Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

27.02.2016

Rozdział X

***Sheila***

    Obiecałam Dorianowi, że wszystko będzie dobrze. To była pierwsza obietnica, której dotrzymania nie byłam pewna. Oczywiście zamierzałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, by zapobiec wojnie i uchronić męża przed konsekwencjami jego czynów. Jednakże, patrząc prawdzie w oczy, niewiele mogłam zdziałać. Znałam tylko jedną osobę, która mogła mieć wpływ na nasz przyszły los, jednak poważne decyzje podejmowało czworo archaniołów. Mogli przegłosować Rafaela.
    Przeciskałam się przez tłumy spieszących się ludzi i szukałam wzrokiem wuja. Tata mówił, że będę mogła się z nim spotkać gdzieś tutaj, jednak wypatrzenie konkretnej osoby wśród tylu ludzi było nie lada wyzwaniem. W końcu go dostrzegłam, siedział na murku przy fontannie i grał na gitarze. Wyglądał jak hipis, w dżinsach typu dzwony i luźnej kwiecistej koszuli. Miał ze sobą duży wiklinowy kosz. Podeszłam i zajrzałam do środka z ciekawością. Uśmiechnęłam się, widząc setki kolorowych paciorków.
    - Różańce? - zagadnęłam, pocałowawszy wuja w policzek.
    - Wybierz sobie jeden – zaproponował, odkładając gitarę. - No śmiało. Weź ten, który najbardziej do ciebie przemawia.
    Uśmiechał się ciepło i nie wiedziałam, jak powiedzieć mu, że różańce do mnie nie przemawiają. Że to tylko różańce. A potem zajrzałam do środka i dostrzegłam promyki słońca odbijające się od jasnych, zielono – niebieskich paciorków. Wzięłam różaniec w dłonie, przesunęłam palcami po koralikach.
    - Jest twój – usłyszałam i ponownie spojrzałam na Rafaela. Chował właśnie gitarę do pokrowca.
    - To już koniec koncertu? - zagadnęłam. Przez chwilę bałam się, że wyczyn Doriana wzbudził w nim inne uczucia niż we mnie. Że nie będzie chciał rozmawiać.
    - Spędziłem tu już dość czasu. Chodź, skarbie, przejdźmy się. To już ostatnie tak ciepłe dni tego roku, rozkoszujmy się więc słońcem.
    Przytaknęłam. Wuj podniósł kosz z różańcami i ruszył przodem. Chwyciłam jego gitarę i zrównałam się z nim.
    - Co masz zamiar z nimi zrobić? - Wskazałam koszyk w jego rękach.
    - Rozdać oczywiście. Wraz z modlitwą i odrobiną nadziei.
    - Nadziei?
    - Otóż to. Wielu z nich tak naprawdę właśnie tego brakuje, odrobiny nadziei. To najwspanialszy dar, jaki mogę im dać. Obok miłości oczywiście.
    Nie byłam pewna, jak Rafael zamierzał to zrobić, ale mimo to chętnie się do niego przyłączyłam. Ja również potrzebowałam nadziei, chciałam wierzyć, że aniołowie są w stanie wybaczyć mojemu mężowi jego przewinienia. Czy nie na tym polega ich rola? Na wybaczaniu?
    Ludzie różnie reagowali na Rafaela, wysokiego, uśmiechniętego blondyna w stroju hipisa. Niektórzy uśmiechali się i wdawali w przyjacielskie pogawędki, takich osób było najwięcej, co wcale mnie nie dziwiło. Wuj roztaczał wokół siebie aurę ciepła i spokoju, sama jego obecność miała kojący wpływ. Cieszyło mnie, kiedy obcy nam ludzie zaśmiewali się z opowieści archanioła, opowiadali mu o sobie i swoich bliskich. Kilka osób zaprosiło nas nawet na kawę lub obiad. Rozmowy z tą grupą sprawiły mi radość. Patrzenie, jak ich oczy się rozjaśniają, a napięcie opuszcza barki, było czymś niezwykłym. Były też grupy, które reagowały inaczej. Niektórzy po prostu się śmiali, przecież to takie dziwne, że ten wesoły, miły mężczyzna w luźnej lnianej koszuli i rozszerzanych u dołu spodniach tak po prostu zagaduje ludzi i daje im różańce. Niektórzy patrzyli na nas jak na dwójkę wariatów, inni mówili, że nie chcą mieć nic wspólnego z żadną sektą. Czasami to bywało nawet zabawne. Najgorsza grupa szydziła. Wyśmiewali i pogardzali nami. W pewnej chwili jakiś młody mężczyzna popchnął Rafaela, chcąc sprowokować go do bójki. Jednak miał do czynienia z archaniołem. Mój wuj tylko się wyprostował i uśmiechnął.
    - Nic nie szkodzi – powiedział tylko.
    To nie wystarczyło. Patrzyłam z niepokojem, jak koledzy obcego również do nas podchodzą.
    - Szkodzi – burknął agresor. - Nie podobasz mi się, pajacu.
    - To chyba dobrze, nie bylibyśmy dobraną parą – odparł wuj, wciąż się uśmiechając. Wiedziałam, że mówi zupełnie poważnie, choć grupa mężczyzn wzięła to za zaczepkę. Dryblas, który początkowo pchnął Rafaela, znów to zrobił.
    - Myślisz, że jesteś zabawny?
    - Bynajmniej, mówię prawdę.
    - On nie chce kłopotów – wtrąciłam, biorąc wuja pod ramię. Jego niegasnący uśmiech wcale nie pomagał, nie tym razem.
    Sprzeczka nie należała do przyjemnych, bałam się, że nie skończy się dla nas dobrze, a szczególnie dla wujka Rafaela, jednak on znów mnie zaskoczył. Położył dłoń na ramieniu głównego agresora, a wtedy twarz tamtego się uspokoiła. Zobaczyłam, jak jego rysy łagodnieją, a gniew znika. Rafael wciąż się uśmiechał i ścisnął jego dłoń.
    - Stary, co jest? - odezwał się jeden z mężczyzn.
    - Nic, Jenkins – odparł po chwili ten wysoki. - Powinniśmy przeprosić – dodał, wpatrując się w wuja. Cofnął się i w jego dłoni dostrzegłam różaniec. - Dziękuję – szepnął jeszcze.
    A potem złapał za kołnierz najbardziej nabuzowanego kolegę i pociągnął go w przeciwną stronę. Wszyscy odeszli.
    - Co zrobiłeś? - zapytałam, odprowadzając ich wzrokiem.
    - Nadzieja, skarbie.
    Tylko tyle. A jednak zrozumiałam. Powoli ruszyliśmy alejką, różańce się skończyły, więc tylko spacerowaliśmy. Wcześniej zdążyłam opowiedzieć mu o krótkiej podróży poślubnej i trosce, jaką obdarzył mnie Dorian. Zdradziłam też moje plany polegające na angażowaniu się w sprawy dotyczące Dorianowej części Piekła. Robiłam niewielkie postępy, ale byłam z nich dumna. Rafael uznał, że to świetny pomysł i obiecał trzymać za mnie kciuki. W końcu zdecydowałam się dotrzymać danej Dorianowi obietnicy.
    Pokrótce opowiedziałam o tragedii, do której przyczynił się mój mąż. Przez cały czas, gdy mówiłam, wuj milczał.
    - On żałuje. Stara się, ale trudno mu tak nagle pozbyć się dawnych nawyków...
    - I przyszłaś mnie prosić, żebym się za nim wstawił.
    Zarumieniłam się. Było mi głupio, że to właśnie główny powód tego spotkania. Splotłam palce obu dłoni i skinęłam głową.
    - Przepraszam, po prostu nie wiem, do kogo się zwrócić. On nie jest zły, ale chyba tylko ty mi wierzysz. Dorian po prostu potrzebuje więcej czasu, by się przystosować. Ale stara się, próbuje. Był cudowny, gdy poznaliśmy tę dziewczynkę w szpitalu...
    - Możliwe, że chce się zmienić. Wielu to się udaje. A dla innych chęci to za mało. - Wuj usiadł na ławce i wskazał mi miejsce obok, ja jednak nie byłabym w stanie usiedzieć w miejscu. Nie w tej chwili. Kopnęłam mały kamyk.
    - On się zmieni, wiem to. Potrzebuje tylko więcej czasu.
    Wiatr rozwiał mi włosy, więc szybko splotłam je w warkocz. Zarezerwowałam sobie ten czas na uspokojenie myśli. Zaczęłam bawić się paciorkami różańca, który w trakcie spaceru zawiesiłam sobie na szyi.
    - Każdy zasługuje na szansę – odezwałam się cicho.
    - To prawda. I rolą anioła jest wybaczać. I kochać. Rozumiem cię, skarbie. I wierz mi, że darzę twojego męża dużą sympatią.
    Odetchnęłam z ulgą i w końcu usiadłam.
    - Dorian popełnia błędy, które są brzemienne w skutkach. Wielu ludzi przez niego umarło, inni mogą zostać kalekami na zawsze. On musi to zrozumieć.
    - Rozumie – powiedziałam szybko. - I poprawi się.
    Rafael skinął głową. Położył dłoń na moim ramieniu i lekko je ścisnął.
    - Chciałbym usłyszeć to od niego. To by nam bardzo pomogło. Jednak obawiam się, że jest na to zbyt dumny.
    Nie mogłam nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Dorian potrafił być wręcz przewrażliwiony. Musiałabym bardzo długo go prosić, a i tak nie byłam pewna, czy by zadziałało. Mógł wykazać skruchę i przyznać się do błędu przede mną, ale nie przed dawnymi wrogami.
    - Powiem mu.
    - Powodzenia. Ale nie martw się, jeśli zajdzie taka potrzeba, zagłosuję przeciw wojnie. Może uda mi się przekonać Gabriela.
    To mi wystarczyło. Z resztą sobie poradzimy, Dorian więcej nie popełni takiego błędu. Choćbym miała pilnować go całą dobę. Objęłam wuja i ucałowałam go w oba policzki. Roześmiał się i przytulił mnie na chwilę.
    - Już dobrze, skarbie, przecież wiesz, że życzę wam jak najlepiej.
    Zdecydowanie właśnie tak było. Poczułam, że wzruszenie pcha mi do oczu łzy. Miałam najdziwniejszą i najwspanialszą rodzinę na świecie. To jak mnie kochali i wspierali było niezwykłe. Mój ojciec, władca w Piekle, potężny Upadły, który traktował mnie jak skarb, dwaj przybrani bracia, Lex i Raph, obaj natychmiast mnie przygarnęli, jakbym była w tej rodzinie całe życie. Genevieve, najwspanialsza siostra na świecie, o wiele mi bliższa niż wszystkie nimfy. Rafael, archanioł, który natychmiast kazał mówić do siebie wuju. A teraz też mój mąż, mój ukochany Dorian. Wszyscy robili dla mnie tak wiele.
    Rafael przez chwilę grzebał w kieszeni, mrucząc coś do siebie. W końcu wydobył błękitne pióro i wręczył mi je.
    - Należało do Azza, gdy jeszcze był aniołem. Pomyślałem, że może kiedyś zechce sobie przypomnieć. A teraz myślę, że tobie bardziej się przyda.
    Ostrożnie ujęłam pióro i obróciłam je w palcach. Było piękne, nigdy nie widziałam tak cudownego odcienia błękitu. Poczułam przyjemne ciepło rozlewające się w moim ciele.
    - Nie ważne jak zbłądziliśmy, zawsze jest w nas jakaś cząstka dobra – powiedział. - Kimkolwiek jesteśmy.
    Zacisnął moje palce na piórze. Podniosłam wzrok, walcząc ze wzruszeniem.
    - Dziękuję.
    - Nadzieja, skarbie. Zawsze miej nadzieję. - Pocałował mnie w czoło i podniósł się, jak ktoś, komu nie chce się wracać do pracy. Również wstałam. - Muszę wracać do obowiązków. Niczym się nie martw, jeszcze nie dziś.
    Przytaknęłam.
    - Zobaczymy się pod koniec tygodnia? Na obiedzie u taty?
    - Nie przegapiłbym tego. - Wyszczerzył zęby i ruszył w kierunku, z którego przyszliśmy. Ludzie mijali go, nie mając pojęcia, że właśnie mija ich archanioł. I kocha ich najbardziej na świecie.
    Przez chwilę stałam na zatłoczonej ulicy, przyciskając do piersi błękitne piórko. Rafael już dawno rozpłynął się w tłumie, jednak ludzie w dalszym ciągu wydawali się spokojniejsi, życzliwsi, pełni nadziei. Uśmiechnęłam się, przez chwilę czułam dokładnie to samo co oni. Nie chciałam jeszcze wracać do domu. Ruszyłam przed siebie wolnym krokiem, w dłoni ściskałam pióro, a błękitno-zielony różaniec pobrzękiwał na mojej szyi.
    Udało mi się nie podskoczyć, gdy ktoś nagle zrównał się ze mną. Stres ostatnich tygodni jednak robił swoje. Jasmiel miała na sobie ciemne dżinsy i ciepły beżowy golf, w którym wyglądała uroczo. Uprzejmie skinęłam jej głową.
    - Miło cię widzieć, Jasmiel. Dopiero co widziałam się z Rafaelem, minęłaś się z nim.
    - Właściwie to chciałam porozmawiać z tobą. - Anielica wydawała się zmartwiona. - Masz chwilę?
    - Tak, oczywiście – odparłam, czując ukłucie niepokoju. - Coś się stało?
    - Tak. - Spojrzała na mnie ze smutkiem. - Stało się. Zginęli ludzie, Sheilo.
    Niepokój wezbrał na sile. Przełknęłam ślinę i zatrzymałam się, próbując wyczytać coś z miny Jasmiel. Czyżby mówiła o tym, co wczoraj wyznał mi Dorian?
    - Masz na myśli ludzi, którzy strzelali do Doriana? On naprawdę żałuje, to był obronny odruch...
    - Tak powiedział? W ramach odruchu obronnego spalili cały klub z ludźmi w środku?
    Zamrugałam. O czym ona mówiła? Jak to cały klub? Pokręciłam głową.
    - To jakaś pomyłka, Dorian nie spalił żadnego klubu... strzelali do niego, był ranny, bronił się...
    Jasmiel westchnęła.
    - Sheilo, przykro mi to mówić, ale twój mąż najwyraźniej podał ci zupełnie inną wersję wydarzeń. Został ranny, więc tylko się bronił? - Pokręciła głową. - Chodź. Pokażę ci, jak było naprawdę. Jeśli tego chcesz – dodała i wyciągnęła rękę w moją stronę. - Jeśli chcesz poznać całą prawdę.
    Nie będę udawać, że się nie wahałam. Czułam, że Jasmiel mówi prawdę, że pokaże mi coś, czego nie będę chciała oglądać. Coś, co zrobił mój mąż, a ja dłużej nie będę potrafiła go tłumaczyć. Moja mydlana bańka pęknie. Mogłam odmówić, wrócić do Doriana, wtulić się w jego ramiona i pozwolić, by swoimi zapewnieniami odegnał wspomnienie spotkania z Jasmiel. Byłabym szczęśliwa. Jeśli z nią pójdę, miałam przeczucie, że to wszystko się skończy. Pomyślałam o tym, jak bardzo chciałam być silna i niezależna, o tym, jak błagałam Varysa i V'lane'a, by mnie uczyli, o tym, jak złościłam się, gdy Dorian od czegoś mnie odsuwał, bo byłam tylko nimfą. Pomyślałam o Varysie, który wierzył w moją siłę bardziej niż ja sama. I ta myśl popchnęła mnie ku Jasmiel i kazała chwycić jej dłoń.
    Anielica najpierw rozejrzała się, sprawdzając, czy nikt na nas nie patrzy, po czym przeniosła się razem ze mną. Pojawiłyśmy się w opustoszałej uliczce. Po wyjściu moim oczom ukazały się spalone ruiny czegoś, co kiedyś pewnie było klubem. Jasmiel poprowadziła mnie w tamtą stronę.
    Niewiele ocalało, kilka ceglanych murów, które ledwie trzymały się w pionie. Tony popiołu. Ciemna maź, która kiedyś pewnie była krwią. Metalowe rury, fragmenty siedzeń. Wszystko było ogrodzone taśmą policyjną, ale poza tym nikt już nie pilnował tego miejsca. Dostrzegłam tabliczkę z informacją, że mury i podłogi grożą zawaleniem. Przycisnęłam dłoń do ust i zrobiłam kolejny krok. Coś chrupnęło pod moim butem, cofnęłam stopę, by to sprawdzić. Obrączka tuż obok urwanego, spopielonego palca. Cofnęłam się gwałtownie, czując, że zawartość żołądka niebezpiecznie zbliżyła się do gardła.
    - Siedmiu mężczyzn zginęło tak, jakby coś ich spaliło od środka. Dziewięciu policjantów, u których stwierdzono, że najpierw płonęli od dołu, jakby stali na stosie. Trzydziestu pięciu gości klubu, sami młodzi ludzie, oraz niemal cała obsługa zginęli w tym pożarze. Część osób wyglądała, jakby zostali rozerwani przez innych, dwie kelnerki są ciężko ranne i kilku przechodniów dosięgnął wybuchający ogień – podsumowała Jasmiel, wpatrując się w ruiny.
    - To okropne – szepnęłam. Kucnęłam, przyciskając dłoń do brzucha. - Spaleni, rozszarpani... żywcem... Nie tak opisywał to Dorian. Kajał się, bał, jak zareagujecie... Nie rozumiem, jak mógł zrobić coś takiego...
    - Mówił, co chciałaś usłyszeć – powiedziała cicho Jasmiel, kucając obok mnie. Słyszałam współczucie w jej głosie, a to bolało jeszcze bardziej. Bo zaczęłam rozumieć, ile prawdy było w jej słowach.
    Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Jasmiel miała rację, Dorian mówił, co uważał za odpowiednie dla moich uszu, a ja mu wierzyłam, bo tego pragnęłam.
    - On chciał to zrobić, prawda? I robił równie okropne rzeczy wcześniej...
    - Tak. I obawiam się, że nadal będzie je robił. - Anielica spojrzała na mnie z poważną miną.
    Ja również się tego bałam. Tym bardziej, że zrozumiałam, jaki mam na to wpływ. Żaden. Okłamał mnie i wykorzystał. Powiedział o wszystkim, bo chciał, bym porozmawiała z Rafaelem. Nie zmieni się. Przerażenie ścisnęło mnie za gardło.
    - A wtedy go zabijecie?
    - Jak inaczej możemy go powstrzymać? - Jasmiel popatrzyła na mnie ze smutkiem. - Naprawdę nie chcemy wojny, zabijania, chcemy jedynie ochronić ludzi. Tak mi przykro, Sheilo, jesteś dobrą kobietą i wiem, że go kochasz, ale czy jesteś w stanie go zmienić? Sprawić, by przestał zabijać?
    Powinnam powiedzieć, że tak, bronić go. Kochałam go. A jednak patrząc na to miejsce, nie potrafiłam. Poza tym okłamywanie anioła nie miało sensu.
    - Nie wiem. Próbuję, ale nie wiem, czy on tego chce... - Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku. - Ale on nie może być całkiem zły... Jest taki ciepły i troskliwy, gdy jesteśmy razem. Nie może być potworem...
    - Nie wiem, czy jest całkiem zły – powiedziała Jasmiel po chwili namysłu. - Ale to, co robi, jest złe. I on o tym wie. A jednak mu to nie przeszkadza, może nawet lubi tak postępować? Zabić kogoś w gniewie to jedno, ale zabijanie powoli, by przyglądać się cierpieniu jest dużo gorsze...
    - Myślisz, że... on się tym napawał? - Te słowa ledwie przeszły mi przez gardło. Był aż takim potworem?
    - Wiesz, że walczyłam pod dowództwem twojego ojca, brałam udział w wojnie i poznałam tę rasę. - Jasmiel przeniosła wzrok na ruiny klubu. - Oni tacy właśnie byli. Widziałam to. Czerpali z cierpienia ludzi, dodawało im siły. Oczywiście nie każdy, Genevieve była inna, walczyła z tym. Dlatego została oszczędzona. - Spojrzała na mnie. - Jeśli twój mąż czerpie moc z bólu i cierpienia innych, to owszem, mógł się tym napawać.
    - Co mam zrobić? - zapytałam cicho. Nagle czułam się niezwykle samotna i bezradna. Zagubiona.
    - Musisz się nad tym zastanowić, Sheilo. - Jasmiel uścisnęła lekko moją dłoń. - Pomyśl, czy potrafisz go powstrzymać, czy widzisz jakąś szansę. Otwórz serce na prawdę; podejmując decyzję, by ze mną tutaj przyjść, zrobiłaś pierwszy krok. Pamiętaj, że są wartości, którymi musisz się kierować, niezmienne, jedyne. Miłość, prawda i dobro. Musisz nad tym pomyśleć i podjąć wiele trudnych decyzji, ale wiem, że postąpisz słusznie.
    Miłość, prawda i dobro. Miałam ochotę parsknąć. W przypadku moim i Doriana, było to sprzeczne. Kochałam go, jednak między nami było więcej kłamstw niż prawdy. Dobro było natomiast kategorią, która zupełnie nie dotyczyła mojego męża. Westchnęłam. Co miałam zrobić? Nie umiałam wyobrazić sobie siebie u boku mordercy, ale ciągle go kochałam. I byłam wściekła. Wściekła jak nigdy dotąd. Okłamał mnie, pogrywał ze mną, manipulował, by osiągnąć cel. Bawił się jak marionetką. Czy cokolwiek dla niego znaczyłam? A może było mu wygodnie, stałam nie tylko między nim, a moim ojcem, ale też między nim, a Niebem. Zachciało mi się krzyczeć.
    - Mogę jakoś pomóc? - Machnęłam ręką, zataczając koło. - Wiem, że nie cofnę tego, co zrobił Dorian, ale jeśli mogę coś zrobić...
    - Obawiam się, że jeśli nie potrafisz go powstrzymać, to nic nie możesz zrobić. - Anielica pokręciła głową.
    Zatem muszę go powstrzymać. Tylko jak, dobra boginko? Podniosłam się i spojrzałam na Jasmiel.
    - Czyli to ostatnie ostrzeżenie, tak?
    Również się podniosła.
    - Myślę, że tak – przyznała. - Ale nie obwiniaj się, czasem nawet bardzo czyste serce nie wystarczy, by zmienić zło w dobro. Ważne, że próbowałaś.
    - Moje próby nie mają najmniejszego znaczenia – odparłam. Wciąż ściskałam w dłoni błękitne pióro. Odetchnęłam głęboko. - Jeśli on zginie, nic nie miało sensu. Dziękuję za ostrzeżenie. Chyba teraz powinnam porozmawiać z mężem.
    - Odprowadzę cię. - Wyciągnęła rękę w moją stronę.
    Przyjęłam jej pomoc, nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Jasmiel zabrała mnie na rzadko uczęszczaną ścieżkę, nieco za granicą barier Doriana. Bliżej niż się spodziewałam. Podziękowałam jej krótko, myślami byłam już w zamku.
    - Powodzenia – powiedziała jeszcze anielica, zanim zniknęła.
    Przyda się, tym bardziej, że wciąż nie wiedziałam, co chcę zrobić. Powstrzymać Doriana przed kolejnym błędem, ale co dalej? Co z nami? Ruszyłam do zamku pieszo, licząc, że do tego czasu trochę ochłonę, jednak im więcej myślałam o kłamstwach Doriana, tym większą złość czułam. I wiedziałam. Nigdy więcej mnie nie wykorzysta. Już nigdy. Z tym postanowieniem minęłam służbę i weszłam do sypialni. Usiadłam na łóżku i czekałam. Splotłam dłonie, by przestały drżeć.
    Kilka minut później Dorian wszedł do sypialni.
    - Dobrze, że już wróciłaś, moje pisklątko. Jak poszło z Rafaelem? - zapytał od progu, spojrzał na mnie i zatrzymał się. - Chyba nie za dobrze. Wszystko w porządku, Sheilo?
    Nic nie jest w porządku i już nie będzie.
    - To był ostatni raz – poinformowałam go. - Ostatni raz prosiłam o kolejną szansę dla ciebie. Ostatni raz pozwoliłam ci się wykorzystać.
    Mój głos nie drżał, nie rozpłakałam się, mówiąc to, brzmiałam stanowczo. Chyba szło mi dobrze.
    - Wykorzystać? - Pokręcił głową i usiadł kogo mnie. - Ciebie? Rafael stwierdził, że cię wykorzystuję?
    - Nikt nie musiał mi tego mówić. - Odsunęłam się. - Wystarczy, że Jasmiel pokazała mi, co naprawdę wczoraj zrobiłeś. Broniłeś się, tak? Zapomniałeś dodać, że wymordowałeś wszystkich! Że z budynku zostało tylko parę kamieni, a ty jeszcze wybierałeś, kto w jaki sposób umrze? Ty cholerny draniu, podobało ci się to, co zrobiłeś?! - Wstałam, byłam zbyt wściekła, by siedzieć. - Podobało ci się? - powtórzyłam ciszej. - A potem wymyśliłeś bajeczkę, jak to odczuwasz skruchę, żebym ratowała twój tyłek, tak?
    Dorian również wstał i wpatrywał się we mnie przez chwilę w milczeniu, wyraźnie zdumiony tym, co usłyszał.
    - Jasmiel, ta anielica – powiedział po chwili. - Ach tak. - Odwrócił na chwilę wzrok, po czym znów na mnie spojrzał. - Sheilo, to nie była bajeczka, po prostu nie chciałem wdawać się w szczegóły. Uważasz, że sam się postrzeliłem, a winnych zabiłem dla rozrywki? - Uniósł brwi. - Nie kłamałem, że żałuję, wiem, że nie powinienem ich zabijać, tylko zniknąć i wściekać się później. Ale stało się. - W jego wzroku pojawił się niepokój. - Ale chyba nie grozi nam wojna...?
    - Stało się? Tak wiele osób zginęło w męczarniach, a ty mówisz, że się stało? - Pokręciłam głową. - To nie jest żal, Dorianie. To strach. Boisz się wojny, tylko o to chodzi. A te szczegóły, o których mówisz, to kilkadziesiąt osób, które straciły życie, choć na to nie zasłużyły. A ja, głupia, dałam ci się zmanipulować.
    - W porządku, powinienem poradzić sobie sam, zamiast prosić cię o rozmowę z Rafaelem. Pomyślałem po prostu, że ciebie posłucha. - Wzruszył ramionami. - I czy naprawdę chciałabyś, żebym ci opowiadał, w jaki sposób ktoś umiera, kiedy doprowadzi mnie do gniewu?
    - Nie chciałam kłamstw. Nie chciałam być żoną notorycznego mordercy. Ja dłużej tak nie mogę, rozumiesz? Nie mogę po prostu zaakceptować tego, co robisz... - wydusiłam z siebie. Już nie miałam ochoty krzyczeć. Chciało mi się płakać.
    Dorian spojrzał na mnie ponuro.
    - A więc wracamy do punktu wyjścia, tak? Zostałaś żoną potwora i nie możesz tego zaakceptować. Co w takim razie proponujesz?
    Skrzyżowałam ramiona na piersi i posłałam mu harde spojrzenie.
    - Koniec kłamstw, koniec manipulacji, koniec mordów. Albo ja, albo twoje dotychczasowe życie.
    - W porządku – odpowiedział bez wahania i podszedł do mnie. Cofnęłam się z zasięgu jego rąk. - Jesteś moją żoną, zawsze wybiorę ciebie.
    - To nie jest żart, Dorianie. To twoja ostatnia szansa. I nie mam zamiaru dzielić z tobą sypialni, póki się nie zmienisz. Straciłam do ciebie zaufanie. Już nigdy nie pozwolę ci sobą manipulować.
    - Mówię całkiem poważnie. - Położył dłoń na piersi. Był zbyt spokojny. Zbyt łatwo składał obietnice. - Zrobię, co zechcesz, żeby odzyskać twoje zaufanie.
    - Jeśli znów kłamiesz... wtedy odejdę. - Odetchnęłam głęboko. - Choć to pewnie i tak bez znaczenia, bo kolejny wybryk rozpocznie wojnę.
    Dorian wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Pokiwał tylko głową.
    - Zdaję sobie z tego sprawę. - Wziął mnie za rękę. - Nie będę cię okłamywał.
    Cofnęłam dłoń. Nie chciałam czuć jego dotyku, jeszcze nie. Wciąż miałam przed oczami pogorzelisko, jakie zostawił w miejscu klubu. Widząc moją reakcję, zmarszczył brwi, ale nie skomentował.
    - To ich ostatnie ostrzeżenie, Dorianie. Jeśli ani ludzkie życie, ani nasze małżeństwo nie mają dla ciebie wystarczającego znaczenia, pomyśl o tym. Nie mamy szans wygrać wojny z Niebem.
    - W porządku, masz moje słowo. Nie chcę, żebyś była na mnie zła, zapewniam cię, że nasze małżeństwo ma dla mnie ogromne znacznie. - Stał naprzeciwko mnie, ale już nie próbował mnie dotykać.
    Powoli skinęłam głową. W dalszym ciągu mu nie wierzyłam. Nie po tym, co pokazała mi Jasmiel. Nadal go kochałam i niczego nie pragnęłam bardziej, by tym razem dotrzymał słowa, jednak nie śmiałam mu uwierzyć. Już nie.
    - Przeniosę się do innej sypialni – powiedziałam tylko. Westchnął i usiadł na łóżku.
    - Przepraszam, Sheilo – powiedział cicho. Tym razem w jego głosie było więcej pokory. Wydawał się... prawie szczery. Ale nie umiałam już wierzyć jego słowom. Objęłam się ramionami. - Nie chciałem cię zranić.
    - Nie, miałeś nadzieję, że będę wierzyć w każde twoje słowo i nie poznam prawdy. Ale to wcale nie znaczy, że ci zależy.
    - Gdyby mi nie zależało, po co miałbym brać cię za żonę? - Spojrzał na mnie, marszcząc brwi. - Na całe życie?
    I to było kluczowe pytanie.
    - Może zależy ci na wygodach, jakie daje ślub z córką Azazeala i bratanicą Rafaela? - Ta myśl coraz częściej mnie nawiedzała. Przerażała. Jak ja jej nienawidziłam.
    - Co takiego? - Wstał i podszedł do mnie tak szybko, że odruchowo się cofnęłam. Weź się w garść, Sheilo. - Tak myślisz? Naprawdę? Że ożeniłem się z tobą tylko dlatego, że jesteś córką Azazeala? - Prychnął. - I nie ma dla mnie znaczenia, co czujesz, nie staram się, żebyś była zadowolona, nie obchodzi mnie twoje samopoczucie, nie zrobiłem nic, żebyś była tu szczęśliwa? Tak twierdzisz?
    - Nie twierdzę, że o mnie nie dbałeś. Jednak cały czas mną manipulowałeś, miej odwagę to przyznać. A nawet złota klatka pozostaje klatką. - Nie mówiąc już o tym, w jaki sposób zostałam jego żoną.
    - Czujesz się tutaj jak w klatce? - Pokręcił głową z niedowierzaniem. - I nie, nie cały czas. Po prostu nie chciałem cię ranić, gdy mogłem tego uniknąć.
    - Więc opowiedziałeś mi bajeczkę, jaki to jesteś skruszony? No, to muszę ci powiedzieć, że wybrałeś wspaniałą metodę.
    Minęłam go i wyjęłam z komody koszulę nocną i kilka par bielizny. Rzuciłam to wszystko na sweter i zawinęłam, uznając, że tak będzie szybciej.
    - W takim razie muszę cię o coś zapytać, Sheilo. - Spojrzał na mnie uważniej. - Gdybym wczoraj wrócił i opowiedział ci ze szczegółami wszystko, co się stało, niczego nie pomijając, byłabyś mniej zła, niż jesteś teraz?
    - Gdybyś powiedział mi prawdę, nie musiałabym dowiadywać się wszystkiego od osób trzecich. Byłabym zła, ale obca osoba nie uświadomiłaby mi, że manipuluje mną mąż. - Spojrzałam na niego. - Miałam wrażenie, że pęka mi serce. Wierzyłam, że jest dla ciebie nadzieja. A teraz... teraz już nie wierzę.
    - Nadzieja na co, Sheilo? Przed chwilą twierdziłaś, że mam szansę odzyskać twoje zaufanie, a teraz mówisz, że już we mnie nie wierzysz. - Patrzył na mnie spod uniesionych brwi.
    - Bo ty nie chcesz się zmienić. Zaprzecz. - Podeszłam do niego i spojrzałam w te piękne gniewne oczy. - Zaprzecz, ale tylko wtedy, gdy te słowa będą prawdą.
    - Zależy, co konkretnie masz na myśli. Mam przestać zabijać ludzi? W porządku. Czego jeszcze oczekujesz, Sheilo?
    - Szczerości. Żadnych manipulacji, zamiast tego rozmowa. Koniec zabijania, nie tylko ludzi. Ale tym razem musisz przekonać nie tylko mnie, lecz także tych na górze. To tak na początek. - Wzięłam swoje rzeczy. - Póki nie zobaczę efektów, nie chcę cię nawet oglądać.
    Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do drzwi. Błagałam boginkę, by to się udało. Inaczej go stracę.
    - Sheilo, jeśli nie chcesz mnie oglądać, jak zobaczysz efekty? - zapytał, zanim wyszłam. - I jak mamy rozmawiać, przez drzwi twojej zastępczej sypialni?
    - Nie wiem, czy chcę rozmawiać. Nie mam ochoty słuchać kolejnych bajeczek – odpowiedziałam, siląc się na chłodny, spokojny ton. Nie odwróciłam się, ale nie sięgnęłam po klamkę.
    - Chcesz, oczywiście, że chcesz, inaczej nie dawałabyś mi szansy. I zamierzam być z tobą szczery, chcesz zawsze znać całą prawdę, dobrze. Problem w tym, że jeśli zaczniesz zakładać, że kłamię i nie wierzyć w moje słowa, to czy moja szczerość na coś się zda?
    - Chcę ci wierzyć, ale czasem będziesz musiał udowodnić mi, że twoje słowa są prawdziwe. - Położyłam dłoń na klamce i obejrzałam się na Doriana. - Sądziłam, że będziesz się wściekał i wypierał wszystkiego – dodałam cicho.
    - To chyba cię trochę rozczarowałem, moje pisklątko? - Uniósł brwi.
    - To też, ale wcześniej. I było to ogromne rozczarowanie. A teraz wybiorę sobie pokój, w którym będę mogła przemyśleć sobie dzisiejsze nowiny. - Nacisnęłam klamkę i uchyliłam drzwi. - Nie rób nic głupiego.
    - Nie polecę palić wysp, nie martw się – mruknął.
    Cóż, to zawsze coś, niewiele, ale jednak coś. Gdyby dorzucić listę innych makabrycznych czynów, byłoby całkiem nieźle. Nasunęło mi się jeszcze jedno pytanie, na które właściwie mi nie odpowiedział.
    - To prawda, co mówiła Jasmiel? Że karmisz się cierpieniem ludzi?
    Milczał przez chwilę, w końcu spojrzał na mnie.
    - Tak powiedziała? To... skomplikowane. Jeśli chcesz, mogę ci dokładnie wyjaśnić, jak to wygląda.
    Dobra boginko, ona mówiła prawdę. Czego jeszcze nie wiedziałam? Odetchnęłam, zamykając drzwi. Czas się przekonać.
    - Zatem mów. - Usiadłam w fotelu przy oknie. Wolałam nie słuchać tego na stojąco.
    Dorian również usiadł, ale na łóżku i spojrzał gdzieś w bok.
    - Jak wiesz, nasza rasa powstała z mroku, ale nasi przodkowie czerpali moc z ludzi, z ich strachu, bólu, cierpienia, grzechów. Od tego czasu trochę się zmieniło, ewoluowaliśmy, staliśmy się smokami, żyliśmy jak inne istoty – jedliśmy, piliśmy, spaliśmy, i tak dalej. Ale czerpanie mocy z ludzi pozostało. Wydaje mi się, że niektórych to omija, na przykład Genevieve, dlatego uznawano ją za inną. Z reguły jednak w naszej rasie to działa właśnie w ten sposób. - Spojrzał na mnie. - Ja nie jestem taki wyjątkowy jak Genie.
    - Lubisz to? Zadawanie bólu, sianie paniki? - Kolejne pytanie, na które wcale nie chciałam znać odpowiedzi. Żywić się cudzym nieszczęściem... to było niemal odrażające. Dlatego zadałam drugie pytanie, zamiast ugryźć się w język: - Potrzebujesz tego?
    Westchnął.
    - Czy lubię? Lubię to, co się wtedy ze mną dzieje, lubię czuć rosnącą moc, to jest... trudno to wyjaśnić. Nie mam pojęcia, do czego to porównać. - Pokręcił głową. - Ale nie, nie potrzebuję tego, to tylko taki... dodatek do mocy.
    - Więc dlaczego to robisz? - Mój głos zabrzmiał ciszej od szeptu. Chciałam powtórzyć, ale on mnie usłyszał.
    - Różnie, czasem po prostu ogarnia mnie gniew, a jak zacznę, to pojawia się ta moc i... - Wzruszył ramionami. - Sama wiesz. W czasach przed wojną było to dla nas normalne. Dozwolone, przynajmniej przez naszą rasę, nikt nie zwracał wtedy uwagi na ostrzeżenia aniołów. Ojciec mawiał, że to dzięki temu nasi przodkowie stali się najpotężniejsi.
    - Więc robisz to dla mocy i przyjemności. Dobrze zrozumiałam? - Postarałam się, by mój głos nie drżał. Mocniej zacisnęłam palce na zawiniątku na kolanach.
    - Tak – odpowiedział cicho, nie patrząc na mnie. - Robiłem. Dałem ci słowo, że nie będę więcej tego robił. O ile to ma jeszcze jakieś znaczenie po tym, jak poznałaś prawdę. - Podniósł wzrok i spojrzał mi w oczy. - Nie chciałem ci mówić, bo byłem pewien, że już nigdy nie będzie między nami tak samo. Nie masz w sobie nawet szczypty mroku, jesteś uosobieniem dobra, więc to co powiedziałem, musi wydawać ci się odrażające.
    Trafił w sedno, choć nie chciałam mówić tego głośno. Nie miałam pojęcia, co mu odpowiedzieć. Byłam z nim tak szczęśliwa, że zapomniałam, do czego jest zdolny. A dowiadywałam się więcej i więcej.
    - To okropne i nieludzkie – przyznałam. - Dziś nie mam więcej pytań, chyba, że sam chcesz mi o czymś powiedzieć.
    - Chyba wystarczy jak na jeden dzień – stwierdził. - Może to i lepiej, że już wiesz – dodał, wpatrując się we mnie. - Kiedyś pogodzisz się z tą wiedzą, z tym, kim jestem, z tym, że mam w sobie mrok i jak on działa. Nie zrezygnuję z ciebie. Nie potrafię.
    Jeśli mógł zepsuć wszystko jeszcze bardziej, właśnie to zrobił. Nie chodziło o ostatnie słowa, te byłyby nawet miłe, gdyby wcześniej nie wymknęło mu się inne zdanie. Wstałam.
    - Nie, nie pogodzę się z tym. Masz być silniejszy niż mrok, o którym mówisz. Masz przestać. Myślałam, że jasno dałam ci to do zrozumienia. Jeśli nie, może powinnam zacząć się pakować. - Tym razem podeszłam do drzwi o wiele szybciej. Złość rozsadzała mnie od środka. Chwyciłam za klamkę. - Nie powtórzę tego więcej – dodałam.
    - Przecież powiedziałem, że przestanę zabijać. Ile razy mam to jeszcze powtarzać? - Pokręcił głową ze zniecierpliwieniem. - Zrozum, mimo to, że nie będę zabijał, zawsze będę miał w sobie mrok, nawet jeśli nie będę go... że tak to ujmę, aktywował. Tak jak ty zawsze będziesz nimfą wodną, nawet gdy jesteś na lądzie. I tego nie zmienimy. Dlatego ty, moja żono, musisz się pogodzić z tym, czego się o mnie dowiedziałaś. - Spojrzał na mnie stanowczo.
    - Z tym będę się zmagać, gdy zobaczę rezultat twoich słów, nie wcześniej – mruknęłam ze złością i wyszłam z pokoju. Niech sobie tam siedzi i napawa się tym swoim mrokiem, skoro tak go lubi.
    Szłam korytarzem szybciej, niż było to konieczne. Chciałam jak najprędzej się oddalić. Pchnęłam drzwi w najdalszym rogu zamku i rzuciłam swój prowizoryczny tobołek na łóżko. Po kilku wdechach zdjęłam różaniec i położyłam go na stoliku nocnym razem z piórem. Zasłoniłam okna i opadłam na łóżko. Dopiero wtedy całkiem uszło ze mnie powietrze. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku i spadła na dłoń. Kolejne spadały już o wiele szybciej. Wtuliłam się w poduszkę, szlochając. Miałam wrażenie, że moje serce pękło na pół. Jakże to bolało. A gdyby to nie wystarczyło, jedna połowa czuła złość i oburzenie, że żyłam z kimś tak okrutnym, że mój mąż mnie zdradził, choć nie w podstawowym sensie tego słowa. Druga połowa była przerażona, że mogę go stracić, że mi go zabiorą. Nie umiałam tego pogodzić, nie mogłam też już nic zrobić, więc pozostała mi ostatnia opcja. Płacz. Dlatego płakałam tak długo, póki starczyło mi sił.
    Nie usłyszałam, kiedy drzwi się otworzyły, nie wiedziałam, że nie jestem już sama, póki nie poczułam dłoni na ramieniu. Zamarłam.
    - Czy ktoś zrobił ci krzywdę, dziewczyno?
    Varys. Oczywiście, że on. Zawsze był przy mnie, gdy tego potrzebowałam. Zmusiłam się do kilku głębokich wdechów.
    - Chyba właśnie straciłam złudzenia – chlipnęłam, pociągając nosem.
    - Brzmi poważnie – mruknął, siadając na łóżku. - Usłyszę jakiś wyjaśnienia?
    Odgarnął mi włosy za ucho. Otarłam łzy, ale ciągle płynęły. W końcu pokręciłam głową, nie byłam pewna, czy mam ochotę o tym mówić. Czy powinnam. Varys był moim przyjacielem, jednak mieszanie go w sprawy małżeńskie nie wydawało się dobrym pomysłem.
    - To nie jest dobra opowieść, nie spodobałaby ci się.
    - Pewnie nie, ale i tak chętnie ją usłyszę. Ulży ci.
    Po raz kolejny wytarłam twarz, oddychałam już spokojniej.
    - Skąd wiedziałeś, że jestem właśnie tutaj?
    Wzruszył ramionami i wskazał palcem sufit. Odruchowo podążyłam za nim wzrokiem.
    - Pokoje pracowników są w tym skrzydle, piętro wyżej. Mój jest nad nami, a ja mam... dobry słuch.
    Och. Poczułam się głupio, Varys okazał się mimowolnym świadkiem mojego użalania się nad sobą. Wyprostowałam się i wygładziłam sukienkę.
    - Nie musisz tego w sobie tłumić – odezwał się po chwili. Przez cały czas mnie obserwował, nie udało mu się ukryć współczucia i troski w spojrzeniu. - Jeśli potrzebujesz ramienia, na którym chcesz się wypłakać, jestem do usług.
    Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Czy nie wspominałam już, że jestem szczęściarą przez to, jacy ludzie mnie otaczają? No, może niekoniecznie ludzie, ale dzięki nim i tak byłam szczęściarą.
    - Będę to miała na uwadze. Na chwilę obecną chyba jednak zdecyduję się na rozmowę.
    No i powiedziałam mu. O spotkaniu z Jasmiel, kłamstwach Doriana i kłótni z nim. O tym, jak bardzo się boję, że Niebo wypowie nam wojnę i wtedy stracę Doriana. Że się nie zmieni. Znów płakałam, a wtedy brał mnie za rękę i gładził skórę dłoni. Zadziwiające, jak bardzo taki zwykły gest mi pomagał. A wyrzucenie tego z siebie uspokoiło moje myśli.
    - Nie rozumiem, jak mógł mnie tak okłamywać. Patrzył mi w oczy i kłamał. Choć pewnie powinnam była się tego spodziewać, skoro nasz związek zaczął się od więzienia i gróźb...
    Potarłam oczy. Gdy o wszystkim już powiedziałam, czułam się znacznie lepiej.
    - Może nie dostrzegasz wszystkich szczegółów. Nie powinien cię okłamywać, to nie podlega dyskusji. - Oparł się o wezgłowie łóżka, siedziałam naprzeciwko niego, podciągając kolana pod brodę. - Może czasem mówił ci rzeczy mijające się z prawdą, bo nie chciał cię smucić. Zależy mu na tobie, dziewczyno, to widać.
    - Zależy? Dlatego kłamie? Dlatego mną manipuluje, dlatego krzywdzi ludzi, choć tyle razy prosiłam go, by tego nie robił? - Pokręciłam głową.
    - Myślę, że robi złe rzeczy, bo taka jest jego natura. Trudno mu się powstrzymać. Wie, że to cię rani, więc milczy.
    Parsknęłam. Dorianowi spodobałoby się takie wytłumaczenie.
    - Jego natura nie opiera się tylko na tym, co złe. Poza tym musi nad tym panować, zmienić to. Inaczej to zabije nas wszystkich, wojna nas zabije.
    Westchnął.
    - Nie da się temu zaprzeczyć. Przypuszczam też, że zdążyłaś mu to dobitnie uświadomić. - Posłał mi uśmiech, który słabo odwzajemniłam. Tu miał rację, tym razem jasno powiedziałam, co myślę, a nawet postawiłam warunki.
    - Tak, możliwe, że to zrobiłam. Nie żeby przyniosło to efekty.
    - Czasem na efekty trzeba poczekać. Nie poddawaj się, dziewczyno.
    Chciałam, by miał rację. Chciałam wierzyć, że moje słowa znaczą coś dla Doriana. Że jestem dla niego na tyle ważna, by w końcu coś w sobie zmienił.
    - Jadłaś coś?
    Zamrugałam. Przez ten natłok wrażeń całkowicie wyleciały mi z głowy tak zwyczajne rzeczy jak jedzenie. Nagle poczułam się głodna. Varys musiał wyczytać to z mojej miny, bo uśmiechnął się i wstał, wyciągając do mnie dłoń.
    - Chodź, weźmiemy coś z kuchni i zrobimy sobie spacer.
    Taka propozycja po prostu nie mogła zostać odrzucona. Chwyciłam Varysa za rękę i pozwoliłam zaprowadzić się do kuchni. Tam natychmiast usadzono mnie przy stole, na którym nasza kucharka, Emma, ustawiła kilka półmisków z prawdziwymi smakołykami. Zjedliśmy razem, rozmawiając. Dopiero, gdy czułam się już pełna, Varys podał mi płaszcz przeciwdeszczowy. Chwyciłam go odruchowo i posłałam przyjacielowi pytające spojrzenie.
    - Pada – wyjaśnił z uśmiechem. Zamrugałam, zdumiona, że nawet nie wyczułam deszczu, upuściłam płaszcz i podbiegłam do okna. Miał rację, wielkie krople lały się z nieba i uderzały o szyby, wydając przy tym miły dla ucha dźwięk. - Idziemy?
    Nie musiał pytać dwa razy, ujęłam go pod ramię i niemal zmusiłam, by wybiegł ze mną z zamku. Deszcz był cudownie ciepły, otulał moje ciało jak ulubiony sweter. Obróciłam się wokół własnej osi, czując pod stopami mokrą trawę. Teraz, kiedy byłam najedzona, miałam przy sobie przyjaciela, a z chmur lał się wspaniały deszcz, moje serce odżyło. Varys stał z rękami w kieszeniach i przyglądał mi się z uśmiechem. Przywołałam go gestem dłoni. Podszedł powoli i szarmanckim gestem zaproponował mi swoje ramię. Przyjęłam je i razem ruszyliśmy różaną alejką.
    Nie rozmawialiśmy już o Dorianie i problemach z aniołami. Zamiast tego opowiedziałam o moich przyjaciołach z dzieciństwa i zabawach, jakie sobie urządzaliśmy. Streściłam eskapadę na wrak statku w poszukiwaniu skarbów. Znalazłam wtedy zakrzywiony widelec i uznałam, że musi być cenny, skoro tak lśni. Nosiłam go jak bransoletkę i zachowałam do dziś, choć już tylko w pudełku z pamiątkami. Śmiał się tak głośno, że i mnie zrobiło się cieplej na sercu. Opowiedziałam mu jeszcze kilka historii, a on odwdzięczył się tym samym. Co prawda niewiele z nich miało w sobie coś zabawnego, ale dzięki temu jeszcze lepiej się poznaliśmy. Żałowałam, że Dorian nie opowiadał mi o swojej przeszłości tak, jak zrobił to Varys. Szczerze i tak... po prostu.
    Bawiłam się na tyle dobrze, że całkowicie zapomniałam o upływie czasu. Popołudniowy spacer przerodził się w miły wieczór spędzony na rozmowach w altanie. Deszcz minął, lecz pozostawił po sobie cudowny zapach, który wymieszał się z nocnymi kwiatami. Tam znalazł nas V'lane. Oparł się o drewnianą belę i skrzyżował ramiona na piersi.
    - Nieładnie. - Zgromił nas wzrokiem.
    - Co takiego? - zdziwiłam się.
    - Nie zaprosiliście mnie na imprezę, chociaż wiecie, że jestem duszą towarzystwa. - Schylił się i podniósł butelkę wina, której wcześniej nie zauważyłam. Miał też plastikowe kubeczki.
    - W obliczu takich darów musimy przeprosić i zaprosić cię tu do nas – zadecydowałam z uśmiechem. V'lane usiadł naprzeciwko nas i nalał każdemu wina aż po same krawędzie kubka. Machnął dłonią i lampiony rozbłysły światłem.
    - Powiedziałbym, że nikt cię tu nie chciał, ale to wino jest za dobre, by miało się zmarnować. - Varys odebrał kubek i upił łyk.
    - No nie żartuj, myślałem, że marzysz, by zagrać ze mną w butelkę – zripostował V'lane i mrugnął do mnie. - Co powiecie na nocną wycieczkę na miasto? Zdaje się, że obiecałem naszej księżniczce zwiedzanie, prawda?
    Faktycznie obiecał mi coś takiego i nie mógł lepiej trafić. Oczywiście domyśliłam się, że musiał już usłyszeć o mojej kłótni z Dorianem i postanowił włączyć się w plan poprawiania mi humoru. Po wypiciu mojej porcji wina, było mi już obojętne, dlaczego wychodzimy we troje o dość późnej porze.
    Nie przypuszczałam, że wypad na miasto z przyjaciółmi może tak poprawić humor. Co prawda ciągle gdzieś w moich myślach pojawiał się Dorian, lecz Varys i V'lane skutecznie odciągali moją uwagę. Pomógł im w tym lokal z salonem gier, który odwiedziliśmy. V'lane wygrał największą nagrodę, zarówno rzucając lotkami, jak i zbijając rekordową ilość szklanych kaczek. Wymienił kupony na okropnego różowego misia, tylko trochę mniejszego ode mnie.
    - Dla ciebie, królewno. - Wręczył mi pluszaka. Przyjęłam go z chichotem.
    Przez chwilę byliśmy wtedy sami, bo Varys poszedł kupić nam coś do jedzenia. Usiadłam na samotnej ławeczce przed budynkiem i wtuliłam twarz w miękkie futerko. Może jednak pluszowy miś nie był taki okropny.
    - Powinnaś dać mu imię – zagadnął V'lane, wkładając ręce do kieszeni. Lekki wiaterek targał mu włosy, pożałowałam, że nie mam ze sobą aparatu.
    - Cukierek – zaproponowałam ze śmiechem. - Dlatego, że jest taki różowy.
    V'lane przyjrzał się pluszakowi i pokiwał głową.
    - Współczuję, stary, ale ona ma rację.
    Nagle odwrócił się, spoglądając w ciemność. Po chwili usłyszałam kroki. Zmrużyłam oczy, próbując dostrzec zarys postaci. Bez wątpienia był to mężczyzna, lecz nie miał wzrostu Varysa.
    - Co za ohydztwo – skomentował znajomy głos. - Wiedziałem, że masz kiepski gust, córko Azazeala.
    Zerwałam się na nogi, rozpoznając stojącego poza zasięgiem lamp mężczyznę.
    - Ona nie ma ochoty na towarzystwo, ja też – odezwał się V'lane spokojnym tonem. Jednocześnie położył dłoń na klindze miecza, która dotąd była niewidzialna.
    - Czego chcesz, Lucyferze?
    - A co oferujesz, córko Azazeala? - Zrobił krok w moją stronę. V'lane przesunął się tak, by mnie osłonić.
    - Nie da ci niczego. A ty nie zrobisz jej krzywdy.
    - Gdzieżbym chciał. Przeciwnie, skoro jesteśmy na neutralnym terenie, możemy nawet napić się razem czegoś mocniejszego.
    Lucyfer zatrzymał się kilka kroków od nas. Wolałabym, żeby nie zbliżał się tak bardzo, mógł mówić różne rzeczy, lecz tylko głupiec wierzy diabłu. No chyba, że ten diabeł jest akurat twoim ojcem, ale to inna sprawa.
    - Nie? Co za rozczarowanie. Nie dość, że zabrałaś mi jedynego syna, odmawiasz także wypicia ze mną małego drinka. - Diabeł cmoknął i pokręcił głową.
    - Może i przyczyniłeś się do przebudzenia Doriana, ale on nie jest twoim synem. Nawet cię nie lubi – odparłam hardo. Niech nie myśli, że mnie przestraszy, albo, że obudzenie Doriana daje mu jakiekolwiek przywileje.
    Ku mojemu zaskoczeniu roześmiał się i to naprawdę głośno. V'lane warknął i chwycił mnie za rękę.
    - Idziemy, królewno.
    - Nie powiedział ci, co? To mistrz kłamstwa. Jak jego ojciec, swoją drogą. To nie twojego męża miałem na myśli, choć okazał się równie niewdzięczny – zawołał za nami. - V'lane, powiedz jej, czyja krew w tobie płynie!
    Zatrzymałam się, słysząc te słowa, a gdy mój przyjaciel zesztywniał i zacisnął zęby, zrozumiałam, że nie było to kłamstwo.
    - V'lane? O czym on mówi?
    - Mówię, że trzymacie pod dachem niebezpiecznego nefilima, który powinien pracować dla mnie. Dla tatusia.
    - Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Prędzej kiedyś cię zabiję, niż zacznę dla ciebie pracować. - V'lane ścisnął moją dłoń. - Przysięgam, że jestem po twojej stronie – zwrócił się do mnie.
    Uwierzyłam mu, w końcu byliśmy przyjaciółmi. Gdyby chciał skrzywdzić mnie lub Doriana, już dawno by to zrobił. Poza tym denerwowała mnie zadowolona mina Lucyfera.
    - Chodźmy znaleźć Varysa – mruknęłam, ruszając przodem. V'lane z ulgą ruszył za mną. Za nami Lucyfer odprowadził nas głośnym śmiechem. Kiedy straciliśmy z oczu diabła, V'lane zerknął na mnie.
    - Nie zdradzę was – zapewnił.
    - Wiem, V'lane. Ale mogłeś powiedzieć, że jesteś nefilim. Kto jak kto, ale ja bym zrozumiała.
    Wzruszył ramionami. Dopiero teraz zauważyłam, że zabrał mojego pluszaka, który nieszczęśnie sunął po ziemi. Odebrałam Cukierka i wytrzepałam jego futerko.
    - Syn Lucyfera nie brzmi dobrze w CV. Wiesz, jak jesteśmy traktowani. Tak było dla mnie bezpieczniej. Poza tym Dorian... Nie wiem, czy to zaakceptuje. - Spuścił wzrok. - Pewnie nie powinienem prosić, byś mu nie mówiła?
    Zawahałam się. Nie chciałam sekretów przed mężem, jednak rozumiałam niepokój V'lane'a. A sekret nie należał do mnie.
    - Sam mu powiesz, gdy będziesz gotowy.
    Spojrzał na mnie z wdzięcznością i uśmiechnął się w ten czarujący sposób. Nie wracając już do tego tematu, ruszyliśmy na poszukiwanie Varysa.
    Przez resztę wieczoru bawiliśmy się wspaniale i kiedy wróciliśmy tuż przed pierwszą w nocy, niemal nie pamiętałam, jak było mi źle, nim Varys wszedł do mojej tymczasowej sypialni. Unikanie Doriana również było po stokroć łatwiejsze, gdy po prostu nie było mnie w domu. Zasnęłam natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki, przekonana, że dam sobie radę, bez względu na to, co przyniesie mi los.

9 komentarzy:

  1. Co ten Dorian ma z tą swoją żoną? Najpierw z powodu jakiegoś głupstwa odmawia mu wstępu do swojej sypialni, a następnie sama dobrze się bawi z innymi, jego zostawiając samemu sobie. Powinna się wstydzić. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biedny Dorian, taka żona mu się trafiła!^^

      Usuń
    2. Abra-Cadabra1 marca 2016 00:33

      Ale może jeszcze się poprawi, choć to jest już akurat w waszych rękach.;)

      Usuń
  2. Dziękuję.Cieszę się że wstawiacie rozdziały tak regularnie,bo czekam na każdy niecierpliwie.Sheila postawiła Dorianowi warunki i wyniosła się ze wspólnej sypialni.Co teraz zrobi? jak długo wytrzyma bez żony?szacunek dla Waszego talentu.Cudowne opowiadanie.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy:) To miło, że ktoś czeka na kolejny rozdział, zwykle wstawiamy co dwa tygodnie;)
      Ps. Masz jakiś nick?

      Usuń
  3. Wow, Sheili po raz kolejny spadają klapki z oczu, ale widzę, że tak coraz poważniej ;) jestem ciekawa kolejnego rozdziału z Dorianem, co tak w istocie nasz Pan sobie myśli ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spadają jej klapki, a nawet sandały.^^

      Usuń
  4. dziekuje , jak widac Varys wykonał dobbra robote , ona znów zaczyna wierzyc ze Dorian sie zmieni kiedys...a co do Vlane to powinien powiedziec o ojcu Dorianowi, nikt nie lubi byc zaskakiwany

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Varys chce, żeby była szczęśliwa. Poza tym powiedział, co myśli.;) A V'lane trzyma pochodzenie w tajemnicy, bo w przypadku nefilim często jej ujawnienie zagraża życiu. Ale fakt, nikt nie lubi być zaskakiwany.

      Usuń