Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

10.12.2016

Rozdział XXIV. Część 2

 ***Ezekiel***

    Narada nie trwała długo, gdy tylko wszystko wyjaśniliśmy, pałeczkę przejął Azazeal. Tym razem nie miałem nic przeciwko, dowodził armią na długo przed moimi narodzinami i doskonale wiedział, co robi. Dorian konsultował z nim pomysły, a ja, Vi i V'lane trzymaliśmy się z boku. Osobiście doszedłem do wniosku, że powiedziałem już wszystko i powinienem zająć się czymś bardziej produktywnym. Na przykład wrócić do lochu i uciąć sobie pogawędkę z aniołem.
    - Co o tym sądzisz?
    Spojrzałem na Vi i wzruszyłem ramionami.
    - Nadal jestem zdania, że nie jesteśmy gotowi na otwarte starcie. I nie obchodzi mnie, jak niehonorowe jest to, co robimy, jeśli tylko dzięki temu to my będziemy żywi.
    - A mnie nie podoba się już samo to, że walczymy z aniołami. Nigdy nie wątpiłam, że należę do tych złych, ale nie sądziłam, że to zajdzie tak daleko. A jednak wojna to wojna. - Podniosła na mnie wzrok. - A na wojnie wszystko dozwolone.
    Nie powiedziała tego wprost, ale i tak jasno dała mi znać, że zgadza się na moje metody. Uśmiechnąłem się i wyjrzałem przez okno – na naszą armię.
    - Jesteśmy mądrzejsi niż ostatnio, możemy to przetrwać, prawda?
    Taką miałem nadzieję.
    Drgnąłem, gdy Dorian klepnął moje ramię.
    - Wszystko zaplanowane, co teraz? - Ukradkiem schował komórkę, jego mina dowodziła, że nadal nie dostał żadnych wiadomości od żony.
    - Na początek wyrzuć ten telefon, bo zwariujesz – mruknąłem.
    - Jest późno, wiele nie zdziałamy. Może lepiej będzie wykorzystać ten czas na odpoczynek i zebranie energii. Wrócimy tu rano – zaproponowała Genevieve.
    - Nie jestem śpiący – stwierdził Dorian i zerknął na mnie. - Na pewno zrobiliśmy już wszystko na dziś?
    - Ty tak, ja jeszcze trochę popracuję.
    - Nad czym? - zainteresował się mój przyjaciel. - Strategię już omówiliśmy.
    - Chyba spróbuję jeszcze z jednym aniołem. Może tym razem mi się poszczęści.
    - A może po prostu wypijemy po lampce wina? Nawet ty potrzebujesz przerwy, Zeke. - Genie ujęła pod ramię nas obu.
    - Mnie odpowiada taka przerwa – stwierdził Dorian.
    - Skoro nalegasz... - Posłałem Vi uśmiech, który oczywiście zignorowała. - Dysponuję kilkoma całkiem dobrymi rocznikami.
    - Też tworzyłeś je z lodu? - Dorian spojrzał na mnie sceptycznie. Posłałem mu chmurne spojrzenie.
    - Dostałem je. Jeszcze niedawno byłem gwiazdą Wall Street i każdy chciał mnie poznać.
    - Albo upić i okraść. - Vi posłała mi złośliwy uśmiech.
    - W takim razie idziemy do ciebie – zdecydował mój przyjaciel.
    - Łaskawco, czym na to zasłużyłem – burknąłem, ale tylko dla zasady, bo Vi wciąż trzymała dłoń na moim przedramieniu i było mi z tym całkiem dobrze.
    Razem udaliśmy się do mojego zamku. Odesłałem Cescę i sam zająłem się winami. Dorian z zainteresowaniem oglądał butelki.
    W końcu wybrał jeden ze starszych roczników i spojrzał na mnie pytająco. Machnąłem ręką i wskazałem kieliszki.
    - Śmiało, czyń honory.
    Rozlał wino do kieliszków i zajął miejsce w fotelu. Podałem trunek Vi i usiadłem obok niej. Podwinęła pod siebie nogi i zakołysała kieliszkiem.
    - To co, za to, żebyśmy wygrali?
    - Za nasze zwycięstwo. W bitwie i w wojnie – potwierdził Dorian, unosząc kieliszek.
    - Za odrodzenie najpotężniejszej rasy na Ziemi – dodałem i wypiłem.
    Genevieve szturchnęła mnie łokciem.
    - Zawsze znajdziesz sposób, by sobie schlebić, co?
    - Oraz za nową rasę, której początek damy ja i Sheila – dodał Dorian.
    Zerknąłem na przyjaciela, rozważając jego słowa. Sam byłem ciekaw, jakie efekty może dać wymieszanie genów tej dwójki. Prastara magia Panów i ich największego wroga, aniołów. Z dodatkiem magii nimf. Te dzieci mogły być niezwykłe, pod warunkiem, że sprzeczne linie magiczne nie zaczną się zwalczać. Miałem nadzieję, że tak się nie stanie, inaczej życie tych dzieci mogłoby być zagrożone. Nie zamierzałem jednak dręczyć tym Doriana, i tak wychodził z siebie ze strachu o żonę.
    - To mogą być pierwsze w historii opierzone smoki – zażartowałem.
    - Albo ogniste nimfy? - zastanawiał się Dorian.
    - Nimfa mieszkająca w kominku? - zastanawiała się na głos Genie.
    - Ciskająca piorunami – dodał jej brat.
    - Jak tatuś? - Pamiętałem Doriana, który postanowił pobawić się we władcę burz. Ludzie także pamiętali. Ponad dwa tysiąclecia później powołali do życia boga z potężnym młotem. Nie wiedzieć czemu ze mnie zwykle robili cwaniaka i oszusta. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie.
    - Bez względu na umiejętności, wasze dzieci będą cudowne.
    - Jestem tego pewien. - Dorian posłał uśmiech siostrze.
    Dolałem sobie wina. Musiałem przyznać, że nie znałem Doriana od takiej strony. Myśl o nim z gromadką dzieci była równie niecodzienna, co zabawna. Nie omieszkałem o tym wspomnieć:
    - Więc jak, marzy ci się zmienianie pieluch?
    - Ja chętnie pomogę. Przegapiłam ten okres u Rapha – zaoferowała się Vi.
    - A ty nie chciałbyś mieć dzieci? - Dorian spojrzał na mnie.
    - W przyszłości tak. Ale nie w tej najbliższej. - Sięgnąłem po butelkę. - Ale to rozmowa na inną okazję. Teraz proponuję zająć się winem.

    Od bitwy dzieliło nas już niewiele czasu, przedstawiliśmy żołnierzom plan, który opracowaliśmy kolejnego dnia. Dziś nikt nie ćwiczył, chcieliśmy, by byli wypoczęci. Kazaliśmy im się zrelaksować, najeść i co tam jeszcze chcieli. Sam rozsiadłem się w sali narad, po raz ostatni studiując mapę Doliny Śmierci. Kazałem wszystkim odłożyć obowiązki, lecz sam nie mogłem tego zrobić. W nocy, gdy Dorian i Vi postanowili się w końcu położyć, zszedłem do lochów, by jeszcze raz spróbować skonfrontować moją magię z tą należącą do aniołów. Efektem był kolejny trup. Nie udało mi się nad nim zapanować ani nawet zmusić do mówienia. Pozostał mi ostatni, lecz musiałem dokładnie przeanalizować swoje działania, nim do niego wrócę.
    Teraz, kiedy czas kurczył się w zastraszającym tempie, zwinąłem mapę i postanowiłem ściągnąć Doriana na plac treningowy. Byłoby dobrze, gdyby powiedział kilka słów do swojej armii. Potrzebowali otuchy i świadomości, że przywódca poprowadzi ich do zwycięstwa. Zwykle takimi rzeczami zajmowali się Legion lub V'lane, lecz tym razem musiał to być Dorian. To za niego walczyli.
    Przeniosłem się do zamku Doriana i nie zważając na służbę, ruszyłem do jego sypialni. Widok Sheili nie był dla mnie zaskoczeniem, wyczułem ją już wcześniej. Podobnie jak Leanne, która była gdzieś w ogrodzie.
    - No proszę, zguba odnaleziona – powiedziałem, opierając się o futrynę. - Dobrze, nie będziesz sprawdzał telefonu podczas walki. - Przyjrzałem się nimfie. - Jakie efekty?
    - Lorelei pożyczyła Sheili berło, którego może użyć raz podczas bitwy – wyjaśnił Dorian. - Da jej nieograniczoną władzę nad wodą.
    - Tylko raz? To niewiele.
    Podszedłem do nich i ująłem berło w dłonie. Natychmiast poczułem, jak potężna jest drzemiąca w nim magia. Sama Lorelei musiała zatem być jeszcze silniejsza. Mogła nawet dorównywać mojej rasie. Naparłem na magię berła, chcąc nagiąć je do własnej woli. A ono odepchnęło mnie ze zdwojoną siłą. Zamrugałem ze zdumienia.
    - Nie mogę go użyć.
    - Nie, tylko ja mogę – sprostowała Sheila i wyciągnęła dłoń. Oddałem jej berło; dla mnie było bezużyteczne.
    - Ty na polu walki – uniosłem brew. - Nie jestem przekonany.
    - Potrzebujecie mnie. - Skrzyżowała ramiona na piersi.
    - Musimy znaleźć sposób, żebyś była bezpieczna i mogła użyć berła – stwierdził Dorian. - W jakiej odległości od pola bitwy musiałabyś być?
    - Nie wiem, ale przypuszczam, że im bliżej, tym lepiej, muszę widzieć, co robię.
    - Góry – podsunąłem.
    - Nawet jeśli ukryje się w górach, ryzyko jest zbyt wielkie – zaprotestował Dorian.
    - Wiem, ja też jej tam nie chcę – mruknąłem.
    Sheila posłała mi gniewne spojrzenie, podobnie jak zwykła robić to Vi. Nie żeby zrobiło to na mnie wrażenie. Potrzebowaliśmy tej broni, była potężna, a aniołowie nie mieli pojęcia, że ją mamy. Jednak to wymagało obecności kobiety, która nie była wojowniczką. Od początku obawiałem się, że coś takiego się stanie. Ona znajdzie się w centrum wojny, w miejscu, gdzie nikt nie zagwarantuje jej bezpieczeństwa, a Dorian zrobi wszystko, by ją chronić. Była jego słabością, jedynym, co mogło uczynić go nieostrożnym i wystawić na atak. Jeśli wróg zorientuje się, jak ważna dla Doriana jest ta kobieta, wykorzysta ją przeciwko niemu.
    Dorian zastanawiał się przez chwilę.
    - Skoro można użyć tej broni tylko raz, może zrobimy to dopiero w ostateczności? Gdyby coś poszło nie tak, opracujemy dodatkowy plan, ktoś sprowadzi Sheilę i będzie mogła użyć berła.
    - A do tej pory mam siedzieć tutaj? - Święte oburzenie nimfy w innej sytuacji byłoby bardzo zabawne.
    - Tu byłabyś najbezpieczniejsza – przyznałem.
    - A jeśli nie zdążycie mnie sprowadzić?
    - Musimy to zaplanować tak, żebyśmy zdążyli – uznał mój przyjaciel. - Nie widzę innej możliwości, skarbie. - Spojrzał na nią.
    - Ktoś z nas może ukryć się razem z nią w górach – podsunąłem.
    - Ale kto? My musimy osaczyć Michała, V'lane, Legion i Azazeal są potrzebni przy wojownikach... Genie? - Spojrzał na mnie.
    Cóż, to byłyby dwie pieczenie na jednym ogniu. Sheila miałaby ochronę, a Vi trzymałaby się z dala od centrum starcia.
    - Jeśli się zgodzi, to byłby dobry pomysł.
    - Na pewno zgodzi się chronić Sheilę.
    - I ominie ją cała walka? - Sheila posłała nam obu powątpiewające spojrzenie.
    - Nie widzę lepszego wyjścia – odparł Dorian.
    - Ostatecznie Varys także mógłby z nimi zostać. Nie spodziewam się, by zostali zaatakowani, póki będą w ukryciu, ale lepiej, by Vi nie była jedyną zdolną do walki.
    - Wiem, że jestem w tym beznadziejna, nie musisz mi o tym mówić – burknęła Sheila.
    - Nie jesteś beznadziejna, po prostu nie masz natury wojowniczki, skarbie – sprostował Dorian. - Czyli Varys i Genie. Tak będzie w porządku. W którym momencie bitwy powinni się ukryć? - zastanawiał się.
    - Jest beznadziejna. - Spojrzałem na Sheilę. - Ale urocza. Cóż, najlepiej będzie, jeśli ukryjemy ją już teraz. Przekaż to Genie, nie chcę jej złościć osobiście.
    - To może ja pójdę po Varysa... - zaproponowała Sheila.
    - Idź – zgodził się Dorian i sięgnął po komórkę. Zadzwonił do Vi i przekazał jej głosem pełnym ulgi, że Sheila wróciła i zdobyła coś, co pomoże im w wojnie. Rozsiadłem się w fotelu i czekałem, aż przyjaciel skończy rozmowę, a Sheila wróci z demonem strachu.
    - Jesteś nam potrzebna – dodał Dorian. - Przyjdź jak najszybciej. Mamy plan.
    Vi pojawiła się obok niego już w następnej sekundzie, cała w bojowym rynsztunku. Skórzane spodnie, prosta, ciemna bluzka i cała masa opasek na broń. Miała sztylety na udach i przedramionach, noże do rzucania zapewne schowała w butach, w dłoni zaś trzymała włócznię.
    - Co się dzieje? - zapytała bez wstępów.
    Dorian wyjaśnił w skrócie, jaką broń zdobyła Sheila i czemu tylko ona może jej użyć.
    - Ktoś musi jej strzec, by nie zagroziło jej niebezpieczeństwo na polu walki. Dlatego pomyśleliśmy o tobie. Jeśli ty będziesz przy niej, nie będę musiał się o nią martwić.
    - Wiesz, że dla Sheili zrobię bardzo wiele. Ale jesteście pewni, że nie jestem bardziej potrzebna na polu walki?
    - Dorian tobie ufa najbardziej – wyjaśniłem.
    - Dokładnie – zgodził się ze mną.
    W tej samej chwili wróciła do nas Sheila z podążającym za nią Varysem. Przynajmniej on znał swoje miejsce na tyle, by nie marudzić.
    - Varys będzie z wami – dodałem.
    - Po co? - Vi uniosła brew.
    - Pomoże ci, gdyby zaszła taka potrzeba – odparłem. - Poza tym zabierze Sheilę, gdyby sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Możesz być wtedy potrzebna.
    - Wtedy też Sheila użyje berła – dodał Dorian. - Jak możemy go użyć? Jeśli na anioły spadnie deszcz, na tyle, że nie będą mogły latać, z pewnością da nam to przewagę.
    - To jest jakaś myśl.
    - Zrobię, co mogę – obiecała Sheila.
    - Zrób więcej – nakazałem. Pochyliłem się nad nimfą. - Zmieć ich.   
    - Nic, co może jej zaszkodzić – wtrącił milczący dotąd demon strachu.
    Machnąłem ręką.
    - Tak, tak. Idźcie już.
    Dorian podszedł do Sheili i wziął ją za ręce.
    - Jesteś gotowa, skarbie? Wiem, że sobie poradzisz z użyciem tej mocy, w końcu jesteś nimfą wodną – uśmiechnął się – ale czy dasz radę w tym uczestniczyć? Zaatakować anioły i patrzeć, jak giną? - Patrzył na nią z powagą.
    Miałem ochotę przewrócić oczami.
    - Nie będę kłamać, że to dla mnie nic trudnego. Ale to zrobię, by chronić tych, których kocham. Zrobię to dla ciebie.
    Skinął głową i pocałował ją w usta. Tym razem już naprawdę przewróciłem oczami.
    - Uważaj na siebie. Trzymaj się Genie i Varysa. Zobaczymy się po bitwie.
    - Ty też, obiecaj, że będziesz ostrożny.
    - Nie mamy całego dnia – burknąłem.
    - Oczywiście, że będę, skarbie. - Dorian nie zwrócił uwagi na moje słowa. - Nie martw się o mnie. Do zobaczenia.
    Jeśli za chwilę nie przestaną gruchać, to chyba sam będę musiał wyjść.
    - Kocham cię – szepnęła Sheila, muskając wargi Doriana w pocałunku.
    Jęknąłem i ukryłem twarz w dłoniach.
    - Zazdrosny? - usłyszałem złośliwe pytanie Vi.
    Wydałem z siebie niewyartykułowany dźwięk i spojrzałem na nią ponuro.
    Dorian i Sheila w końcu oderwali się od siebie i wyglądało na to, że ckliwe pożegnania dobiegły końca. Genevieve cmoknęła brata w policzek i przeniosła się w góry, zabierając ze sobą nimfiątko i demona. Posłałem przyjacielowi ponaglające spojrzenie.
    - Powinieneś przemówić do wojowników.
    - Masz rację – zgodził się ze mną. - Chodźmy.

    Widziałem w życiu wiele okrucieństwa, sam często je wymierzałem. Przeżyłem wojnę, której wygrać nie miałem szans. Rozlewałem krew i krwawiłem. Traciłem towarzyszy broni, przywódców i podwładnych. Odczuwałem strach, gniew i zmęczenie. Przetrwałem zagładę mojej rasy i nowy porządek świata. Wszystko po to, by to piekło zaczęło się od nowa.
    Zadbaliśmy o to, by nasi żołnierze byli jak najlepiej przygotowani, jednak nie zdołaliśmy zrobić tego jak należy. Wcale nie szło nam tak dobrze, jak chciałem. Nie udało nam się w pełni otoczyć przeciwnika, odciągnięcie Michała także okazało się trudniejsze. Dałem znak, by spychać wrogie wojska w stronę gór. Miałem zamiar zwalić je im na głowę. Zdołałbym to zrobić, jeśli wciąż będę w pełni sił.
    Ciąłem mieczem najbliższego przeciwnika. Zachwiał się i padł na kolana, podczas gdy ja odwracałem się już do kolejnego. Broń Anghusa doskonale spełniała swoją rolę. Wystarczyło jedno głębokie cięcie i przeciwnik padał martwy. Dwa draśnięcia i ten sam efekt. Dorian radził sobie jeszcze lepiej, mając Moralltacha. W jego przypadku już drobne skaleczenie oznaczało zgubę. Włócznie otrzymali Genevieve i Legion, choć Vi na czas bitwy przekazała swój oręż Azazealowi. Nie sprzeczałem się, jeśli dobrze pójdzie, ona wcale nie będzie musiała walczyć.
    Kilka metrów dalej dostrzegłem Doriana. Wyminął kilku przeciwników, po drodze tnąc ich mieczem. Widząc, że daje sobie radę, ruszyłem ku wydmom. Pchnąłem kilku wojowników lodowym podmuchem. Zaczęli wrzeszczeć, gdy tylko piasek dotknął ich skóry. Nic dziwnego, skoro wżerał się w nią niczym kwas. Piaskowe demony dobrze się spisywały. Więc dlaczego, do cholery, wciąż przegrywaliśmy?! Ciągle kogoś zabijałem, a mimo to przeciwników wciąż było więcej. Jakim cudem? Cud, może właśnie w tym rzecz. A podobno pierzaści nie oszukują!
    Zaczynałem podejrzewać, że berło boginki będzie nam potrzebne raczej prędzej niż później. Najlepiej... teraz.
    Z początku, gdy ją zobaczyłem, pomyślałem, że to złudzenie. Nie mogło jej tam być, powinna ukrywać się z górach. A jednak walczyła z dwoma aniołami naraz i świetnie sobie radziła. Ruszyłem w jej stronę, walcząc jeszcze zacieklej.
    - Co tu robisz, Vi?!
    Obrzuciła mnie krótkim spojrzeniem i uchyliła się przed ciosem. Sparowała kolejny i odchyliła się, kopiąc przeciwnika prosto w pierś. Gdybym sam nie musiał przedzierać się do niej po trupach, czułbym dumę. Genevieve była piękna i śmiercionośna niczym mściwa bogini. Dzika, pełna gracji, nieposkromiona. Wymachiwała dwoma długimi sztyletami, zadając ciosy z zabójczą precyzją. Wybiła się w powietrze, obracając wokół własnej osi i podrzynając gardło anielskiej wojowniczce. Już miałem się odwrócić i spróbować dostać do Michała, gdy Vi została otoczona. Do tej pory jej nie doceniali, jednak teraz nadrobili to z nawiązką. Vi była niebezpieczna i w końcu to zrozumieli. Ale żeby dziesięciu wojowników zaatakowało jedną kobietę?
    Nie była aż tak dobra. Raniła pierwszego, uderzyła drugiego i uchyliła się przed ciosem trzeciego, ale czwarty jej dosięgnął. Zakląłem. Nie mogłem się do niej dostać, dzieliło nas zbyt wielu walczących. Jednym ruchem pozbawiłem głowy jakąś blond istotkę i pchnąłem mieczem stojącego za nią wojownika. Vi krzyknęła.
    - Szlag! - warknąłem, zbierając całą swoją moc. Odepchnąłem nią kilku przeciwników, podskoczyłem i odbiłem się od czyjegoś ramienia.
    Przez chwilę poczułem przerażenie, bo nie dostrzegłem Genevieve. Ale była tam. Żyła. Najpierw ją wyczułem, potem dostrzegłem klęczącą przed aniołem z uniesionym mieczem. Mieczem, który właśnie opadał, by pozbawić ją głowy.
    Wylądowałem przed nią w ostatniej chwili, unosząc ramię, które w pośpiechu okrywał lód. Ostrze opadło, siła uderzenia rozkruszyła moją prowizoryczną zbroję, ale ta wykonała swoje zadanie. Odbiła cios, a ja zadałem swój, pozbawiając anioła dłoni. Obróciłem się i pchnąłem kolejnego, osłaniając Vi przed atakiem. Nie dostaną jej, nie póki żyję.
    Sparowałem cios, który miał rozciąć mój bok i wbiłem ostrze miecza w czaszkę mężczyzny. Przebiło ją od dołu, gruchocząc szczękę, wypychając mózg przez otwór z drugiej strony.
    Skrzywiłem się z bólu, który nagle zalał moje plecy. Dość tego. Opuściłem obie dłonie ku ziemi i całą swoją magię przelałem w atak. Fala lodu wytrysnęła spod moich stóp, mknąc po piasku i wystrzeliła ku górze, gdy uniosłem dłonie. Powstałe w ten sposób sople zmieniły się w lodowe ostrza, przebijając ciała wszystkich atakujących nas aniołów. Odetchnąłem głęboko i zachwiałem się, niemal pozbawiony magii. Nigdy dotąd tego nie próbowałem, kilkanaście anielskich trucheł to dobry wynik. Teraz musiałem się zregenerować, jak najszybciej.
    Odwróciłem się do Genevieve, wciąż klęczała na ziemi, obejmując się ramionami. Miała zamknięte oczy i wydawała się półprzytomna. Cholera, nic dziwnego, otaczała ją cała kałuża krwi. Jej krwi.
    Opadłem na kolana i chwyciłem ją za ramiona.
    - Vi, słyszysz mnie? Spójrz na mnie,Vi!
    Jej reakcji nie można było nazwać wylewną, ale przynajmniej dała mi znak, że zrozumiała. Chwyciłem ją na ręce, ostrożnie, nie chcąc podrażnić rany. Uniosłem głowę, po raz ostatni spoglądając na toczącą się bitwę i napotkałem spojrzenie Doriana. Skinąłem głową na znak, że zajmę się Genevieve, a on odetchnął. Miałem nadzieję, że trafnie analizuje sytuację, w której się znaleźliśmy. Nasza armia przegrywała. Powinien nakazać im się wycofać, póki było to możliwe.
    - Zeke...
    Spojrzałem na Vi i natychmiast przeniosłem nas do mojego zamku. Ułożyłem ją na łóżku, pomiędzy miękkimi poduszkami, i rozciąłem materiał jej bluzki.
    - Trzymaj się, Vi, jestem z tobą. Nic ci nie będzie, słyszysz? - Spojrzałem jej w oczy, chcąc nawiązać z nią pewniejszy kontakt. - Zajmę się tobą.
    - Rozbierając mnie? - Jej głos brzmiał cicho, ale słowa nie pozostawiały wątpliwości, że nadal jest przytomna.
    - To tylko mały bonus – odparłem swobodnym tonem, oglądając jej rany. Nie chciałem pokazać po sobie, jak bardzo martwi mnie to, co widzę.
    Miała głębokie cięcie nad biodrem, które obficie krwawiło. Któryś z aniołów musiał wbić miecz w jej brzuch. Były też inne, mniej groźne rany, ale wszystkie zadano anielskim orężem. Nie potrafiłem tego wyleczyć, nikt nie potrafił. Ale wtedy ona umrze. Już umierała, jej zamglony wzrok i bezwładne ciało pokazywały mi, że jej życie ucieka mi przez palce.
    - Bądź silna, Vi – nakazałem jej, zrywając się z miejsca. Dopadłem drewnianej gablotki i gorączkowym wzrokiem omiotłem półki. No dalej, gdzie to postawiłem... - Tylko nie odpływaj, zostań tu ze mną, zaraz ci pomogę...
    Chwyciłem buteleczkę i wróciłem do Genevieve, odkorkowując miksturę. Podłożem dłoń pod głowę Vi i wylałem jej do gardła czerwonawą ciecz. Nie umrze w moich ramionach, nie pozwolę, by to się stało. Złożę ją w ziemi i aktywuję uzdrawiający czar resztkami mojej magii. Musi to przetrwać. Nigdy nie leczyliśmy się z tak wielu poważnych ran, ale to musi zadziałać. Choćby miało trwać lata.
    - Zeke... Oni przegrywają... - Jakbym nie wiedział. Jakby mnie to w ogóle obchodziło.
    - A ty miałaś siedzieć w górach z nimfiątkiem – wytknąłem jej, wypatrując efektów działania mikstury. Powinna zatrzymać krwawienie.
    - Nie mogłam, przegrywaliście. Kazałam im wracać do domu... - Zamknęła oczy. Miałem wrażenie, że każde słowo sprawia jej trudność.
    - Zamiast tego, mogłaś kazać jej użyć berła, taki był plan, pamiętasz?
    Położyłem dłoń na jej czole, było rozpalone. Przetrwaj to, Vi.
    - Ty też jesteś ranny – wytknęła mi. Jak na zawołanie poczułem palący ból pleców. - Zasłoniłeś mnie.
    - Wiesz, podobno blizny wojenne są całkiem seksowne – odezwałem się miękko, głaszcząc jej włosy. Nie mogłem złożyć jej w ziemi w tak złym stanie. Bałem się, że wtedy nie zdoła się uzdrowić, przecież miała dziurę w brzuchu.
    Pochyliłem się i oparłem czoło o jej ramię.
    - Jesteś silna, Vi. Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką znam, przetrwasz to. Proszę, nie pokazuj mi teraz, że jednak mogę się mylić...

3 komentarze:

  1. Czyli jednak Zeke też posiada takie uczucia jak np. troska o kogoś. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie, każdy ma takie uczucia. A Ezekiel zawsze dbał o Genevieve. I owszem, jego też coś rusza. ;)

      Usuń
  2. No no, czuła strona Ezekiela, kto by pomyślał ;) I Sheila tak pokornie wróciła? Oj chyba nie, coś myślę, że nie tak łatwo ;)

    Wesołych świąt dziewczyny, spokojnych, rodzinnych i wesołej zabawy noworocznej! :*

    OdpowiedzUsuń