie uciekała, tylko stała i patrzyła. Jakby mój widok był czymś oczywistym, jakby się tego spodziewała, no nie wiem. Takie wtedy odniosłem wrażenie. Przypomniałem sobie ciebie i to, jak byliśmy w szpitalu, jak się zatroszczyłaś o tamtą dziewczynkę... A potem zacząłem się zmieniać. Kiedy skończyłem, a mgła się rozproszyła, ona nadal tam stała. Wyglądała na przestraszoną, ale nie to trzymało ją w miejscu. Nie mam pojęcia, czemu nie uciekała. Poza tym... chyba była ranna w rękę. Pomyślałem, że chciałabyś, żebym jej pomógł, a ta mała wydała mi się odważna i... no, sam nie wiem, trudno to wyjaśnić. W każdym razie podszedłem, dotknąłem jej i przeniosłem do tamtego szpitala, na korytarz, tuż przed recepcję, żeby nie wylądowała na jakimś przedmiocie. A potem usłyszałem wołanie Ezekiela i wróciliśmy do zamku.
    Podniosłam głowę i posłałam mu zdumione spojrzenie. Pomógł temu dziecku. Nie musiał, ale zrobił to, dla mnie. Poczułam ciepło, rozlewające się w moim sercu. Ścisnęłam dłoń Doriana i pocałowałam go w policzek.
    - Uratowałeś ją.
    - Chyba tak – odparł z namysłem. Wyglądał, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale w końcu nic nie powiedział.
    - Mój bohater – pochwaliłam i ucałowałam go w drugi policzek. - Dziękuję.
    Uśmiechnął się szeroko i odpowiedział pocałunkiem.
    Chciałam, by ten uśmiech pozostał na jego twarzy chociaż przez chwilę. Dlatego nie zadałam żadnego z pytań, które kłębiły mi się w głowie. Zamiast tego pozwoliłam mu skończyć śniadanie w spokoju, bez zmartwień, które i tak zaraz nas dopadną.
    Po posiłku wstał i sięgnął po ubranie.
    - Powinienem udać się do Piekła, wyszkolić wojsko, obmyślić strategie... - Założył spodnie i objął mnie w pasie. - Nie przegramy tej wojny, Sheilo. Tym razem to oni nas popamiętają.
    - Myślisz, że w ogóle mamy szansę? - zapytałam cicho. Oparłam się o niego i spojrzałam przez ramię. - Ich jest tak wielu...
    - Nie tylko liczebność się liczy. Coś wymyślimy, zapewniam cię.
    - Chcą twojej śmierci... - Obróciłam się w jego ramionach i objęłam go za szyję. - Obiecaj, że do tego nie dojdzie. Choćby nie wiem co, ty się nie poddasz...
    - Obiecuję – odpowiedział poważnie. - My się nie poddajemy, skarbie.
    Przytuliłam policzek do jego piersi, przyjmując te słowa. Nie mogło być inaczej.
    - Nie mogę cię stracić, nie przeżyłabym tego.
    - Ani ja ciebie. Nie narażaj się niepotrzebnie, dobrze? - Spojrzał na mnie. - Jeśli wpadałbyś w ręce aniołów, mogliby użyć cię przeciwko mnie.
    - Nie zrobię nic głupiego. Ale gdybym mogła ci jakoś pomóc...
    - Jeśli będziesz mogła, powiem ci – zapewnił.
    Musnęłam ustami jego szyję i w końcu – po chwili – wypuściłam go z uścisku. Potarłam oczy, by nie dostrzegł zbierających się w nich łez.
    - Słuchaj rad taty i Lexa. Mają wprawę w planowaniu bitew, pomogą ci.
    - Ezekiel też jest świetnym strategiem. Razem damy radę. - Nałożył koszulę. Skinęłam głową i objęłam się ramionami. On zaraz wyjdzie i nie miałam pojęcia, kiedy wróci. Ani w jakim będzie stanie. Ta myśl wierciła w moim sercu bolesną dziurę.
    - A... co ja powinnam robić? Mam się czymś zająć?
    Zastanawiał się przez chwilę.
    - Sheilo, potrafiłabyś zranić anioła, gdyby chciał cię skrzywdzić albo porwać? - Spojrzał na mnie uważnie.
    Przygryzłam wargę. Nie byłam dobra w ranieniu. Dzięki treningom z V'lanem i Varysem byłam dobra w uciekaniu. Ale zranić anioła? Tak, potrafiłabym, gdyby chodziło o Doriana, uświadomiłam sobie. Westchnęłam.
    - Potrafiłabym zmusić go, by mnie puścił.
    Pokiwał głową.
    - To dobrze, ale pamiętaj, że to nie zawsze wystarczy. Możesz udawać przed demonem, ale anioł rozpozna, że nie jesteś w stanie użyć przeciwko niemu sztyletu.
    - V'lane twierdzi, że sztylet nie jest moją mocną stroną – mruknęłam. - I chyba muszę się z nim zgodzić.
    - Pamiętam, że wspominał coś o łuku – przypomniał sobie Dorian. - Postrzeliłabyś anioła z takiej broni?
    - Ostatnio ćwiczyliśmy coś innego. Chciał wykorzystać to, że jestem nimfą.
    - Będziesz się zmieniać w parę wodną? Potrafisz to zrobić wystarczająco szybko? To przydatna umiejętność – przyznał.
    - Tak, to też, ale V'lane miał inny pomysł. Chodzi o to, że potrafię kontrolować wodę, nie na dużą skalę i nie tak, jak robiły to boginki, ale gdy jest blisko, mogę na nią wpłynąć. Mogę ją rozgrzać i zmrozić, nakłonić do zmiany stanu skupienia. A skoro ciało składa się głównie z wody, więc... mogę ją podgrzać lub ochłodzić, jeśli znajdę się wystarczająco blisko. V'lane uważa, że to wystarczy, bym mogła się oswobodzić i uciec. A Varys dał mi to. - Wyjęłam z szafy owiniętą materiałem laskę z jasnego, mocnego drewna. Była mojej wysokości. - Ostatnio kazał mi ćwiczyć z tym. Drewno jest na tyle wzmocnione, by wytrzymało nawet zderzenie z mieczem. Co prawda nie zada poważnych ran, ale utrzyma przeciwnika w odpowiedniej odległości. A to bardziej mi odpowiada. Nadal muszę dużo trenować.
    Dorian przyjrzał się mojej nowej broni, potem spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłam uznanie.
    - To wspaniały pomysł. Varys i tak zostanie tutaj, żeby was strzec, więc możecie trenować. W obecnej sytuacji takie umiejętności mogą się przydać.
    Uśmiechnęłam się dumna, że mogłam pochwalić się nowymi umiejętnościami, w dodatku takimi, które doceniał mój mąż. Wieść, że Varys będzie tutaj, również była krzepiąca. Czułam się lepiej, wiedząc, że nie zostanę sama z moimi zmartwieniami, choć wolałabym być u boku Doriana. Bez względu na grożące nam niebezpieczeństwo.
    - Nie będziemy teraz spędzać ze sobą zbyt wiele czasu, co? - zapytałam cicho.
    - Wszystko zależy od tego, jak to się dalej potoczy. - Skończył się ubierać, przeczesał włosy rękami i zerknął na mnie. - Postaram się wrócić na obiad, jeśli nic nie stanie mi na przeszkodzie.
    Odłożyłam laskę na miejsce i podeszłam do męża, by pocałować go na pożegnanie. Przytuliłam go mocno, walcząc z pokusą, by już nigdy go nie puszczać. W końcu cofnęłam się o krok.
    - Ezekiel i V'lane są na dole, jeśli ich potrzebujesz. I pamiętaj, że cię kocham.
    - Pamiętam, mój skarbie – zapewnił mnie, pocałował i wyszedł z pokoju.
    Zostałam sama i nie miałam pojęcia, co z sobą począć. Nie wątpiłam, że Ezekiel i V'lane zabiorą się z Dorianem, a Genie wróci do domu chociażby po to, by się przebrać. Strażnicy na pewno dołączyli już do wojsk, więc w zamku oprócz mnie i Varysa zostały tylko służące. No i Leanne, która wciąż nie opuściła lasu. To do niej postanowiłam udać się najpierw.
    Znalazłam Leanne przy jej drzewie. Siedziała z kolanami podciągniętymi pod brodę i głaskała szare futerko przytulonego do niej zająca. Podniosła na mnie wzrok i zmusiła się do słabego uśmiechu. Usiadłam obok i podrapałam ciekawskiego zająca.
    - Wszystko w porządku?
    W myślach skarciłam się za to, że nie przyszłam do Leanne wcześniej. Od poznania Doriana przeżyłam tak wiele i kolejne problemy wydawały mi się czymś normalnym. Stałam się silniejsza i bardziej odporna, Leanne natomiast musiała się czuć jak ja tuż po uwięzieniu przez Doriana.
    Drżała, w jej oczach dostrzegłam lęk.
    - Oni wrócą, prawda? Żeby zabić nas wszystkich?
    - Wrócą, ale nie wejdą tu. Jesteś bezpieczna, Leanne, twoje drzewo też – zapewniłam ją.
    - A jeśli im się uda? Jak mam ochronić moje drzewo przed czymś takim? - Posłała mi przerażone spojrzenie.
    - Dorian je ochronił, razem z moim ojcem. Nałożyli bariery, które obejmują zamek i twój las.
    Objęłam ją, a wtedy oparła głowę na moim ramieniu. Zdecydowanie powinnam była zatroszczyć się o nią wcześniej.
    - Oni wszyscy pójdą na wojnę, prawda? Dorian, Varys, Ezekiel, V'lane?
    - Varys zostanie, będzie tu z nami przez cały czas. Ale reszta... Tak, oni pójdą na wojnę.
    - Myślisz, że zginą?
    Dreszcz przeszył moje ciało.
    - Dobra boginko, mam nadzieję, że nie. Że wszyscy wrócą cali i zdrowi. Musimy w to wierzyć. - Potarłam jej ramiona. - Chodź, poszukamy ci jakiegoś swetra.
    Pociągnęła nosem, ale pozwoliła mi się podnieść. Razem ruszyłyśmy w stronę zamku.
    - A co z Varysem? Nadal cię unika?
    - Doszliśmy do porozumienia – odparłam z uśmiechem. - Mam zamiar poprosić go o dodatkowy trening. Chciałabyś poćwiczyć z nami?
    Zamrugała ze zdumienia.
    - Ja miałabym walczyć? Nie nadaję się do tego.
    - Ja także, ale czasem dobrze umieć się obronić. Mnie się przydało.
    Zawahała się, niemal widziałam myśli kłębiące się w jej głowie.
    - Z tobą i Varysem? Ale to mężczyzna...
    Zachichotałam, nie mogłam z tym polemizować. Rumieniec na twarzy Leanne także mnie nie dziwił.
    - To bardzo przyzwoity mężczyzna. No dalej, Leanne.

    Ostatecznie Leanne uznała, że będzie obserwować moje treningi i może wtedy się zdecyduje. Tak więc siedziała po turecku na dywanie, podczas gdy ja i Varys krążyliśmy wokół siebie. Trzymałam przed sobą kij, gotowa w każdej chwili go użyć. Obracałam go w dłoniach, cofając się powoli.
    - Przestań zataczać kręgi i atakuj, dziewczyno.
    - Wtedy bez problemu odbijesz cios i zwalisz mnie z nóg – poinformowałam go. - Poczekam.
    Uśmiechnął się i skinął głową w geście aprobaty. Obaj z V'lanem wpajali mi, że najważniejsze to wyczuć przeciwnika. Nie wychylać się, póki nie nadejdzie odpowiedni moment.
    Varys zaatakował. Zamachnął się mieczem, a ja zablokowałam cios kijem, mocno opierając się na nogach. Ugięłam kolana, by zamortyzować siłę ciosu, odbiłam go i od razu pchnęłam kijem w brzuch Varysa. Odskoczył i kopnął laskę, spychając ją ku podłodze. Zachwiałam się, musiałam oprzeć ciężar na kiju, by nie upaść, wtedy bym przegrała. Z jego pomocą podskoczyłam, unikając kolejnego cięcia mieczem, niestety wciąż nie byłam dobra w wymierzeniu odległości i poleciałam wprost na Varysa. Zdążył odrzucić miecz, lecz próba złapania mnie skończyła się bolesnym zderzeniem z podłogą dla nas obojga.
    - Przepraszam – jęknęłam.
    - Wolałbym, żebyś zamiast przepraszać, nauczyła się trzymać podłogi – mruknął, leżąc pode mną. Przetoczyłam się na podłogę i odetchnęłam głęboko.
    - Wybacz, to jakoś samo wychodzi...
    - Samo? - Spojrzał na mnie z rozbawieniem. - Więc może powinienem uczyć cię latać?
    - A ja myślę, że byłaś świetna – pocieszyła mnie Leanne.
    - Oczywiście, że była. Teraz jednak przyda jej się chwila odpoczynku.
    O tak, tego potrzebowałam. Opuściłam głowę na podłogę i wbiłam wzrok w sufit. Odetchnęłam głęboko, próbując uspokoić oddech. Uśmiechnęłam się i podziękowałam bezgłośnie, gdy leśna nimfa wcisnęła mi w dłoń szklankę schłodzonej wody.
    - Chcesz spróbować, drzewna panno? - Varys przyjął od niej wodę, choć nie wydawał się w połowie tak zmęczony jak ja.
    - Machać kijem czy latać?
    O tak, bardzo zabawne, chciałam odpowiedzieć, ale zamiast tego usiadłam i wypiłam połowę swojej wody.
    - Na początek proponuję zacząć od właściwej postawy.
    Varys ustawił się za Leanne i kazał stanąć w lekkim rozkroku. Tłumaczył jej, jak ważne jest, by pewnie opierała się na nogach. Znałam te polecenia i wskazówki, dlatego oparłam się o miękką pufę i przysłuchiwałam się tylko jednym uchem. Leanne oparła się o Varysa i pozwoliła, by kierował jej ciałem, tłumacząc kolejne postawy. Rumieńce na jej twarzy pogłębiały się, ilekroć czuła na karku oddech Varysa. Była mniej zdeterminowana niż ja, ale wydawała się zadowolona z lekcji.
    - Co, ty też chcesz spróbować? - zagadnęłam Wiercipiętkę, która łapkami objęła moją rękę i próbowała zwrócić na siebie uwagę. Chwyciłam ją, nim upadła i posadziłam sobie na kolanach, drapiąc ją za uchem. Fuknęła cicho, a ja mogłam tylko zgadywać, co znaczyła ta odpowiedź. Mała psotnica wbiła pazurki w rękaw mojej sukienki, zachęcając mnie do zabawy. Przez chwilę siłowałam się z nią, by uwolnić rękę, niestety materiał przegrał to starcie, rwąc się w kilku miejscach.
    Leanne chichotała, wykonując polecenia Varysa. Wydawali się bawić na tyle dobrze, że Wiercipiętka obrała ich za swój nowy cel. Roześmiałam się, patrząc jak człapie na dwóch łapkach, próbując pochwycić brzeg sukienki mojej przyjaciółki. Dziewczyna podciągnęła materiał, starając się jej to uniemożliwić.
    - Gotowa na drugą rundę? - Podniosłam wzrok na stojącego nade mną Varysa. Chwyciłam wyciągniętą przez niego dłoń i pozwoliłam podciągnąć się na nogi. - Postaraj się nie skakać tym razem.

8 komentarzy:

  1. dziekuje , Sheila niezbyt dobrz eznosi te sytuacje , ostanwiła sie nauczyc walki, dobrz eze wyjaśnili sobie z Varysem te sparwe z ataku, teraz potrzebna im jednosc przeciw aniołom;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sheila postanowiła uczyć się walczyć jeszcze przed wojną;)

      Usuń
  2. Całkiem milusi ten rozdział. Taka chwila wytchnienia od całej tej wojny. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pięknie dziękuję.Chwila oddechu przed następna bitwą.A może uratowana przez Doriana dziewczynka będzie kluczem do zakończenia wojny? W końcu zrobił coś dobrego bezinteresownie.Cieszę się,że wszystko sobie wyjaśnili z Varysem.Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da się ukryć, że zrobił coś dobrego, ale przyczynił się do stworzenia sytuacji, z której to dziecko ratował.
      Wszystkiego to oni nie wyjaśnili, ale to co najbardziej powinni owszem.;)

      Usuń
  4. Jak spokojnie i grzecznie, no, no ;) A Sheila jaka odporna się zrobiła, aż dziw bierze :) I tylko Leanne mi szkoda, trafiło jej się drzewo akurat tuż przy miejscu bitwy :)

    OdpowiedzUsuń
  5. dziekuje , jak widac Sheili udało sie wyjasnic sprawe z Varysem , biedak bardzo sie gryzł ze nie potrafił jej ochronic, powiedział mu własciwe słowa, a te lekcje walki?przydadza się jej , nie teraz to kiedys

    OdpowiedzUsuń