Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

30.04.2017

Rozdział XXXI

***Dorian***

    Nie wzmocniłem barier.
    Byłem na siebie wściekły. Jak mogłem o tym nie pomyśleć?
    Po wizycie Rafaela stały się słabsze, a ja tego nie spostrzegłem. Powinienem był to wyczuć, naprawić. Nie zrobiłem tego i teraz mieliśmy ponieść konsekwencje mojego zaniedbania.
    Kiedy nastąpił atak, zrozumiałem, że już za późno, by naprawić ten błąd. Musieliśmy zatrzymać anioły przed wtargnięciem do zamku. Sheila i Leanne tam były, a gdyby bariery pękły, Raphael lub Varys powinien zabrać je w bezpieczne miejsce. Byłem pewien, że nie pozwolą, by coś im się stało. Niestety, zapomniałem, że gdy moja żona się uprze, nic jej nie powstrzyma.
    Potem wszystko działo się bardzo szybko.
    W pośpiechu ruszyliśmy do walki. Pojawiłem się na polu bitwy razem z Azazealem. Wojska, nasze i anielskie, ruszyły do boju, mieszając się ze sobą. Starałem się zabić jak najwięcej wrogów, celtycki miecz był mi w tym niezwykle pomocny. Ciąłem raz za razem, zostawiając za sobą pierzaste trupy.
    Problem w tym, że wrogów ciągle przybywało.
    W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że to na nic. Skupiając się na obronie barier, przegrywamy. Zanim zdążyłem wymyślić coś innego, bariery pękły.
    Sheila. To pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, połączona z obezwładniającym strachem o ukochaną kobietę. Była w zamku. Czy zdążyła uciec, skryć się w Piekle? Do licha, miałem nadzieję, że tak. Kiedy bitwa przeniosła się bliżej zamku, mieli wiele okazji, by ją stamtąd zabrać. Musiałem w to wierzyć, by skupić się na walce.
    Początkowo walczyłem ze sporą grupą aniołów, mając ze sobą dużo mniejszą grupę demonów, za to tych, których sam wybrałem. Zdolni, pojętni, jedni z najlepszych. Mimo licznego wroga, nie dali się tak łatwo pozabijać. Chwilę później dołączyła do nas Genevieve.
    Kiedy ją zobaczyłem, nadal żywą, poczułem ulgę. Szła w moją stronę jak burza, zabijając każdego anioła na swej drodze. Naprawdę wspaniale sobie radziła. Nie wątpiłem, że częściowo to zasługa treningów Azazeala. Gdyby nasz ojciec zobaczył ją w walce, byłby z niej naprawdę dumny. Stała się taką kobietą, jaką chciał ją widzieć. Poza przyjaźnią z upadłym aniołem oczywiście.
    Chwilę później zdarzyło się coś dziwnego. Zagrzmiało, lecz nie była to zwyczajna burza. Nie miałem pojęcia, co się działo, ale najwyraźniej pogoda działała na naszą korzyść. Demony wokół nas nabrały mocy, a grupa aniołów, z którymi walczyliśmy, zaczęła maleć. Spadł nagły deszcz, niebo przybrało kolor zieleni. Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Pozbawiłem głowy ostatniego anioła i zatrzymałem się przy siostrze. Była zmęczona, ale nie została poważnie ranna. Spojrzała na mnie i odwróciła się w stronę, z której przybiegła.
    - Ezekiel? - zapytałem.
    - Został z Azazealem. Dorian, musimy tam wrócić... - urwała, gdyż w oddali pojawiła się sylwetka przyjaciela. Ruszyliśmy ku niemu. - Zeke...
    Ezekiel odwrócił się, wyglądał na poważnie rannego. Genie przytrzymała go, przytuliła i zaczęła wypytywać o Azazeala.
    - Przepraszam, Vi. Nie dałem rady... - usłyszałem. Podszedłem bliżej, zerkając na Ezekiela.
    - Nie...
    - Przykro mi, osaczyli nas. Ciągle przybywali kolejni. To było ukartowane, chcieli nas wyeliminować. Ale zniszczyłem ich, Vi. Za to, co zrobili. Pomściłem go.
    Genie zaczęła krzyczeć. Chwyciłem upadającego Ezekiela i pomogłem mu wstać. Kiedy oparł się o drzewo, podszedłem do siostry i objąłem ją.
    - Zabiję ich. Wszystkich – warknęła.
    Przez chwilę nie byłem w stanie nic powiedzieć, to było zbyt nieprawdopodobne. Azazeal nie żyje? Biedna Sheila. Załamie się. Powinienem być przy niej, gdy się dowie. Właśnie straciła ojca.
    Zobaczyłem ból w oczach Genie. Nie tylko Sheila straciła osobę, którą kochała. Moja siostra bardzo cierpiała. A ja nic nie mogłem zrobić.
    Kiedyś sam chciałem go zabić. Za to, co nam zrobił. Za to, że podobnie jak teraz Michał, poprowadził anielskie wojska, by nas wymordować.
    Ale Azazeal nie był jak Michał. Do licha, nawet zaczynaliśmy się dogadywać. Stanął po naszej stronie, walczył w naszej wojnie i zginął w niej. Nie tak powinno być.
    - Pomścimy go, Genie – zapewniłem, patrząc na siostrę. Nie powinna tak cierpieć. Nie zasłużyła na to. - Zabijemy każdego z nich. A przede wszystkim archaniołów. Kiedy ich pokonamy, z resztą pójdzie nam łatwiej. Zabijemy ich i nie będzie to szybka śmierć.
    Chwyciła za broń i pełna niepohamowanej wściekłości, rzuciła się na zbliżającą się do nas grupę aniołów. Nigdy wcześniej jej takiej nie widziałem. Przepełnionej gniewem, żądzą zemsty. Rozumiałem ją, sam niegdyś czułem to samo, ale po raz pierwszy zobaczyłem odbicie tego gniewu u siostry. I było to niepokojące. Wiedziałem, że w końcu jej przejdzie, Genie nie była taka jak ja, ale teraz... Teraz musiałem być blisko, by nad nią czuwać. Cóż, z doświadczenia wiedziałem, że gniew nie zawsze może przynieść oczekiwany rezultat.
    Ruszyłem za nią, ale nadleciały kolejne anioły, oddzielając mnie od siostry. A wraz z nimi archanioł Gabriel. Uniosłem miecz, gdy wylądował tuż przede mną. Deszcz już osłabł, lecz i tak wątpiłem, by stanowił przeszkodę dla archanioła.
    Skrzyżowaliśmy miecze. Miałem zamiar wykorzystać całą swoją wiedzę i umiejętności, by go pokonać. Miałem zamiar go zabić.
    Gabriel naprawdę dobrze władał mieczem. Gdyby nie liczne treningi z Azazealem i Legionem, już dawno by mnie pokonał. Problem w tym, że to nie był pojedynek, a bitwa, zatem otaczały mnie anioły, zaś nieliczne demony padały jeden po drugim. Mimo dobrego wyszkolenia, byli w zdecydowanej mniejszości. Znalazłem się w kiepskiej sytuacji, musiałem utrzymać się jak najdłużej.
    Z aniołami walczyłem już niemal automatycznie, zarówno mieczem, jak i magią. Zadawałem cios za ciosem, a w sytuacjach krytycznych używałem swojej mocy. Jednakże kiedy stanąłem naprzeciwko Gabriela, szybko przekonałem się, że potrafił oprzeć się mojej magii, musiałem zatem wykorzystać swoje umiejętności w walce mieczem.
    A ten nadęty archanioł był w tym, niestety, naprawdę dobry.
    Czułem coraz większe zmęczenie, spowodowane zużyciem mnóstwa mocy, utratą krwi i bezustanną walką z licznym wrogiem. Wydawało mi się, że ktoś krzyczy moje imię, ale nie mogłem się teraz rozproszyć. Pchnąłem mieczem, kolejny anioł padł martwy, ale Gabriel, chwilowo zajęty moim wojownikiem, poradził sobie równie szybko i zaatakował mnie. Ponownie skrzyżowaliśmy broń. Patrzył na mnie z wyższością, wydawał się pewny wygranej. O nie, nie poddam się tak łatwo. Zablokowałem jego cios, ale rozproszył mnie hałas za plecami. Miecz Gabriela błyskawicznie zmienił położenie i w tej samej chwili poczułem szarpnięcie.
    To była Sheila. Nie zdążyłem zareagować, osłonić jej, nie miałem pojęcia, że znajduje się w samym środku bitwy, choć powinna być bezpieczna. Nie była.
    Archanioł najwyraźniej był równie zdumiony jej widokiem, bo spowolnił cios, który miał mnie trafić, zanim Sheila wbiegła między nas. Mimo to chyba zranił moją nimfę. Pociągnąłem ją w swoją stronę, ale było już za późno. Na jej plecach dojrzałem krew. Zaledwie odrobinę, lecz nie miałem pojęcia, czy to draśniecie, czy poważniejsza rana.
    - Ty draniu! - warknąłem z wściekłością. Właśnie skrzywdził moją żonę. Poczułem w sobie gniew. Zebrałem tyle mocy, ile zdołałem i pchnąłem w Gabriela w postaci purpurowej kuli, która rozmnożyła się na wiele mniejszych kul. Każda miała w sobie silną truciznę, wystarczył niewielki kontakt ze skórą. Niestety, tak jak wcześniej, archanioł zablokował moc. Był zbyt silny. Korzyścią było to, że kilka ognistych kul trafiło w inne anioły, roztapiając ich skórę.
    Spojrzałem na Sheilę, zdając sobie sprawę, że zasłoniła mnie przed śmiercią. Ten cios mógł mnie zabić. I o mało nie zabił mojej ukochanej. Tak, właśnie w ten sposób ostatnio o niej myślałem, kobieta, którą kocham. I dla której mógłbym umrzeć. I, do licha, nawet nie zdążyłem jej o tym powiedzieć.
    - Jesteś ranna. Miałaś być bezpieczna. W Piekle. Nie powinno cię tu być – zwróciłem się do niej, obejmując ją ramieniem, jednocześnie wyciągnąłem drugą rękę, trzymając przed nami miecz. Musiałem ją chronić, a nie mogłem nawet porządnie jej osłonić. Byłem otoczony. I tak wściekły, jak nigdy. Miałem ochotę rzucić się na anioły, rozerwać ich na strzępy. Gdybym miał w sobie więcej mocy, mógłbym ich rozgnieść, wysadzić w powietrze, spopielić. Ale nie miałem. Moja moc była na wyczerpaniu.
    - Nie mogę cię stracić, nie mogę cię stracić... - powtarzała gorączkowo, mocno mnie obejmując. Jakby chciała zasłonić mnie przed całym światem.
    - Już dobrze, skarbie, żyję, za to ty jesteś ranna – mruknąłem, tuląc ją do siebie. Gniew zastąpił niepokój. Rozejrzałem się za kimś, kto mógłby zabrać ją w bezpieczne miejsce. Do licha, gdzie się podziali Raphael, Varys? Powinni przy niej być, zamiast tego była tu sama, mogła zginąć tyle razy... A w dodatku zbliżał się do nas Michał. Zerknąłem na Gabriela, w każdej chwili byłem gotowy na jego ponowny atak.
    - To nie jest miejsce dla kobiet takich jak ona – powiedział, spoglądając na Michała.
    - Nie pójdę – zaprotestowała Sheila.
    - Pójdziesz, jak tylko będzie taka możliwość. Trzymaj się za mną i nie próbuj więcej mnie zasłaniać – zwróciłem się do niej.
    Michał zaatakował bez wahania. Starając się osłonić żonę, odbijałem ciosy, wiedząc, że jeśli mnie pokona, zabije także i Sheilę. Nie sądziłem, by zawahał się tak, jak Gabriel. Nie mogłem przegrać, przynajmniej dopóki Sheila nie będzie bezpieczna.
    Chwilę później dostrzegłem V'lane'a, który odciągnął od nas Gabriela i poczułem, że ktoś odsuwa ode mnie Sheilę. Wykonałem obrót, uchylając się przed ciosem Michała i jednocześnie dostrzegłem Varysa. Zablokowałem kolejne pchnięcie. Miałem nadzieję, że demon strachu szybko zabierze moją nimfę w bezpieczne miejsce.
    Nie żeby nie stawiała przy tym godnego podziwu oporu. Oboje zamarli, gdy między nas wszystkich wkradły się cienie i szybko zaczęły oplatać anioły. Część naszych przeciwników niemal została zdmuchnięta, oczyszczając drogę, którą zmierzał do nas Legion. Żywy i wściekły.
    Przypomniałem sobie, jak mi kiedyś tłumaczył, że jego życie zależy od życia Azazeala. Gdy mój teść umarł, Legion także powinien stracić życie. Nie miałem pojęcia, jak to możliwe, że jednak przeżył, ale bardzo mnie to cieszyło. Archaniołowie tracili wsparcie.
    Odbijałem ciosy Michała, starając się przejść do ataku, jednak jego ruchy trudno było przewidzieć. Przed magią potrafił się obronić, mieczem władał lepiej ode mnie, zatem mogłem się tylko bronić i jak najdłużej nie pozwolić mu się zabić. Najważniejsze, żeby Sheila przeniosła się w bezpieczne miejsce. Nie mogła po prostu wrócić do Piekła, żebym skupił się na walce, zamiast się o nią martwić?
    Nie wychwyciłem momentu, gdy do walki włączyła się Genie, ani nawet pojawienia się Ezekiela, który zawsze wkraczał do akcji efektownie. Wydawało mi się, że walczy z Urielem, ale nie miałem czasu mu się przyglądać.
    W następnej chwili poczułem, że tracę miecz i uchylając się przed kolejnym ciosem, upadłem na ziemię. Próbowałem osłonić się magią, ale miałem jej za mało. Usłyszałem krzyk Sheili i zanim miecz Michała zdołał mnie dosięgnąć, powstrzymało go ostrze Legiona, który zajął moje miejsce i natarł z impetem na archanioła.
    - Dorian! - Sheila dobiegła i uklękła przy mnie. Podniosłem się szybko, sięgając po miecz. Rozglądając się za wrogiem, podałem rękę żonie, a gdy także wstała, objąłem ją ramieniem.
    - Nic mi nie jest. Czemu nie poszłaś z Varysem?! Sheilo, nie możesz tu zostać. - Wziąłem głęboki wdech. Musiałem ją przekonać. Za wszelką cenę nie mogłem pozwolić jej zginąć. Nie stracę jej po raz kolejny. - Skarbie, proszę cię, idź z Varysem. Tu jesteś w niebezpieczeństwie. - Dotknąłem jej policzka. - Gdyby coś ci się stało, nie byłbym w stanie dalej walczyć, rozumiesz? Kocham cię i zrobię wszystko, żebyś była bezpieczna.
    Zamrugała i patrzyła na mnie w tak wielkim zdumieniu, jakby wyrosła mi jeszcze jedna głowa. A potem w jej oczach pojawiły się łzy.
    - Problem w tym, że ja także cię kocham i nie umiałabym żyć w świecie, w którym cię nie ma.
    - I to są słowa, które radują moje serce – usłyszałem głos Rafaela. Uchylił się przed ciosem i posłał demonowi urażone spojrzenie. - To było niegrzeczne. A ja tu przychodzę w imię pokoju...
    Spojrzałem zdumiony na jedynego archanioła, którego nie miałem ochoty zabić.
    - W imię pokoju? - powtórzyłem. - W samym środku bitwy?
    - Sam przyznaj, że lepszej okazji nie mogłem wybrać! - Stanął między Michałem i Lexem, kładąc im dłonie na ramionach. - To jak, ja mam zacząć? Zatem optuję za ponownym rozpatrzeniem zawarcia pokoju. - Spojrzał na Michała. - I wiesz, że musisz mnie wysłuchać.
    - Teraz? Bracie, chyba postradałeś zmysły. - Michał wpatrywał się w niego ze zdumieniem i irytacją. - Już za późno. Wojna zaraz się skończy, wyplenimy zło z tego świata raz na zawsze.
    Spojrzałem na Varysa, stał obok mnie, gotowy zabrać Sheilę w bezpieczne miejsce. Szczerze wątpiłem, by Rafael zdołał przekonać naszych wrogów do pokoju, a pojawienie się wśród walczących bez broni było albo odważne, albo bardzo naiwne.
    - Przestań postrzegać świat z czarno-białej perspektywy. Nie są aż tacy źli. A ty swoją drogą nie zawsze jesteś taki dobry. Jest dla nich nadzieja, Michale.
    - Do rzeczy – wtrącił Gabriel. - Mamy obowiązek cię wysłuchać, ale niech to nie trwa wiecznie.
    Rafael wzruszył ramionami i wskazał mnie palcem.
    - On ma sumienie. Kocha. Czy według was wobec tego może być złem? Azz całe życie nam to pokazywał...
    - Azazeal się zbuntował – przypomniał Michał. - Chcesz podawać go jako przykład dobrego postępowania? A sumienie jakoś im nie przeszkadzało przy zabijaniu ludzi.
    - Zbuntował się przez wojnę. A my to powtarzamy. Poza tym, jak się okazuje, oni mogą też ratować ludzi... - Chrząknął. - Dorian ocalił dziecko, Michale. Ta dziewczynka żyje i ma się dobrze, bo jej pomógł. Oni nie chcą krzywdzić, po prostu trudno im się dostosować.
    - Dziecko? - zainteresował się Gabriel. Poczułem, że Sheila wtula się w moje ramiona. Chyba nikt już nie walczył. Wszyscy na nas patrzyli.
    Dziewczynka. Tak, pamiętałem ją, ale nie sądziłem, że to ma jakiekolwiek znaczenie. Wróciłem myślami do tamtego momentu, gdy w Smoczej Furii spaliłem samoloty i zabiłem ludzi. Kiedy lądowałem, świadomość zaczęła powracać. Ból był tak samo silny, ale Furia mijała. Zatrzymałem się obok domu, na który spadł jeden z samolotów i dopiero wtedy ją zobaczyłem.
    Przerażona dziewczynka, drobna, szczuplutka, co widać było mimo grubego kożucha, w który była ubrana. Jej ręka wyglądała na złamaną, poza tym chyba nie była poważnie ranna. Ot, zwykłe ludzkie dziecko. Początkowo miałem zamiar ją zignorować, zakładając, że i tak ucieknie z krzykiem. Raczej nie miała połamanych nóg. A skoro nie uciekała, zapewne sparaliżował ją strach. O tak, czułem go od niej, ale było tam coś jeszcze. Coś, co mnie zdziwiło, nie potrafiłem określić, co to było. Przez chwilę nawet mnie to zaciekawiło. Nie była to magia, ale coś odróżniało ją od innych ludzi.
    Ból przypomniał mi, że powinienem raczej zająć się sobą i swoją raną. Rozpocząłem przemianę. Kiedy skończyłem, ku mojemu zdumieniu, ona wciąż tam stała. Jakby oczekiwała tego, co nastąpi. Dotknąłem rany, między palcami poczułem krew. Powinienem poszukać Ezekiela i wrócić do domu, ale... zawahałem się. Przypomniałem sobie tamtą dziewczynkę w szpitalu i reakcję Sheili, jak bardzo się przejęła, że dziecko zostało ranne. Zrobiłem krok w stronę dziewczynki, nie cofnęła się, ale jej niebieskie oczy rozszerzyły się w przestrachu. Mimo to nie uciekała. Jakby spodziewała się tego momentu i czekała, co stanie się dalej.
    Usłyszałem wołanie Ezekiela i nie namyślałem się już dłużej. Dotknąłem jej ramienia i przeniosłem ją do tego samego szpitala, w którym leżała poparzona dziewczynka. W następnej chwili ponownie usłyszałem wołanie przyjaciela i odpowiedziałem mu.
    - To było w Grenlandii – potwierdziłem, patrząc na Rafaela.
    - Wiem o tym. A także, że na tamtą krótką chwilę przedłożyłeś jej dobro nad własnym. - Odwrócił się do archaniołów. - Przedłożył swoje dobro dwa razy. Oferował też swoje życie za Sheilę.
    - Co?! - wykrzyknęła Sheila.
    - Interesująca oferta – stwierdził Michał, zerkając na mnie. - Ale to jego żona – dodał, zwracając się do Rafaela. - A jedno uratowane życie niewiele zmienia. To od nich wszystko się zaczęło i na nich powinno się zakończyć. Już raz Azazeal darował życie jednej z nich i jak to się dla niego skończyło? Porzucił Niebo, przejął Piekło i na koniec stanął do wojny z nami po ich stronie. I zginął z ich winy. - Spojrzał na Rafaela stanowczym wzrokiem. W jego głosie można było wyczuć pretensję. Zawsze myślałem, że się po prostu nienawidzili z Azazealem, ale chyba chodziło o coś innego. Najwyraźniej Michał obwiniał Genie o upadek mojego teścia. - Nie widzisz tego, bracie? Pozwalając na ich istnienie, pozwalamy na zło.
    - Azazeal nie był zły. Nigdy. - Obok archanioła zatrzymała się jasnowłosa anielica. - Walczyłam z nim dzisiaj i przegrałam. A jednak żyję. Darował mi życie, choć mógł mnie zabić. Wiem, że szanujesz moje zdanie, dowódco, więc chciałabym, żebyś o tym wiedział – zwróciła się do Michała. - Sam zawsze powtarzałeś, że wojna jest ostatecznością. Gdy nie ma już innych rozwiązań – dodała.
    - To wojna jest złem – zaprotestował miękko Rafael. Wyglądało na to, że chce jeszcze coś dodać, ale wtedy Genevieve ruszyła ku nim sztywnym krokiem. I pchnęła Michała w pierś.
    - Nie waż się! Nigdy nie waż się mówić o Azzie! To wy go zabiliście! Wy! I śmiecie nazywać się braćmi! - Na wpół krzyczała, na wpół płakała.
    Ezekiel szybko mnie minął i pochwycił Genie, odciągając ją od aniołów. Słyszałem, że szepcze coś do niej uspokajającym tonem. Potem spojrzał na archaniołów i dodał głośniej:
    - Nigdy nie chcieliśmy wojny. Nie mieliśmy też w planach niszczyć Ziemi, zabijać ludzi. Czasem nasze instynkty są silniejsze, ale wszyscy je mamy.
    - I jesteśmy w stanie nad nimi panować – dodałem.
    Michał zmarszczył brwi, wyglądał, jakby chciał zaprotestować, zamiast tego spojrzał na Gabriela.
    - Ty też uważasz, że powinniśmy im uwierzyć na słowo? - zapytał go.
    - Uważam, że robimy zbędne przedstawienie. I powinniśmy porozmawiać. Jeśli naprawdę możemy to zatrzymać, warto spróbować.
    - Jest pewien ustronny lokal kilka kilometrów stąd – wtrącił Rafael. - Nasza czwórka i cztery osoby od was. Zgodnie z zasadami oficjalnych spotkań.
    - Zwolnij, bracie – wtrącił Gabriel. - Oni jeszcze nie powiedzieli, że chcą zawarcia pokoju.
    - Chcemy – powiedziałem natychmiast, patrząc na niego. Miałem wrażenie, że to jego głos jest tutaj decydujący. Michał raczej nie odpuści, ale gdy pozostali archaniołowie wypowiedzą się za pokojem, będzie musiał się ugiąć.
    Westchnął. Spojrzał na Michała, potem na milczącego dotąd Uriela.
    - Niech więc będzie, porozmawiajmy.
    - Pójdziemy ja, Sheila, Ezekiel i... - Zerknąłem na Genie, potem na Legiona. Moja siostra nie była w pokojowym nastroju, czemu zresztą się nie dziwiłem. Była żądna anielskiej krwi. Doskonale rozumiałem potrzebę zemsty, ale tym razem musiała odpuścić. - Legion – zdecydowałem w końcu.

    Kilka minut później znaleźliśmy się w niewielkim barze, dość zatłoczonym o tej porze. Rafael wybrał miejsce dla niepalących, za to docierał do nas mieszający się zapach wielu potraw. Zajęliśmy stolik przy ścianie, po jednej stronie my, po drugiej archaniołowie. Spojrzałem na Sheilę i ścisnąłem lekko jej dłoń. Zerknąłem na Ezekiela, Legiona, potem na wrogów, z którymi mieliśmy zawrzeć pokój. Michał miał zaciętą minę, Rafael wydawał się pełen nadziei, Gabriel wyraźnie się namyślał, a z miny Uriela trudno było cokolwiek odczytać.
    Gdyby sprawa nie była tak poważna, uznałbym za komiczne, że Rafael zamówił stos frytek.
    Sheila oczywiście dostała dzbanek wody, obejrzałem też jej plecy. Rana na szczęście była niegroźna, zaledwie draśnięcie. Wyglądało na to, że nie zostanie jej nawet blizna.
    Początkowo przy naszym stoliku panowała grobowa atmosfera, jedynie Rafael wydawał się być pozytywnie nastawiony. Archaniołowie zaczęli od wypytywania mnie, czym się kierowałem, ratując dziewczynkę. Nie miałem wątpliwości, że będą wiedzieli, czy mówię prawdę. Wyjaśniłem im zatem, że myślałem o Sheili. Wiedziałem, że chciałaby, bym pomógł temu dziecku. Informację, że dziewczynka mnie zaciekawiła, zachowałem dla siebie, nie była w tym momencie istotna. Tym bardziej, że do tej pory nie miałem pojęcia, co mogło być w niej takiego niezwykłego.
    Okazało się też, że moja miłość do Sheili miała dla nich ogromne znaczenie. Byłem pierwszym z rasy Panów, który potrafił kochać, a raczej pierwszym, o którym wiedzieli. Ezekiel wyjaśnił wtedy, że owszem, w naszej rasie również znana była miłość, ale uznawana za największą słabość i wstyd. A więc Genie miała rację, wierząc w stare legendy i opowieści.
    - No dobrze. Według słów Rafaela, jest dla was nadzieja – odezwał się Gabriel. - I wierzę w to. Obawiam się jednak, że nie jesteście zdolni w pełni panować nad waszymi... odruchami.
    - Uczymy się tego. Powrót po czterech tysiącach lat nie jest łatwy. Ale staraliśmy się dostosować. Genevieve się udało, teraz pomaga nam – odparł Ezekiel.
    - Tata nie chciał tej wojny – dodała cicho Sheila. Niewiele mówiła. Wydawała się teraz taka drobna i bezbronna.
    - Ani my – dodałem. - Nie sprowokowaliśmy was umyślnie. Możemy zawrzeć pokój: my nie będziemy zabijać ludzi, wy zostawcie nas w spokoju.
    - I zawsze kończy się na obietnicach – stwierdził Michał. - A jeśli zabijecie, wtedy co, kolejna wojna? Potem zaczniecie przekonywać, że to nie do końca wasza wina i znowu pokój. I tak w kółko. A ludzie cierpią.
    - Cierpieli dawniej i zawsze będą. Największym wrogiem ludzi są oni sami – wtrącił Legion.
    - Cóż, coś w tym jest. - Gabriel westchnął. - Ale pytanie Michała jest ważne. Co dalej? Co zrobicie, jeśli odejdziemy? Będziecie po cichu zbierać siły, czy po prostu zajmiecie się własnym życiem? Bo życie... - spojrzał na Sheilę – jest tuż przed wami. W jakich przekonaniach chcecie wychować to dziecię?
    Spojrzałem na żonę, na początku nie rozumiejąc, o czym mówi Gabriel. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens jego słów.
    - Sheilo, jesteś w ciąży?
    Zamrugała i nieznacznie pokręciła głową.
    - Nie sądzę, przecież... - urwała. - Nie jestem pewna...
    - Jest jeszcze wcześnie, możesz nie wiedzieć – odezwał się cicho Gabriel. Spojrzał na Michała. - Dziecko jest niewinne.
    Sheila spojrzała na swój brzuch i dotknęła go w zadumie.
    Wyciągnąłem dłoń i położyłem na tej dłoni, która dotykała brzucha. Nasze dziecko. Syn albo córka. Byłem pewien, że będzie niezwykłe, wyjątkowe. Nowa rasa. Nasza krew. Dziecko moje i Sheili. Spojrzałem na żonę.
    - Nasze dziecko – powiedziałem na głos, wpatrując się w ukochaną kobietę. - Nie wychowam go we wrogości do aniołów, jeśli o to pytasz – zwróciłem się do Gabriela. - W końcu jego dziadek był aniołem.
    - I nigdy nie dowie się, że został dziadkiem. - W oczach Sheili zaszkliły się łzy. Lex ścisnął jej ramię.
    - Ja głosuję za rozejmem – wtrącił Rafael. - To nasza bratanica. Twoja też, Michale.
    - Twoje stanowisko znamy już od dawna, Rafaelu – mruknął Michał. Zerknął na Gabriela.
    - Ten jeden raz – odparł ten. - Jestem gotów zagłosować na tak ten jeden raz, ale będziemy was obserwować. Dla tego dziecka. I dla Azza – dodał ciszej. - Uriel – wywołał milczącego dotąd archanioła, który pokiwał głową, splótł dłonie i spojrzał gdzieś przed siebie.
    - Cóż mam powiedzieć, bracia? Chyba dość krwi się przelało, dość aniołów zginęło, wypełniliśmy swój obowiązek, a teraz pora wracać do codzienności, czyż nie? Wojna może skończyć się totalną zagładą jednej ze stron, albo pokojem. Zdaje się, że jesteśmy na torze wydarzeń prowadzących do tego drugiego.
    - Czyli głosujesz za zawarciem pokoju. - Michał wydawał się zdziwiony, jakby nie spodziewał się, że Uriel wypowie swoje zdanie. Archanioł śmierci skinął tylko głową.
    - To chyba przegłosowane – mruknął Legion, niechętnie patrząc na wodza anielskich wojsk.
    Rafael zaczął chrupać frytki, podsuwając talerz bliżej Sheili.
    - W takim razie ustalmy warunki. - Michał skrzyżował ramiona. - Jeśli kogoś zabijecie, będziemy o tym wiedzieć. Waszego potomstwa także to dotyczy. Póki ludzie będą bezpieczni, będziecie mogli żyć własnym życiem.
    - Wiemy też, że werbujecie nefilim. A to może skończyć się źle dla wszystkich – dodał Gabriel.
    - Dajemy im szansę – wyjaśnił Ezekiel. - Zadziwiające, że nikt ich nie chce. Nie musicie się o to martwić, kontrolujemy sprawę.
    - Nefilim często ukrywają się, maskują, nie mając swojego miejsca, zatem nie ma nic złego w tym, że znajdą je w moim Kręgu – dodałem.
    - Nie wszyscy są jak twoja żona. Oni są... bardziej podatni – odparł Gabriel.
    - Poradzę sobie z nimi – zapewniłem. - Coś jeszcze mamy wam obiecać?
    - Spotkasz się z jednym z nas raz na parę miesięcy i opowiesz o postępach w nowym życiu – wtrącił Rafael. - A także o problemach. Chcemy wiedzieć, jeśli poczujecie, że nie jesteście w stanie sobie poradzić. Jeśli przyjdziecie do nas zamiast napadać na ludzi, pomożemy wam.
    - Nie będzie to miłe, ale on ma rację. Chcemy, by to się udało. Może damy radę zapanować nad waszym instynktem – wyjaśnił Gabriel.
    Nie podobał mi się taki warunek, nie lubiłem być kontrolowany. Ale chyba nie miałem wyjścia. Spojrzałem na Rafaela.
    - Zawsze będziesz mile widziany w naszym domu, nie tylko raz na kilka miesięcy – zwróciłem się do niego.
    - O tym pomówimy innym razem – odparł. Spojrzał na swoich towarzyszy. - To co, mogą iść?
    - Nie mam już nic do dodania – stwierdził Michał. Uriel skinął tylko głową.
    - Idźcie. Udowodnijcie, że jest więcej powodów, by zawrzeć pokój niż tamto jedno dziecko. - Gabriel machnął ręką. Ezekiela już nie było.
    Objąłem Sheilę i przeniosłem nas do domu. Leanne jeszcze nie było, zapewne wciąż pilnowała swojego drzewa. Zatem posłałem po nią Varysa.
    Wojna się skończyła.

    Jeszcze dziś miał się odbyć pogrzeb Azazeala. Moja żona miała się tam udać w towarzystwie Raphaela. Obiecałem jej, że niedługo do nich dołączę, jak tylko sprawdzę wojsko i zostawiłem ją z inkubem. Zdziwiło mnie jego podarte ubranie i niewielka rana na ramieniu, okazało się, że próbował szukać Sheili i wpadł na kilka aniołów. Na szczęście dla niego, Genie była w pobliżu i przyszła mu z pomocą, inaczej inkub mógłby nie przeżyć starcia z aniołami. I tak dobrze, że potrafił posługiwać się mieczem. Zdecydowana większość tego rodzaju demonów stroniła od pojedynków.
    Nie powinienem być zaskoczony stratami, jakie poniosło moje wojsko, ale nie przypuszczałem, że było aż tak źle. A nawet gorzej. Zginęło prawie jedna trzecia demonów, ponad połowa z ocalałych była lżej lub ciężej ranna. Po anielskich mieczach regeneracja przebiegała dużo wolniej, musiałem dopilnować, by zajęto się nimi w Piekle.
    Straciłem także dwóch moich strażników, Daniela i Cartera. Sam ich stworzyłem przy pomocy Wody Życia, doskonale pamiętałem moment tworzenia i więź, jaka się między mną, a nimi utworzyła w momencie, gdy ożyli. Pięć kobiet i pięciu mężczyzn, służba idealna. Wlałem w nich cząstkę siebie, ale nie byli jak lodowe golemy Ezekiela, tacy sami, łatwi do zastąpienia i martwi. Nie. Byli żywi, mieli własne emocje, własne moce i własną wolę. I byli mi bezgranicznie oddani, całkowicie lojalni. Od razu wiedziałem, gdy zginęli, niemal fizycznie poczułem ich śmierć.
    Nefilimowie, którzy dołączyli do Kręgu, przeżyli, tylko jeden z nich był ciężej ranny. V'lane także nie został poważnie zraniony, mimo że walczył z archaniołem. Nawet w przypadku jego wygranej, niewiele by nam to pomogło. Zdałem sobie sprawę, że ta bitwa skończyłaby się dla nas tragicznie. Co prawda armia Azazeala, a teraz Legiona, nie była tak poważnie przerzedzona jak moja, co nie zmieniało faktu, że byśmy przegrali. Mogliśmy ich powstrzymywać przez kilka godzin, ale wrogowie mieli przewagę liczebną i nie każdy demon był tak dobrze wyszkolony jak anielskie wojsko. Rafael zjawił się w samą porę.
    Gdy w końcu wróciłem do zamku, Sheili w nim nie było. Leanne kręciła się wokół wojowników, przemywając i opatrując ich rany. Nimfa szybko do mnie podeszła. Cieszyłem się, że nic jej nie jest, naprawdę ją polubiłem. Po krótkim uścisku, jakim mnie obdarzyła, wyjaśniła, że Sheila wyszła już z Raphaelem. Prosiła, by przekazać mi, że zamierzają pożegnać Azazeala i chciała, bym dołączył, gdy będę mógł.
    Pogrzeb miał miejsce na terenie posiadłości diabła. Nie było tłumów. Właściwie nie było nikogo poza najbliższą rodziną. Domyśliłem się, że nie chcieli wielkiej, wystawnej ceremonii. Chcieli go pożegnać jako rodzina. Rodzina, za którą zginął, pomyślałem.
    Przybyłem w sama porę. Ciało leżało na drewnianym cokole otoczonym suchymi gałęziami. Ręce Azazeala spoczywały na piersi, palce zaciskały się na rękojeści miecza, co przywodziło na myśl pogrzeby królów, jakie widziałem na filmach. Po raz pierwszy od czterech tysiącleci ujrzałem w Azazealu anioła. I zdałem sobie sprawę, że nie chciałem jego śmierci. Nie tylko ze względu na Sheilę i Genevieve. Po prostu... przestałem go nienawidzić, a zacząłem szanować.
    Stanąłem obok Sheili i objąłem ją ramieniem. Drżała, a łzy spływały po jej twarzy. Przylgnęła do mnie, szukając pocieszenia. Głaskałem ją delikatnie po plecach, wiedząc, że żadne słowa nie przyniosą jej ulgi. Nic nie przyniesie. Jedynie czas. A teraz, gdy wiedziałem, że Sheila jest brzemienna, ufałem, że dzięki temu dziecku ból po stracie ojca minie szybciej.
    Genevieve, stojąca najbliżej stosu pogrzebowego, uniosła dłoń, siłą woli wzniecając płomienie, które natychmiast pochłonęły ciało. Moja siostra nie szlochała jak Sheila. Stała sztywno, blada i poważna, wpatrywała się w ogień. Jej spojrzenie było puste i to wydawało się jeszcze gorsze niż płacz Sheili. Nawet na twarzach Legiona i Raphaela dostrzegłem ślady łez, lecz nie u Genie. Jej rozpacz była milcząca, skryta głęboko w jej wnętrzu, wymieszana z gniewem. Obiecałem jej zemstę, ale mordercy Azazeala już nie żyli, a z aniołami zawarliśmy pokój. Nic nie mogło ukoić jej gniewu. Na szczęście moja siostra potrafiła nad nim panować; ja, gdyby Sheila zginęła od anielskiego miecza, nie zgodziłbym się na pokój. Raczej bym zginął, próbując ich zabić.
    Płomienie wznosiły się wysoko, przechwytując spadające z drzew liście. Razem obserwowaliśmy, jak ogień trawi ofiarowane mu ciało, wydając ciche trzaski. Sheila wysunęła się z moich ramion i podeszła do stosu. Dopiero wtedy zauważyłem, że trzymała bukiecik kwiatów. Jaskry i niezapominajki. Wrzuciła je do ognia, a wtedy kwiatowy zapach rozniósł się zmieszany z dymem. Pozostali także wrzucali do ognia kwiaty. Białe lilie. Potem staliśmy tam, póki płomienie nie strawiły całego ciała. Nie byłem pewny, jak długo to trwało. Było trochę tak, jakby czas w tym miejscu się zatrzymał. Zapadł zmrok, a ogień oświetlał polanę w jakiś dziwny sposób. Ciszę zakłócały tylko trzaski płomieni i szloch Sheili, wtulonej w moje ramię.
    Zaczęło padać, zimny deszcz wygasił ostatnie płomienie, pogrążając polanę w ciemności.
    - Powinienem zając się demonami – odezwał się w końcu Legion. - Muszę spróbować nad nimi zapanować.
    - Gdybyś mnie potrzebował, daj znać – zwróciłem się do niego. Skinął głową i zniknął.
    Genevieve odeszła zaraz po nim. Raphael pożegnał się z nami i wrócił do zamku Azazeala, a ja z Sheilą przenieśliśmy się do siebie. Mimo nalegania nie była w stanie niczego zjeść, co zresztą nie było dla mnie dziwne, po tym wszystkim, co zobaczyła, co przeszła. Poszliśmy wziąć prysznic, wróciłem pierwszy i czekałem na nią w sypialni. Weszła chwilę później.
    - Pokaż mi swoje plecy, skarbie – poprosiłem. Miałem zamiar jeszcze raz, dla pewności sprawdzić, czy jej rana to faktycznie jedynie draśnięcie i na wszelki wypadek posmarować maścią.
    - Nic mi nie jest, to ciebie trzeba obejrzeć – zaprotestowała.
    - Wszystko się goi, nie mam poważnych ran – uspokoiłem ją. - Ot, dojdą mi może ze dwie nowe blizny. Nic wielkiego.
    Usiadła przy mnie i oparła głowę na moim ramieniu.
    - Boli?
    - Tylko trochę. - Objąłem ją ramieniem. - A twoje plecy? Bolą?
    - Nie. Miecz ledwie drasnął moją skórę. - Przytuliła się i podkurczyła pod siebie nogi. - Leanne zostawiła ci trochę maści, mówi, że przyspieszy gojenie.
    - W porządku. - Oparłem lekko głowę o jej włosy, rozkoszując się znajomym zapachem. Była tutaj, żywa, cała i zdrowa, a niebezpieczeństwo zostało zażegnane. W końcu mogłem odetchnąć z ulgą. Co prawda, musiałem teraz kontrolować swoje odruchy i najlepiej unikać tych najbardziej drażniących ludzi, ale zaczynałem się już do tego przyzwyczajać. Do ich obecności w świecie, do tego, że było ich mnóstwo, a my musieliśmy kryć się w cieniu. Udawać, nie pokazywać mocy, nie zmieniać się w smoki tam, gdzie ktoś mógłby nas dostrzec. Przynajmniej przez kilka najbliższych wieków. A potem... zobaczymy. Wszystko zależało od tego, jakie będzie moje potomstwo. - Już po wszystkim – powtórzyłem na głos, dotykając brzucha Sheili, gdzie nasze pierworodne dziecię rosło i czekało na moment narodzin. - Jak się czujesz?
    - Fizycznie dobrze. - Spojrzała na moją dłoń.
    - A z tym, że zostałaś matką? - Zerknąłem na nią, nie odsuwając dłoni.
    - Chyba jeszcze to do mnie nie dotarło. Jeszcze dziś walczyłam z aniołami i widziałam śmierć moich bliskich, a jutro... mam szukać łóżeczka? - Pokręciła głową.
    - Mamy na to jeszcze masę czasu. - Pocałowałem ją w policzek. - Wiem, że jest ci teraz ciężko, skarbie. Jestem przy tobie, zawsze będę. - Westchnąłem cicho. Nie miałem pojęcia, co jeszcze miałbym powiedzieć. Śmierć bliskiej osoby zawsze boli, pamiętałem, co czułem, gdy zginęli moi rodzice. Co prawda Sheila radziła sobie z żałobą w nieco inny sposób, niż ja wtedy, ale nie wątpiłem, że cierpiała równie mocno.
    - Tata obiecał mi kiedyś, że własnoręcznie zrobi kołyskę dla naszego pierwszego dziecka – powiedziała cicho. Poczułem na skórze łzę, która spłynęła z jej policzka.
    - Na pewno byłaby wspaniała – odparłem, przytulając Sheilę do siebie.
    - Ale nigdy nie powstanie. Tata nigdy jej nie zrobi i nigdy nie dowie się, że jestem w ciąży. - Drżała już na całym ciele, łkając cicho.
    - Nic na to nie poradzimy – powiedziałem, tuląc ją w swoich ramionach. Taką drobną, bezradną, zrozpaczoną. - Tak mi przykro, kochanie...
    - To z mojego powodu brał udział w wojnie. Przeze mnie... A ja wcale nie zasługuję na to, by mnie ratować...
    - Ty? - Pokręciłem głową. - Nawet tak nie mów. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił. I naprawdę uważasz, że twój ojciec chciałby, żebyś obwiniała się o jego śmierć? - Spojrzałem w jej duże, pełne smutku oczy. - Nie. A więc nigdy więcej się o to nie obwiniaj.
    - Kiedy to jest moja wina. Wszystko zaczęło się ode mnie, Dorianie. To ja zapragnęłam go odnaleźć, choć wiedziałam, że nie powinnam. Ale byłam tak samotna, że nie myślałam o niczym, poza tym, by odnaleźć ojca. Przyniosłam mu jedynie śmierć.
    - Gdybyś tego nie zrobiła, nigdy byśmy się nie poznali – zaprotestowałem. - Nigdy bym nikogo nie pokochał, nawet nie wiedziałem, że to potrafię. Nie chciałem, żeby tak to się skończyło. - Pokręciłem głową. - Ale na to nie mieliśmy wpływu. I weź pod uwagę, że jest jeszcze Genie. Być może, nawet gdybyś go nie poznała, wszystko mogłoby się skończyć podobnie.
    - Genie chyba znosi to jeszcze gorzej – mruknęła. - Myślę, że łączyło ich coś więcej niż przyjaźń. A skoro... - spojrzała na mnie – okazuje się, że jednak możecie kochać...
    - Myślisz, że go kochała? W taki sposób? - Wpatrywałem się w nią ze zdumieniem. - Ale... mieli tylko romans, potem zostali przyjaciółmi, gdyby była między nimi miłość, przez te cztery tysiąclecia żadne by się nie zorientowało? Byliby już razem i mieli gromadkę dzieci. - Pokręciłem głową. - Kochała go, ale chyba nie w ten sposób. - A przynajmniej miałem taką nadzieję. Jeśli Sheila miałaby rację, moja siostra straciła właśnie miłość swojego życia. Nie, to niemożliwe.
    - Nie wiem, ale gdy byli razem, Genie wydawała się... pełniejsza. Jak ja czuję się przy tobie. A tego, że kocham cię najbardziej na całym świecie, jestem pewna. - Otarła łzy.
    - W takim razie musiał nie odwzajemniać jej uczuć – stwierdziłem. - Inaczej byliby razem, prawda?
    - Nie wiem. Czasami to nie jest takie proste. - Westchnęła. - Z nami też nie było łatwo. Właściwie, nic by z tego nie wyszło, gdybyś nie postawił mnie przed faktem dokonanym. - Pociągnęła nosem i przesunęła się, by oprzeć o poduszki. - A skoro mówimy o uczuciach... zechcesz wyjaśnić mi słowa Rafaela?
    Zerknąłem na nią.
    - Rozumiem, że chodzi ci o mój układ, który chciałem z nim zawrzeć? - Westchnąłem. No cóż, mogłem się spodziewać, że w końcu się dowie. Jak zwykle.
    - Dokładnie o to. Powiedz mi, że źle słyszałam.
    - Nie ma ceny, której bym nie zapłacił za twoje życie, skarbie – powiedziałem stanowczo. - Zdałem sobie sprawę, że bez ciebie wszystko straciłoby sens. Nie mogłem pozwolić ci umrzeć. - Wziąłem ją za rękę. - Kocham cię, Sheilo. Jesteś moim światełkiem w mroku. I to dzięki tobie zakończyliśmy tę wojnę.
    - Nie dzięki mnie, tylko dzięki dziecku. - Pokręciła głową i dotknęła mojego policzka. - A teraz wbij sobie do głowy, że ja czuję to samo. Nie umiałabym żyć w świecie, w którym ciebie zabrakło. Nie chcę, byś się dla mnie poświęcał w ten sposób.
    Uniosłem brwi.
    - A ja nie chciałem, byś wpadała na pole bitwy i zasłaniała mnie przed ciosem miecza. Mogłaś zginąć. A wtedy nie byłoby mowy o pokoju. - Pogłaskałem ją po policzku. - Skarbie, bez ciebie Rafael nie miałby nawet pretekstu, by to zatrzymać. Gdyby nie myśl o tobie, raczej nie przyszłoby mi do głowy ratować jakąś dziewczynkę. Nie miewam takich odruchów. To twoja zasługa, kochanie.
    Zamknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach. Włosy opadły jej na ramiona.
    - Zabiłam anioła – odezwała się tak cicho, że ledwie ją usłyszałem.
    - Opowiesz mi o tym? - poprosiłem ją.
    Westchnęła i opuściła dłonie.
    - Zanim zasłoniłam cię przed Gabrielem. Jeden z nich zszedł cię od tyłu. Wciąż byłam zbyt daleko, więc rzuciłam sztyletem, jak uczył mnie V'lane. I po raz pierwszy trafiłam. - Spojrzała na mnie. - Nie żałuję, że to zrobiłam.
    Popatrzyłem na nią poważnie.
    - Jestem z ciebie dumny, Sheilo. I dziękuję. Najwyraźniej dwa razy w ciągu paru minut uratowałaś mi życie. I zawsze myśl o tym w ten sposób. To oni nas zaatakowali. My się broniliśmy.  Skoro ten anioł zamierzał zaatakować mnie od tyłu, wcale nie był taki honorowy, za jakich się uważają.
    - Co nie zmienia faktu, że odebrałam życie. - Objęła się ramionami. - Nie jestem już tą niewinną dziewczyną, którą poznałeś. Nigdy nie będę. Potrafisz kochać mnie taką? - Jej oczy ponownie zalśniły od łez. Jakby myślała, że to, co zrobiła, odbiera jej prawo do miłości.
    - Co to za pytanie? - zdziwiłem się. - Miałbym cię przestać kochać, bo uratowałaś mi życie? Nie rozumiem, skąd ci to przyszło do głowy? Kocham cię taką, jaka jesteś teraz. Mądra. Silna. Zdeterminowana, by bronić osoby, które kochasz. Nie zmieniłaś się na gorsze, Sheilo. Nabrałaś pewności siebie, stanowczości, nie tracąc jednocześnie wrażliwości i dobrego serduszka. Zawsze będę cię kochał. Nigdy w to nie wątp.
    W odpowiedzi przyciągnęła mnie do siebie i mocno wtuliła się w moje ramiona. Przycisnęła twarz do zagłębienia przy mojej szyi i trwała tak.
    - Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy. Twoja miłość. - Uniosła głowę i spojrzała na mnie. - Żyjesz, jesteś tu ze mną, kochasz mnie. - Pocałowała mnie krótko. - Aż trudno w to uwierzyć.
    Uśmiechnąłem się.
    - Mnie trochę też, ale tak jest. Żyję, jestem tu i cię kocham. I zawsze będę. Możesz być tego pewna.

    Następnego dnia miało odbyć się uczczenie pamięci wojowników, którzy zginęli na wojnie. Sheila czuła się już trochę lepiej, nawet zjadła śniadanie – niewiele, ale jednak – i zapewniała, że może pójść na pogrzeb. Postanowiłem odszukać Genie, by sprawdzić, jak ona radzi sobie z żałobą. Po tym, co mi powiedziała Sheila, niepokoiłem się o siostrę.
    Nie znalazłem jej w zamku Azazeala, a Raphael poinformował mnie, że tutaj nie nocowała. Widocznie zbyt wiele przypominało jej zmarłego.
    Potem pomyślałem o Ezekielu. Pojawiłem się w jego lodowym zamku, mając nadzieję, że mój przyjaciel trwał przy Genevieve w tym bolesnym momencie jej życia. Nie chciałem, by była teraz sama.
    Zastałem przyjaciela w jadalni, jadł naleśniki i popijał je kawą. Skinął mi głową na powitanie. Wyglądał już dużo lepiej niż wczoraj. Znów był schludnie uczesany i miał na sobie elegancką, ciemnoszarą koszulę.
    - Widziałeś może Genie? - spytałem, przysiadając się do stołu. - Martwię się o nią.
    - Od wczoraj nie – odparł.
    Westchnąłem. Zatem musiała spędzić noc w innym miejscu.
    - Daj znać, jeśli ją zobaczysz.
    - A od jak dawna jej nie widziałeś? - zainteresował się.
    - Od wczorajszego pogrzebu. Raphael twierdzi, że nie nocowała w zamku.
    Westchnął i odstawił filiżankę.
    - Chcesz, żebym jej poszukał?
    - Jeśli nie wróci do pogrzebu demonów, to po wszystkim moglibyśmy jej poszukać – odparłem.
    Skinął głowę i sięgnął po dzbanek z kawą. Nalał porcję dla mnie i dopełnił swoją filiżankę.
    - Zajrzałbym do niej wczoraj, ale miałem trochę zajęć tutaj. Nie sądziłem, że gdzieś przepadnie.
    - Jest załamana śmiercią Azazeala – zwróciłem mu uwagę. - Ciężko znosi żałobę.
    - Z mojej winy, wiem – mruknął. - Ale nie cofnę czasu, nawet ja tego nie umiem. Musi się z tym pogodzić. Wojna niesie ze sobą ofiary.
    - Z twojej? - Pokręciłem głową. - Co wy wszyscy z tym obwinianiem się? Ledwo sam uszedłeś z życiem. Mieli przewagę liczebną. - Wzruszyłem ramionami.
    - To był sprytny plan, wyeliminować nas obu. Jednak jak widać ja jestem niezniszczalny. - Spojrzał na mnie. - I mam asa w rękawie.
    - To znaczy? - zaciekawiłem się.
    Wstał i wziął swoją kawę.
    - Chodź, pokażę ci.
    Upiłem łyk ze swojej filiżanki i ruszyłem za nim, ciekawy, co takiego wykombinował mój przyjaciel.
    Ku mojemu zaskoczeniu, skierowaliśmy się do lochów. Ezekiel pchnął drzwi jednej z cel i odsunął się, pozwalając mi zajrzeć do środka. Przy ścianie siedział anioł. Ukrywał twarz w dłoniach i wydawał się zagubiony. Połamane pióra sprawiały dodatkowo żałosne wrażenie.
    - Masz jeszcze jednego jeńca? - zdziwiłem się. - I trzymasz go tu po zawarciu pokoju? - Zerknąłem na niego. - Dowiedzą się.
    - Niczego się nie dowiedzą. To ten sam anioł, którego chciała uratować twoja żona. Okazało się, że tym razem moja magia zadziałała.
    - Jak to? - Przyjrzałem się jeńcowi. - Wyrwałeś mu serce... zatem teoretycznie powinien być martwy. Możesz kontrolować anioły? Tak jak ludzi i diabły? - Spojrzałem na niego.
    Uśmiechnął się i skinął głową.
    - Ale lepiej o tym nie mówić.
    - Gdybyś odkrył to przed bitwą, moglibyśmy wygrać – stwierdziłem. - To odkrycie pozwoliłoby nam zwrócić ich przeciwko sobie. Wpuścić szpiegów w ich szeregi. Ale teraz... - Pokręciłem głową. - Jak to zrobiłeś? Czemu właśnie przy tym aniele się udało? Wcześniej podobno nie przynosiło to rezultatów.
    - Nie miałem nawet czasu tu wracać. Poza tym potrzebowałbym tygodni, albo nawet miesięcy, by pozyskać ich dostateczną ilość. - Oparł się o framugę. - Myślę, że chodzi o nadzieję. Ten tutaj miał nadzieję, bo Sheila przyszła mu z pomocą. Sadzę, że to kluczowa różnica między nim, a innymi. Jednak nie mam pewności, a przetestować tej teorii nie mogę...
    Spojrzałem na niego.
    - Już nie. Nie chcemy kolejnej wojny, gdy obecna dopiero co się zakończyła. Ale kiedyś ta wiedza może się nam przydać. Co zamierzasz z nim zrobić?
    - A co mogę zrobić? Sprawdziłem, jaki mam na niego wpływ. Nie będę go tu trzymał, wypuścić też nie mogę. Skrócę więc jego męki.
    - Jest świadomy? Nie tak jak ludzie, prawda? Rozumie, co się dzieje, ale nie może się sprzeciwić. - Zerknąłem na skuloną postać w celi. - To twoje przełomowe odkrycie. Wiedziałem, że kombinujesz coś wielkiego.
    - Jest świadomy, jednak ta świadomość tkwi dość głęboko. Nigdy już nie będzie dawnym sobą. Wygląda żałośnie, co?
    - Sheila mówiła, że to stróż, nie wojownik – przypomniałem sobie. - Cóż, pewnie i tak ktoś już zajął mu etat.
    - Cóż, wojna to wojna, bez względu na to, jaką funkcję pełnił. - Ezekiel upił łyk kawy z filiżanki, którą ze sobą przyniósł. - Nie miał szczęścia. Jednak jestem litościwy i pozwolę mu umrzeć.
    - Spełnił już swoją rolę, przyniósł pożyteczną wiedzę, zatem możesz okazać mu łaskę zakończenia jego męki – zgodziłem się.
    Odpowiedział mi krótkim śmiechem i zamknął celę.
    - Zajmę się tym jeszcze dziś, ale póki co... To prawda, ciąża Sheili? - Wsunął dłoń do kieszeni i ruszył korytarzem.
    - Tak. - Uśmiechnąłem się. - Najwyraźniej tak. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do tej myśli, ale to kwestia dni.
    Zerknął na mnie; uniósł lekko jeden kącik ust.
    - Po twojej minie wnioskuję, że ty już się przyzwyczaiłeś i jesteś przeszczęśliwy.
    - Oczywiście, to moje pierworodne dziecko. Jak mógłbym się nie cieszyć?
    - Wiesz, jako ojciec będziesz musiał się ustatkować, dawać dobry przykład, zmieniać pieluchy... - Uśmiechnął się szerzej.
    - Dobry przykład to pojęcie względne. A pieluchy chyba nie są takie straszne, może nawet pozwolę ci przewinąć mojego pierworodnego... W końcu lubisz nabywać nowe doświadczenia, prawda? - Zaśmiałem się.
    Uniósł ręce w obronnym geście, omal nie rozlewając kawy.
    - O nie, ja jestem logistykiem, sam zajmuj się brudną robotą.
    Roześmiałem się głośniej.
    - Ciebie kiedyś też to czeka, jeszcze przyjdziesz do mnie po pomoc. Wątpię, żeby Baśniarz znał się na przewijaniu niemowląt...
    - Baśniarz wie więcej, niż myślisz. I niż sam by chciał – zaśmiał się. Zatrzymaliśmy się z powrotem w jadalni. - Ale jeśli chcesz zmieniać pieluchy moim dzieciom, to nie będę oponował.
    - Nie ma tak dobrze, sam będziesz się musiał nauczyć – odparłem. Usiadłem przy stole i poczęstowałem się kawałkiem ciasta.
    - Najpierw pośmieję się z ciebie. - Rozsiadł się wygodnie. - Dobrze, zastanówmy się teraz, jak odbudować równowagę w Piekle.
    Skinąłem głową, dopiłem swoją kawę i skupiłem się na propozycjach Ezekiela.

4 komentarze:

  1. Mam ochotę kopnąć Ezekiela :)
    Dobrze, że Sheili się nic nie stało, ale nie spodziewałabym się, że wojna się zakończy w taki sposób :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mogę wiedzieć czym podpadł tym razem?^^
      Rafael jest nie do przegadania.

      Usuń
  2. Na szczęście już koniec wojny i bohaterowie mogą odpocząć :) Zdziwił mnie taki szybki pogrzeb Azazeala i to, że wszyscy zaraz się rozeszli. Myślałam, że będzie on bardziej emocjonujący, i że tak powiem pompatyczny. Taki pogrzeb z oddaniem honoru dowódcy.
    No i jest ciąża tak jak myślałam po którymś z poprzednich rozdziałów :D Jestem ciekawa jakie to dzieci z tego wyjdą :D
    Pozdrawiam,
    Areti

    OdpowiedzUsuń
  3. Abra-Cadabra13 maja 2017 19:24

    Kto by przypuszczał, że wojna skończy się w taki sposób, i że obydwie strony przystaną na rozejm.;) Aczkolwiek myślę, że to jeszcze nie koniec. ^^

    OdpowiedzUsuń