Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

04.02.2017

Rozdział XXVI. Część 2

 ***Dorian***

    Przeniosłem się do zamku, do sypialni, w której leżała moja żona. Azazeal wciąż przy niej siedział i mówił coś cichym, kojącym głosem. Zamilkł na nasz widok. Wszyscy czekali na to, co powiem.
    Tym razem w pokoju była też Genie. Miała łzy w oczach.
    Odłożyłem szkatułkę z sercem Beliala i pokręciłem głową.
    - Nie ma antidotum – powiedziałem cicho, podszedłem i usiadłem przy Sheili. Sięgnąłem po jej dłoń. Ból, który czułem, odkąd zrozumiałem, że nie ma ratunku, zaatakował ze zdwojoną siłą. Moja żona umierała, a ja byłem bezradny. Traciłem ją z każdą chwilą.
    - Ale... jest jakiś sposób? - padło ciche pytanie Leanne. Reszta zrozumiała. Genie zaczęła szlochać, Azazeal ukrył twarz w dłoniach, a Varys wściekle uderzył pięścią w ścianę. Pokręciłem głową.
    - Przez cały czas jest nieprzytomna? - zapytałem cicho Azazeala, ściskając lekko dłoń mojej nimfy. Chciałem choć raz jeszcze usłyszeć jej głos. Nawet szept. Spojrzeć w jej piękne oczy...
    - Budziła się, ale nie była świadoma. Kilka razy powtarzała twoje imię – odparł, spoglądając na mnie. Pochylił się i ucałował czoło Sheili. Skinąłem głową, wpatrując się w żonę.
    - Jak dużo czasu jej zostało? - spytałem niemal szeptem.
    - Niewiele. Jej ciało nie wchłania już wody z kompresów. Nie wiem, czy jeszcze się obudzi – padła równie cicha odpowiedź. - Chcesz, żebyśmy dali ci chwilę?
    - Tak, chcę – odpowiedziałem.
    Skinął głową, jeszcze raz ucałował córkę i szepnął jej coś do ucha. A potem wyszli. Wszyscy. Zostałem sam z Sheilą, jeśli wciąż ze mną była.
    Przyłożyłem ucho do jej piersi, nasłuchując. Serce wciąż biło, słabo, ale jednak.
    - Sheilo – szepnąłem. Nie zareagowała.
    Spojrzałem na nią. Tak bardzo chciałem, by nagle coś się wydarzyło, by się obudziła, wróciła do mnie, by okazało się, że jakimś sposobem przezwyciężyła truciznę. Pokręciłem głową. Nic się nie zdarzy. To koniec. Moja Sheila umierała. Odejdzie i już nigdy jej nie zobaczę, nie usłyszę, nie poczuję dotyku jej dłoni na swoim policzku. Ani nie ujrzę tych uroczych rumieńców zdobiących jej śliczną twarzyczkę.
    Przypomniałem sobie, jak po raz pierwszy ją zobaczyłem, przerażoną, wpatrującą się we mnie z lękiem. I kiedy po raz pierwszy wyszła z jeziora, taka piękna, czysta, niewinna, doskonała. Jej spojrzenie, gdy uratowała mi życie. Dobre serduszko, którym zawsze się kierowała. Nie wyszła za mnie z własnej woli. Zmusiłem ją do tego i, do licha, nigdy nie żałowałem. Nie wiem, czy zgodziłaby się zostać moją żoną z własnej woli, szczerze w to wątpiłem, a przecież mnie pokochała. Była ze mną szczęśliwa, widziałem to, choć czasem ją raniłem, choć płakała, to była szczęśliwa. I ja też byłem szczęśliwy. Jak nigdy w życiu.
    Gładziłem ją delikatnie po policzku, przypominając sobie wspólne chwile. Nasz pierwszy pocałunek, ta radość w jej oczach, gdy zobaczyła ogród, gdy dałem jej karpie... Zachwyt, kiedy ujrzała mnie w postaci smoka, nasz wspólny lot... Wspólne oglądanie bajki, gdy wprowadzała mnie w tajniki działania telewizji. Skrucha, gdy przez przypadek sprowadziła hyosube i jej zadowolenie, gdy udało się je oswoić. Tyle pięknych chwil, tyle wspomnień, a każde tak bardzo bolało, bo wiedziałem, że to koniec, umrze i nic po niej zostanie. Tylko woda w jeziorku.
    Tyle jeszcze chciałem jej powiedzieć. Jak wiele dla mnie znaczy, jak bardzo ją doceniam, i że wcale nie jest naiwną nimfą, ale jest mądra, wspaniała i jest tą jedyną, i już nigdy nie będzie w moim życiu takiej jak ona. Nigdy. Byłem tego pewien.
    Tak bardzo chciałem jej powiedzieć, że ją kocham.
    Kochałem ją. To nie mogło być nic innego. Mógłbym analizować to, co czuję w nieskończoność, a i tak nie byłem w stanie tego zrozumieć. Nie wiedziałem, jak i kiedy, ale kochałem ją z całą pewnością. Tylko czemu dopiero teraz to sobie uświadomiłem, gdy było już za późno?!
    - Kocham cię, Sheilo – powiedziałem, wpatrując się w nią, jakby to mogło ją obudzić. - Proszę, powiedz, że mnie słyszysz. Jesteś moim światełkiem w mroku, jesteś wszystkim, co najcenniejsze, nie zostawiaj mnie. Proszę. Kocham cię i nie wiem, czy jestem w stanie żyć dalej bez ciebie.
    Nawet jeśli mnie usłyszała, nie doczekałem się żadnej reakcji z jej strony. Żadnego ruchu, westchnienia, choćby drgnięcia powieki. Leżała spokojnie, nic nie wskazywało na to, że gdzieś w środku toczy walkę o każdy oddech. Jeśli wciąż walczyła.
    - Nie mogę cię stracić – szepnąłem, czując ból rozdzierający mnie od środka.
    Najgorsza była bezradność. Nic nie mogłem zrobić. Zupełnie nic. Powinienem już wcześniej zabrać trochę pyłu i zostawić na później. Choć odrobinę. Tymczasem nie było już żadnego lekarstwa.
    Anielski pył. Pewna myśl zaświtała mi w głowie. Pył pochodził z anielskich skrzydeł. Zatem lekarstwem mógł być anioł. Nie mieliśmy już jeńców, zresztą nie byłem pewien, czy zwykły anioł mógłby jej pomóc, ale archanioł na pewno.
    Rafael. Czemu nie pomyślałem o nim wcześniej? No tak. Bo trwa wojna. Przeklęta wojna, którą sprowokowałem przez własną głupotę. Rafael mi nie pomoże. Chyba, że... Spojrzałem na żonę i nagle nadzieja powróciła. Kiedyś powiedział, że jeśli się do niego pomodlę, przyjdzie. Pora sprawdzić, jak prawdziwa była ta obietnica.
    Oczywiście nie mogłem go tak po prostu poprosić o pomoc. Byliśmy wrogami. Ale jeśli zaproponuję coś w zamian, może się zgodzi. Dla Sheili.
    Było tylko jedno, co mogłem dać mu w zamian. Swoje życie. Zadałem sobie pytanie, czy jestem gotowy, by za nią umrzeć. I odpowiedź była oczywista. Tak. Byłem gotowy to zrobić. I, o dziwo, zamiast lęku, poczułem ulgę. Znalazłem sposób, by ją ocalić. O ile zdążę. Obym zdążył.
    - Nie stracę cię – powiedziałem, wstając z łóżka. Przyszło mi na myśl, że być może ona straci mnie, ale odsunąłem to od siebie. Ma tyle osób, które ją kochają, da sobie radę. Nie mogłem pozwolić, by umarła, jeśli mogłem ją uratować.
    Otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz. Czekali tam wszyscy, pojawił się także V'lane, tym razem bez uśmiechu i ciętych dowcipów. Spojrzeli na mnie, jakby spodziewali się, że to już koniec. Że już jej nie ma.
    - Wiem, jak ją uratować – oznajmiłem. - Nie wiem, czy to się uda – zastrzegłem – ale muszę spróbować. Wiem, że toczymy wojnę, jednak Rafael nie bierze w niej czynnego udziału. Kocha Sheilę i obiecał mi kiedyś, że jeśli go poproszę, przyjdzie. - Spojrzałem na Azazeala. - Tak powiedział, prawda?
    Powoli skinął głową.
    - To prawda, Rafael zawsze dotrzymuje słowa. Jednak nie jestem pewien, czy obecna sytuacja pozwoli mu na interwencję. Po ostatniej bitwie... ona już nie jest tylko ofiarą.
    - Muszę spróbować – powtórzyłem. - Leanne, nawilżaj jej skórę. Utrzymajcie ją przy życiu najdłużej, jak to możliwe – poprosiłem wszystkich obecnych.
    - Zrobimy, co się da – odparła natychmiast nimfa, ocierając łzy. Determinacja w jej oczach była godna wojownika.
    Ezekiel odczekał, aż wszyscy odejdą i podszedł do mnie.
    - Powiedz, że nic głupiego nie chodzi ci po głowie.
    - Nie martw się – odpowiedziałem tylko. Nie mogłem wyznać mu prawdy, na pewno by protestował. Podobnie jak Genie. Położyłem dłoń na jego ramieniu. - Po prostu go poproszę. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
    Uniósł brew, nie do końca przekonany. W końcu skinął głową.
    - Bądź ostrożny, idziesz układać się z wrogiem.
    - Zdaję sobie z tego sprawę – zapewniłem i wyszedłem.
    Wszedłem do jednego z wolnych pokoi, stanąłem przy oknie, zastanawiając się, co miałbym powiedzieć. Okno było uchylone, owiał mnie delikatny wiatr. Na zewnątrz zaczął padać deszcz. Sheila byłaby zachwycona, kocha deszcz. Odetchnąłem i spojrzałem gdzieś w dal.
    - Rafaelu, kiedyś złożyłeś mi obietnicę, że przybędziesz, jeśli cię poproszę. Sheila umiera, zostało jej bardzo mało czasu. Wiem, że mamy wojnę i nie możesz tak po prostu tu przylecieć, zatem mam dla ciebie propozycję. Jeśli ją uzdrowisz, możesz wziąć w zamian moje życie. To jedyne, co mogę ci zaoferować w zamian za życie Sheili, więc... przyjmij tę propozycję i ocal moją żonę. Proszę.
    Przez kilka minut nic się nie działo, może tylko deszcz przybrał na sile. Szelest liści na wietrze, krople uderzające o ziemię. Zamknąłem oczy. Nie przyjdzie.
    - Z każdą chwilą kończy jej się czas, jeśli masz przyjść, to teraz, nim będzie za późno – wyszeptałem, czując, jak moja nadzieja gaśnie. Co zrobię, jeśli nie przyjdzie? - Słyszysz mnie w ogóle? - spytałem z rezygnacją.
    - Zawsze i wszędzie, jestem archaniołem – padła spokojna odpowiedź za moimi plecami.
    Odwróciłem się i spojrzałem na Rafaela. Poczułem ogromną ulgę.
    - Pomożesz jej? - zapytałem, wpatrując się w niego.
    - Najpierw chciałbym wiedzieć, co się stało – odparł i usiadł w fotelu. Splótł palce obu dłoni. - Przypuszczam, że jest naprawdę źle, skoro prosisz mnie o pomoc.
    Westchnąłem. Miałem ochotę mu powiedzieć, że nie mamy czasu na rozmowy, gdy Sheila tam umiera, ale uznałem, że szybciej będzie, jeśli po prostu wszystko mu wyjaśnię.
    - W mojej piwnicy znajdowało się zatrute wino, Belial kazał je tam podłożyć. Sheila przez pomyłkę je wypiła, a teraz umiera. Nie ma gotowego antidotum, a sporządzenie go trwałoby zbyt długo. Jesteś ostatnią nadzieją. Pomóż jej, inaczej ona umrze. W zamian oddaję ci swoje życie. Tylko moje – dodałem. - Nie Genie ani Ezekiela, nie chcę, by coś im się stało. Oddaję się w twoje ręce, możesz mnie zabić, jeśli zechcesz, ale tylko ty, żaden inny archanioł. Jestem na to gotowy. A teraz chodźmy, zanim będzie za późno.
    - Oddałbyś za nią życie? - zapytał, nie ruszając się z fotela. Wydawał się szczerze zaciekawiony.
    - Właśnie to zaproponowałem – uświadomiłem mu. - To chyba dobry układ dla ciebie? Życie za życie. Anioły nie powinny mieć ci tego za złe, wręcz przeciwnie.
    Zignorował mój komentarz.
    - Kochasz ją?
    Spojrzałem na niego.
    - Tak.
    Skinął głowa i uśmiechnął się lekko. Podniósł się z fotela.
    - Wiedziałem, że prędzej czy później to do ciebie dotrze. - Położył mi dłoń na ramieniu. - Zaprowadź mnie do niej.
    Skinąłem głową. Oby nie było za późno.
    - Czyli zgadzasz się na taki układ? - upewniłem się.
    - Nie. I nie obrażaj mnie więcej. - Ruszył do drzwi.
    - Ale... jak to? - Zamrugałem. - Jak cię obraziłem?
    - Jestem archaniołem, obrońcą. I nigdy nikogo nie skrzywdziłem – odparł. - Już sama myśl, że chcę twojej śmierci mnie obraża. - Otworzył drzwi. - Nie wspominając, że to moja bratanica.
    - Mamy wojnę, Niebo chce naszej śmierci – mruknąłem, wychodząc za nim i prowadząc do sypialni, w której leżała Sheila. - Uzdrowisz ją... tak po prostu? Bo jest córką Azazeala?
    - Bo mnie poprosiłeś. Bo też ją kocham. - Spojrzał na mnie. - Bo Azz modlił się o ciebie, nim uznał, że nie przeżyłeś. Chciał cię ocalić. Sheila może to zrobić. Więc tak, po prostu ją uzdrowię.
    Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie miałem wątpliwości, że nie kłamie i pewnie kiedyś nie zrobiłaby na mnie wrażenia ta informacja o Azazealu, ale teraz było inaczej. Okazuje się, że nigdy nie chciał mnie zabić. Co nie zmienia faktu, że wybił niemal całą naszą rasę, ale uznałem, że potem będę się nad tym zastanawiać.
    - Tędy. - Zatrzymałem się przed sypialnią. - Dziękuję – zwróciłem się do niego i otworzyłem drzwi.
    Skinął głową i wszedł do środka. Nim usiadł na łóżku Sheili, poprosił, żeby wszyscy wyszli. Zostałem tylko ja, on i moja żona. Archanioł dłonią przeczesał włosy Sheili.
    - Wiele jej nie zostało, biedactwo – mruknął.
    - Ale możesz jej pomóc? - zapytałem, zerkając na niego.
    - Oczywiście, cuda to moja specjalność.
    Dopiero po chwili zauważyłem, że dłoń, którą dotykał czoła mojej żony, lśni. Był to piękny, pełen ciepła blask, w jakiś sposób kojący nawet dla mnie. I ten blask wlewał się w ciało Sheili. Chyba działało, bo drgnęła i westchnęła cicho.
    Podszedłem i przysiadłem po drugiej stronie łóżka Sheili.
    - Skarbie?
    Jej skóra na moich oczach znów stawała się gładka i zdrowa. Oddech się unormował. Jak gdyby nigdy nic jej się nie stało. W końcu blask zniknął, a Rafael cofnął dłoń. Sheila mruknęła i otworzyła oczy, patrząc prosto na mnie.
    - Jak się czujesz? - zapytałem, biorąc ją za rękę.
    - Jak... - odetchnęła głęboko - dobrze. Żywa. Ale... nie rozumiem. - Spojrzała na Rafaela. Posłał jej łagodny uśmiech.
    - Już po wszystkim.
    Dotknąłem jej policzka i uśmiechnąłem się. Żyła, była zdrowa. Ulga, którą poczułem, była ogromna. Jakbym zrzucił przytłaczający mnie ciężar. Wpatrywałem się w Sheilę przez długą chwilę.
    - Zostawię was. - Rafael się podniósł. - A odpoczynek przyda się wam obojgu.
    Posłał nam ostatni uśmiech i wyszedł, usłyszałem jeszcze, że rozmawia z Azazealem.
    Sheila nakryła moją dłoń swoją i natychmiast zyskała całą moją uwagę.
    - Przepraszam, naprawdę nie chciałam sprawiać nikomu kłopotu.
    - Kłopotu? - Objąłem i przytuliłem ją do siebie. - O mało cię nie straciłem. Ten drań Belial podłożył wino, a nie miał antidotum. Co za idiota. Na szczęście przypomniałem sobie o obietnicy Rafaela. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ciebie zabrakło...
    Ułożyła się w moich ramionach i spojrzała na mnie.
    - Jestem tu. Z tobą.
    Pocałowałem ją czule.
    - Zawsze będziesz. Nie pozwolę, by to się powtórzyło, nigdy więcej.
    Uśmiechnęła się ciepło.
    - To był wypadek. - Pocałowała mnie. - Ale były też dobre strony. Już się na mnie nie gniewasz.
    - Oczywiście, że nie – zapewniłem ją, patrząc w te piękne, duże oczy. - I tak by mi przeszło, nie musiałaś do tego prawie umrzeć, Sheilo.
    - Nie zrobiłam tego specjalnie.
    Przytuliła policzek do mojej piersi i wzięła mnie za rękę. Była tak blisko, cała i zdrowa. Słyszałem jej spokojny, miarowy oddech.
    - Jak to się stało, że Rafael tu był?
    - Obiecał mi kiedyś, że przybędzie, gdy go o to poproszę – przypomniałem jej. - Tylko tak mogłem cię uratować. - Wtuliłem twarz w jej włosy.
    - Ale... nie zasłużyłam na jego pomoc – odezwała się cichutko. Pokręciłem głową.
    - Nie gadaj bzdur, skarbie. Rafael powiedział, że ci pomoże, bo jesteś jego bratanicą i cię kocha. - Pocałowałem ją lekko. Wolałem nie wspominać o mojej propozycji. Nie chciałem jej denerwować, poza tym obiecałem jej kiedyś, że się nie poddam. Co prawda dla mnie nie było to poddaniem się, lecz walką o jej życie, mimo to wolałem zachować ten szczegół dla siebie. Tym bardziej, że Rafael nie chciał mojego życia w zamian za uzdrowienie Sheili, zatem nie było o czym mówić.
    - Przeze mnie wczoraj zginęło wielu jego braci. Potem ten anioł w lochach, to też moja wina. A on i tak mnie uratował. - Usłyszałem smutek w jej głosie, gdy jeszcze bardziej się do mnie przytuliła.
    - Mamy wojnę, musimy się bronić, on to rozumie – odparłem, głaszcząc ją uspokajająco po włosach. - Gdybyś wczoraj nie użyła mocy, możliwe, że to ja bym zginął. Nie powinnaś mieć wyrzutów z tego powodu. I nikogo nie zabiłaś, tylko zalałaś ich wodą – podkreśliłem.
    Spojrzała na mnie.
    - I dlatego nie powinien mi pomagać. Bo powtórzyłabym to bez chwili wahania, gdybym mogła ci w ten sposób pomóc. Jesteś sensem mojego życia, wiesz o tym, prawda?
    - Oczywiście, skarbie. A ja nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. - Przytuliłem ją i uśmiechnąłem się. Teraz, kiedy wiedziałem już, że ją kocham, powinienem jej to powiedzieć. Nie mogłem się pomylić, to musiała być miłość. Ale nadal nie miałem pojęcia, kiedy to się stało i jak to możliwe? Podobno my nie potrafiliśmy kochać, nawet Genie już w to nie wierzyła.
    - Więc mamy szczęście, że jesteśmy razem. - Musnęła ustami mój policzek.
    Zanim zdążyłem odpowiedzieć, ktoś zapukał do drzwi i po chwili wyjrzała zza nich Leanne.
    - Pomyślałam, że pewnie masz ochotę na wodę... - odezwała się do Sheili i uniosła wyżej tacę, na której ustawiono dzbanek z wodą, dwie szklanki i miseczkę pokrojonych owoców.
    - I na pewno jesteś głodna – zwróciłem się do żony, wlałem wodę do szklanki i podałem jej. - Jak się czujesz? Powinnaś zjeść kolację.
    - Właściwie to czuję się, jakby kilka godzin po prostu wyparowało z mojego życia – wyjaśniła.
    - Emma i Sara już szykują kolację. Miałam zapytać, czy chcecie zjeść tutaj, czy w jadalni. - Leanne przypatrywała się Sheili, jakby szukając oznak słabości.
    - Jak wolisz, skarbie? - zapytałem. Na myśl o kolacji poczułem głód. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że od śniadania niczego nie miałem w ustach.
    Sheila tylko wzruszyła ramionami i upiła łyk wody.
    - Jestem trochę zmęczona, ale mogę iść do jadalni, jeśli chcesz.
    - Zostaniemy tutaj – zdecydowałem.
    - Przekażę – zgodziła się Leanne. - Wszyscy bardzo się cieszymy, że czujesz się lepiej – dodała, zwracając się do Sheili.
    - Nie tylko ja się o ciebie martwiłem, siedziała przy tobie całkiem spora grupa osób – powiedziałem, ściskając lekko dłoń żony.
    - Och. To chyba powinnam z nimi porozmawiać. Prawda? - Spojrzała na mnie.
    - Najpierw zjedz kolację, potem zobaczymy, czy będziesz czuła się na siłach.
    - Ale oni tu czekali – zaprotestowała.
    - Dorian ma rację. Najpierw kolacja, wszyscy to zrozumieją. - Leanne szybko uściskała moją żonę i wyszła z pokoju. Sheila oparła się o mnie.
    Chwilę później przyniesiono nam posiłek. Zjadłem chyba poczwórną porcję, zanim się w miarę najadłem. Sheila przyglądała mi się z uśmiechem, powoli kończąc swoją porcję. Pierwszą.
    Po kolacji moja żona zdecydowała się przejść do salonu. Wszedłem za nią, trzymając ją za rękę.
    Niemal natychmiast zostaliśmy otoczeni przez członków rodziny i przyjaciół. Każdy chciał uściskać Sheilę i upewnić się, że trucizna nie wywarła na nią trwałego wpływu. Tak więc rozpoczęła się niekończąca seria przytulania, całowania, a nawet łez ze strony kobiet. Mniej więcej w połowie tego wszystkiego podszedł do mnie Ezekiel.
    - Skoro twoja żona ma się dobrze i jeszcze jakiś czas będzie zajęta, to może masz chwilę?
    - Tak, pewnie. - Spojrzałem na niego zdziwiony. - Coś się stało?
    - Powiedzmy, że kieruje mną ciekawość – odparł, gdy razem przeszliśmy do drugiego pomieszczenia. - Co mu zaproponowałeś?
    - Nie chcesz wiedzieć – mruknąłem. - I tak tego nie przyjął, więc to w zasadzie bez znaczenia.
    - Przeciwnie. Chcę wiedzieć, co byłeś gotów poświęcić. - Przysiadł na oparciu fotela.
    - Siebie – przyznałem w końcu. - Co innego mogłem zaproponować aniołowi?
    - Jesteś idiotą – padła odpowiedź. - A gdyby się zgodził? Wszystko by się rozpadło.
    - Wcale nie – zaprotestowałem. - Sheila nadal byłaby władczynią Piekła, więc armia należałaby do niej. To by nie zmieniło losów wojny.
    - Tak? I myślisz, że ktokolwiek by za nią poszedł? Obaliliby ją! A wtedy Azazeal popędziłby jej na pomoc i nastąpiłaby kolejna wojna, ale w Piekle. Na koniec pewnie to Azazeal dostałby wszystko. - Pokręcił głową. - Vi znów straciłaby brata.
    - W takim razie Genie mogłaby przejąć Piekło – odparłem. - Ona by sobie poradziła. Straciłaby brata, ale odzyskała Sheilę, która jest dla niej jak siostra.
    - Naprawdę uważasz, że zamieniłaby cię na Sheilę? Albo, że chciałaby władać Piekłem? Złamałbyś jej serce.
    - Genevieve jest silna, poradziłaby sobie – odparłem cicho.
    - Oczywiście. Co nie znaczy, że kiedykolwiek wybaczyłaby ci, że ją zostawiłeś – stwierdził chłodno.
    - Ratując życie Sheili. W końcu by to zrozumiała. - Wzruszyłem ramionami. - Rafael nie zgodził się na taki układ, twierdząc, że nigdy nikogo nie skrzywdził i nie chce mnie zabić, więc nie ma o czym mówić.
    - Nie ma? - Wydawał się zły. - A gdyby któreś z nas nagle postanowiło umrzeć? Przyklasnąłbyś?
    Spojrzałem na niego.
    - Nie postanowiłem umrzeć ot tak sobie, bez powodu. Po prostu musiałem ją uratować, bez względu na cenę.
    Zaklął i przeczesał włosy ręką.
    - Wiedziałem, że ona sprowadzi na nas kłopoty. Cholera, nawet cię ostrzegałem, że tak to się skończy. Jest twoją największą słabością.
    Wzruszyłem ramionami.
    - Wiesz, to nie ona sprowadziła na nas wojnę, to anioły nas zaatakowały, a Sheila walczyła po naszej stronie. Więc nie, nie sprowadziła na nas kłopotów. I mówisz mi o słabości, a jednak uratowałeś Genie, przyjmując za nią cios. Za co jestem ci wdzięczny – dodałem – ale to jednak cię naraziło na śmierć. Rodzina i przyjaciele zawsze będą naszą słabością, a wrogowie zawsze mogą to wykorzystać. Zamiast twierdzić, że to źle i narzekać, musimy ich chronić. Tak jak ty ochroniłeś Genie, tak i ja chronię moją żonę.
    Przez chwilę milczał, jakby moje słowa go zaskoczyły. W innej chwili zaskoczenie Ezekiela pewnie by mnie rozbawiło. Teraz jednak on pokręcił tylko głową i ruszył do drzwi.
    Wyszedłem za nim i skierowałem się do salonu, gdzie znajdowała się moja żona wraz z rodziną i przyjaciółmi. Siedziała na kanapie po jednej stronie mając ojca, a po drugiej V'lane'a, który najwyraźniej postanowił zabawić wszystkich jakąś opowieścią. Posłałem jej uśmiech i podszedłem do nich, wskazując V'lane'owi, by zrobił mi miejsce koło żony.
    Przesiadł się na fotel, nie przestając mówić. Sheila wyciągnęła do mnie rękę i przysunęła się, gdy usiadłem obok.
    - W porządku? - zapytała.
    - Tak, pewnie. - Pocałowałem ją w policzek i objąłem ramieniem, czując, że właśnie tutaj, przy niej, jest moje miejsce.
    I zawsze już będzie.

    Siedzieliśmy jeszcze godzinę, potem wszyscy kolejno się rozeszli. Wziąłem prysznic i wróciłem do sypialni, Sheila była już odświeżona, przebrana i siedziała na łóżku. Włosy miała jeszcze lekko wilgotne, ale wiedziałem, że za chwilę będą całkiem suche.
    Uniosłem brwi, widząc, że ubrała się w zwiewną koszulę nocną, mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Kolory splatały się ze sobą, tworząc trudne do opisania wzory.
    Uśmiechnęła się, widząc, że wpatruję się w jej strój.
    - To prezent od Anne.
    - Pasuje ci – stwierdziłem, siadając. Objąłem ją w pasie i pocałowałem lekko. Uśmiechnęła się i zarzuciła mi ramiona za szyję.
    - Dobrze znów być przy tobie.
    - Mógłbym powiedzieć to samo. Nawet nie wiesz, jak się przeraziłem, kiedy okazało się, że Belial jednak nie ma antidotum – powiedziałem, dotykając jej policzka.
    - Znalazłeś Beliala? - Zmarszczyła lekko brwi.
    - Tak. Mizkun powiedział mi w końcu, jak go odnaleźć. Trzeba było zniszczyć amulet kryjący, gdy to zrobiłem, Legion szybko go znalazł.
    - Mizkun? Czyli ostatecznie zgodził się na naszą propozycję? Wypuściłeś go?
    - Jeszcze nie, miał podpisać pakt, że nie będzie się mścił – przypomniałem jej. - Wtedy go wypuścimy.
    Skinęła i oparła głowę na moim ramieniu.
    - Zdaje się, że chciał mi pomóc – odezwała się po chwili. - Chciałabym mu podziękować.
    Przylgnęła do mnie. Pachniała delikatnie i kwiatowo, słodko.
    - W porządku, idź do niego jutro – zgodziłem się, napawając się jej zapachem. Przesunąłem ustami po jej szyi.
    - Wiesz... a może zaproponujemy mu dołączenie do twojego Kręgu? Chcę mu pomóc, a Lucyfer... on go porzucił.
    Spojrzałem na nią ze zdziwieniem.
    - I myślisz, że się zgodzi?
    - Nie wiem. Nie ma o nas zbyt dobrego zdania, prawda? - Przygryzła wargę.
    - Możesz mu zaproponować, ale i tak się nie zgodzi. - Wzruszyłem ramionami. - Choć do wyboru ma diabła, który uznał go za zdrajcę, a twierdzi, że jednak nie zdradził. Ostatecznie mógłbym go przyjąć, robi skuteczne amulety.
    - Porozmawiam z nim o tym. Powinien mieć wybór. A Lucyfer jest tym najgorszym. - Przesunęła dłońmi po moich ramionach. - Dziękuję, że się zgadzasz.
    - Bądź co bądź, po jego wskazówkach w końcu dotarliśmy do Beliala. - Przesunąłem dłonią po jej miękkich włosach. - Dzięki tobie, mój skarbie. Jesteś bardzo mądra. - Musnąłem ustami jej ucho.
    Najpierw poczułem ciepło jej policzków, dopiero później dostrzegłem delikatne rumieńce. Wciąż nie przywykła do komplementów.
    - Co zrobiłeś z Belialem? Nie żyje?
    - Ależ żyje – odparłem, przypominając sobie, jak go zostawiłem. - Jest w tym momencie... można powiedzieć, że przykuty do ściany, jutro wtrącę go do celi w Piekle. Kłamał, że ma antidotum i żądał, bym oddał mu Piekło w zamian za lekarstwo. Nim to zrobiłem, przyszedł Ezekiel i wyrwał mu serce, po czym pokrył magią, dzięki czemu wciąż żyje i mogę go kontrolować. Zrobi wszystko, co powiem. W ten sposób dowiedzieliśmy się, że jednak nie posiada antidotum – wyjaśniłem.
    - Och. - Wydawała się zaskoczona. W zamyśleniu kreśliła kciukiem kółka na moim karku. - Sądziłam, że chcesz jego śmierci. Zamiast tego został niewolnikiem. Sama nie wiem, co jest gorsze.
    - Śmierć byłaby dla niego łagodniejszą karą – odparłem. - Przez niego o mało cię nie straciłem. - Pocałowałem ją czule.
    - Nie wiem, czy podoba mi się twój sposób karania. Ale tym razem po prostu zaakceptuję podjętą przez ciebie decyzję – oznajmiła.
    Uśmiechnąłem się. Chyba po raz pierwszy Sheila nie prosiła mnie o łaskę dla skazanego. Uznałem to za spory postęp. Rozumiała moje powody i bardzo mnie to cieszyło.
    - Jesteś wspaniałą żoną, Sheilo. I nawet jeśli się nie zgadzamy w paru kwestiach, potrafimy dojść do porozumienia. Miałem rację od samego początku, jesteś dla mnie idealna. - Pocałowałem ją w usta.
    Odpowiedziała mi powoli i zmysłowo, muskając palcami mój policzek.
    - Miło mi to słyszeć, bo jeszcze dziś bałam się, że jesteś mną całkowicie rozczarowany.
    - Popełniłaś błąd, wyciągnęłaś wnioski i wiem, że już więcej tego nie zrobisz. Ufam ci, Sheilo. - Przesunąłem dłonią po jej karku, delikatnie masując jej skórę tuż pod włosami. Ponownie posmakowałem jej usta.
    Spojrzała na mnie uważnie.
    - Nadal uważam, że ten anioł nie zasłużył na swój los. Ale nie zrobię nic bez rozmowy z tobą.
    - To mi wystarczy. - Uśmiechnąłem się. - Jesteś moim światełkiem i powinnaś nim pozostać. Nie chciałbym, żeby to się zmieniło. Taka jesteś idealna.
    W odpowiedzi pocałowała mnie długo i powoli. Przez długą chwilę upajałem się jej pocałunkami. Delikatnie masowałem palcami jej ramiona, kark, plecy. Smakowałem jej skórę, usta, potem szyję, dekolt... Była moja, tylko moja i na zawsze moja. Kochałem ją i uznałem, że w odpowiednim momencie jej to powiem, ale na razie sam musiałem oswoić się z tą myślą.
    Pieściłem całe jej ciało, słuchając słodkich dźwięków jej rozkoszy, jej szeptów, westchnień, sam również zatracając się w niej całkowicie.
    Zasnąłem, trzymając w objęciach moją żonę, mój największy skarb. Moją ukochaną.

    Po śniadaniu, gdy już pożegnałem się z Sheilą, ale zanim udałem się do Piekła, wróciłem w miejsce, gdzie zostawiliśmy Beliala. Nadal tam był. Wisiał na sztyletach, które paliły go bez przerwy. W pomieszczeniu można było wyczuć swąd spalonego ciała. Stanąłem przed nim i przyglądałem mu się przez chwilę. Wyglądał na bardzo wyczerpanego. Spojrzałem mu w oczy. Nie były pozbawione świadomości, choć nie miał już wolnej woli. Uśmiechnąłem się przeciągle.
    - Jak minęła noc? Bo mi wyśmienicie. Mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobra jest taka, że Sheila żyje i ma się świetnie. A zła, że twoje wieczne cierpienie dopiero się rozpoczyna. - Odwołałem sztylety, Belial upadł na kolana, ciężko dysząc. Natychmiast przeniosłem się z nim do lochów w Piekle.
    Wybrałem dla niego obskurną celę i kazałem mu tam wejść. Zastanawiałem się przez chwilę.
    - Sprawdzimy, jak silnie działają rozkazy, gdy twoje serce jest w moim posiadaniu. - Rzuciłem mu długi sztylet. - Wbij go sobie w brzuch i wytnij, powiedzmy... wątrobę.
    Diabeł jęknął, sięgnął po broń i wbił w swoje ciało. Z zainteresowaniem przyglądałem się jego poczynaniom.
    - Marny byłby z ciebie medyk, ale chyba skuteczny. - Oparłem się o ścianę. - Nie mogę poświęcić ci więcej niż kwadrans, ale nie martw się, kiedy wyjdę, będziesz mógł kontynuować. - Z satysfakcją wpatrywałem się w mojego wroga, gdy wkładał rękę w brzuch i wyciągał sobie wnętrzności. - Tylko ostrożnie, nie chcę, żebyś umarł – zapowiedziałem. - Śmierć to zbyt łagodna kara dla kogoś, kto próbował skrzywdzić moją żonę.
    Belial oczywiście nie odpowiedział, nawet gdyby chciał. Był zbyt zajęty wycinaniem wątroby.
    Kwadrans minął dość szybko, ale pocieszyłem go, że może jutro do niego zajrzę i powtórzymy to samo z innymi częściami ciała. A póki co, żeby się nie nudził, miał odcinać sobie palce u nóg i rąk. Powoli i po kawałeczku. Zapowiedziałem też, że jak będzie posłuszny, przyprowadzę mu czwórkę hyosube do zabawy.
    O dziwo, nie wydawał się szczególnie zadowolony z mojej obietnicy. Za to ja wręcz przeciwnie, w bardzo dobrym humorze udałem się do moich wojowników.

6 komentarzy:

  1. Dobrze, że choć na Rafaela można liczyć. :) A propozycja Doriana była godna podziwu, może ta sytuacja wpłynie jakoś na losy wojny? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jej, już się bałam, że Sheila umrze!
    Czekam, aż Dorian w końcu powie jej, że ją kocha 💓

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale sadystyczne zakończenie :)
    Ale cieszę się bardzo, że Sheila już ozdrowiała i to za sprawą Rafaela :D Ach, i mamy tym sposobem Pana, który się zakochał :)

    OdpowiedzUsuń