Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

18.02.2017

Rozdział XXVII. Część 1

***Sheila***

    Wciąż trudno było mi uwierzyć, że tak niewiele dzieliło mnie od śmierci. Tym dziwniejsza była ta wizja, że wszelkie objawy po prostu zniknęły. Jakbym nigdy nie wypiła tego wina, jakby nigdy nie trawiła mnie gorączka, a ból nie pożerał mojego ciała. Jakbym nie straciła niemal ostatniej kropli wody. A przecież tak właśnie było, umierałam. Pamiętałam ten obezwładniający ból, niemożność złapania tchu, suchość. Jakby od wewnątrz palił mnie żywy ogień. W gorączce dręczyły mnie sny, koszmarne wizje pełne wynaturzonych stworzeń, które pragnęły zabrać mnie ze sobą, ku śmierci. A ja niemal się poddałam, ból był tak silny, że wizja nie czucia niczego była kusząca. A jednak walczyłam, bo mój wymęczony umysł podsyłał mi jeszcze inną wizję. Osoby, które kochałam. Słyszałam ich głosy nawołujące mnie w mroku. Chwytałam się ich z całych sił. Głosów rodziny i przyjaciół. Głosu Doriana, który był chyba najbardziej nieprawdopodobnym majakiem, dziwniejszym nawet od tych mrocznych stworzeń. Mówił mi, że mnie kocha. I choćby dla tej krótkiej chwili warto było przejść przez to wszystko. By usłyszeć to, czego on nigdy mi nie powie.
    Wypłynęłam na powierzchnię jeziora, odrzucając włosy do tyłu. Wystawiłam twarz do wczesnojesiennego słońca, ciesząc się jego ciepłymi promieniami. Obmywająca moje ciało woda była chłodna, lecz nadal niezwykle przyjemna. Zebrałam pojedyncze pasemka włosów z twarzy i obejrzałam się na siedzącą na brzegu Leanne. Wysunęła stopę, ale gdy tylko dotknęła wody, cofnęła ją szybko. Uśmiechnęłam się i popłynęłam w jej stronę. Nie wszyscy byli odporni na chłód wody. Leśne nimfy większość zimy spędzały ukryte w swoich drzewach, a woda ochładzała się szybciej. Przyjaciółka skrzyżowała nogi i otuliła się żółtym, przypominającym słońce sweterkiem.
    - Dobrze wrócić do domu, co? - zagadnęła. Podrapała za uchem jednego z zajęcy, który skubał liście mleczu rosnące tuż obok nimfy. Byłam niemal pewna, że pomogła im przetrwać pierwsze dni jesieni.
    - Czuję się, jakbym nie pływała przez wieczność – wyznałam. Położyłam się na wodzie i oparłam o bok Ekscelencji, która uparła się płynąć tuż przy mnie. Moja podróż na drugą stronę i równie nagły powrót wpłynęły także na stworzenia mieszkające w jeziorze. Czuły, gdy odchodziłam, ponieważ byłam częścią jeziora, jak i one. Teraz cieszyły się z mojego powrotu. Na dowód karpie koi zaczęły szaleńczo krążyć wokół moich nóg.
    - Boisz się?
    Podniosłam głowę, słysząc pytanie Leanne. Przyglądała się kolorowym liściom, które wcześniej zbierała.
    - No wiesz... Prawie umarłaś, bo wypiłaś wino przeznaczone dla Doriana. Wojna trwa, bo to jego chcą zabić. Boisz się czasem? Że przez swoją miłość do niego w końcu umrzesz? Żyje w takim niebezpiecznym świecie...
    Westchnęłam i oparłam ramiona o kamień, przy którym siedziała Leanne.
    - Wiedziałam, jakim mężczyzną jest Dorian, kiedy za niego wychodziłam. Nasze początki były trudne, mogę cię zapewnić, że poznałam go zarówno z najlepszej, jak i najgorszej strony. Wiedziałam, że życie z nim nie będzie usłane różami. Ale kocham go. Wolę krótkie życie z nim, niż długie bez niego. Boję się, oczywiście, że tak. Ale zawsze czegoś się boimy.
    Leanne wydęła usta i zaczęła splatać liście, wyginać je i formować w fantazyjne wzory. Zawsze zajmowała czymś ręce, gdy się denerwowała.
    - Jesteś odważna – powiedziała w końcu. - Ja czasem mam ochotę schować się w drzewie i czekać, aż to wszystko się skończy. - Spojrzała na mnie. - Ale się nie skończy, prawda?
    - Nie wiem – przyznałam szczerze.
    Odetchnęła głęboko. Liście w jej dłoni były uformowane w piękny kwiat.
    - Twój tata złożył mi wczoraj propozycję – wyznała w końcu. Jej dłonie układały właśnie drugi kwiat. - Powiedział, że może przenieść moje drzewo w jakieś spokojne miejsce, daleko stąd. - Zamrugałam zdziwiona tą rewelacją. - Wiesz, myśleliśmy, że umrzesz. Opłakiwaliśmy cię. Nigdy nie widziałam tyle smutku, co w jego oczach, gdy do ciebie mówił... No, ale... rzecz w tym, że miałam ochotę się zgodzić, bez ciebie to miejsce byłoby inne.
    - Chcesz odejść, Leanne?
    Myśl, że moja przyjaciółka przeniesie się gdzieś daleko, bolała. Rozumiałam ją i nawet cieszyłam się, że byłaby bezpieczna, z dala od tego wszystkiego, co stanowiło teraz moje życie. Rozumiałam doskonale, ale utrata jej i tak by bolała.
    Pokręciła głową.
    - Nie, nadal tu jesteś. Więc... jest nadzieja. Ale rzecz w tym, że chyba nie miałabym tyle odwagi, co ty...
    Tym razem przyszła moja kolej na kręcenie głową. Przykryłam dłoń Leanne swoją.
    - Jesteś silna, Leanne. Przetrwałaś pożar, zwymyślałaś Doriana i potrafisz nadal być szczęśliwa. To jest prawdziwa siła, Leanne – zapewniłam ją.
    Uśmiechnęła się do mnie i ścisnęła moją dłoń.
    Obie podniosłyśmy wzrok na Raphaela, który właśnie szedł w naszą stronę. Wcześniej obserwował mnie z ogrodu. Zachowywał się, jakby nie miał zamiaru spuszczać mnie z oczu.
    - Witaj, mój dzielny strażniku – powitałam go żartobliwie.
    Usiadł koło Leanne i posłał mi uśmiech.
    - Dzielny strażnik melduje, że sumiennie wypełnia swe obowiązki.
    - Ale wiesz, że nie musisz ciągle mnie pilnować? Nie tknę żadnego wina, poza tym Lex sprawdził piwniczkę i spiżarnię. Nic mi nie grozi – dodałam.
    Leanne spojrzała na Rapha i szepnęła konspiracyjnym tonem:
    - Ona nie rozumie, że wszyscy omal nie dostaliśmy zawału z jej powodu.
    Skrzywiłam się.
    - Może i nie ma zatrutego wina, ale zamierzam być w pobliżu, gdyby coś innego czyhało na twoje życie – oznajmił Raph stanowczo.
    Zrobiłam minę i wskazałam zajączka, który przysunął się do mojej dłoni i wyłowił spod niej listek mleczu.
    - Zagryzie mnie na śmierć!
    - No bardzo śmieszne. - Raph spojrzał na mnie, pokręcił głową i po chwili uśmiechnął się szeroko. - Ale skoro już mówimy o zagrożeniach... Zajączek, o ile nie jest chory na wściekliznę ani zmutowany, to raczej nic ci nie zrobi. Za to te małe stworki chyba mogą być niebezpieczne, co? - Zerknął w stronę Wiercipiętki, która wyglądała zza krzaka.
    - Już nie, są oswojone – wyjaśniłam. - Nie zrobiłyby mi krzywdy. Myślę, że są do mnie przywiązane.
    - Ciekawe zwierzątka. Założę się, że mogłyby kogoś zagryźć w mgnieniu oka.
    Przytaknęłam.
    - I zjeść. Wciąż staram się zmienić im nawyki żywieniowe. - Podparłam się na kamieniu i wyszłam z jeziora. Otuliłam się podanym przez Leanne ręcznikiem, chciałam, by moja skóra wyschła sama.
    - Drapieżniki trudno poskromić – stwierdził mój przybrany brat, zerkając w krzaki, gdzie zniknęła Wiercipiętka.
    - Do Sheili łaszą się jak kociaki – mruknęła Leanne, kończąc zawijać ostatni kwiat z liści. - Muszę rozprostować nogi, chcecie się przejść?
    Przytaknęłam. Ciekawiło mnie, jak radzi sobie ogród po tym, jak razem z Leanne naprawiałyśmy zniszczenia.
    Sięgnęłam po prostą czerwoną sukienkę i szybko ją włożyłam. Sięgała mi prawie do kostek, a długie rękawy gwarantowały ciepło. Leanne pomogła mi z zapięciem i nim zdążyłam zareagować, zaczęła zaplatać mi włosy w warkocz podobny do własnego.
    Raph przyglądał nam się przez chwilę. Kiedy Leanne skończyła, wszedł między nas i podał jedno ramię mnie, drugie mojej przyjaciółce.
    - Spacer po ogrodzie to dobry pomysł. Pozwolicie, piękne nimfy?
    - Z tobą wszędzie. - Leanne posłała mu słodki uśmiech. - Dlaczego na świecie jest tak niewielu czarujących mężczyzn?
    Zachichotałam, kiedy wszyscy razem ruszyliśmy ku alejce.
    - Może dlatego, by kobiety mogły doceniać tych wyróżniających się wśród innych? - zasugerował Raph, uśmiechając się szeroko.
    Poklepałam go po ręce.
    - Ty jesteś jedyny w swoim rodzaju.
    - W sensie najlepszy w swoim rodzaju? - Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
    - W swoim rodzaju na pewno – zaśmiałam się.
    Zatrzymaliśmy się, gdy między moimi nogami, niczym mała torpeda, przebiegł hyosube i zniknął w krzakach. Nie byłam pewna czy to Urwis, czy też Psotnik, prawie mnie przewrócił. Spojrzałam za nim ciekawie, wcześniej w tym samym miejscu widziałam schowaną Wiercipiętkę.
    - Czemu mam wrażenie, że coś nabroiły? - mruknęła Leanne.
    - Myślicie, że coś upolowały? Albo kogoś? - dociekał Raph.
    - Dorian i Varys dbają, by nie wychodziły poza bariery – zaprotestowałam i pierwsza ruszyłam w stronę krzaków. Odchyliłam jedną z gałęzi i znalazłam całą gromadkę. Wiercipiętka żuła coś kudłatego, pewnie mysz. Za dostawę jedzenia musiał być jakże z siebie dumny Psotnik, natomiast Maruda leżała na posłaniu z liści i lizała maleńkiego hyosube. Zamrugałam i pochyliłam się nad zwierzętami.
    - Marudo, zostałaś mamą?
    Raph zatrzymał mnie, zanim podeszłam bliżej.
    - Ostrożnie, może być agresywna, instynkt macierzyński u dzikich zwierząt jest mocno rozwinięty.
    - Pozwól popatrzeć, zobacz, jakie to maleństwo jest śliczne! - zachwyciłam się. Dziecko Marudy zwinęło się w kulkę i cichutko mruczało, jakby coś mu się śniło. I było przepiękne.
    - Urocze – westchnęła Leanne.
    - Młode zawsze są bardzo ładne – zgodził się mój przybrany brat, przyglądając się małemu hyosube. - Pewnie jakoś niedawno przyszło na świat.
    - Ależ duże też są ładne – zaoponowałam. Hyosube były dość osobliwe, ale nie można było odmówić im uroku. Maleństwo kichnęło i schowało pyszczek w łapkach. Leanne wydała z siebie zachwycone westchnienie. Tymczasem Wiercipiętka wydostała się z krzaków i przydreptała do mnie, lekko się chybocząc. Podrapałam ją.
    - Ciekawe, czy to samiec, czy samiczka – zastanawiał się Raph.
    Przyjrzałam się maleństwu, ale nie umiałam ocenić, jakiej jest płci.
    - Myślę, że dowiemy się, kiedy zacznie samo chodzić, teraz lepiej go nie ruszać – powiedziałam.
    - Tak będzie najlepiej – zgodził się ze mną Raph.
    - Nie mogę się doczekać, kiedy wezmę je na ręce – dodałam.
    - A ja chcę małego zajączka – mruknęła Leanne. Uśmiechnęłam się i wyprostowałam, co Wiercipiętka przyjęła z niezadowolonym prychnięciem.
    - Jeśli twoje dwa zające to samiec i samiczka, na pewno się doczekasz, Leanne – stwierdził Raph, uśmiechając się półgębkiem. - Może nawet niejednego małego zajączka.
    - Na to liczę, za mało tu zwierząt – westchnęła.
    Wzięłam Rapha pod ramię i pociągnęłam w stronę alejki, Leanne natychmiast dołączyła. Maleństwo i Maruda potrzebowały spokoju, nie chciałam im przeszkadzać. Rozkoszowałam się ciepłym słonecznym dniem, a idąca obok przyjaciółka zaczęła rozprawiać na temat małych stworzonek. W końcu pokręciła nosem i spojrzała na Rapha.
    - Ile ty właściwie masz lat?
    - Trzysta dwadzieścia pięć – odparł swobodnym tonem. - A co, wyglądam na mniej, czy więcej? - Zerknął na nią z rozbawieniem.
    Za późno pojęłam, o co chodziło Leanne.
    - To dlaczego nie masz dzieci? - wypaliła.
    Zatrzymał się i spojrzał na nią ze zdumieniem.
    - Ja i dzieci? Najpierw musiałbym założyć rodzinę, a do tego wcale mi się nie śpieszy.
    Przyjaciółka wydawała się wielce zdumiona.
    - Ale w twoim wieku? Na co ty czekasz?
    Zaczęłam cicho chichotać.
    - Słodka Leanne, ja nie czekam. Ja działam. Ale moje działanie wyklucza posiadanie dzieci. Inkuby z reguły nie zakładają rodzin – wyjaśnił. - Chyba, że się zakochają, ale to bardzo rzadkie i wolałbym tego uniknąć.
    - Raphowi trudno byłoby się ustatkować – pospieszyłam mu z pomocą. - Za bardzo ceni sobie wolność, poza tym jest przekonany, że nie powinien wybierać jednej kobiety, skoro może dać szczęście wszystkim – dodałam z rozbawieniem.
    - Dokładnie! - Spojrzał na mnie z uznaniem. - Idealnie to wyjaśniłaś, Sheilo.
    - Masz prawo do wyboru własnej drogi. - Cmoknęłam go w policzek. - Jeśli tylko jesteś szczęśliwy, ja zawsze stanę po twojej stronie. A teraz wracajmy, niedługo podadzą obiad, a muszę jeszcze pomówić z Mizkunem.

    Zeszłam do lochów bez depczącego mi po piętach Rapha, udało mi się go przekonać, że nic mi tam nie grozi. Oczywiście musiałam zapewnić, że nie będę tam długo, bo wtedy zacznie się martwić i po mnie zejdzie. Kochałam moją rodzinę z całego serca, ale ta troska potrafiła być męcząca.
    Znalazłam właściwy klucz i otworzyłam masywne drzwi celi. Mizkun musiał niedawno skończyć obiad, bo na stoliku obok stosu książek stały puste naczynia. Sam demon amuletów leżał na łóżku, a w uszach miał słuchawki. Parę dni temu prosił o jakiś odtwarzacz muzyki i zgodziłam się. Kiedy nie ma się do kogo odezwać, muzyka może być wybawieniem.
    Podniósł się na mój widok i ściągnął słuchawki. Musiałam przyznać, że zmiana warunków bardzo mu służyła, wyglądał o wiele lepiej, niż podczas naszej ostatniej rozmowy. Zniknęły cienie pod oczami i rozbiegane spojrzenie. Wciąż miał trochę za długie włosy, ale golił się regularnie i przede wszystkim jadł. Wtedy wydawał się zbyt chudy, lecz zdążył przybrać na wadze. Miał też na sobie czyste ubranie. Uśmiechnęłam się.
    - Poświęcisz mi chwilę?
    Na jego twarzy zobaczyłam ulgę.
    - Żyjesz – odezwał się. - Schwytaliście Beliala?
    Skinęłam głową i przycupnęłam na brzegu łóżka.
    - Dorian się nim zajął. Wiem, że znaleźli go dzięki tobie, dlatego dziękuję. I oczywiście, zgodnie z umową, możesz odejść. Jeszcze dziś możesz zawrzeć z Dorianem pakt i wtedy cię wypuścimy.
    Spojrzał na mnie z namysłem.
    - Zawrę pakt i wyjdę stąd, tak? Cały i żywy?
    - Cały, zdrowy i zdecydowanie żywy. Nikt z Kręgu Doriana nie będzie cię niepokoił. - Wskazałam trzymany przez niego odtwarzacz. - Możesz nawet zatrzymać to. Dotrzymuję słowa.
    Skinął głową.
    - Dziękuję – powiedział cicho. - W takim razie... pozostało mi czekać na pakt.
    Przez chwilę tylko mu się przyglądałam, nie wiedząc, od czego zacząć.
    - Wiem, że nie mam prawa pytać... - zaczęłam – ale co zamierzasz? Masz dokąd pójść?
    Zastanawiał się przez chwilę.
    - Mam... miałem dom. Jeśli Lucyfer go nie zabrał, to tam się udam.
    Tak jak przypuszczałam. A znając Lucyfera, mógł nie mieć już nic.
    - Posłuchaj, to my wywróciliśmy twoje życie do góry nogami, więc... chcę pomóc. Lucyfer nie jest dobrym wyborem. Zostawił cię, gdy go potrzebowałeś, a władca powinien wspierać swoich. No i pomyślałam... możesz zostać u nas, to znaczy w kręgu Doriana. Wiem, że nie masz do nas zaufania, a Dorian cię skrzywdził... ale byłbyś bezpieczny.
    Przyglądał mi się przez chwilę.
    - Doceniam propozycję, naprawdę. Ale nie wstąpię do Kręgu tego potwora.
    Cóż, tego także się spodziewałam. Rozumiałam go, ale czułam się w obowiązku bronić męża.
    - Wiem, że pokazał ci się od najgorszej strony, ale on wciąż uczy się rozwiązywać sprawy w inny sposób. Mam jeszcze jedną propozycję. - Spojrzałam na niego z powagą. - Krąg mojego ojca, Azazeala.
    - Krąg Azazeala – powtórzył Mizkun. Spojrzał na mnie z zainteresowaniem. - Zgodziłby się mnie przyjąć?
    Trafiłam. Kontynuowałam, zadowolona, że mogę mu pomóc.
    - Jeśli go poproszę, a ty przysięgniesz mu lojalność, myślę, że tak. Tata dba o swoich i to nie byłby pierwszy raz, gdy daje komuś szansę. Mogę ci w tym pomóc.
    - I tak po prostu mnie przyjmie? Na twoją prośbę? - Patrzył na mnie z niedowierzaniem. - Nie chciałbym nagle zostać bez Kręgu.
    Wzruszyłam ramionami. Co mogłam powiedzieć? Ojciec zrobiłby dla mnie wszystko, kochał mnie.
    - Właśnie tak. Jeszcze dziś z nim porozmawiam, jeśli chcesz. Będziesz miał odpowiedź, nim odejdziesz.
    - A co chcesz w zamian? - spytał, patrząc na mnie podejrzliwie. - Trochę trudno mi uwierzyć, że robisz to wszystko całkiem bezinteresownie. Rozumiem, że dotrzymujesz złożonego słowa, zawarliśmy umowę. Ale czemu chcesz mnie w Kręgu swojego ojca? Nie zrozum mnie źle, nie wątpię, że jesteś w porządku, ale nikt nie robi niczego za darmo.
    Nie dziwiłam się, że ma wątpliwości, w jego świecie nikt nie był po prostu życzliwy. Zwłaszcza w Kręgu Lucyfera musiało być trudno o zaufanie. Nie mogłam go o nie prosić, ale mogłam go przekonać, by przyjął pomoc.
    - Cóż, pomogłeś Dorianowi z Belialem właśnie wtedy, gdy tego potrzebowałam. Nie miał dla mnie leku, ale i tak pomogłeś. Poza tym to mój mąż sprawił ci tyle bólu i chcę choć trochę ci to zrekompensować. To wszystko, nie chcę niczego. Tylko obiecaj Dorianowi, że nie będziesz szukał zemsty, tak jak się umawialiśmy.
    - Dobrze, niech tak będzie – zgodził się.
    Skinęłam głową. Czułam ulgę, że mogę pomóc przynajmniej jemu. Małe kroczki. Wygładziłam dół sukienki.
    - Dobrze, w takim razie już pójdę. Chyba, że chcesz jeszcze o czymś porozmawiać.
    - Nie, to wszystko. - Skinął mi głową. - Jeszcze raz dziękuję, Sheilo.
    Uśmiechnęłam się i wstałam.
    - Nie musisz. Po kolacji Dorian będzie gotowy, by z tobą pomówić – zapewniłam i opuściłam celę.
    Uniosłam brwi na widok czekającego tam Varysa.
    - Raph obiecał poczekać, więc wysłał ciebie?
    W odpowiedzi tylko się uśmiechnął.

7 komentarzy:

  1. Cóż za sielski rozdział. Czyżby to była tylko cisza przed burzą? ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wojna nadal trwa, sam sobie odpowiedz. :) Czasem trzeba rozdziału, w którym bohaterowie złapią oddech.

      Usuń
  2. Dobroć Sheili nie zna granic ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba dobrze. Szczególnie dla Mizkuna ;)

      Usuń
  3. To zakończenie tak przypominało mi Deamona i Lucivara, że szok :) Cwani są, to trzeba przyznać ;)
    Zawsze potrzeba ciszy przed burzą, już się nastawiam na dalszą wojnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kogo? Jeśli to czytałam, to nie kojarzę:p

      Usuń
  4. A czemu Ci ich przypominało? Aż przeczytałam jeszcze raz tę końcówkę, ale nie wiem, co zobaczyłaś...

    OdpowiedzUsuń