Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

30.08.2015

Rozdział XIX

***Dorian***
            Obudziłem się powoli, otwierając oczy i zerkając na wtuloną we mnie nimfę. Moją żonę. Śliczną, drobną brunetkę o dużych oczach i małych, ponętnych usteczkach. Przymknąłem oczy, nie mając ochoty jeszcze wstawać z łóżka.
            Minęło niewiele czasu od mojego przebudzenia, a tyle się zmieniło. Kiedy powstałem po czterech tysiącach lat snu, nie miałem nic. Obudziłem się w obcym świecie, innych czasach, a moi jedyni sojusznicy chcieli mnie wykorzystać. A teraz?
            Miałem siostrę. Miałem piękną żonę, która była we mnie zakochana. Nie tylko piękną, inteligentną, ale również dobrze urodzoną. Poza Genevieve miała najwyższą pozycję w obecnym świecie, jako córka upadłego anioła i władcy połowy Piekła.
            Jej ojciec, a mój wróg, został stłamszony i po części upokorzony, gdyż każdy doskonale wiedział, że nie oddałby mi Sheili po dobroci. A jednak nie był w stanie zapobiec naszemu małżeństwu.
            Poza tym, miałem w swoim władaniu jeden z kręgów piekielnych. Mój własny krąg. Jedna czwarta Piekła. A na koniec okazało się, że mój przyjaciel żyje i mogę go obudzić.
            Wszystko układało się idealnie.
            Sheila mruknęła coś przez sen, wiercąc się w moich ramionach. Ponownie otworzyłem oczy, zerkając na nią. Jej zapach, jej ciało tulące się do mojego, to wszystko przypominało mi naszą pierwszą wspólną noc. I wiele kolejnych, które nas czekają. Nie byłem pewien, ile powinienem zaczekać, ale uznałem, że Sheila sama o tym zadecyduje. Jako że była dziewicą, z pewnością potrzebowała trochę czasu.
            Nie miałem pojęcia, jak to możliwe, ale ta noc była inna od wszystkich pozostałych. Czy to dlatego, że była moją żoną? Że była nimfą? Pół aniołem? A może powodem była po prostu ona, inna niż kobiety, które dotąd znałem. Moja nimfa, jedyna w swoim rodzaju, a więc wyjątkowa pod każdym względem. I tylko moja, już na zawsze.
            Sheila znów coś mruknęła i otworzyła oczy. Przez chwilę spoglądała na mnie z uśmiechem, potem przysunęła się, całując mnie w usta.
            - Dzień dobry.
            - Bardzo dobry, moje pisklątko. - Odpowiedziałem na pocałunek, przesuwając palcami po jej gęstych, miękkich włosach. - Wyspałaś się?
            - Mhm. Ale nie mam najmniejszej ochoty wstawać – wymruczała, przytulając twarz do mojej szyi. - Dziś też przyjdzie po nas służba?
            - Tak, musimy się wyszykować na ostatni dzień ceremonii – odparłem, również nie okazując chęci wstawania. Najchętniej przeleżałbym tak cały dzień.
            - Kiedy wyruszysz? - zapytała cicho, zerkając na mnie. Jej włosy opadły na ramiona, jednocześnie łaskocząc moją skórę.
            - Chyba jutro. Jeszcze porozmawiam z Genie. - Przymknąłem oczy, przypominając sobie obraz z księgi.
            Moja żona mocniej się przytuliła.
            - Długo cię nie będzie?
            - Myślę, że kilka godzin, w razie gdybyśmy nie znaleźli miejsca od razu, może potrwać dłużej. Jeśli wyruszymy rano, powinniśmy wrócić najpóźniej na kolację – stwierdziłem.
            To najwyraźniej uspokoiło moją żonę, bo znów się rozluźniła. Po chwili usiadła i rozejrzała się po sypialni. W końcu wstała i włożyła na siebie cienki szlafrok.
            - To dobrze. Postaram się, by przygotowano coś specjalnego. - Posłała mi uśmiech. Odpowiedziałem tym samym, przeciągając się leniwie.
            - Najlepiej coś mięsnego. Ezekiel z pewnością będzie zachwycony współczesnym jedzeniem.
            Skinęła głową i podeszła do okna. Otworzyła ciemne, masywne okiennice, wpuszczając do pokoju promienie słońca. Dopiero potem znów się zbliżyła i usiadła na brzegu łóżka.
            - Nie martw się, zadbam o wszystko. Jak na dobrą żonę przystało.
            - Najlepszą – przyznałem z uśmiechem. Sięgnąłem po jej dłoń i pocałowałem lekko.
            Otworzyła usta, by coś odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej pukanie. Westchnęła i podniosła się, cofając dłoń. Kiedy otworzyła drzwi, trzy służki pochyliły się nisko.
            - Chyba pora na przygotowania – stwierdziłem, siadając i sięgając po spodnie.
            - Widzimy się niebawem? - zapytała, oglądając się przez ramię.
            - Tak, tuż przed wyjściem do gości – przytaknąłem. Skinęła głową i weszła do salonu, gdzie służki już rozłożyły cztery suknie. Założyłem spodnie, koszulę, stanąłem w drzwiach i zerknąłem na ubrania.
            - Którą dziś wybierzesz?
            - A która ci się podoba? - zerknęła na mnie. Dziś przygotowano ciemną purpurę, złoto, srebro i granat.
            Podszedłem bliżej, przyglądając się uważnie. Po chwili wskazałem na suknię w kolorze złota.
            - Ta wydaje się najlepsza.
            Skinęła głową, a służki natychmiast podsunęły jej dodatki, których wybór Sheila pozostawiła najmłodszej z nich. Nim wyszły, prowadząc ją ze sobą, udało mi się skraść jej krótki pocałunek.
            Po ich wyjściu wziąłem prysznic i również zostałem poddany przygotowaniom. Dziś założyłem białą koszulę, a na nią szustokor w matowym kolorze ciemnego złota, do tego ciemne spodnie i eleganckie buty, już nie tak wysokie, jak wczoraj. Fryzurę ułożono podobnie jak poprzednio. Przejrzałem się w lustrze i uznałem, że jestem gotów na trzeci dzień ceremonii.
            Kiedy podszedłem do wyjścia, Sheili jeszcze nie było. Postanowiłem tutaj na nią poczekać. Nie trwało to długo, już po chwili wyszła zza rogu w towarzystwie służek. Ledwie zwróciłem uwagę, jak ukłoniły się na mój widok, moje spojrzenie skupiło się na Sheili. Suknia, którą dla niej wybrałem, ciasno opinała jej piersi i brzuch, na biodrach rozszerzając się ku dołowi. Materiał przypominał najprawdziwsze złoto i nie potrzebował żadnych dodatkowych zdobień. Całości dopełniał wysoki kołnierz, na który luźno opadały ciemne loki mojej żony. Na czole miała wąski, złoty diadem.
            - Wyglądasz przepięknie – stwierdziłem szczerze. W zasadzie to Sheila we wszystkim wyglądała ślicznie, ale najbardziej lubiłem ją w strojach, które podkreślały jej smukłą sylwetkę i kobiece atuty.
            - Dziękuję. Również prezentujesz się bardzo przystojnie – odparła, biorąc mnie pod ramię. - A ta sukienka waży chyba tonę...
            - Aż tak ciężka? - Zerknąłem na nią. - Nie wygląda. Gotowa na trzeci dzień ceremonii?
            - Tak. Na oba pytania. - Uśmiechnęła się i spojrzała mi w oczy. Również się uśmiechnąłem.
            - To do dzieła. - Pocałowałem ją  lekko w usta. Przylgnęła do mnie i odpowiedziała na pocałunek. Potem drzwi się otworzyły i powitał nas tłum gości.
            Weszliśmy do sali, w której poprzedniego dnia przyjmowaliśmy dary. Tym razem nasze trony stały przy stołach uginających się pod mnóstwem rozmaitych potraw, a wokół nich stali goście, czekając, aż zajmiemy miejsca. Powitano nas brawami, a gdy usiedliśmy na tronach, wszyscy poszli w nasze ślady. Siedzieliśmy u szczytu połączonych ze sobą stołów, po mojej prawej miejsca zajęli Genie i Varys, po lewej Sheili Azazeal i Rafael.
            Oczywiście moja żona najpierw musiała wszystkich uściskać, dopiero potem spokojnie usiadła i, zgodnie z tradycją, nalała mi wina.
            - Jutro dostaniesz tylko sok – mruknęła cicho.
            - Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to jutro do kolacji z pewnością będzie wino – odparłem cicho, upijając łyk z kieliszka.
            - Dla ciebie sok – oświadczyła z uśmiechem, po czym sięgnęła po półmisek z warzywami.
            - Dbasz o moją trzeźwość? – spytałem, nakładając sobie kilka różnych potraw na talerz.
            - Dbam o mojego ukochanego męża – odparła, nabierając na widelec kawałek zapiekanej marchewki. - Właściwie to możecie się upić?
            - Owszem, choć nigdy tego nie próbowałem. Do tego potrzeba naprawdę mocnego trunku w ogromnej ilości – wyjaśniłem, próbując potraw na talerzu.
            Sheila skinęła głową na znak, że rozumie, po czym, ku mojemu zaskoczeniu – i dumie – zaczęła zabawiać rozmową gości. Podążyłem w jej ślady, uznając, że powinienem poznać osoby zasługujące na siedzenie ze mną przy stole.
            Po posiłku rozpoczęły się pokazy. Główną atrakcją były igrzyska; salę, w której przebywaliśmy, przygotowano jak arenę, na której miało zmierzyć się ze sobą trzydziestu najlepszych wojowników. Rozpoczęło się od zawodów sprawnościowych. Demony kolejno poddawane były różnym próbom; jeśli przeszły, mogły walczyć dalej, jeśli nie, traciły prawa do dalszych igrzysk. Konkurencji było wiele: wytrzymałość na ogień, trafienie w ruchomy krążek, który po celnym strzale zmieniał się w dym, włożenie ręki do kosza pełnego węży albo skorpionów bez wydania z siebie choćby jęku, utrzymanie się na zatrutej linie, parzącej dłonie oraz wiele innych prób. Do następnej tury przeszło dwadzieścia cztery osoby.
            Potem ogłoszono przerwę, uczestnicy igrzysk mogli się posilić i odpocząć, a w tym czasie wystąpił demon żonglujący kulami ognia. Wyrzucał w górę jedną, ogromną kulę, a spadały dwie. Przez chwilę żonglował nimi, aż każda rozdzieliła się na dwie, potem kolejne dwie i już po chwili miał w rękach osiem, szesnaście, trzydzieści dwie kule, latające pod różnym kątem i wirujące w różne strony. Kiedy spojrzałem na Sheilę, dostrzegłem zachwyt na jej twarzy. O ile igrzyska nie do końca jej się podobały, o tyle pokaz ogni zdecydowanie przypadł jej do gustu.
            Po przerwie wrócili zawodnicy. Tym razem mieli walczyć w czwórkach. Każdemu z nich pozwolono wybrać rodzaj broni, przeciwnicy dobierani byli przez demony prowadzące igrzyska. Starano się dobrać ich tak, by walka była w miarę wyrównana. Spośród czterech zawodników mógł przejść jeden albo dwóch, więc tuż przed walką starali się zawiązać sojusze, atakując w parach. Właściwie tylko w jednej czwórce sojusz najwyraźniej nie doszedł do skutku, gdyż najsilniejszy zawodnik pokonał pozostałych trzech. W efekcie pozostało jedenaście demonów.
            Podczas kolejnej przerwy do sali weszli tancerze i tancerki – głównie inkuby i sukkuby. Najpierw tańczyli równo, tworząc przeróżne układy, później zaczęli taniec w parach. Na koniec znów wrócili do układów i gdy przerwa się skończyła, ukłonili się nisko, otrzymując liczne brawa. Uznałem, że ich taniec nie był aż tak imponujący i zagadnąłem do Sheili, że nimfy z pewnością lepiej by sobie poradziły.
            - Na pewno nasze ruchy są lżejsze i delikatniejsze. Te kobiety nawet kiedy się starają nie potrafią stłumić emanującego z nich... erotyzmu. - Upiła łyk wina, przyglądając się odchodzącym tancerzom.
            - W końcu to sukkuby – podsumowałem.
            - Ja tańczę lepiej – mruknęła w swój kielich.
            - Wiem. - Zerknąłem na nią z uśmiechem. - Dużo lepiej.
            Odprężyła się wyraźnie zadowolona i sięgnęła do talerza ze słodkimi przekąskami.
            Zanim zawodnicy wrócili na arenę, zerknąłem na Genie, rozmawiającą z Varysem. Dotknąłem jej ramienia, by zwrócić na siebie uwagę siostry. Kiedy na mnie spojrzała, posłałem jej szeroki uśmiech.
            - Mam nowinę.
            - Jeszcze jedną? Sądziłam, że twojego nagłego ślubu nic nie przebije, bracie. - Spojrzała na mnie z życzliwą ciekawością, uśmiechając się lekko. Jak każdego dnia, moja siostra wyglądała olśniewająco. Upięła włosy w luźny kok, a kilka swobodnych pasemek opadało jej na kark. Obcisła suknia w polorze purpury nie miała żadnych zdobień, co tylko podkreślało urodę Genevieve.
            - Ezekiel żyje, zasnął podobnie jak ja. Zamierzam go odkopać – oświadczyłem zadowolony.
            Genevieve zamrugała, na jej twarzy nie pojawiła się radość, której oczekiwałem. Zdumienie owszem, ale nie radość. Oparła się o miękkie obicie krzesła i patrzyła przed siebie, nic nie mówiąc.
            Zerknąłem na zawodników, wchodzących na arenę. Kolejna runda igrzysk polegała na walce w parach. Tym razem wojownicy losowali broń, a przeciwników dla nich ponownie wybierano niezależnie od ich woli.
            - Pójdziesz ze mną, prawda? Ezekiel na pewno się ucieszy z twojej obecności – zwróciłem się do siostry, gdy długo nie odpowiadała.
            - Jesteś pewien, że on nie zginął? - zapytała cicho, znów odwracając się w moją stronę.
            - Baśniarz pokazał mi miejsce, gdzie się zakopał – odparłem. - Nie sądzę, by kłamał.
            - Masz Baśniarza? - Jej zdumienie wydawało się jeszcze większe.
            - Dostaliśmy w prezencie ślubnym – wyjaśniłem.
            Przez chwilę nic nie mówiła, zastanawiając się nad moimi słowami. W końcu westchnęła i spojrzała mi w oczy.
            - To zły pomysł. Powinniśmy zostawić go tam, gdzie jest.
            Uniosłem brwi.
            - Genevieve, czy ty mówisz poważnie? Myślisz, że on by mnie nie odkopał, gdyby obudził się pierwszy? Albo ciebie? Jak moglibyśmy go zostawić?
            - Ezekiel nie jest wart tego, by ryzykować. Aniołowie już grożą nam wojną. Jak myślisz, co zrobią, jeśli Ezekiel powróci?
            - Zapewniam cię, że dla kogoś innego bym nie ryzykował. Ale Ezekiela nie zostawię – odparłem stanowczo, zerkając na walczących.
            - Zasłużył na swój los – mruknęła.
            - Jeśli on zasłużył, to ja pewnie też, więc może mnie również nie powinni budzić? Przynajmniej nie byłoby problemu z aniołami. - Skrzyżowałem ręce na piersi, zerkając na przedostatnią walkę w tej rundzie.
            Genevieve zaklęła i chwyciła mnie za ramię, odwracając w swoją stronę. Nie wyglądała na zadowoloną.
            - Jesteś moim bratem, na ognie piekielne! Dzień, w którym cię odzyskałam, był najszczęśliwszym w moim życiu. Mogę walczyć z całymi niebiańskimi zastępami, jeśli dzięki temu będziesz przy mnie. Tym bardziej jestem w stanie poświecić jednego zarozumiałego dupka.
            - Jesteś dla niego niesprawiedliwa, Genie. Znam go i wiem, że mu na tobie zależało – mruknąłem. - Pomyśl nad tym. - Spojrzałem na arenę.
            - Będę musiała jakoś z tym żyć – odparła i również skupiła się na widowisku.
            Ostatnie demony walczyły w trójkę. Zwyciężył jeden, ten, który wcześniej pokonał trzech przeciwników. Pozostało pięć demonów.
            Kolejną przerwę zajęła starsza kobieta. Nie, nie była stara, uzmysłowiłem sobie po chwili. Jej skóry nie szpeciła ani jedna zmarszczka, a spojrzenie wciąż było bystre, jednak siwe, niemal białe włosy złudnie dodawały jej lat. Nazwała siebie Tkaczką, twierdząc, że nikt tak jak ona nie tka opowieści. Aby to udowodnić, wyjęła z kieszeni kłębowisko jasnych, przypominających pajęczynę nici. Zaczęła splatać je ze sobą, jednocześnie opowiadając jedną z najstarszych legend. Nić lśniła między jej palcami, a kiedy Tkaczka ją wypuszczała, unosiła się w powietrzu, splatając się w obrazy, które przeobrażały się wraz ze słowami kobiety. Dopiero po chwili zrozumiałem, jak udaje jej się tak dobrze panować nad nicią. Miała z nią specjalną więź. To były jej włosy. Moja żona obserwowała wszystko z zachwytem. Sam również nie mogłem zaprzeczyć, że historie były dość ciekawe, a przedstawienie widowiskowe.
            Wraz z końcem przerwy na salę powrócili zawodnicy. Tym razem dwóch wylosowało sobie przeciwników, jeden musiał zaczekać. W pierwszym starciu był demon, który pokonał najpierw trzech, a potem dwóch przeciwników. Wyglądał na silnego wojownika i początkowo obstawiałem, że wygra igrzyska. Oczywiście zwyciężył również w tej parze. Jednak w drugiej był demon, który mnie zaintrygował, jego sposób walki świadczył o dużym doświadczeniu, choć wyglądał jeszcze dość młodo. Także zwyciężył. Piąty zawodnik wylosował właśnie jego, ale ostatecznie z nim przegrał.
            Tuż przed finałem zrobiono ostatnią przerwę, tym razem zbyt krótką, by ktoś występował w międzyczasie. Po niej powróciła zwycięska para, by zmierzyć się ze sobą. Podczas gdy wybierali broń, postanowiłem raz jeszcze porozmawiać z Genevieve.
            Sięgnąłem po kieliszek z winem, upiłem łyk i zerknąłem na siostrę. Wciąż miała zaciętą minę.
            - Genie, zamierzam odkopać Ezekiela. Nie sądzisz, że lepiej, byś poszła tam ze mną?
            - Nie sądzisz, że lepiej spożytkujesz czas, spędzając go z żoną?
            - Mamy na to całe nasze życie, a mój przyjaciel spędza je w ziemi – odparłem.
            - Jesteś na swoim ślubnym przyjęciu i nie chcesz cieszyć się żoną? - Uniosła brwi.
            - Nie zamierzam iść już teraz, tylko jutro. A Sheila mnie popiera, ona też nie zostawiłaby przyjaciela w potrzebie – odparłem stanowczo.
            - Sheila ma za dobre serce. - Westchnęła. - To naprawdę zły pomysł.
            Zerknąłem na arenę, gdzie dwaj wojownicy walczyli zażarcie. Obaj wybrali miecze. Demony wiedziały, że nagrodą za zwycięstwo jest nie tylko chwała, ale także jedno z najlepszych miejsc w moim kręgu.
            Przeniosłem wzrok na siostrę, zastanawiając się, co jest powodem jej niechęci. A może nie chodziło tylko o anioły...?
            - Genie, wiem, że byliście zaręczeni, ale to było dawno i zapewniam cię, że jeśli Ezekiel nadal będzie chciał cię za żonę, musi uzyskać twoją pełną zgodę.
            - On nie zasługuje na pomoc – odparła krótko. - Gdyby choć zająknął się o tym, że żyjesz... straciliśmy tyle czasu...
            - Czy powiedział wprost, że nie żyję? - spytałem.
            - Powiedział, że nie możemy już ci pomóc. Że nikt nie może... - urwała i przygryzła wargę. Jej oczy pokazały mi, że znów przeżywała tamten dzień. Sięgnąłem po jej dłoń i ścisnąłem lekko.
            - Mówił prawdę. Ukrył mnie przed aniołami, przed tym, który chciał mojej śmierci. Zakopał mnie, by moja rana się zagoiła i pobiegł do ciebie. Może obawiał się, że jeśli powie ci prawdę, zamiast uciekać, będziesz chciała mnie odkopać...? Nie wiem. Postąpił głupio, powinien od razu ci powiedzieć, ale w takich sytuacjach najwyraźniej nawet lodowy smok traci głowę...
            - Nie powiedział całej prawdy. Naprawdę chcesz tak ryzykować? Teraz, po ostrzeżeniu aniołów? - Słyszałem obawę w jej głosie. Oczy Genevieve wyrażały niepokój. - Właśnie się ożeniłeś, wszystko zaczęło się układać...
            - Odkopanie Ezekiela spowoduje wojnę? - Pokręciłem głową. - Świat się zmienił. Anioły nie zejdą z nami walczyć tylko dlatego, że pojawi się nagle drugi mężczyzna z rasy Panów. Genie, on uratował mi życie. Ryzykując własne. A teraz czeka w ziemi cztery tysiące lat. Skoro Baśniarz pokazał mi, gdzie został zakopany, jak mógłbym zignorować to i zostawić go na kolejne tysiąclecia?
            - Nie wierzę, że będziecie grzecznie siedzieć...
            - Nie będziemy prowokować aniołów, bo i po co? Ezekiel też nie jest głupcem. - Zerknąłem na scenę. O dziwo, walka trwała nadal. Mimo że jeden z demonów był większy i potężniejszy, obstawiałem zwycięstwo drugiego. - Jutro rano wyruszę go obudzić.
            - Co muszę zrobić, byś zmienił zdanie?
            - Nie zmienię – odpowiedziałem krótko.
            - Nie znoszę twojego uporu, bracie.
            - Nie zostawia się przyjaciół w potrzebie, siostro.
            - Irytujesz mnie – mruknęła i wiedziałem już, że wygrałem. Uśmiechnąłem się lekko.
            - Pójdziesz ze mną, prawda?
            - Nie puszczę cię samego.
            - W takim razie wyruszamy jutro rano. - Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, zerkając na scenę. Okazało się, że miałem rację. Niższy i młodszy wojownik, choć został zraniony, nie poddał się i ostatecznie powalił przeciwnika.
            Podszedł do mnie, po czym ukłonił się nisko przede mną i przed Sheilą. Popatrzyłem na niego z ciekawością.
            - Jak ci na imię? - zapytałem.
            - V'lane – odparł demon, patrząc na mnie śmiało. Zlustrowałem go wzrokiem. Był wysoki, szczupły, o dość ciemnej karnacji i czarnych kręconych włosach.
            - Gratuluję zwycięstwa. Twój styl walki jest dość... interesujący. Masz zapewnione miejsce w moich wojskach.
            - Dziękuję, panie. - V'lane skłonił lekko głowę.
            - Podoba mi się – usłyszałem, jak moja siostra szepcze do Sheili za moimi plecami. Na wargach demona zaigrał uśmiech. Zdaje się, że miał dobry słuch.
            Ogłosiłem koniec rozrywek i zaprosiłem wszystkich gości na bal, kończący trzeci dzień ceremonii. Sheila wzięła mnie pod ramię, odprowadzając wzrokiem V'lane'a.
            - Wydaje się bardzo pewny siebie.
            - To właściwa cecha dla dobrych wojowników – stwierdziłem.
            - Genevieve uważa też, że jest przystojny – napomknęła moja żona.
            - Słyszałem. - Zerknąłem przelotnie na siostrę. - Zgadzasz się z nią?
            Sheila zmrużyła oczy, przyglądając się demonowi, który zbierał właśnie gratulacje od innych wojowników. Mężczyzna podniósł wzrok, jakby wyczuł, że o nim mówimy i ukłonił się z zawadiackim uśmiechem.
            - Owszem. Ma w sobie jakiś magnetyzm. I bardzo ładne, ciemne oczy, niemal granatowe... Ale wiesz co? Wolę blondynów.
            - Blondynów? A ja myślałem, że tylko jednego blondyna. - Zerknąłem na nią z rozbawieniem.
            - Wybacz niedopatrzenie, oczywiście, że miałam na myśli jednego blondyna – zaśmiała się i pocałowała mnie czule. Odpowiedziałem pocałunkiem, po czym przeszliśmy do sali balowej, już gotowej na ostatnią rozrywkę tego dnia i całej ceremonii. Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki muzyki, zgodnie ze zwyczajem, poprosiłem Sheilę do tańca, którym rozpoczęliśmy bal. Musiałem przyznać rację wcześniejszym słowom mojej żony – tańczyła lepiej niż każdy sukkub, jakiego spotkałem. Do tego nie odrywała ode mnie oczu.
            Po pierwszym wspólnym tańcu każdy mógł poprosić moją żonę na parkiet, a ja powinienem zatańczyć z ważniejszymi kobietami na balu. Jako pierwsza para podeszli do nas Azazeal i Genie. Skinąłem Sheili głową i oddałem ją ojcu, sam zaś ująłem dłoń siostry.
            W czasie tańca Genevieve wyjaśniła mi, z kim powinienem zatańczyć przede wszystkim, które z kobiet pełnią ważniejszą funkcję lub są partnerkami znaczących demonów. Polityka. Cóż, będąc władcą części Piekła, musiałem postępować zgodnie z panującymi tam zasadami.
            Podczas gdy poprosiłem do tańca atrakcyjną rudowłosą kobietę – podobno mającą spore wpływy i uparcie odrzucającą zalotników – Sheila zatańczyła z Legionem. Gdy piosenka umilkła i zastąpiła ją inna, moja żona ruszyła przez całą salę i zatrzymała się przy Varysie, który stał przy ścianie z poważną miną, zupełnie jakby pilnował porządku, mimo że dzisiaj był gościem. Kiedy moja nimfa podeszła i coś do niego powiedziała, najpierw popatrzył na nią zaskoczony, a potem ukłonił się elegancko i ruszyli razem na parkiet.
            Kolejne godziny mijały mi na tańcu. Sheila kilka razy schodziła z parkietu na krótką przerwę, za każdym razem zapewniając mnie, że wszystko w porządku i spokojnie da radę tańczyć do końca balu. Jednakże pod koniec wyglądała już na mocno zmęczoną, mimo to nie odmawiała nikomu, kto poprosił ją na parkiet. Mogła to zrobić, ale wtedy demon któremu by odmówiła, nie mógłby poprosić jej po raz kolejny i byłoby to dla niego upokorzenie. Z pewnością tym się sugerowała, zgadzając się za każdym razem.
            Również V'lane, zwycięzca igrzysk, poprosił ją do tańca. Później zauważyłem, że tańczył z Genie. Wiele razy. Może nawet zbyt wiele. Genie tylko z jedną osobą tańczyła częściej – z Azazealem. Ezekielowi zdecydowanie by się to nie spodobało, ale póki co, trwał w uśpieniu w głębi ziemi i wiedziałem, że będzie musiał się naprawdę postarać, by odzyskać moją siostrę.
            Bal zakończył się o północy, ja w kilku słowach pożegnałem gości, którzy odpowiedzieli brawami i ceremonia została zakończona. Sheila uściskała ojca oraz Genie, po czym udaliśmy się na odpoczynek.
            Moja żona wydawała się bardzo zmęczona, wręcz wyczerpana. Niewiele myśląc, wziąłem ją na ręce.
            - To był długi i aktywny dzień – stwierdziłem.
            - Aż za bardzo – mruknęła, wtulając się w moje ramiona. - Połowa z nich w ogóle nie umiała tańczyć – poskarżyła się.
            - Dobrze, że już nigdy więcej nie będziesz musiała z nimi tańczyć – odparłem, wnosząc ją po schodach i kierując się do naszej sypialni.
            - Z niektórymi było całkiem miło. Byli bystrzy i nie deptali po moich stopach... - Uśmiechnęła się z rozbawieniem.
            - Więc ogólnie... dobrze się bawiłaś, Sheilo? - Zerknąłem na drzwi, które same się przed nami otworzyły, wszedłem do sypialni i posadziłem żonę na łóżku.
            - Pomijając rozlew krwi... tak, było miło.
            - Demony lubią rozlewać krew, a rany szybko im się goją. Mieli dobrą zabawę. - Usiadłem obok niej.
            - To prawda, wydawali się zadowoleni. - Sięgnęła do wiązań gorsetu i pociągnęła za wstążkę.
            - Pomóc? - zaproponowałem.
            - Jeśli możesz. - Uśmiechnęła się i opuściła ręce. Sięgnąłem do wiązań i rozwiązałem je bez problemu.
            - Kiedyś ubrania były głównie na wiązania, nikt nie zawracał sobie głowy tworzeniem czegoś takiego jak guziki lub suwaki – powiedziałem, rozluźniając jej gorset.
            - Guziki i suwaki są o wiele łatwiejsze w użyciu – mruknęła, wstając. Zsunęła suknię, pozostając w koronkowej, beżowej bieliźnie. - I przede wszystkim są w łatwiej dostępnych miejscach.
            - Pewnie to kwestia przyzwyczajenia – odparłem, wpatrując się w Sheilę. Miała długie zgrabne nogi, kończące się niesamowicie zgrabnymi pośladkami. Kiedy odwróciła się w moją stronę, oczy automatycznie powędrowały ku okrągłym, kuszącym piersiom. Niełatwo było oderwać od niej wzrok.
            - Pewnie tak – przyznała, wieszając suknię na wieszaku, po czym pochyliła się nad komodą. - Mimo wszystko wolę stroje, które szybciej się zakłada.
            - I szybciej zdejmuje – dodałem, wpatrując się w bardzo zgrabną część jej ciała.
            - Tak, to też. - Wyjęła z szuflady koszulę nocną i usiadła przy mnie. - No więc... z rana wyruszacie?
            Skinąłem głową.
            - Wtedy powinniśmy wrócić na kolację, może nawet wcześniej, jeśli wszystko sprawnie pójdzie.
            - Ale pójdzie, prawda? Chyba nie ma nic takiego, co mogłoby pójść nie tak? - zaniepokoiła się.
            - Jeśli faktycznie jest zakopany w tamtym miejscu, to tak, nie powinno być żadnych problemów.
            - Sądzisz, że Baśniarz mógł się pomylić?
            - Nie wiem, pierwszy raz miałem go w ręku – przyznałem.
            - A Genevieve? Może ona wie coś więcej? Zdaje się, że Baśniarz należał... do jej narzeczonego? - Odgarnęła włosy do tyłu, najwyraźniej zapominając o leżącej na jej kolanach koszuli. Zamrugałem, przenosząc wzrok nieco wyżej, na jej twarz.
            - Co...? A tak, masz rację, Ezekiel w nim pisał. Ale Genie raczej nie wie dużo więcej...
            - Jeśli pisał w nim przy niej, może coś wiedzieć – odparła, zakładając na siebie koszulkę. - Może powinieneś zabrać ze sobą Baśniarza?
            - Pomyślę nad tym. - Zerknąłem na jej nogi, których nie zdążyła jeszcze zakryć.
            - Przestaniesz wreszcie pożerać mnie wzrokiem? - Usłyszałem śmiech w jej głosie. Pokręciłem głową.
            - Raczej nie. Zawsze będziesz mi się podobać, więc jak miałbym na ciebie nie patrzeć? - Uniosłem brwi.
            Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Zamiast tego pokręciła głową z uśmiechem i pochyliła się ku mnie, ujmując moją twarz w dłonie.
            - W takim razie ja też będę patrzeć – szepnęła i pocałowała mnie czule.
            - Kiedy tylko zechcesz, moje pisklątko – odparłem, również ją całując. Uśmiechnęła się, przytulając się do mnie. Położyła głowę na moim ramieniu i westchnęła cichutko.
            Przesunąłem dłonią po jej włosach i objąłem ją ramionami.
            - Jesteś senna?
            - Mhm. Trochę. To był naprawdę długi dzień i prawdę mówiąc nie mogę doczekać się, kiedy nasze życie wróci do normalności – mruknęła. Przesiadła się na łóżko, bym mógł się rozebrać.
            - Myślę, że już od jutra. - Uśmiechnąłem się, zdejmując koszulę i spodnie. - W takim razie, idziemy spać?
            - Tak. Jutro czeka cię kolejny długi dzień – odparła, układając się na poduszkach.
            - Owszem, ale znajdę przyjaciela. I już nie będę ostatnim z naszej rasy. - Położyłem się obok niej.
            - Cieszę się. - Splotła palce z moimi. - Obaj mieliście szczęście.
            - Na to wygląda. - Zerknąłem na nią i uśmiechnąłem się. Jej koszulka tym razem była nieco krótsza, odsłaniała kolana. Odwróciłem się na bok, twarzą w stronę Sheili.
            - Genevieve nie wydawała się zbyt zadowolona, gdy rozmawialiście...
            - Obawia się, co na to powiedzą anioły – wyjaśniłem.
            - Ale to chyba nic złego, prawda? - zaniepokoiła się, mocniej ściskając moją dłoń. - Pomagasz przyjacielowi.
            - Dokładnie tak – przytaknąłem.
            - Nie martw się. Wszystko się ułoży – zapewniła, jakby jej słowa mogły o tym zadecydować i pocałowała mnie krótko.
            - Też tak myślę – mruknąłem, odwróciłem się na plecy i przytuliłem ją do siebie. Milczała przez chwilę i sądziłem już, że zasnęła, kiedy usłyszałem jej cichy głos:
            - Kocham cię, Dorianie.
            Spojrzałem na nią. Właściwie te słowa nie powinny mieć dla mnie większego znaczenia, a jednak... były miłe. A dla niej znaczyły bardzo wiele. Wobec tego, chyba powinienem coś odpowiedzieć...? Pocałowałem ją w czoło i uśmiechnąłem się.
            - Moja jedyna. - Ponownie ją pocałowałem. Odpowiedziała mi z radością i pasją, wtulając się w moje ramiona. Potem położyła głowę na mojej piersi, leżeliśmy tak przez kilka minut. Po chwili usłyszałem jej równy oddech i spojrzałem na nią. Zasnęła.
            Szybko poszedłem w jej ślady.
            Następnego dnia, tuż po śniadaniu, pojawiła się Genie. Poznałem po jej minie, że ma ochotę nadal mnie przekonywać, żebym nie budził Ezekiela, ale doskonale wiedziała, że to daremne. Rozumiałem, że obwiniała go o moje zaśnięcie, ale tak naprawdę to nie on ponosił winę, tylko Azazeal. Szkoda, że tak trudno było jej to zrozumieć.
            - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? - dopytywała.
            - Oczywiście. - Pocałowałem krótko żonę. - Widzimy się najpóźniej wieczorem.
            - Będę czekać – obiecała Sheila. Genevieve wzruszyła tylko ramionami.
            - W takim razie – do dzieła. - Wyciągnąłem rękę do siostry, by przenieść ją w miejsce ukrycia Ezekiela. Podała mi dłoń, wciąż niezadowolona.
            Znaleźliśmy się nad brzegiem morza, wśród skał i piasków. Poprowadziłem Genie w stronę klifu, gdzie znajdowała się duża jaskinia. Rozejrzałem się, by mieć pewność. Drzewa, trawa, skały, morze... Tak, to tutaj. To miejsce pokazał mi Baśniarz. Zeszliśmy zatem do jaskini.
            Było stromo, a duża część kamieni miała ostre zakończenia. Miejsce samo w sobie odstraszało śmiertelników. Genevieve stanęła na jednym z większych głazów i rozejrzała się. Nad jej dłonią pojawił się mały ognik.
            - Powinniśmy zejść dalej – stwierdziłem. Skinęła głową i zeskoczyła z głazu, ruszając przed siebie. Jej ognik oświetlał nam drogę, jednocześnie odbijając na ścianach jaskini osobliwe cienie.
            Zerknąłem na nią. Szła w zamyśleniu.
            - Wiesz... przez te wszystkie lata nienawidziłam go za to, że cię zostawił...
            - Nie miał wyjścia. Zginęlibyśmy obaj – odparłem. - A tak... obaj żyjemy.
            - Ale gdyby mi powiedział... sama mogłabym cię obudzić, zamiast szukać ciała, które mogłabym pochować...
            - Wiem, Genie. Powinien to zrobić. Ale czasu nie odwrócimy, a jego pomoc mnie ocaliła. - Zerknąłem na nią. - No i w końcu się obudziłem. Co prawda w niezbyt miłym towarzystwie, ale jednak.
            - Żyjesz i jestem za to wdzięczna, ale nie wiesz, jak to jest... przewracać ciała, szukając swojego brata... - powiedziała cicho.
            - Nie powinnaś przez to przechodzić... - Objąłem ją ramieniem, znów czując nienawiść do aniołów, które przyniosły mojej siostrze tak wielki ból. - Co zrobiłaś, gdy mnie nie znalazłaś...?
            - Szukałam przez tydzień. Tydzień przerzucania zmasakrowanych ciał, podczas gdy aniołowie patrzyli. Tylko Azz zareagował, wiesz? Przegonił wszystkich, podwinął rękawy śnieżnobiałej koszuli i szukał ze mną. Bez słowa, po prostu to robił. - Pociągnęła nosem, a w jej oczach zebrały łzy. - Poddałam się po tygodniu. Miałam zamiar spalić wszystko i... sama nie wiem. Wtedy Azz zaproponował, że pomoże mi zbudować nagrobek. Coś, co pozwoli mi się pożegnać. I tak zrobiliśmy. Wracałam tam co roku... spędzałam tydzień sam na sam z pustym grobem, mówiąc do ciebie... - urwała i zaczerpnęła powietrza. - Tam byłam, gdy się obudziłeś. I dlatego byłam tak wściekła, myśląc, że jakiś demon przybrał twoją twarz. Nikomu nie pozwoliłabym...
            Zatrzymałem się i przytuliłem ją do siebie. Przypomniałem sobie, że już wcześniej wspominała o nagrobku, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakie to było dla niej bolesne.
            - Zbudowałaś mi nagrobek? Cóż, już się nie przyda. Jestem przy tobie i zawsze będę, Genie.
            - Spalę go – powiedziała cicho, obejmując mnie. Przez chwilę trzymałem ją w ramionach, przypominając sobie dawne czasy. Zdarzało się wiele razy, że musiałem ją pocieszać, gdy spotkała ją przykrość, szczególnie ze strony ojca, gdyż z innymi mogłem poradzić sobie bez problemu.
            To było tak dawno, a jednocześnie wydawało mi się takie świeże w mojej pamięci. Mimo że wszystko się zmieniło – świat się zmienił – mieliśmy siebie i to nigdy nie powinno się zmienić.
            - Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ulżyło, kiedy cię zobaczyłem. - Spojrzałem na nią. - Całą, zdrową i tak... waleczną. Wiedziałem już wtedy, że stałaś się silna, pokonałaś wszystko, co stanęło ci na drodze. Przez cztery tysiące lat byłaś sama, a jednak wytrwałaś. Właśnie ty, którą ojciec nazywał najsłabszą ze wszystkich. Ezekiel wiedział, że to nieprawda i ja też wiedziałem. Jestem z ciebie dumny, siostro.
            - Ojciec zapewne uznałby, że się stoczyłam, skoro mieszkam z wrogiem. - Uśmiechnęła się. - Ale, w przeciwieństwie do niego, przeżyłam. I żadna siła mi cię nie zabierze.
            - Nie ma szans – przytaknąłem i wziąłem ją za rękę.
            Ruszyliśmy w głąb jaskini, która zdawała się zwężać, ale potem ponownie się rozszerzyła. Nie wiem, jak długo trwała nasza wędrówka. W pewnym momencie zatrzymałem się gwałtownie, dotykając ściany.
            - Czujesz? - spytałem cicho siostrę. Zatrzymała się i zamknęła oczy.
            - To musi być tutaj.
            Skinąłem głową. A więc Baśniarz mówił prawdę. Odsunąłem się i spojrzałem na ziemię. Genie wciąż przyświecała ognikiem, więc nietrudno było ustalić miejsce do kopania.
            Zaczerpnąłem powietrza i przystąpiłem do dzieła. Ziemia zaczęła się unosić, jakbym wkręcał w nią ogromny, wirujący przedmiot, coraz głębiej i głębiej. W końcu spod niej zaczęła wyłaniać się postać.
            - Nie wierzę, że to robimy – mruknęła moja siostra. Rzuciła na ziemię torbę, którą wcześniej niosła ze sobą i puściła ognik, pozwalając mu swobodnie zawisnąć w powietrzu.
            - On by zrobił dla nas to samo – przypomniałem jej. Kiedy w dole ukazała się cała męska postać, sprawiłem, że uniosła się w górę i łagodnie wylądowała tuż przed nami.
            Nie miałem wątpliwości. To był Ezekiel. Brudny i nagi, z wyjątkiem strzępów ubrań, pewnie sam by się przeraził własnym widokiem, ale to z pewnością był on.
            - Zróbmy mu zdjęcie na pamiątkę – zaproponowała Genie, a jej warga drgnęła. Parsknąłem śmiechem.
            - Już widzę jego minę...
            - Potem moglibyśmy to zdjęcie opublikować... - urwała, spoglądając na ciało. Kucnęła i przeniosła wzrok na mnie. - Zrobimy to razem?
            - Jeśli chcesz, to tak. - Również kucnąłem. W mojej dłoni pojawił się nóż, przeciąłem skórę na ręce i upuściłem kilka kropli krwi na skórę Ezekiela. Genevieve zrobiła to samo. Potem wspólnie skupiliśmy swoją moc, kierując ją na leżącą przed nami osobę.
            Na początku nie czułem nic poza magią mojej siostry mieszającą się z moją. Dwa oddzielne prądy, które się przenikały. Skupiłem się mocniej i wtedy poczułem trzecią siłę. Inną niż nasza, zimną jak lód. Czułem chłód przenikający moje ciało. Ziemia i skały pod leżącym pokryły się lodem, który w porażającym tempie zaczął pochłaniać wszystko, co stanęło na jego drodze. Jaskinia zamarzła, lód musnął moją skórę i zatrzymał się.
            Ezekiel otworzył oczy.

Koniec części drugiej

22 komentarze:

  1. Zdjęcie na pamiątkę, hehe.xD
    Genie nie była zadowolona z pomysłu odkopania Zeke'a, ciekawe dlaczego.;)
    Dzięki za całą drugą część, czekam teraz z niecierpliwością na kolejną.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ciekawe, czemu nie chciała go odkopywać^^
      Mam nadzieję, że czas oczekiwania trochę szybciej minie dzięki temu, co planujemy;)

      Usuń
    2. Na to właśnie liczę;)

      Usuń
  2. Bardzo dziękuję za rozdział i info. W tym przypadku Dorian powinien posłuchać siostry i nie budzić Ezekiela. To pewnie będzie, jak otwarcie puszki Pandory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ezekiel jest jego przyjacielem, uratował mu życie, miałby go olać i zostawić w ziemi?:p

      Usuń
  3. Kto by pomyślał, że z Sheili i Doriana będzie takie zgodne i szczęśliwe małżeństwo. :D. Wydaje mi się, że z Ezekielem będą same problemy. 😞

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niewiele osób pewnie spodziewało się takiej sielanki, ale póki co są tuż po ślubie, a Sheila go kocha;p
      Większe, niż z Dorianem?;)

      Usuń
  4. Ta puszka Pandory to bardzo trafne porównanie. Przewiduję, że Ezekiel będzie dużo gorszy od Doriana i będzie raczej odgrywał rolę bohatera negatywnego. I wracając do naszego głównego bohatera - Dorian ma blond włosy? Jak mi to mogło umknąć? Cały czas sobie go wyobrażałam w czarnych, a teraz będę musiała sobie jego obraz przemalować. Naprawdę, to mnie zaskoczyło, tak samo jak to, że to już koniec 2 części. Nie pozostało mi zatem nic innego, jak gorąco podziękować Wam, dziewczęta, za świetną pracę i cały trud włożony w napisanie tak wciągającej powieści. Życzę miłego odpoczynku, napływu natchnienia i do zobaczenia przy kolejnej części. Pozdrawiam, Agnieszka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przytoczę Ci fragment VI rozdziału pierwszej części:
      "Właśnie te oczy sprawiały, że wciąż widziałam w nim potwora. Ta złość. Gniew, brutalność i dzikość, tak wiele złych emocji malowało się w niezwykłych, niebieskich oczach. Jasne włosy opadały mu falami na ramiona, otaczając twarz o wyrazistych, szlachetnych rysach. Bokobrody tylko dodawały mu uroku."
      Dorian ma zdecydowanie jasne włosy;) W drugiej części też jest o tym wspomniane, chyba w jednym z rozdziałów Sheili.
      My też dziękujemy Ci za wszystkie Twoje komentarze, które zawsze z przyjemnością czytamy, bo są długie i często zawierają mnóstwo konkretów:D Szczególnie zaś za wszelkie, bardzo pomocne uwagi:) I mam nadzieję, że w weekend zajrzysz na bloga;) Pozdrawiam:)

      Usuń
    2. Zwykle takie szczegóły nie umykają mojej uwadze, chyba musiałam mieć jakieś zaćmienie mózgu :P I dziękuję za miłe słowa, bo zawsze się staram napisać coś elokwentnego, choć często moje komentarze noszą na sobie piętno braku obiektywizmu - często piszę, co ja bym chciała w związku z różnymi sprawami, co ja bym wolała, a przecież Wy macie gdzieś już uformowany obraz danej postaci, wydarzenia i np. zrobienie z łagodnej i czułej nimfy buntowniczej femme fatale raczej łatwo nie wejdzie w grę. Jednakże to nie są ani żądania, ani prośby, jedynie luźne napomknienia, a jak wiadomo, kropla drąży skałę i może kiedyś przeczytam jeszcze o Sheili-kontestatorce :)

      Usuń
    3. Zawsze bierzemy pod uwagę zdanie czytelników, to z myślą o Was piszemy. Jednak nie wszystkie oczekiwania możemy spełnić. Sheila cały czas się zmienia, są to delikatne zmiany, ale jeszcze się nie skończyły. O kontestatorce nie ma co marzyć, bo to nie byłoby w stylu Sheili. Mogę jednak zapewnić, że ma w sobie siłę i w końcu to stanie się widoczne.:)

      Usuń
  5. Kopę lat, Ezekiel ;) Zdjęcie na pamiątkę mogli zrobić! ;)
    Ciekawe reakcja Genie, coś mi się wydaje, że nie powiedziała całej prawdy, będzie się działo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pech, że nie zabrali aparatu:D
      Masz na myśli jej ostatnie spotkanie z Ezekielem?

      Usuń
  6. Tak. Myślę, że działo się więcej niż wyznała :) I na pewno Ezekiel nie będzie zadowolony z zastanego świata ;)

    Eee tam, Dorian w sekundę mógłby go przywołać :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorianowi udało się znaleźć parę lepszych stron obecnych czasów^^
      Ano mógł;)

      Usuń
    2. No, siostrę, dobre żarcie, kawałek Piekła i niewolnicę awansowaną na żoną. Żyć nie umierać :D

      Usuń
    3. Sheili nie podobałoby się to określenie. Ani kolejność. ^^

      Usuń
  7. dziekuje , przyznaje ze podzielam obawy Gene, obudzenie Ezekiela to nie jest dobry pomysł, Dorian chce dobrze ale ten Baśniarz nie przez przypadek dostał sie w ich rece i wskazał im miejse snu E.:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nadrobiłam zaległości i jestem dumna z Sheili za postawę życiową. Mam wrażenie , że pobudka Ezekiela to nie jest dobry pomysł. Z drugiej strony co ja tam wiem. Dziękuję i pozdrawiam cieplutko. Beata;)

    OdpowiedzUsuń