Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

03.04.2015

Rozdział III

***Sheila***
            Miałam wrażenie, że ramiona mojego ojca to najbezpieczniejsze miejsce na całym świecie. Zamknął mnie w nich, gdy tylko pojawiłam się w zasięgu jego wzroku. Potrzebowałam tego, jak bardzo, uświadomiłam sobie dopiero, gdy mogłam go dotknąć. Nie potrafiłam powstrzymać łez, to było silniejsze ode mnie. Nagle dotarło do mnie, jak bardzo bałam się przez te wszystkie dni spędzone w zamku. Jak bardzo chciałam go zobaczyć, uściskać i upewnić się, że nic mu nie jest. Że jest bezpieczny. Że ja jestem bezpieczna. Obejmował mnie mocno i trzymał w ramionach, szepcząc kojące słowa, póki mój szloch nie ucichł. Przez chwilę znów byłam w domu, wśród kochających mnie osób i czułam się dobrze jak nigdy dotąd. Jakby żadna siła nie była w stanie wyrządzić mi krzywdy.
            Tata zaprowadził mnie do pokoju, nadal obejmując. Dopiero tam, gdy zamknęły się za nami drzwi, zaczął pytać. Jak dostałam się do niewoli, czy ktoś mnie tam skrzywdził, czy nie jestem ranna, jak się czuję, jak traktował mnie ten potwór...
            - On ma na imię Dorian – poprawiłam. Owszem, sama wielokrotnie nazywałam go w myślach potworem. Bestią. Jednak to słowo w ustach mojego ojca brzmiało jak najgorsza obelga.
            - Co za różnica... - mruknął ojciec.
            - A jednak dla mnie to ogromna różnica – zaprotestowałam. Nie wiedzieć czemu, lekceważące podejście ojca wzbudzało we mnie złość. Przypomniałam sobie o bliźnie Doriana. O ranach na brzuchu i szyi. Zerknęłam na moje dłonie zamknięte w dłoniach taty, blask pierścionka uświadomił mi coś jeszcze. Mogłam nienawidzić Doriana. Więził mnie, groził i zmuszał, był prawdziwą bestią, ale... moją własną. Może go nie kochałam, ale niebawem zostanę jego żoną. Na dobre i złe. Potrzebował mnie.
            Obiecałam sobie, że z niego nie zrezygnuję, a byłam tego tak bliska. Kiedy uparł się, że zabije mojego ojca. Potem, kiedy zmusił mnie do przyjęcia oświadczyn. A potem zobaczyłam, co tata mu zrobił. Pocieszył mnie, choć to on był ranny. Pomyślałam o tym, jak mnie obejmował i szeptał do ucha. Kiedy zobaczyłam go z Genevieve, jego tęsknotę i miłość do niej, po raz kolejny uświadomiłam sobie, jak samotny musiał się czuć, sądząc, że ją stracił. Że stracił wszystko.
            - Skrzywdził cię? - usłyszałam. Zastanowiłam się głęboko. Tak. Zamknął mnie w lochu, związał, niemal wysuszył i groził. Nie. Pozbył się Motta, stworzył dla mnie jezioro.
            - Nie. Dobrze mnie traktował, tato. Dostałam pokój, jezioro, nawet sukienkę...
            Mina taty nie mówiła nic dobrego, jednak czekałam, aż uważnie mi się przyjrzy. Otaksował wzrokiem ubranie, moje nadgarstki, które na szczęście nie nosił już śladów sznura i – jego oczy otworzyły się szerzej – pierścień z Claddagh. Dowód, że teraz należę do Doriana. Przygryzłam wargę. Jak mu to wyjaśnić? Że z nim nie zostanę? Że wychodzę za jego wroga?
            - Co to jest, Sheilo? - Jego głos był cichy i spokojny, ale wyłowiłam w nim tę charakterystyczną nutę złości.
            - Pierścionek. - Najprościej byłoby skończyć wyjaśnienia na tym słowie, jednak nie mogłam tak tego zostawić. Westchnęłam. Raz nimfie śmierć. - On mi się oświadczył, tato.
            - To widzę, ale dlaczego nosisz ten pierścień?
            Przecież właśnie powiedziałam dlaczego.
            - Zgodziłam się – spróbowałam.
            I właśnie wtedy rozpętało się piekło. Nigdy wcześniej nie widziałam ojca tak wściekłego. Gdyby spojrzenie mogło zabijać... pewnie cały zamek zmieniłby się w ruiny. Krzyczał, klął, warczał i chodził po pokoju, nie słuchając ani jednego mojego słowa. Zaczęło się od gróźb, że zabije drania, który ma czelność rościć sobie prawa do jego córki, a skończyło na szlabanie dla mnie. Zakaz opuszczania zamku, póki on wszystkiego nie załatwi – czyli pozbędzie się niechcianego adoratora.
            Próbowałam go uspokoić, bogini niech będzie mi świadkiem, próbowałam. Tłumaczyłam, prosiłam, błagałam – wszystko na nic, bo mnie nie słuchał. Uświadomienie sobie tego okazało się nad wyraz bolesne. Nikt mnie nie słuchał. Dorian, mój przyszły mąż, za nic miał moje zdanie, wolał grozić, niż dać mi szansę na podjęcie samodzielnej decyzji. A teraz mój ojciec. Ani razu nawet nie spróbował udawać, że obchodzi go moje zdanie. Nie zgadzał się, nie i już. Liczyło się to, że mój ślub z Dorianem stanowił swego rodzaju mezalians. Córka diabła i ostatni z rasy Panów. Jego wróg.
            Łzy napłynęły mi do oczu. Mała, głupiutka nimfa. Potarłam policzki. Dość, dość bycia słabą. Dość posłuszeństwa i pokory. Czas wziąć życie we własne ręce.
            Dlatego też, kiedy ojciec wygrażał się, maszerując po pokoju, ja wyjęłam walizkę i zaczęłam się pakować. Nie potrzebowałam wiele. Bielizna, kilka par butów, trzy ciepłe swetry, ulubiony koc...
            - Co ty wyprawiasz, dziecko?
            - Pakuję się – odpowiedziałam, wyjmując z szuflady szklaną buteleczkę, pudełeczko i trzy słoiczki z własnoręcznie przygotowanymi kremami. Wrzuciłam je do pudełka po butach.
            - Przecież ty nigdzie nie idziesz.
            - Idę, tato. Do mojego przyszłego męża. - Włożyłam do walizki książkę, którą podarowała mi Genevieve, za nią trafił tam album do połowy wypełniony zdjęciami.
            Odwróciłam się, czując uścisk na ramieniu. Spojrzałam w chmurne oblicze ojca i westchnęłam. Nie sądziłam, że wszystko okaże się tak trudne. Pomimo złości kochałam tatę i nie chciałam odchodzić, bałam się, że nie pozwoli mi wrócić, jeśli wybiorę Doriana. A wyboru nie miałam.
            - Odłóż to. Odłóż i spójrz na mnie. - Drgnęłam, gdy chwycił mnie za ramiona. Cieszyłam się, że nie jest już aniołem, dzięki temu, nie mógł rozpoznać kłamstwa. - Groził ci? Musiał jakoś cię zmusić...
            Zatem skłamałam i wróciłam do pakowania. Chyba mnie słuchał, bo nic nie mówił. Usiadł tylko w fotelu przy oknie i słuchał, podczas gdy ja mówiłam mu, jak poznałam Doriana, jak mnie traktował, jak się do siebie zbliżyliśmy. Powiedziałam, że dostrzegłam w nim dobro i wcale nie kłamałam. Naprawdę tak uważałam. W pewnym momencie. Później nie byłam pewna, czy sobie tego nie wmówiłam. Niczego nie byłam już pewna, ale o tym mój ojciec nie mógł wiedzieć.
            Zgodziłam się odłożyć pakowanie na jakiś czas i zjeść z tatą obiad. Ucieszyłam się tym bardziej, kiedy dołączył do nas Lex, mój przyjaciel, strażnik i główny dowódca wojsk taty. Tak naprawdę nazywał się Legion, słyszałam, że został stworzony poprzez umieszczenie w jego ciele setki demonów, które zaczęły ze sobą współegzystować, tworząc wojownika idealnego. Nie mogłam temu zaprzeczyć, nikt nie walczył tak dobrze jak Lex. Miałam wiele okazji obserwować go podczas treningów. Kilka razy nawet proponował, że nauczy mnie paru ruchów, które pomogą mi się bronić, ale nigdy nie byłam zainteresowana. Nie lubiłam walczyć, nie chciałam tego robić. Zarówno moja dusza, jak i ciało nie były do tego dostosowane. Sama obserwacja sprawiała mi jednak wiele radości. Treningów, nie prawdziwych walk. Podziwiałam szybkość i precyzję Lexa. To, jak zawsze potrafił przewidzieć ruch przeciwnika, podczas gdy nikt nie mógł rozgryźć jego. Nikt nie wiedział, który ze stu demonów ujawni się podczas ataku.
            Obiad nie upłynął w radosnej atmosferze, czego mogłam się spodziewać. Tata był niezadowolony, Lex proponował rozwiązanie siłowe, a ja starałam się ich przekonać, że wiem, co robię. Straciłam apetyt, decydując się na uzupełnianie płynów. Wypiłam chyba cały dzbanek wody i spróbowałam nawet wina. Kiedy tata znów ogłosił, że nie wyrazi zgody na żaden ślub, odnotowałam w myślach, żeby jak najszybciej dokończyć pakowanie.
            Nie sądziłam nawet, że ten dzień okaże się miłym pożegnaniem, jednak za żadne skarby tego świata nie podejrzewałabym, że wszystko potoczy się tak źle. Rozumiałam złość ojca, ale mimo to miałam nadzieję, że chociaż spróbuje mnie zrozumieć. Że zaakceptuje decyzję, którą podjęłam. Powinnam była wiedzieć, że to nierealne.
            Kiedy już się spakowałam i wzięłam prysznic, czekała na mnie niespodzianka, niestety nie należała do kategorii tych przyjemnych. Drzwi okazały się zamknięte na klucz. Mocniej nacisnęłam klamkę i pchnęłam, nie wierząc w to, co się działo. Nie mogli mi tego zrobić. Nie byłam więźniem! Wrzasnęłam i uderzyłam pięścią w drzwi. To koszmar, koszmarny sen, z którego zaraz się obudzę. Okaże się, że nigdy nie zostałam porwana i zmuszona do ślubu, a moja rodzina naprawdę mnie kocha. Może moja mama żyje, a ja wyobraziłam sobie wszystko inne. Oparłam czoło o drzwi i czekałam, aż się obudzę. Uszczypnęłam się nawet, ale nie doczekałam się niczego poza siniakiem.
            Z jednego więzienia do kolejnego. Opadłam na łóżko, zastanawiając się, co robić. Mogłam spróbować wydostać się oknem, ale sama daleko nie odejdę. Wstałam i zaczęłam przechadzać się po pokoju. Jeśli nie wrócę do wieczora, Dorian po mnie przyjdzie. Ojciec się nie zgodzi, zaczną się kłócić, może walczyć... może ktoś zginie...
            Czyli pozostaje mi albo krzyczeć i czekać, aż ktoś mnie wypuści, albo wyjść oknem, ale wtedy nie będę mogła zabrać rzeczy. Nie będę miała nic własnego. Ani ubrań, ani pamiątek, ani niczego... Tak bardzo chciałam być niezależna, nie prosić o nic Doriana... Wyjęłam z pudełka małą buteleczkę i zamknęłam ją w dłoniach. Kiedy opuściłam jezioro będące moim domem, to z którym połączyła się moja matka, znalazłam małą buteleczkę i wlałam do niej odrobinę wody. Pragnęłam mieć przy sobie choć jej część. By dodała mi sił. Łzy napłynęły mi do oczu na samą myśl, że mogłabym ją zostawić. Przycisnęłam buteleczkę do piersi, szlochając cicho. Słone krople spływały mi po policzkach, skapując na ramiona i miękki, puchowy dywan.
            - Przepraszam, mamo. Nie mam wyboru... - szepnęłam, mocno zaciskając palce na buteleczce. Nie potrafiłam teleportować się jak demony. Mogłam jedynie zmienić formę, przybrać postać pary wodnej i udać się tak do zamku Doriana. Jednak to trwałoby dość długo, jeśli chciałam zdążyć do wieczora... - Muszę odejść już.
            Mocniej zacisnęłam palce, po dłoni spłynęła łza. Gdyby tylko matka mnie teraz widziała... to ona zawsze kazała mi być silną. Ona wierzyła, że stać mnie na więcej niż jest naprawdę. Gdyby widziała, że się poddałam... Zamknęłam oczy. Nigdy się nie dowie. Mimo to... będę walczyć o tych, których kocham. Nawet jeśli tego nie chcą. Jeśli im na mnie nie zależy. Nawet, jeśli ich stracę, a moje życie stanie się piekłem.
            Przycisnęłam buteleczkę do ust i złożyłam na szkle pocałunek. Potem ostrożnie położyłam ją na poduszce i podeszłam do okna, nie chcąc dłużej oglądać się za siebie. Musiałam być silna.
            - Żegnaj, mamo.
            Weszłam na parapet i spojrzałam w pochmurne niebo. Deszcz mógł okazać się moją szansą. Doda mi sił, może nawet pomoże dotrzeć szybciej. Odetchnęłam głęboko, czując rozchodzący się w powietrzu zapach ozonu. Niebo rozjaśniła błyskawica, osłoniłam przed nią oczy, a potem uniosłam dłonie, przywołując nagromadzoną w chmurach wodę. Wielkie, ciężkie krople lunęły na ziemię, a ja zrobiłam krok do przodu i spadłam. Stopiłam się z deszczem, lecz tym razem nawet w tej postaci czułam ból. Płakałam, a deszcz płakał razem ze mną.
            Droga między zamkiem mojego ojca, a tym należącym do Doriana była daleka, o wiele dłuższa, niż przypuszczałam. Dotarcie tam zajęło mi kilka godzin, a i tak było swego rodzaju cudem. Zdawałam sobie sprawę, że gdyby nie deszcz, nigdy nie udałoby mi się pokonać takiej odległości. Przybierając ludzką postać, po raz pierwszy poczułam ulgę, nigdy dotąd nie czułam się zmęczona, będąc wodą. Nie wiedziałam czy to wina podenerwowania, czy wycieńczającej podróży, może jednego i drugiego, ale gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, kolana ugięły się pode mną i upadłam w mokrą trawę. Deszcz i chłód przenikały moje ciało do szpiku, objęłam się ramionami i przesłałam do organizmu impuls, mający rozbudzić moją magię. Kontrola nad wodą pozwalała regulować także temperaturę ciała, które składało się w głównej mierze właśnie z niej, z wody. Mimo to jedynym, co poczułam, była pustka. Bolesna, zatrważająca pustka wewnątrz mnie. Magia nimfy nie odpowiedziała, nawet opływający mnie deszcz nie dodawał mi sił. Zadrżałam, podciągając kolana pod brodę. Nie miałam nic, co pomogłoby mi się ogrzać, sweter i buty pozostawiłam w zamku, w moim dawnym pokoju, nie mogłam zmienić ich cząsteczek, nie należały do wody, a zatem nie byłam w stanie ich jej przywrócić. Materia wody była mi posłuszna, jednak nawet moje umiejętności nie mogły zmienić jej całkowicie. Prosta sukienka bez dodatkowych ozdobień, sznurowań i zapięć była wszystkim, co mogłam zrobić. Potarłam ramiona i drgnęłam, czując chłód metalu.
            Pierścionek podarowany mi przez Doriana wciąż znajdował się na moim palcu. Jakiś magiczny, nieznany mi sposób, ten, który nie pozwalał mi go zdjąć, sprawił, że stał się częścią mnie, a zatem jak ja mógł połączyć się z wodą w naturalny sposób, by potem powrócić na mój palec. Jaka to ironia, że przedmiot, którego najbardziej chciałam się pozbyć, okazał się jedynym, który naprawdę do mnie należał. Potarłam rubin w kształcie serca, wycierając z niego łzę. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na precyzyjne wykonanie i symbolikę, jaką niósł ze sobą pierścień. Ukoronowane serce ściskane w dłoniach. Dorian nazwał go Claddagh, ale czym ten symbol był dla mnie? Klatką, piękną złotą klatką, do której klucz przepadł na zawsze. Niemal słyszałam trzepot skrzydeł – to moja wolność odlatywała gdzieś daleko, w miejsce mroczne i niebezpieczne, z którego nie było powrotu. Mogłam próbować ją pochwycić, krzyczeć, by wróciła, ale nie mogłam jej dosięgnąć, ponieważ drzwi mojej klatki już się zatrzasnęły.
            Oparłam głowę o ramiona, ledwie zdając sobie sprawę, że szloch, który słyszę pomiędzy szelestem traw i wyciem wiatru, należy do mnie. Mimo to doskonale odróżniałam ciepło moich łez od chłodu deszczu i wody jeziora, moczącej moje stopy. Zamknęłam oczy, zbierając w sobie całą odwagę i siłę, jaka we mnie pozostała.
            Samotność była tym, co nakłoniło mnie do opuszczenia jeziora i odnalezienia ojca. To ona kazała mi opuścić bezpieczny dom i wyruszyć w nieznane z nadzieją, że znajdę kogoś, kto stanie mi się bliski. Potrzebowałam tej bliskości niemal równie mocno jak wody, którą żyłam, a teraz... znów zostałam z niczym. Nie wiedziałam, czy moja ucieczka nie stanie się powodem, dla którego ojciec nie zechce mnie już nigdy więcej widzieć. Czy nie zobaczę już Lexa, nigdy więcej nie zaproponuje mi, że nauczy mnie samoobrony? Czy nigdy więcej nie wtulę się w ramiona Rafaela, nie dotknę jego miękkich skrzydeł i nie usłyszę ciepłego głosu, zapewniającego, że mnie kocha?
            Zacisnęłam dłonie na materiale sukienki, moje ramiona drżały targane szlochem i przenikającym mnie chłodem. Skuliłam się, czując ciepłą dłoń na ramieniu. Byłam tak pogrążona we własnym smutku, że nie zauważyłam, kiedy się zbliżył i usiadł przy moim boku.
            - Płaczesz – stwierdził miękko. Podniosłam głowę i spojrzałam w oczy Doriana.
            - No coś ty, wydaje ci się, to deszcz – mruknęłam, wycierając łzy. Poprawiłam sukienkę zakrywając nogi aż po kostki i odetchnęłam głęboko. Raz, potem drugi i trzeci. Że wcale mi to nie pomogło, uświadomił mi dotyk Doriana, kiedy musnął mój policzek, ocierając go z łez.
            - Skrzywdził cię? - Spojrzałam na niego nierozumiejącym wzrokiem. - Azazeal, Sheilo. Zrobił ci krzywdę?
            Tylko złamał mi serce, przywykłam. Jednak nie o to pytał Dorian, jego pojęcie krzywdy znacznie różniło się od mojego. Pokręciłam więc głową, dając mu do zrozumienia, że nie, nikt mnie nie pobił, nie zamknął w lochu, ani nie zrobił innej okropnej rzeczy.
            - Nie zrobiłby mi krzywdy – wyjaśniłam cicho. Tej jednej rzeczy byłam pewna. Mógł mi rozkazywać, mógł nie chcieć mnie znać, ale nie skrzywdziły mnie, nigdy umyślnie. Było to tak pewne, jak to, że nigdy nie przestanę go kochać. Choć nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś dostanę okazję, by mu o tym powiedzieć.
            - A jednak płaczesz. Opowiesz mi, co się stało, moje pisklątko? - Przyjrzał mi się uważnie, jakby chciał odkryć powód mojego smutku. Chlipnęłam pod nosem i wskazałam na siebie.
            - A na co wygląda?
            Spojrzał na mnie niepewnie.
            - Drżysz. Jest ci zimno. Zgubiłaś sweterek? - W jego dłoni pojawił się kremowy sweter, którym mnie okrył. - Weź ten. I nie martw się, zawsze mogę dać ci nowy, nawet kilka. Ale nie chodzi chyba tylko o sweter?
            - Nie mam nic – odparłam. - Nie chciał mnie wypuścić... jest równie uparty jak ty!
            Otuliłam się swetrem, który mi dał.
            - Wypuścić? Zamknął cię w zamku? - Pokręcił głową. - Ale jesteś tutaj.
            Skinęłam głową.
            - Uciekłam oknem. Zmieniłam się w wodę i przybyłam z deszczem, ale nie mogłam nic zabrać... pewnie jest wściekły...
            - Uciekłaś. - Czyżbym w jego głosie usłyszała podziw? - Uciekłaś z zamku Azazeala. - Objął mnie lekko ramieniem. - Nie martw się, Sheilo, Genevieve na pewno zgodzi się przynieść twoje rzeczy.
            - Nie chodzi tylko o rzeczy. W ogóle nie obchodziło go moje zdanie...
            Jego ciało było ciepłe, ogrzewało mnie o wiele lepiej niż sweter, który mocno do siebie przyciskałam.
            - Nienawidzi mnie, to oczywiste, że nie wyraził zgody na ślub. - Przytulił mnie do siebie. - Nie spytał cię, czy zgodziłaś się dobrowolnie?
            - Nie interesowało go to. Tłumaczyłam, ale... co ja zrobię, jeśli nie zechce mnie już więcej widzieć? - Spojrzałam na niego, szukając w jego oczach pocieszenia, potem opuściłam głowę i oparłam ją na jego ramieniu. Zadziwiające, że jeszcze niedawno tak cieszyłam się z dnia spędzonego bez Doriana, a teraz tylko w jego ramionach znajdowałam ukojenie.
            - Jeśli cię kocha, to w końcu mu przejdzie, będzie musiał się z tym pogodzić – stwierdził po namyśle Dorian. - A z tego co mi opowiadałaś, wynika, że cię kocha. Prawda?
            - Tak myślałam...
            - Wszystko się ułoży, zobaczysz, moje pisklątko. - Delikatnie przesunął dłonią po moich włosach. - Nie jest jeszcze tak źle. Mój ojciec, na przykład, spuściłby córce tęgie lanie za coś takiego. - Skrzywił się, jakby przyszło mu do głowy niemiłe wspomnienie. Odruchowo ścisnęłam jego dłoń.
            - Bił was?
            - Mnie może z parę razy się dostało, ale gdy dorosłem, uznał, że spełniam wymagania i nie miał powodu mnie karać. Genevieve wręcz przeciwnie. Była inna niż wszyscy i uważał ją za słabą, gdyż nie lubiła walki i zabijania, poza tym broniła ludzi. Dopiero gdy dorosłem, nie pozwoliłem mu na to. Uważałem, że moja siostra ma prawo do własnego zdania, nawet jeśli się z tym nie do końca zgadzałem. - Wzruszył ramionami.
            Zaimponował mi. Jak zawsze, gdy pokazywał tę bardziej ludzką stronę. Tę troskliwą, która przede wszystkim kochała siostrę. Nie wiedziałam, że mieli tak trudne dzieciństwo. Że Genevieve cierpiała.
            Tym razem sama objęłam Doriana ramionami, wtulając się w niego. Może czasem i wychodziła z niego bestia, ale miał też dobre strony. Nie pomyliłam się wtedy, miał w sobie dobro, nawet, jeśli głęboko je skrywał.
            - Jesteś dobrym bratem, Dorianie.
            Zamrugał, wyraźnie zdziwiony, ale przytulił mnie jeszcze bardziej, przysuwając twarz do moich włosów.
            - Zawsze byliśmy blisko z Genie. Odkąd pamiętam.
            Uśmiechnęłam się, wycierając ostatnie łzy. O dziwo, było mi dobrze w jego ramionach. Zapewniały mi ciepło i... jakiś rodzaj bezpieczeństwa. Pomimo tego, kim i jaki był. Podobał mi się jego zapach. Uspokajał.
            - To dobrze. To ważne, że macie siebie.
            - O tak. - Również się uśmiechnął i spojrzał na moją twarz. - Mówiłem już, że masz śliczny uśmiech? Poproszę o jeszcze jeden.
            Roześmiałam się, słysząc ten nieoczekiwany komplement. Jednak potrafił być miły i czarujący, kiedy tego chciał.
            - Dziękuję, Dorianie.
            Dotknął dłonią mojego policzka, wpatrując się w usta.
            - Cudownie pachniesz. Tak... wyjątkowo.
            - Deszczem. - Uniosłam twarz, czując spadające na nią krople i uśmiechnęłam się. Spojrzałam na Doriana z ciekawością. - Dlaczego jesteś dla mnie taki miły?
            - Chcę, byś czuła się dobrze jako moja narzeczona, a wkrótce żona. Nie zawsze przecież muszę być bestią, prawda? - Kącik jego ust powędrował w górę, oczy wciąż taksowały moją twarz.
            - Nie – przyznałam. - Czasem to nie wypada.
            Słowo żona wciąż mnie przerażało, ale teraz, kiedy okazał mi tyle ciepła, pomyślałam, że może nie jestem całkowicie stracona. Może moje życie wcale nie stanie się piekłem, jak wyobrażałam to sobie dotąd. Nie przyszło mi nawet do głowy, że będzie miły. A czy będzie szanował moje zdanie? Czy jest szansa, że to również się zmieni? Poczułam, jak w sercu rośnie mi nadzieja.
            Uśmiechnął się i zerknął w stronę jeziorka.
            - Chcesz popływać, czy pójdziesz ze mną na kolację? Pewnie jesteś głodna.
            Zamyśliłam się. Byłam niewyobrażalnie zmęczona, a gdy się odsunął, znów poczułam chłód. Mnie samej trudno było w to uwierzyć, ale miałam dość wody na jeden dzień. Czy byłam głodna? Może. Odrobinę. Na pewno nie chciałam zostać teraz sama, a on był taki miły...
            - Wolałabym zjeść kolację.
            - Dobrze. - Wstał i wyciągnął rękę w moją stronę. Przyjęłam ją i podniosłam się powoli. Wiatr uderzył we mnie ze wzmocnioną siłą, zachwiałam się i odruchowo przytuliłam do Doriana. Spojrzałam na niego spłoszona. Jeśli zacznę się do niego kleić i on zaraz będzie miał mnie dość.
            - Przepraszam – mruknęłam cicho.
            Objął mnie natychmiast.
            - Za przytulenie się? Możesz przytulać się do mnie, kiedy tylko zechcesz, moje pisklątko.
            Spojrzałam na niego, czując rumieńce wykwitające mi na policzkach. Nagle bardzo wyraźnie poczułam jego bliskość i nie byłam pewna, co powinnam z tym zrobić. Odetchnęłam głęboko. W końcu niepewnie skinęłam głową, w której ni z tego, ni z owego miałam tylko jedno słowo: mąż. Złośliwy głosik skandował je w moim umyśle.
            Ruszyliśmy w stronę zamku. Dorian przepuścił mnie w drzwiach wejściowych, potem tych do jadalni, a na końcu odsunął dla mnie krzesło. Uśmiechnęłam się i podziękowałam mu. Był szarmancki. To nowość.
            - Zawsze taki będziesz? Czy to wyjątkowa okazja? - palnęłam, nim udało mi się ugryźć w język.
            - Wyjątkowa, ale nie okazja. Kobieta – odpowiedział i usiadł naprzeciwko mnie. Służba kończyła właśnie zastawiać stół.
            Pomyślałam, że muszę przypominać teraz pomidora; policzki niemal mnie paliły. W dodatku to jego spojrzenie. Nagle zapragnęłam schować się gdzieś, gdzie mnie nie zobaczy.
            - Dziękuję – powiedziałam, nie wiem już który raz tego dnia, spuszczając wzrok.
            Przyglądał mi się jeszcze przez chwilę z nieznacznym uśmiechem, po czym sięgnął po pieczeń z warzywami i nałożył sobie na talerz. Ja natomiast dostrzegłam coś, co całkowicie odwróciło moją uwagę od kolacji. Jak to możliwe, że nie zauważyłam wcześniej? Pochyliłam się nieznacznie nad stołem, by zyskać pewność.
            - Dorianie... to... szminka? - Wskazałam kącik jego ust.
            Zamrugał i otarł go wierzchem dłoni. Spojrzał na rękę, przez chwilę przyglądając się czerwonemu śladowi.
            - A czym jest szminka? - zwrócił się do mnie.
            Zatem miałam rację. Miał ślad szminki na ustach. Czego jak czego, ale byłam pewna, że nie malował się potajemnie, by potem włożyć damską sukienkę. Pokręciłam głową. To oznaczało jedno. Miał kogoś. A ja głupia sądziłam, że chce tylko mnie. Jeszcze głupsza byłam, godząc się na to. I nadal nie mogłam odmówić.
            - To kosmetyk. Kobiety malują tym usta – wyjaśniłam, odsuwając od siebie talerz. Nie byłam już głodna. Chciałam tylko zapaść się pod ziemię.
            - Ach. - Zastanawiał się przez chwilę. - Wiem. To pewnie ta barmanka z klubu, która podała mi imię demona służącego Belialowi. Najwyraźniej lubi całować swoich klientów. - Wytarł dłoń.
            - Zatem miło spędziłeś dzień – stwierdziłam sucho. Czy naprawdę musiałam tam teraz być? Patrzeć na niego i słuchać, jak całował się z barmanką, podczas gdy mnie zmusza do ślubu?
            Nagle przyszła mi do głowy pewna myśl. Nie podobam mu się. Postawił mi taki warunek, bo wiedział, że ojciec się wścieknie, dlatego był taki ciekawy, kiedy wróciłam. I taki miły. Nie miał zamiaru być moim mężem, nie naprawdę. Nawet dziś spotkał się z inną kobietą. Nie wiedziałam, czy powinnam poczuć ulgę, czy urazę. To mogło uwolnić mnie od niektórych obowiązków żony. Jednocześnie byłam dla niego nikim.
            - Nie jestem głodna – oznajmiłam nagle, wstając. - Pójdę się położyć, jeśli mogę.
            Spojrzał na mnie zdziwiony.
            - Jesteś zazdrosna, Sheilo? - Uśmiechnął się powoli. - O barmankę? Jeśli cię to uspokoi, to nie ja ją pocałowałem.
            Zazdrosna? Ja? O niego? To moja urażona duma, tym cenniejsza, że niewiele mi poza nią zostało. Czy wytłumaczenie mnie uspokoiło? Ani trochę.
            - To nie moja sprawa, co z kim robisz – oświadczyłam dyplomatycznie. Chyba.
            - Nie twoja? - Zmarszczył nagle brwi. - Nie wiem, jakie obecnie panuje pojęcie o małżeństwie, ale ja trzymam się tradycyjnych zasad. Jesteś tylko dla mnie, a ja tylko dla ciebie. Myślałem, że to oczywiste.
            - Ale się całowałeś... - zaprotestowałam niepewnie. Może dla niego pocałunek to nic wielkiego, ale dla mnie to było ważne. To, że jeszcze nie byliśmy małżeństwem, nie dawało mu dodatkowych praw... jeśli mówił prawdę. Usiadłam. - To się nie kwalifikuje?
            - Miałem ją pobić za to, że mnie pocałowała? - Zerknął na mnie z ciekawością. - Chociaż, gdyby ciebie ktoś pocałował, na pewno by ode mnie oberwał.
            Otworzyłam usta i znów je zamknęłam. Nie mówił poważnie. Na pewno nie. Nie uderzyłby... A właściwie skąd wiedziałam, że nie? Cieszyłam się, że jednak siedzę. Wprost nie mogłam uwierzyć, że to powiedział.
            - W przemocy nie ma nic dobrego, Dorianie.
            - Skoro tak twierdzisz, to czemu jesteś zła, że nic nie zrobiłem, gdy barmanka mnie pocałowała? - Uniósł pytająco brwi.
            Przewróciłam oczami. Albo ze mną było coś nie tak, albo mężczyźni byli naprawdę niedomyślni. Czy nie istniało nic pomiędzy przemocą a namiętnością? Przełknęłam ślinę. To chyba niedobrze.
            - Zakończmy lepiej ten niezręczny temat – zaproponowałam.
            Wzruszył ramionami i wrócił do posiłku. Wbiłam wzrok w swój talerz. Naprawdę byłam zazdrosna? O niego? Pokręciłam głową, przecież wcale nie chciałam być jego żoną! Przeciwnie, chciałam uciec od niego jak najdalej. Zerknęłam na Doriana spod rzęs. Był atrakcyjnym mężczyzną, nie mogłam temu zaprzeczać. Czy mi się podobał? Trudno to określić, chyba tak. Gdy tak dłużej na niego patrzyłam i kiedy się nie złościł. Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Nie. Tak czy inaczej zostanę jego żoną. Lepiej, gdyby mi się podobał.
            Opuściłam wzrok, kiedy złapał mnie na podglądaniu. Co za wstyd! Znów na niego zerknęłam. Co myślał o mnie? Nie chciał się mną dzielić, ale... Naprawdę by kogoś pobił? Poczułam dreszcze. Co zrobiłby wtedy ze mną? W co się wpakowałam?
            Sięgnął po kolejną potrawę, zerkając na mnie co chwila. Miał nieodgadnioną minę. Pomyślałam, że jeśli tak ma wyglądać nasze wspólne życie, to prędzej czy później zwariuję. Raczej prędzej. Sięgnęłam po szklankę i upiłam duży łyk wody, nim odważyłam się odezwać.
            - Dlaczego akurat tydzień? - zapytałam w końcu. Nie liczyłam na to, że zgodzi się przełożyć datę. Nie pytałam nawet, czy muszę z nim mieszkać do tego czasu. Nie miałabym dokąd pójść. Uznałam jednak, że warto byłoby wiedzieć, czego ode mnie oczekuje. Poza nie całowaniem innych.
            - Uznałem, że to wystarczająco dużo czasu, byś mnie lepiej poznała, Sheilo. - Sięgnął po wino w kieliszku i upił łyk. - Gdybym chciał ślubu już jutro, miałbym u swego boku bardzo wystraszoną pannę młodą, a nie chcę, żebyś się bała.
            No to próbuj śmiało, strach to ty umiesz wyzwalać.
            - Więc jeśli poznam cię lepiej, powinnam uznać, że nie jesteś straszny?
            - A jestem? - Zerknął na mnie. Zastanowiłam się przez moment. Były chwile, kiedy wprost mnie przerażał, jednak czasem, na przykład dziś nad jeziorem... potrafił sprawić, że poczułam się bezpiecznie. Miałam wrażenie, że nie pozwoliły mnie skrzywdzić, nie czułam jednak tej pewności co do niego samego.
            - Nie jestem pewna – oparłam szczerze. - Czasem. A czasem nie.
            Pogratulowałam sobie w myślach elokwencji i sięgnęłam po widelec, by zająć czymś ręce. Nabiłam na niego kawałek mięsa i włożyłam do ust.
            - Zawsze tak będzie, Sheilo. Ale ty nie powinnaś się mnie bać nawet, kiedy jestem straszny. - Opróżnił talerz.
            Zawsze. Tak, tego się spodziewałam. Zawsze będzie w nim mrok, nawet jeśli niedostrzegalny na pierwszy rzut oka, ukryty w głębi jego duszy. Przygryzłam wargę. O wiele prościej byłoby, gdyby nie miał tej strasznej części.
            - Powiedz mi... Czego ode mnie oczekujesz? Tak naprawdę? Dlaczego ja? Mógłbyś mieć wiele kobiet, dlaczego wybrałeś mnie? Pomimo... mojej niechęci.
            Patrzył na mnie przez chwilę, potem upił łyk wina.
            - Dobrze, powiem ci. Podobasz mi się od chwili, gdy po raz pierwszy wyszłaś z jeziorka. Wtedy jeszcze o tym nie myślałem. Uważałem cię za wroga, mimo to lubiłem na ciebie patrzeć, rozmawiać z tobą. Coraz bardziej mi się podobałaś, ale wciąż byłaś jego córką. Co nie zmieniało tego, że nawet najpiękniejsze sukkuby wydawały się przy tobie szare i zwyczajne. A gdy okazało się, że Genie żyje, zrozumiałem, że możesz być moja. To wszystko. - Oparł się na krześle i przyglądał mi uważnie.
            Zamrugałam. Nie spodziewałam się takiej deklaracji, nawet przez myśl by mi nie przeszło, że podobam mu się do tego stopnia. I to od chwili... Od chwili, gdy stał się odrobinę milszy. Gdy prawie umarłam, z jego winy. Dlatego mi wtedy darował i przeniósł do pokoju? Ponieważ uważał mnie za atrakcyjną? Na samą myśl, że pragnął mnie już wtedy, poczułam się dziwnie.
            Zerknęłam na niego niepewnie. Nie wiedziałam, czy podoba mi się to, jak zaakcentował słowo moja.
            - Chyba naprawdę ci się podobam... - odezwałam się skrępowana. Nie wiedziałam, co mogę dodać. Powinnam czuć się mile połechtana, ale tak naprawdę uczuciem, które zdominowało wszystkie inne, był strach. Bałam się, jak cierpliwy będzie, skoro chciał mnie tak bardzo. Od dnia, gdy uratował mi życie.
            - Nie oświadczyłbym się kobiecie, która by mi się nie podobała – powiedział, dopijając wino. Podstawiłam mu pusty kieliszek. Czułam, że i ja powinnam się napić. Może alkohol odpędzi narastające uczucie paniki.
            - Dobrze. Skoro tak, niech będzie.
            Nalał mi wina tylko do połowy kieliszka, podczas gdy swój zapełnił niemal po brzegi.
            - Podobno masz słabą głowę – przypomniał.
            - W tej chwili już nic nie zaszkodzi mojej głowie – stwierdziłam niechętnie. I tak miałam w niej mętlik. Upiłam łyk wina. Było dobre i słodkie.
            - W porządku, najwyżej zaniosę cię do sypialni, jeśli nie będziesz w stanie chodzić. - Zerknął na mnie z uśmiechem.
            Usłyszałam dzwonek alarmowy narastający w mojej głowie. Do sypialni. Nie. Tydzień, muszę mieć chociaż tydzień. Gwałtownie odstawiłam kieliszek. Do sypialni to ja pójdę sama. On też. Zrezygnowałam z wina i dla odmiany zajęłam się zawartością swojego talerza.
            - Nie będzie takiej potrzeby.
            Parsknął śmiechem.
            - Ale w razie czego, to żaden problem.
            Ja w jego ramionach. Och, to jest problem. Gigantyczny problem.
            - Dla mnie owszem. I nie śmiej się, to poważna sprawa! Każdy idzie spać do siebie. Kropka. - Miałam nadzieję, że zabrzmiałam stanowczo, nie desperacko.
            - Oczywiście. Nie mówiłem o wspólnej sypialni, jeśli chcesz, zaczekamy z tym do nocy poślubnej. Oferowałem tylko pomoc w przemieszczaniu się. - Nadal się uśmiechał. Miałam ochotę cisnąć w niego zgniecioną serwetką.
            Łaskawca, zaczeka do nocy poślubnej. Cały tydzień! Cóż ja zrobię z takim szczęściem. Wbiłam widelec w kawałek marchewki, czując, że się pogrążam. Z drugiej strony dobrze było wiedzieć, na czym stoję. Trudno nazwać to stabilnym gruntem. Tydzień.
            - Więc tak będzie – odezwałam się w końcu. Skinął głową, upijając łyk wina.
            Ta milcząca odpowiedź jeszcze bardziej mnie zdezorientowała. To znaczy, że się zgadza? Że będzie trzymał ręce przy sobie przez najbliższy tydzień?
            - Nic nie powiesz? - upewniłam się. Sama nie miałam pojęcia, co chcę usłyszeć. Zapewnienie, że poczeka i przez ten tydzień nawet nie spróbuje mnie dotknąć? Czy to możliwe, po tym co mi dziś powiedział?
            - Wszystko zależy od ciebie, pisklątko. Zawsze możesz zmienić zdanie. - Popatrzył na mnie znad kieliszka. - Ale uszanuję twoją decyzję.
            - Nie zmienię. - Sięgnęłam po wino i dopiłam do dna. Chciałam, żeby ten dzień już się skończył. Nie podobało mi się, jak na mnie patrzył, ani to, że musiałam brać pod uwagę coś tak niedorzecznego jak noc z nim. Najchętniej wróciłabym do domu, ale przypomniałam sobie reakcję ojca oraz to, że nie mam dokąd pójść. Został mi tylko Dorian. Odstawiłam kieliszek. Miałam zbyt wiele powodów, by się upić, a lepiej dla mnie, bym poszła do sypialni o własnych siłach. Wstałam od stołu, otulając się swetrem.
            - Jestem zmęczona, pójdę już spać.
            - Dobrze. - Również wstał. - Ja też już idę, więc cię odprowadzę, jeśli nie masz nic przeciwko?
            Mam. Mam setki argumentów przeciwko, ale żaden cię nie przekona. Skinęłam zatem głową.
            - Możesz mnie odprowadzić.
            Podał mi swoje ramię.
            - Nie wiedziałem, czy wolisz piżamy, czy koszule nocne, więc wziąłem jedno i drugie, leżą w twoim pokoju.
            Przystanęłam, słysząc jego słowa. Kupił mi coś, w czym będę mogła spać? To było... Miłe. Zupełnie jakby... o mnie dbał. Przyjęłam jego ramię. Zalała mnie fala ulgi. Będąc w zamku taty, liczyłam na to, że wezmę coś na przebranie. Kiedy mieszkałam w jeziorze, brak garderoby na zmianę nie stanowił problemu, jednak tutaj, z Dorianem za ścianą, stał się sprawą kluczową. Nagość w jego towarzystwie nie wydawała się czymś właściwym, na pewno nie bezpiecznym. Nie, gdy patrzył na mnie tym intensywnym, pełnym nieznanych mi emocji spojrzeniem.
            - Dziękuję.
            Uśmiechnął się tylko i ruszyliśmy na górę. Całą drogę panowała między nami cisza, naprawdę niezręczna, gdybym miała to ocenić. Nie wiedziałam, co mogę mu powiedzieć, tym samym uświadamiając sobie, jak trudno będzie tu mieszkać. On sam chyba chciał pozwolić mi oswoić się z zaistniałą sytuacją. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach do mojej sypialni.
            - Myślę, że dzisiejszy dzień naprawdę cię zmęczył. Wyśpisz się i jutro zobaczysz wszystko z lepszej perspektywy. - Uśmiechnął się lekko. - Dobranoc, moje pisklątko. Słodkich snów. - Pochylił się i delikatnie musnął ustami mój policzek.
            Owionął mnie jego zapach. Ciężki, zmysłowy, bardzo męski. Serce zaczęło podskakiwać jak szalone, a ja szybko cofnęłam się o krok. Pragnęłam już tylko znaleźć się za drzwiami.
            - Dobranoc – szepnęłam i nie czekając na odpowiedź, weszłam do sypialni. Poczułam się pewniej dopiero, gdy zamknęłam za sobą drzwi. Światło księżyca wpływało do pokoju jasną poświatą, oświetlając leżące na łóżku ubrania. Niebieska koszulka nocna, zielona puchowa piżama i długa, czerwona sukienka. Obok, schludnie ułożone, leżały dwa grube koce.
            Podeszłam do okna i uchyliłam je, by lepiej słyszeć deszcz uderzający o szyby i poczuć jego zapach. Przyszło mi na myśl, że Dorian ani razu nie poskarżył się, że moknie, gdy pocieszał mnie nad jeziorem. Odruchowo dotknęłam policzka, wciąż czułam mrowienie w miejscu, którego dotknęły jego usta.
            Ile razy mnie dziś pocałował? W rękę, w policzek... Oparłam się o ścianę i przymknęłam oczy. Zdecydowanie nie będzie trzymał się na dystans do dnia ślubu. Skracał go wielkimi krokami, nim się obejrzę, posiądzie całą przestrzeń wokół mnie i nie zdołam już zrobić kroku, by nie poczuć jego bliskości. Odetchnęłam głęboko. Grunt to zachować spokój. Przebywanie w jego ramionach okazało się przyjemnym doświadczeniem, poradzę sobie i z resztą. Może miał rację, może przeżywałam wszystko tak intensywnie, ponieważ miałam za sobą długi, pełen stresu dzień. Może jutro będzie lepiej.

22 komentarze:

  1. Ależ nasza mała nimfa miała pełen wrażeń dzień: najpierw kłótnia z ojcem, potem ucieczka, a na końcu miło spędzony czas z Dorianem. Wizja ślubu nie wydaje jej się już nawet taka zła, może przez ten tydzień się jednak trochę zmienić.;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Sheila coraz bardziej się pogrąża. Widać, że ma mieszane uczucia co do Doriana. Wcale się jej nie dziwię. Dał jej tydzień, aby mogli się lepiej poznać? To jakiś żart. Kiedy Sheila wypaliła o tej szmince, spodziewałam się jakiejś karczemnej awantury, jednak Sheila nie należy przecież do kłótliwych niewiast, toteż szybko zrehabilitowała Doriana w swoich oczach. Dziękuję za ten długi rozdział. Pozdrawiam Agnieszka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Doriana tydzień czekania na Sheilę to wcale nie tak mało:D W dodatku uważa, że i tak jest cierpliwy^^

      Usuń
  3. Pewnie tak, bo strasznie arogancki z niego typ - łaska Pana nie zna granic. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dziękuję za rozdział. To było do przewidzenia, że tatuś się zdenerwuje. Coś mi się wydaje, że tak łatwo nie odpuści, chociaż Sheili udała się ucieczka, to prędzej czy później Azazael ją znajdzie i spróbuje nie dopuścić do ślubu. A Dorian tylko na to czeka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślisz, że Azazeal będzie w stanie wparować do zamku Doriana mimo wszelkich zabezpieczeń?:P

      Usuń
  5. Och jaki świetny rozdział! Sheila miała ciężki dzień ale pełen przygód. A Dorian jaki milutki *_* Żeby jeszcze Sheila była trochę bardziej chętna to byłoby cudownie ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało. Dorian umie, kiedy na na to ochotę i mu się opłaca. ^^

      Usuń
    2. Więc pewnie niedługo i Sheila zrobi się bardziej chętna. ^^

      Usuń
    3. A nie wiem, nie wiem, zobaczymy. ;)

      Usuń
  6. ciekawe czy to za uciekla od ojca do niego az tak poprawilo mu humor ze przez caly wieczor byl tak mily ze az wrecz slodki? Azaezel jeszcze napewno nie powiedzial ostatniego slowa... dziekuje bardzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno się ucieszył, ale też chce ją uwieść, a jak będzie tylko straszył, to Sheila nie spojrzy na niego życzliwym okiem.

      Usuń
  7. Tatuś Sheili się nie popisał, chociaż w sumie nie jestem zdziwiona, że ją zamknął :) I sądzę, że nie przypuszczał, że ona ucieknie, a prędzej, że robi jej przysługę ;)

    A Dorian coraz bardziej szarmancki, że hohoho ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przysługę? Popychając ją w ramiona Doriana?:p
      Ha, jak chce to umie!

      Usuń
    2. Nie, to że ją zamknie, więc ona się ucieszy, skoro Dorian ją zmuszał :) A tak dobra wymówka - "tata mnie zamknął, nie mogłam wrócić" ;)

      Usuń
    3. Dorian raczej nie przyjąłby takiej wymówki^^

      Usuń
  8. Dorian zyskał w moich oczach po powrocie Sheili do jego domu. Nie mniej rozumiem także jej ojca. Martwi się o córkę i pewnie myślał o innym zięciu. Dziękuję bardzo za kolejny cudny rozdział. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pewnością Dorian jest ostatnim kandydatem, którego Azazeal by sobie wybrał na zięcia^^

      Usuń
  9. a jednak Dorian cos do niej czuje, jest miły , cierpliwy i nawet zadeklarował stałośc, to oznacza że chce jej w swoim zyciu i chce jej chetnej. a co do jej ojca to obrał złą strategie -powinien uczyc sie od Doriana -nic na siłę!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Dorian chce Sheilę chętną:D
      Nic na siłę, wszystko młotkiem?^^

      Usuń