Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

16.11.2014

Rozdział III


***Dorian***
            Pierwszym, co poczułem, był palący ból w piersi. Rana płonęła żywym ogniem. Usłyszałem potworny ryk, dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że pochodził ode mnie. Ból zniknął błyskawicznie i nagle pojąłem, że był tylko wspomnieniem, które uleciało wraz z przebudzeniem. Rana musiała się już dawno zagoić, została zapewne tylko paskudna blizna, która będzie mi przypominać, jak bardzo nienawidzę aniołów. Która nie pozwoli mi zapomnieć, że przysiągłem im zemstę. Szczególnie jednemu, o błękitnych piórach.
            Otworzyłem oczy i usiadłem. Ku memu najgłębszemu zdziwieniu, zamiast Ezekiela czy Genevieve, ujrzałem drobną kobietę wpatrującą się we mnie z przerażeniem w szaro-niebieskich oczach. Nie była jedną z nas, ale nie miałem pojęcia, czy należy do marnego ludzkiego rodu. Lepiej dla niej, by tak nie było.
            Oderwałem od niej wzrok dopiero, gdy osunęła się na ziemię zemdlona. Rozejrzałem się po jaskini. Nade mną stały dwa... demony? Nie, nie byli demonami. Wyglądali raczej jak aniołowie, ale brakowało im skrzydeł, więc z pewnością byli czymś innym. Przyjrzałem się im z ciekawością.
            - Witaj wśród żywych, ostatni z Panów – zwrócił się do mnie jeden z nich, brunet ze starannie ułożoną fryzurą, ubrany w idealnie skrojony i dopasowany ciemny strój, czarne materiałowe spodnie i błyszczące buty w tym samym kolorze. Pozer, oceniłem błyskawicznie. Drugi, szatyn, zupełnie nie pasował do swojego towarzysza – włosy mocno potargane, luźna szata z dziwnymi symbolami i spodnie wyglądające na porządnie znoszone. Do tego buty ze sznurówkami. A zawsze myślałem, że tylko kobiety używają sznurówek do wiązania sukni.
            - To my cię wybudziliśmy – odezwał się ten w szacie z symbolami, na co jego towarzysz posłał mu spojrzenie, które zdawało się mówić: to moja kwestia, cicho bądź.
            - Kim jesteście? - spytałem powoli. Mój głos był zachrypnięty, jakby gardło odzwyczaiło się od wydawania dźwięków. Miałem dziwne przeczucie, że spałem dłużej, niż powinienem.
            - Wybacz brak manier. Zwą mnie Lucyfer, Niosący Światło, a to Samael. Władamy Piekłem. Z drobną pomocą tych, którzy noszą w sobie cząstkę dawnych władców, wybudziliśmy cię z twego snu, Panie. - Wskazał na zwisające z kajdan ciała martwych demonów i podał mi okrycie. Moje własne było w strzępach. Wyciągnąłem rękę i okryłem się, po czym wstałem powoli. Poczułem, jak wracają do mnie siły.
            Wiedziałem już, kim byli ci dwaj. Upadli aniołowie. Buntownicy. Strąceni do Piekła za nieposłuszeństwo, nazwani diabłami. Z pewnością wybudzili mnie w jakimś celu.
            Nagle dotarło do mnie, co powiedzieli wcześniej. Ostatni z Panów. Zmarszczyłem brwi.
            - Gdzie są pozostali z mojego rodu?
            - Jesteś ostatni, Panie – odpowiedział Lucyfer. - Nie ma już innych. Zamordowały ich anioły, a przewodził im sam Azazeal. - W oczach diabła pojawiła się iskra nienawiści, choć usilnie starał się wyglądać obojętnie i profesjonalnie.
            - A teraz ty możesz zabić Azazeala – dopowiedział drugi diabeł, Samael. Lucyfer ponownie zgromił go wzrokiem. A więc wszystko jasne. Zbudzili mnie, bym pokonał ich wroga. Wiedząc, że zrobię to z ogromną przyjemnością.
            - To niemożliwe, bym był ostatni – powiedziałem, starając się zachować spokój. Na myśl, że moja Genevieve mogłaby zginąć, ogarniała mnie wściekłość. Nie, ona na pewno żyje. - To zupełnie niemożliwe. Jesteśmy silni, potężni, niezniszczalni, nikt nie mógł nas pokonać. Jest nas zbyt wielu na tym świecie.
            - Niestety, Panie, aniołowie wytępili twój ród – wyjaśnił Lucyfer. - Azazeal osobiście poprowadził wojska, które wybiły ostatniego z twych pobratymców. Sam natomiast ma na swoim koncie najwięcej ofiar. - Zerknął na kobietę, która zdążyła już odzyskać przytomność. Siedziała skulona i wpatrywała się w diabła z przerażeniem. - Ale mamy dla ciebie drobny prezent. - Podszedł, chwycił dziewczynę za ramię i podciągnął na nogi. Uniosłem brwi pytająco.
            Brunetka zareagowała dość gwałtownie jak na takie drobne, bezbronne dziewczę.
            - Łapy precz, draniu! - Próbowała się wyrywać, oczywiście bezskutecznie. Przeszło mi przez myśl, że najwyraźniej ma charakterek.
            - Budzę się w czasach, kiedy każdy z mojego rodu już zginął – powiedziałem powoli, coraz silniej czując ogarniający mnie gniew. - Dowiaduję się, że przyczyną tego był Azazeal, a ty, diable, na pocieszenie wciskasz mi jakąś przerażoną furiatkę? - Zacisnąłem dłonie w pięści. - Dość tych bzdur! Dopadnę go, dopadnę Azazeala i go zabiję. Rozerwę go na strzępy! Ale najpierw powyrywam mu te błękitne pióra, jedno po drugim, aż będzie wył z bólu! - Poczułem ogarniającą mnie moc. Miałem ochotę zabić ich wszystkich. Rozwalić całą jaskinię, zostawić trupy tych głupców, którzy sądzą, że mogą mnie zdobyć za sojusznika, mnie, Pana, silnego, potężnego, który może zabić wszystko i wszystkich... - Znajdę go, choćbym miał przetrząsnąć całe Niebo, nie skryje się przed moim gniewem!
            - Właśnie o tym mówię, Panie! - zawołał Lucyfer. Bał się mnie. To dobrze. Starał się tego nie okazywać, ale bał się bardzo. Ten drugi natomiast... wyglądał, jakby zaraz miał dać nogę. I słusznie. Tylko, że teleportacja jest prostą czynnością, którą łatwo mogłem zablokować, czego też nie omieszkałem zrobić. Niech drżą ze strachu. Mają powód, o tak. - Panie. - Lucyfer usilnie starał się zwrócić moją uwagę. - Azazeala nie ma już w Niebie. Piór też już nie ma. Upadł niedługo po twoim zaśnięciu, Panie, prawie cztery tysiące lat temu i teraz włada połową Piekła. A ta oto kobieta... to jego córka.
            Zamilkłem na chwilę, starając się przetworzyć uzyskane informacje. Azazeal upadł. Miał córkę. Małą, przerażoną brunetkę, która właśnie stała przede mną. Przestała się wyrywać. Wpatrywała się we mnie bez słowa. Nie widziałem rezygnacji w jej oczach. To dobrze. Będzie ciekawiej. Zerknąłem na Lucyfera.
            - Powiedziałeś: cztery tysiące lat temu? Tak długo spałem? - Pokręciłem głową.
            - Skoro wszyscy zginęli, któż miał cię przebudzić? - prychnął Samael. Spojrzałem na niego, zastanawiając się, czy nie lepiej byłoby go zabić. Z pewnością poprawiłoby mi to humor.
            - Wybacz mu, Panie, brak mu ogłady. – Lucyfer szturchnął towarzysza łokciem między żebra. - Gdy tylko poznaliśmy miejsce twego spoczynku, przystąpiliśmy do ceremonii wybudzenia. Schwytaliśmy też córkę twojego największego wroga, przygotowaliśmy ci zamek w Irlandii i służbę. Mam nadzieję, że będzie godny ciebie, Panie. - Diabeł pokłonił się nisko. Samael z lekkim opóźnieniem poszedł w jego ślady.
            - A więc Azazeal upadł i teraz jest władcą połowy Piekła? A wy, niech zgadnę, chętnie byście go tej połowy pozbawili? - Wciąż wpatrywałem się w jego córkę, szukając podobieństw. Na razie żadnych nie dostrzegłem.
            - Kanalie – mruknęła brunetka cicho. Pyskata, stwierdziłem.
            - Cóż... nie przeczę, Azazeal jest jak wrzód na... tam gdzie światło nie dociera – odparł Lucyfer. - Pokonał dwóch z nas i zajął ich miejsce. Zabił również twoich krewnych, więc chyba... mam rację, sądząc, że także pragniesz zemsty...?
            No, w końcu jakieś konkrety. Najwyraźniej pozer odrzucił udawanie bezinteresownego i postanowił ujawnić zamiary. Cóż, może jednak zostawię ich na razie przy życiu. Mogą się przydać. Świat przez cztery tysiące lat z pewnością się zmienił, uznałem więc, że potrzebuję kogoś, kto się w nim dobrze orientuje.
            - Dobrze, zatem prowadź, chętnie się wykąpię i coś zjem. - Zerknąłem na dziewczynę. - A więc to jego córka. Krew z jego krwi. - Uśmiechnąłem się na myśl, że mam coś, co należy do mojego wroga. Sięgnąłem ręką do jej twarzy i odgarnąłem kosmyk włosów, by lepiej się jej przyjrzeć. - Jak masz na imię?
            - Zabieraj łapy – warknęła niczym dzikie zwierzątko. Uśmiechnąłem się ponownie. Na twarzy została jej ciemna smuga, którą natychmiast roztarła. Musiałem jak najszybciej wziąć kąpiel. Czterotysiącletni brud oblepiał mnie całego i było to mało przyjemne uczucie.
            - Z pewnością jego krew – stwierdziłem, lustrując ją wzrokiem. - Twój ojciec na pewno się zmartwi, kiedy dotrze do niego, co się z tobą stało. Założę się, że będzie załamany, kiedy dostanie z powrotem tylko kawałek ciebie... Hm, od czego by tu zacząć? Może od języka? - Złapałem ją za brodę. Cofnęła się, wyraźnie przerażona. - Chyba, że jednak przypomnisz sobie, jak masz na imię?
            Dziewczyna uparcie odwróciła wzrok. W mojej dłoni pojawił się nóż. Cofnęła się ponownie w głąb jaskini. Dwa demony, które towarzyszyły diabłom, przytrzymały ją na rozkaz Lucyfera. Zrobiłem krok w jej stronę. Wpatrywała się we mnie z coraz większym przestrachem. Początkowo planowałem obciąć jej palec, ale skoro tak mnie prowokowała, może być równie dobrze i język... Sięgnąłem do jej brody i odwróciłem twarzą w swoją stronę.
            - Wolisz umrzeć szybko, czy powoli i boleśnie... pisklątko?
            - Rezultat i tak będzie ten sam. Dla ciebie też. - Odwróciła głowę. Uparta dziewczyna. - Tym razem ojciec cię zabije. Was wszystkich. - Spojrzała na nóż w mojej dłoni. Kiedy go uniosłem, zadrżała.
            - Podobna do tatusia – mruknął Lucyfer. W jego głosie słychać było zadowolenie. Samael podszedł bliżej, by lepiej widzieć. Wyglądało na to, że widok obcinanego języka stanowił dla nich wielkie widowisko. Gdy ponownie chwyciłem dziewczynę za brodę, zamrugała gwałtownie, najwyraźniej powstrzymując łzy.
            - Sheila... Mam na imię Sheila. - Spojrzała mi w oczy. Zatrzymałem się. Właściwie to powinienem obciąć jej ten język, ale uznałem, że niemy więzień to nudny więzień.
            - Sheila – powtórzyłem, uśmiechając się lekko. - Zachowasz język. Na razie obetnę ci palec i wyślę twojemu ojcu w prezencie. Ale najpierw... - Zerknąłem na Lucyfera. - Mam nadzieję, że w zamku jest łaźnia? I że słudzy przygotowali dla mnie kąpiel?
            - Oczywiście, wszystko jest już gotowe. - Lucyfer skinął głową i zerknął na mnie oczekująco. - To daleko. Gdybyś mógł, Panie, odblokować nas...
            - Ach, to. - Machnąłem dłonią i Lucyfer zniknął, podobnie Samael. Chwyciłem mojego więźnia za rękę, nie zwracając uwagi na jej protesty i podążyłem w ślady diabłów.

8 komentarzy:

  1. Ciekawy rozdział. Nareszcie coś się dzieje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótkie rozdziały, co poradzić, tak lepiej wygląda całość.:p

      Usuń
  2. Ciekawie się zapowiada.
    Czekan na kolejne rozdziały :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. No i w końcu ogarnęłam, co się działo w prologu i pierwszych rozdziałach :) Ten wiele wyjaśnił, a samo czytanie myśli Doriana w połączeniu z muzyką, nooo, to tworzyło klimat i nie mogę się doczekać, co będzie dalej! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne opowiadanie.
    Ze zniecierpliwieniem czekam na ciąg dalszy.
    Bardzo wciągająca historia. Podoba mi się styl pisania.
    Ci "Panowie" są intrygujący. Choć prawdopodobnie powinnam użyć liczby pojedynczej. Ale nigdy nie można mieć pewności :)
    Podoba mi się także klimatyczna muzyczka
    Martyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy już w niedzielę;) Cieszymy się, że wpadła Ci w oko nasza historia. Muzykę co jakiś czas będziemy zmieniać;p
      Pozdrawiam:)

      Usuń
  5. Przepraszam dziewczyny, ale jak dla mnie koncepcja jest zbyt wywrotowa :(. Zostanę jednak tylko przy GK.

    OdpowiedzUsuń