Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

31.01.2015

Rozdział XV



***Dorian***
            Jedno szybkie wbicie ostrza w serce. Tyle mnie dzieliło od śmierci. Jak mogłem nie wyczuć obecności kogoś innego w pokoju? Być może dlatego, że zasnąłem po raz pierwszy od momentu przebudzenia. W efekcie, miałem paskudną ranę, po której zostanie blizna i ogromny dług wdzięczności wobec kobiety, którą planowałem zabić. Po prostu cudownie.
            Początkowo nie byłem w stanie pojąć, czemu to zrobiła. Nie miała żadnej pewności, że okażę jej wdzięczność i daruję życie. Mało tego, przejęła się moją raną i sprawnie ją opatrzyła. Własną sukienką.
            Zanotowałem, żeby jutro dać jej nową. W zasadzie to powinna być tu gdzieś jakaś garderoba. Jeśli nie, trzeba będzie się tym zająć.
            Najdziwniejsze było to, że Sheila nie krzyknęła odruchowo, bo zobaczyła kogoś ze sztyletem w ręku. Wiedziała, co ta nefilim chce zrobić i nie pozwoliła jej na to. Dlaczego?
            - Nigdy nie uwolniłabym się od mojego sumienia, gdybym pozwoliła ci umrzeć. To wbrew wszystkiemu, w co wierzę – powiedziała, opatrując mnie. Jednocześnie przyznała, że nie każdego by uratowała.
            Nakłoniłem ją, by wzięła sztylet. Wybrał ją, a ona nigdy nie użyje go przeciwko mnie. Nawet, gdy już zabiję Azazeala. Teraz byłem już tego pewien. Mogę ją uwolnić i choć będzie mnie nienawidzić – o ile w ogóle zna takie pojęcie, bo czasem mi się wydaje, że wręcz przeciwnie – to nie zechce się mścić.
            Nie żałowała tego, co zrobiła. Albo raczej, czego nie pozwoliła zrobić. Jej piękne duże oczy patrzyły na mnie przyjaźnie, gdy zapewniała, że mogę jej zaufać. Kiedy zapinała mi koszulę swoimi zwinnymi paluszkami, jedyne, o czym myślałem, to objąć ją, przyciągnąć lekko i poczuć smak jej warg na swoich. Jeden krótki pocałunek. By wreszcie przestać o tym myśleć, by się przekonać, jak smakuje nimfa. Nie taka zwykła nimfa. Ta konkretna nimfa. Sheila.
            Pokusa była ogromna, szczególnie, gdy trzymała dłoń na moim policzku. Nie, powiedziałem sobie, zanim zdążyłem to zrobić. Co bym osiągnął? Oprócz tego, że bym ją wystraszył? Wcześniej chciałem, żeby się bała, tak było prościej, ale teraz... Uratowała mi życie. Tak po prostu. Bo uznała, że powinna. Najwyraźniej zupełnie nie rozumiała mojej natury, natury Panów, wszystko pojmując na swój własny sposób. Więc zamiast ją pocałować, odsunąłem się niechętnie.
            Nadal nie miałem zamiaru wdawać się w romans z córką Azazeala, a pocałunek nie tylko nie zgasiłby pragnienia, ale wręcz je podsycił. Lepiej trzymać się na dystans. Dobrze, że mam silną wolę...
            Wyszedłem z pokoju, gdy drzwi do sypialni Sheili już się za nią zamknęły. Teraz musiałem zająć się zamachowcami. Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to Azazeal. Było to najbardziej prawdopodobne. Szybko jednak wykluczyłem taką opcję. Gdyby wiedział, kim jestem i gdzie mieszkam, raczej nie wysyłałby skrytobójcy z zamiarem wbicia mi anielskiego sztyletu w serce. Sam by się tu pojawił. Chyba, że od czterech tysięcy lat aż tak wiele się zmieniło.
            Wezwałem całą służbę oraz strażników. Kazałem im ustawić się w rzędzie. Przeszedłem dwa razy, przyglądając się każdemu z nich. Wystraszeni, poubierani w wyraźnym pośpiechu, wyglądali na całkiem nieświadomych. Tymczasem co najmniej jedna osoba doskonale wiedziała, po co tu są. Miałem zamiar ją znaleźć.
            Kogoś brakowało. Przypomniałem sobie, co Sheila mówiła o Varysie. Nie było wśród straży demona strachu.
            - Gdzie jest Varys? - spytałem jednego z demonów.
            - Nie wiemy, panie, nie wrócił na noc...
            Zmarszczyłem brwi. Uciekł? Na pewno nie. Nikt nie mógł przekroczyć granicy bez mojej wiedzy. Jeśli się tu ukrywa, znajdę go szybko.
            Nakazałem wszystkim zejść do podziemi i zamknąłem ich w lochach. Najwyraźniej będę musiał przesłuchiwać ich po kolei. Na koniec i tak trzeba będzie się wszystkich pozbyć. Nie zaryzykuję, że kogoś pominąłem.
            Najpierw jednak odnajdę demona strachu. Skoro zniknął tuż przed zamachem – albo raczej jego nieudanej próbie – z pewnością powie mi coś więcej. Zatrzymałem się na dziedzińcu i skupiłem na jego esencji, tym co czyniło go demonem. To nie było trudne, znalazłem go. Stajnia. Tam z pewnością ktoś był. Czyżby Varys ukrył się w stajni...?
            Pojawiłem się tam i, ku mojemu zdziwieniu, ujrzałem poszukiwanego, na wpół zagrzebanego wśród siana, starannie związanego i zakneblowanego. Zauważyłem też, że był ranny – z głowy spływała mu krew. Podszedłem bliżej i jednym ruchem dłoni sprawiłem, że więzy opadły, a knebel zniknął.
            - Panie. - Demon spojrzał na mnie i z trudem usiadł. Zamrugał, jakby dopiero co się ocknął. Po czole spływała mu strużka krwi. Dotknął rany i zacisnął zęby. Musiała być spora. Z pewnością dostał w głowę czymś ciężkim.
            - Kto cię tak urządził? - zapytałem spokojnie.
            - Suna i Marie – odpowiedział ponuro. - To zdrajcy. Planują zamach. Ona jest nefilim, widziałem, jak trzymała sztylet... Chyba anielski.
            Rozejrzałem się. Ślady walki. Wgniecione siano. I rana, wyglądająca na dość poważną. Z pewnością mogła pozbawić go przytomności. Varys mówił prawdę.
            - Nefilim nie żyje. Suna... to jeden ze strażników?
            - Tak, panie. - Chwycił się słupa podtrzymującego dach stajni i powoli dźwignął się na nogi. - Nakryłem ich, wtedy Suna rzucił się na mnie. Zanim się odwróciłem, oberwałem. Gdzie jest Suna? Myślę, że to on dostarczył jej sztylet.
            - W lochach. - Zerknąłem na niego. - Jesteś demonem strachu, prawda? To się świetnie składa. Opatrz ranę, a potem idź do lochów. Dowiemy się, skąd mają sztylet i czyje rozkazy wykonywali.
            - Oczywiście, panie. Z przyjemnością się nim zajmę. - Varys wyszedł ze stajni lekko chwiejnym krokiem, a ja udałem się do lochów. Chętnie wysłucham, co ma do powiedzenia zamachowiec, a na końcu z jeszcze większą chęcią go zabiję.
            Przesłuchanie było bardzo interesujące. Na początku demon trucizny sądził, że wytrzyma i nic nie powie. Mógłbym torturować go godzinami, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Varys rozwiązał to w inny sposób. Podszedł do Suny na odległość góra dwóch kroków i uśmiechnął się.
            - Czas porozmawiać, stary przyjacielu. Spraw mi tę satysfakcję i spójrz w moje oczy. Spójrz i poznaj swoje grzechy i lęki.
            Jeszcze nim skończył mówić, jego twarz uległa zmianie. Oczy stały się bezdennie czarne, kilka ciemnoszarych żyłek przebiegło po czole i policzkach, a za nimi podążyła ciemność. Wyglądało tak, jakby jego twarz nagle pokryła się popiołem. Nie, nie pokryła. Stała się nim, jakby trawił ją niewidzialny ogień. Ciało między blizną, a ustami obsypało się, tworząc przerażający, groteskowy obraz. A potem ciemność wypłynęła z jego oczu i Suna zaczął krzyczeć. Od lat nie słyszałem takiego krzyku. Przez moją twarz przemknął uśmiech. Demon strachu był niezawodny.
            - Kto wydał zlecenie? - spytałem. Varys odsunął się o krok, jego twarz powróciła do normalnego wyglądu.
            - Belial – wyszeptał więzień, nie przestając drżeć. Zmarszczyłem brwi.
            - Co za Belial?
            - Jeden z upadłych – wyjaśnił Varys. - Kiedyś rządził Piekłem, ale Azazeal go pokonał i przejął jego część, podobnie jak Lewiatana. Od tej pory się ukrywa.
            - Co chciał przez to osiągnąć?
            - Chciał zjeść twoje serce – wyjaśnił Suna z rezygnacją w głosie. Zamrugałem.
            - Moje serce? Też ma upodobania... - Zerknąłem na więźnia. Nie wyglądało, jakby ośmielił się kłamać.
            - Po co mu serce Pana? - zapytał Varys. Więzień zawahał się, ale widząc jego wzrok, pospieszył z udzieleniem odpowiedzi.
            - Wierzy, że dzięki temu będzie miał władzę nad demonami.
            - Przecież to jakaś bzdura. - Pokręciłem głową.
            - Desperaci wierzą w różne bzdury – mruknął demon strachu.
            - A więc sztylet należał do Beliala. Cennej broni się pozbył. Kto jeszcze wiedział o spisku? - Spojrzałem na Sunę. Pokręcił głową.
            - Tylko ja i Marie.
            Możliwe, ale pewności nie miałem. Póki co, tylko jednego demona zdecydowany byłem zatrzymać.
            - Chyba wszystko już wiemy. - Zerknąłem na Varysa. Skinął głową.
            - Tak, panie.
            Wyciągnąłem dłoń, ukierunkowując przepływ magii, z moich żył w ciało Suny i przez najbliższy kwadrans oglądałem bardzo bolesną śmierć kogoś, kto ośmielił się mnie zdradzić. Piękna, widowiskowa śmierć.
            Po wszystkim wyszliśmy z celi. Pozostało jeszcze wyczyścić resztę lochu. Odesłałem Varysa, by zmienił opatrunek, który zaczął się już lekko czerwienić, a gdy wyszedł, skupiłem w sobie całą moc. Rana na przedramieniu bolała piekielnie, nie miałem więc w planach zabijać każdego z osobna. Dla odmiany pstryknąłem palcami i niszczący płomień przemknął przez lochy, nie zostawiając ani jednej żywej istoty, ani ciała, może tylko pojedyncze kupki popiołu. Lochy były puste, a mnie od razu poprawił się nastrój.
            Jedyny minus był taki, że zostałem bez służby. Nie zamierzałem prosić Lucyfera czy Samaela o kolejną. Sam ją sobie stworzę, postanowiłem. W tym celu udałem się do zbiornika z wodą życia.
            Woda życia potrafiła uzdrawiać. W małych ilościach. Potem uzależniała i sprawiała, że ten kto ją pił, nie mógł bez niej żyć; zabijała człowieczeństwo do tego stopnia, że ludzie w końcu stawali się demonami. Woda ta była więc idealna do tworzenia nowych gatunków tych istot. A z moimi umiejętnościami, nie musiałem czekać ani robić tego z żyjących już stworzeń. Zastanawiałem się przez chwilę. Najlepiej będzie zrobić ich z kamienia.
            Uniosłem dłonie, przywołując wszystkie najlepsze kamienie z okolicy. Potem zacząłem tworzyć istoty, ich ciała ze wszystkimi szczegółami. Pięć kobiet i pięciu mężczyzn. Kobiety będą pracować w domu, mężczyźni zostaną strażnikami.
            Po godzinie niemal padałem z wyczerpania. Ból w ręce mocno pulsował, ale gdybym przerwał, nie byłbym w stanie podjąć się tego ponownie. Jutro zamierzałem leczyć ranę, więc nie mogłem jej nadwyrężać, a pojutrze nie powinna już boleć. Dlatego musiałem to zrobić dzisiaj.
            W końcu przede mną leżało dziesięć postaci. Resztą mocy pchnąłem ich w stronę zbiornika. Gdy zanurzyły się w wodzie, oparłem się o ścianę budynku i stałem przez chwilę, oddychając głęboko. Zebrawszy siły, pojawiłem się z powrotem w swojej sypialni i opadłem na łóżko.
            Wiedziałem doskonale, że nie uda mi się zasnąć, ale odpoczynek mi się przyda. Przymknąłem oczy i tak przeleżałem do rana.
            O świcie, czując się już znacznie lepiej, wstałem i wziąłem prysznic. Przewiązałem ręcznikiem biodra i wyszedłem z pokoju, by przebrać się w świeże rzeczy, gdy dobiegło mnie pukanie.
            - Proszę. - Wyczułem nimfę. Z pewnością była ciekawa, czego się dowiedziałem przez noc.
            Drzwi się uchyliły i Sheila zajrzała do środka.
            - Mam nadzieję, że cię nie obudziłam... Chciałam sprawdzić, jak się czujesz.
            - Nie spałem. Brałem prysznic.- Zerknąłem na nią ciekawie. Nadal miała na sobie podartą sukienkę. Jej wzrok przesunął się po moim ciele. Zarumieniła się uroczo i spojrzała w bok.
            - Więc... Jak ramię? Pomyślałam, że może trzeba zmienić opatrunek...
            - Opatrunek... - Zerknąłem na przedramię. - Tak, chyba tak. - Przypomniałem sobie, jak Varys wrócił z owiniętym czołem i skojarzyłem, gdzie mogą znajdować się takie rzeczy. Machnąłem dłonią w stronę stolika, na którym pojawiło się pudełko z owymi opatrunkami i innymi dziwnymi rzeczami. - O to chodziło?
            Skinęła głową i weszła, zamykając za sobą drzwi.
            - Usiądź. - Rozwinęła bandaż. - Martwiłam się – dodała cicho.
            - Moją raną? - Usiadłem i wyciągnąłem rękę. - To nic groźnego.
            - Mówiłeś, że ktoś zdradził. I poszedłeś tam ranny... - Przysiadła się i odwinęła materiał z mojego ramienia. Wylała coś na watę i przyłożyła do rany.
            - Nonsens, nawet mimo rany demon nie byłby w stanie mnie pokonać. Pokojówce pomagał jeden ze strażników, nazywał się Suna. Słyszałaś o Belialu? - Zerknąłem na nią.
            Skinęła głową, wciąż delikatnie przemywając ranę.
            - To jeden z upadłych, kiedyś władał czwartą częścią Piekła. Zanim mój ojciec upadł. - Sięgnęła po słoiczek z maścią i wtarła odrobinę w ranę. Najpierw zapiekło, ale potem złagodziło ból. - Pamiętam Sunę. Spotkałam go w kuchni.
            - Dostarczył sztylet pokojówce, a ona miała za zadanie wyrwać mi serce. Ów Belial ubzdurał sobie, że jak je zje, będzie mógł władać demonami – wyjaśniłem. Poczułem przyjemny chłód na skórze.
            Spojrzała na mnie wielkimi, zdumionymi oczami.
            - Zje serce? To chore! I straszne...
            - I naiwne – uzupełniłem. - Ciekawe, kto mu takich bzdur naopowiadał...
            - Co zrobisz? - zapytała, pochylając się i dmuchając, by maść szybciej wyschła.
            - Znajdę go. Taka sytuacja już się nie powtórzy. - Spojrzałem na nią.
            - Myślisz, że spróbowałby ponownie? - Podniosła na mnie wzrok.
            - Oczywiście. Nie od razu i w inny sposób, ale z pewnością jeszcze spróbuje.
            - Więc trzeba temu zaradzić – stwierdziła, bandażując moje ramię. - Belial nie jest niepokonany, ojcu już raz udało się strącić go z tronu. Gotowe – dodała, chowając opatrunki.
            - Tak zamierzam. - Spojrzałem na rękę, potem na Sheilę i uśmiechnąłem się. - Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale boli dużo mniej. Co to za maści? Za moich czasów rany okładało się ziołami...
            - Te maści również robi się z ziół, ale dodawane są też antybiotyki, które znieczulają i zapobiegają zakażeniom. Pomoże, ale powinieneś odpocząć. I coś zjeść. Jeśli chcesz mogę zejść do kuchni...
            - To dobry pomysł, nowa służba zjawi się dopiero za jakąś godzinę. Ale najpierw... - Wstałem i zlustrowałem ją wzrokiem. Wpadłem na pomysł. Przypomniałem sobie jedną sukienkę, którą widziałem w sklepie na wystawie. Była niebieska, z szarym paskiem. Sięgałaby jej za kolana, miała też mały dekolt. Nie wiem, czemu zwróciłem na nią uwagę, może dlatego, że była taka inna od pozostałych, wiszących obok, nieprzyzwoicie krótkich, w jaskrawych kolorach? Niebieska z pewnością będzie do niej pasować. Jeśli tylko nadal wisi w tamtym sklepie przy szybie...
            Rozłożyłem ręce i po chwili zmaterializowała się w nich owa sukienka. Ciekawe, czy ktoś w tej chwili na nią patrzył? Z pewnością czekałoby go niemałe zdziwienie. Uśmiechnąłem się i podałem ją Sheili.
            - Załóż ją. Pasuje ci do oczu – zauważyłem. Zamrugała i pokręciła głową.
            - Nie musiałeś, mogę naprawić swoją...
            Uniosłem brwi.
            - Ta ci się nie podoba?
            - Jest śliczna. Dziękuję. - Spojrzała na mnie zmieszana. Skinąłem głową.
            - W takim razie przebierz się, ja coś na siebie włożę i widzimy się w kuchni. Chętnie zobaczę, jak teraz przyrządza się potrawy.
            Znów spłonęła swoim uroczym rumieńcem, po czym wzięła sukienkę i pośpiesznie wyszła, mrucząc kolejne podziękowania. Nałożyłem spodnie i koszulę, trochę dłużej zeszło mi się z guzikami, ale wolałem nie kusić losu. Jeśli znów ich nie zapnę, ona to zrobi. A silna wola też ma swoje granice...
            Skończyłem się ubierać i wyszedłem, kierując się do najbliższej kuchni. Zastałem Sheilę mieszającą coś w misie. Obejrzała się, gdy wszedłem. Uśmiechnąłem się na jej widok. Nie miałem wątpliwości, że wybrałem odpowiednią sukienkę.
            - Pasuje, prawda? Ładnie w niej wyglądasz – przyznałem szczerze. Pewnie nie powinienem tak mówić, była w końcu moim więźniem, ale uratowała mi życie i właśnie robiła śniadanie, więc co mi tam, pomyślałem.
            - Pasuje idealnie, dziękuję. Usiądź. - Machnęła ręką w stronę krzeseł. - Pomyślałam, że zrobię naleśniki. Mam nadzieję, że lubisz. - Znów na mnie zerknęła.
            - Przekonamy się. - Usiadłem przy stole.
            Wylała trochę ciasta na patelnię, podśpiewując cicho i wyjęła z szafki kolorowe słoiczki. Przyglądałem jej się z zaciekawieniem. Zrzuciła ciasto na talerz i zawinęła w nie pastę ze słoiczków. Powtórzyła to kilka razy i postawiła przede mną talerz.
            - Smacznego. - Uśmiechnęła się ciepło i usiadła naprzeciwko.
            - Wzajemnie. - Miała naprawdę śliczny uśmiech. Zerknąłem na potrawę. - Więc to jest naleśnik. Ładnie pachnie. Co jest w środku?
            - Dżem. A w tym tu czekolada. W tych zwiniętych jak rulonik jest masa z białego sera. Spróbuj. - Posłała mi kolejny uśmiech i odkroiła kawałek swojego naleśnika. - Chcesz mleko?
            - Lubię mleko. - Spróbowałem kęs potrawy. - Pyszne. - Zjadłem kolejny kawałek naleśnika.
            Tymczasem Sheila wstała i wyjęła z lodówki karton mleka. Po chwili postawiła przede mną szklankę.
            - Mleko pewnie jest trochę inne niż w twoich czasach, ale wciąż smaczne.
            Upiłem łyk, gdy wlała je do szklanki.
            - Zupełnie inne – stwierdziłem, sięgając po kolejnego naleśnika.
            - Ale zdrowsze. Dokładnie je badają, zwiększają datę przydatności i tak dalej. Nie smakuje ci?
            - Może być. Ale smak ma inny. - Dokończyłem śniadanie. - Robisz świetne naleśniki, Sheilo – przyznałem. - Za chwilę przyjdzie nowa służba, a ja wrócę pewnie w porze obiadu. Pójdę wyleczyć ranę. - Zerknąłem na opatrunek.
            Spojrzała na mnie, potem na moje ramię. Wydawała się zmartwiona.
            - Wyleczyć? Jak?
            Uśmiechnąłem się tajemniczo. Właściwie to mogłem jej powiedzieć. Nie miałem zamiaru ukrywać, kim jestem.
            - Lubisz smoki, pisklątko?
            - Smoki? - zdziwiła się i przeczesała dłonią włosy. - Masz na myśli bajki?
            - Żadne bajki. - Pokręciłem głową. - Takie prawdziwe smoki, ziejące ogniem, ogromne, latające w przestworzach...
            Jej oczy stały się ogromne. Uśmiechnąłem się.
            - Znaczy, że... smoki istnieją?
            - Istniały. Teraz został tylko jeden. Świeżo wykopany. - Oparłem się wygodnie, obserwując jej reakcję. Zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Jej zaskoczenie było urocze. Nie dostrzegłem natomiast strachu.
            - Jesteś... smokiem?
            - Tak – przyznałem z uśmiechem. - Prawdziwym, ognistym smokiem.
            Zmarszczyła brwi i wydęła usta.
            - Nie wyglądasz na smoka.
            Uśmiechnąłem się.
            - Gdybyś zobaczyła mnie po przemianie, uciekłabyś z krzykiem. Jestem naprawdę przerażający, a gdy źródło płomienia wewnątrz mnie wyrzuci część ognia, wszystko, czego dosięgnie, płonie w błyskawicznym tempie. - Poczułem, jak ogarnia mnie pragnienie przemiany. Już niedługo. - Ale najlepsze jest latanie – kontynuowałem. - Nieporównywalne do niczego innego.
            Prychnęła. Ten dźwięk przypominał kichającego kociaka.
            - Wszyscy uważają, że będę się ich bać. Niby czego, skoro już cię poznałam? To nadal ty.
            - No właśnie. Mówisz, że mnie poznałaś. - Popatrzyłem na nią uważnie. - Jaki więc jestem według ciebie? - Byłem ciekaw, co odpowie. Z pewnością będzie szczera, skoro już się mnie nie bała.
            - Złośliwy – odparowała bez namysłu. - Brutalny, nie znoszący odmowy, pewny siebie, ale także uroczy, kiedy tego chcesz. A nawet troskliwy. Chociaż lubisz obnosić się z tą mroczną częścią ciebie.
            Uśmiechnąłem się. No i jak tu jej nie lubić?
            - Mroczna strona to część mnie, pisklątko. Powstałem z ciemności. To moja natura, tak jak twoją jest woda. Muszę przyznać, że podoba mi się twoja charakterystyka mnie.
            - Tak cię widzę – odparła po chwili. - Najpierw myślałam, że to tylko żal po tym, co ci zrobiono. Ale teraz widzę, że nie tylko. Jest w tobie coś mrocznego. I powinnam się tego bać. Ale się nie boję.
            Patrzyłem na nią przez chwilę. O tak, powinna się bać. Jednak problem nie tkwił w tym, że się nie bała. Raczej w tym, że nie chciałem, aby się bała. Już nie.
            - Zaczynasz to rozumieć – powiedziałem cicho. - Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Może to bez znaczenia. Choć nie myślałem, że ktoś, kto nie posiada w sobie mroku, może to choć w bardzo niewielkiej części zrozumieć. I nie bać się.
            Uśmiechnęła się i wstała od stołu.
            - Wujek Rafael powiedziałby, że to moje pokręcone geny. A może po prostu jestem szaloną nimfą, która za długo przebywa z dala od swojego jeziora. - Mrugnęła do mnie. - Albo po prostu wiem, że mnie nie skrzywdzisz.
            - Ciebie nie, szalona nimfo. - Uśmiechnąłem się. - Pora iść. - Również wstałem. - Przemiana goi nawet takie rany. Tylko przy śmiertelnych nie pomoże, bo trudno byłoby się wtedy zmienić.
            - Mam nadzieję, że pomoże – odparła, wkładając talerze do zalewu i odkręcając wodę.
            - Zawsze pomaga. - Zerknąłem w stronę korytarza. - Chyba nowa służba już się zjawiła. To dobrze.
            Odstawiła talerz i sięgnęła po szklanki, wystawiając je pod strumień wody. Zerknęła na mnie przelotnie. W jej oczach widziałem troskę, ale także cień zainteresowania. I życzliwości. W pewnych momentach przypominała mi siostrę, ale teraz... Nie patrzyła jak zmartwiona Genie. Patrzyła... Inaczej. Jak Sheila. Mała, śliczna nimfa z dużymi niebiesko-szarymi oczami.
            - Zwolniłeś całą służbę? Myślałam, że tylko Marie i Suna byli zdrajcami...
            - Nie będę ryzykował – odparłem. - Do zobaczenia w porze obiadowej.
            Przygryzła wargę i spuściła wzrok, chyba była czymś zasmucona. Skinęła mi głową.
            - Do zobaczenia – powiedziała cicho, pocierając oczy i wróciła do zmywania.
            Cóż, jej smutki to nie moja sprawa. Z pewnością ma sporo powodów do zmartwień.
            Wyszedłem i natknąłem się na Varysa. Nakazałem mu przeszkolić nową służbę. Tworząc ich, przekazałem podstawowe informacje, ale nie znałem się jeszcze na wielu nowoczesnych rzeczach, więc nadzorca będzie miał dziś sporo do zrobienia. Nie wątpiłem, że sobie poradzi.
            Tym razem wybrałem inną polanę, podobną, lecz trochę większą, w otoczeniu gór. Nie chciałem się zbyt wcześnie ujawnić, musiałem więc uważać.
            Przemiana była bolesna, ze względu na ranę, ale gdy byłem już zmieniony, ból zniknął. Wzbiłem się w powietrze, czując ulgę i ogarniającą mnie moc. Byłem smokiem. Byłem ogniem. Byłem szybki, ogromny i potężny.
            Byłem Panem i nikt ani nic nie miało tyle siły, by mnie zatrzymać. Nadchodził dzień mojej zemsty. Za moją rasę, za stracony czas i przede wszystkim za moją siostrę. Genevieve.

30 komentarzy:

  1. Ooo, Sheila jest dalej naiwna, ale mimo wszystko Dorian nie chce jej zranić. Wie jaki ból by przezyła jakby się dowiedziała, że wszystkich zamordował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Dorianowi zaczyna zależeć na Sheili, choć sam przed sobą się pewnie do tego nie przyznaje. Dobrze, że przynajmniej Varysa oszczędził :)

      Niestety znowu rozdział został urwany w najciekawszym momencie, może w następnym będzie coś więcej o Dorianie-smoku ;)

      Usuń
    2. Wie, co by przeżyła, ale to mu nie przeszkadza mordować.^^

      A Varys jeszcze odegra ważną rolę. :)

      Usuń
    3. Moim zdaniem Varys w powieści będzie odgrywał rolę zakochanego przyjaciela. Wszyscy wiemy, że nic z ich związku nie będzie, ale demon strachu jest zawsze taki gotów chronić Sheilę, że nie sposób go nie lubić.

      Usuń
    4. Nie zdradzimy czy będzie to rola zakochanego przyjaciela, ale możemy zapewnić, że będzie ją chronił. A teraz jest mu o tyle łatwiej, że Dorian, któremu przyciągał lojalność, nie chce już jej zabić. :)

      Usuń
  2. dziekuje za nowy fragment, a jednak powoli , powoli dostaje sie do niego nasza nimfa , juz mówi ze jej nie skrzywdzi, juz zaczyna dostrzegac w niej kobiete..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Luisia:) Tak, powoli, pomalutku, ale skutecznie;) Kto wie, co przyniesie przyszłość:D

      Usuń
  3. Sheila chyba sie zmartwiła ze "zwolnił" także Varysa :) a tak swoja drogą to jest nadal naiwna ze eszcze sie nie domyslila co on tak naprawde zrobił z tymi wszystkimi osobami... jak zwykle swietnie sie czytało :D dziekuje bardzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Breraf:) Sheila ma dobre serduszko, we wszystkim potrafi dostrzec dobro, więc myśli innymi kategoriami niż Dorian;) Dlatego nie przyszło jej do głowy, że on mógłby ich po prostu pozabijać^^

      Usuń
  4. Przybyłam tu wiedziona przez uwielbienie dla Waszego literackiego talentu. Poprzedniego rozdziału nie komentowałam na tymczasowym chomiku Ailes, bo sprawa miała się wkrótce wyjaśnić. Rozdział XIV jak można było się spodziewać wciągający i tylko jedna uwaga. Nie wiem czy mogę sobie pozwalać na tak każący miecz krytyki, ale w sumie przecież chcę dobrze. Chodzi o sytuację, kiedy Marie ma zamiar skrytobójczo zabić Doriana. Akcja w tym momencie wydała mi się dość ograniczona. Wszystko za szybko się potoczyło, było zbyt mało emocji. Bo przecież Marie unosiła jakiś anielski puginał nad naszym bohaterem, który nieświadom grożącego mu niebezpieczeństwa, tkwił beztrosko w objęciach snu. Dobra, na tym koniec uwag do rozdziału poprzedniego. Teraz czas na najnowszy- wydaje mi się, że Sheila jest takim naiwnym i niewinnym dziewczęciem. Nie wiem czy to źle. Pewnie to powinno równoważyć złe przymioty Doriana, który już po tych kilkudziesięciu stronach powieści nie wydaje się taki srogi, złowrogi i majestatyczny. Nie mogę się doczekać, kiedy dowie się, że jego ukochana siostra, za którą pragnie przelewać krew i gruchotać kości nędznych szubrawców i demonicznych nikczemników, ma się całkiem nieźle, wiodąc jakże wspaniały żywot u boku ojca nimfy. To dopiero będzie ambaras :) Burdy, chryje i liczne zatargi gwarantowane, kiedy spotkają się te dwie zwaśnione persony, pałające do siebie wprost astronomiczną nienawiścią. Dzięki za poinformowanie mnie, gdzie dalej mogę śledzić losy bohaterów. Pozdrawiam i dziękuję. Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, i jeszcze chciałam odwołać się do Waszego doświadczenia w pewnej arcyciekawej sprawie. Mianowicie zastanawia mnie, czy można spłonąć uroczym rumieńcem. W wielu książkach jest to powielane, ale z mojej autopsji wynika, iż to niewykonalne. To wprost woła o pomstę do nieba! Dlaczego moje rumieńce nie są równie urocze, co książkowych bohaterek? Oczywiście nie zarzucam tu nic nikomu i nie sugeruję, że to niewykonalne. Może po prostu powinnam poćwiczyć przyciągające męskie spojrzenia kraśnięcia. :)

      Usuń
    2. Po pierwsze bardzo nas cieszy, że nadal z nami jesteś. :) Krytykę znosimy dobrze, zwłaszcza jeśli jest konstruktywna i pomaga nam się rozwijać. Weźmiemy pod uwagę Twoje słowa i przejrzymy jeszcze raz rozdział przed ostatnim składaniem tekstu.
      Co do Sheili masz rację, jest naiwna, a to dlatego, że mierzy świat własną miarą. Ale jeszcze wiele przed nią, więc ma szansę wydorośleć.
      Rumieńce... no ja się też uroczo nie rumienię, ale wyjaśnię to tak. To subiektywna ocena Doriana, któremu podoba się Sheila i jej niewinność.
      Jeśli uda Ci się to wyćwiczyć, to koniecznie daj znać. :)

      Usuń
    3. Myślę, że zdecydowanie ciężej jest wykreować dobrą kobiecą postać. Najczęściej damskie bohaterki są zatrważająco zniewieściałe, albo zbyt harde i buntownicze. Wiele autorów zmaga się z tym problemem, szczególnie pisarze fantasy. Nikt nie chce przecież szufladkować kobiecych postaci, jednak w książkach najczęściej występują pod 3 postaciami- mężnej wojowniczki, powabnej kusicielki lub delikatnej jak mimoza dziewoi, którą wciąż trzeba ochraniać przed nawet najmniejszymi niebezpieczeństwami. Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy mam jakąś ulubioną bohaterkę. Bohaterów owszem, nawet kilku, wyróżniających się poczuciem humoru, odwagą, pomysłowością, sarkazmem, ale bohaterki? Fakt, znajdzie się kilka, które darzę pewną sympatią, ale raczej ze względu na samą powieść, niż ich osobiste przymioty. Dla mnie jedną z wyróżniających się postaci przyrodzenia niewieściego ze współczesnej literatury młodzieżowej jest Penryn z Angelfall. Lubię ją za humor i wojowniczość. Nieźle się uśmiałam przy czytaniu jej wypowiedzi. A co do Waszej powieści- mam po prostu nadzieję, że w przyszłości nasza mała, słodka nimfa trochę zawojuje, ale nie tak by zatracić swój niewątpliwy urok. Przyda jej się od czasu do czasu powiedzieć stanowcze i złowróżbne "nie". :) A jeśli chodzi o urocze rumieńce, to wątpię, żebym opanowała arkana tak trudnej sztuki. Jest to chyba wyższy poziom kobiecości, niedostępny dla nas, zwykłych śmiertelniczek z tego padołu.

      Usuń
    4. Nie moge się nie zgodzić, sama mam wielu ulubionych bohaterów, a bohaterki. No są takie, które bardzo lubię, zwykle jednak nie wywierają takiego wrażenia jak postaci męskie. Angelfall czytałam i bardzo lubię, sama główna bohaterka również wzbudza sympatię, choć moją ulubioną nie jest. Uwielbiam za to Stephanie Plum z książek Evanovich albo Daenerys z Gry o tron.
      Sheila się zmieni. Musi - siłą rzeczy, jeśli chce przetrwać. Te zmiany nastąpią powoli, ale mam nadzieję, że efekt końcowy Ci się spodoba. :)

      Usuń
  5. Słodka jest Sheila, gdy nawet przez myśl jej nie przechodzi, że Dorian wszystkich pozabijał... Ale i on jest coraz bardziej opiekuńczy do niej... ;) Myślę, że Sheila nie miałaby tak dobrej jego wizji, jakby jej powiedział jak "zwolnił" służbę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej wizja zdecydowanie by się zmieniła^^ Ale ona nie pytała, a on wolał się tym nie chwalić:D

      Usuń
    2. Raczej nie chce jej straszyć ;) A tak jakby w sumie mała niewolnica powinna być zastraszona, prawda? ;) A tu ma swoją wodę, ochronę, pozycję Głównej Zapinaczki Guzików i Informatorki o Nowoczesnych Sprzętach ;)

      Usuń
    3. Niewolnica tak, dlatego do tej pory się nie krępował^^
      Ciekawe posady jej się trafiły:D

      Usuń
    4. Ale o dziwo zaczął, czyż nie? :P

      Prawda? Zapomniałam jeszcze o pozycji bibliotekarki :D Ciekawe jakie będą kolejne? ;)

      Usuń
    5. Bądź co bądź, uratowała mu życie;)
      Pod koniec tej części będzie jeszcze jedna ważna pozycja, może Cię zaskoczymy;p

      Usuń
    6. A ile będzie części, a w obecnej rozdziałów? :)
      Zazwyczaj mnie zaskakujecie ;)

      Usuń
    7. Jeszcze dwa lub trzy rozdziały do końca, zależy, czy ostatni podzielimy, bo jest długi. A wszystkich części będzie trzy;)

      Usuń
    8. Ooo, a będzie jakaś przerwa między pierwszą a drugą czy mniej więcej jak do tej pory między rozdziałami? :)

      Usuń
    9. Będzie przerwa, bo nie skończymy drugiej części tak szybko, ale postaramy się, żeby była jak najkrótsza.:)

      Usuń
  6. Szczęście że Varys nie został spalony tak "na wszelki wypadek"! Xd Świetny rozdział

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:) Jakoś mu się udało uniknąć takiego losu;p

      Usuń
  7. Bardzo dziękuję za rozdział i poproszę info o następnym. Jestem ciekawa na jak długo starczy Dorianowi silnej woli. Za plus można uznać, że nie powiedział Jej, że całą służbę zabił, żeby jej nie denerwować. Dobrze chociaż, że nie pozbył się Varysa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Moniko:) Dorian uznał, że lepiej przemilczeć tę kwestię;) Widzę, że chyba każdy lubi Varysa:D
      Oczywiście, że będziemy Cię informować o kolejnych rozdziałach, następny już w weekend;) Pozdrawiam:)

      Usuń
  8. Cieszę się, że Varys nie okazał się zdrajcą i przeżył. Dorian rzeczywiście jest złośliwy, momentami okrutny, ale też opiekuńczy i wyrozumiały. Sheila ma dobre serce, ale pewnie i ona zdaje sobie sprawę, że służba była i się zmieniła... Dziękuję za kolejne fragmenty Doriana i możliwość przeczytania ich. Pozdrawiam cieplutko. Beata;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Beato:) Widzę, że podobnie jak Sheila, dostrzegasz nie tylko wady, ale i zalety Doriana;) Owszem, mała nimfa zdaje sobie z tego sprawę, ale myśli, że poprzednią służbę po prostu odesłał, a nie zabił:p Również pozdrawiamy:)

      Usuń