Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

03.01.2015

Rozdział XI



***Dorian***
            Siedziałem oparty o drzewo na skraju lasu, wpatrując się w piętrzący się nieopodal, okazały zamek. Był nieco większy od mojego, otaczały go szerokie bramy, z pozoru zwyczajne, ale byłem pewien, że żadna nieproszona istota nie byłaby w stanie przedrzeć się do środka. Na tyłach zamku rozciągał się wielki ogród, do posiadłości należały także liczne stajnie i inne budynki.
            Zamek Azazeala.
            Mój wróg z pewnością już dostał list i przejrzał zawartość. Nie miałem wątpliwości, że pozna włosy własnej córki. Miałem ochotę pojawić się przed zamkiem i wyzwać Azazeala, ale to byłoby nierozsądne posunięcie z mojej strony. Miałem jego córkę, więc sam do mnie przyjdzie. Najpierw niech próbuje się dowiedzieć, kim jestem. Im bardziej będzie zdesperowany własną niemocą i bezsilnością, tym większą satysfakcję będę miał, gdy staniemy oko w oko. Nie ma już anielskiego miecza, którym mógłby mnie pokonać. Ba, nawet nie jest w stanie wziąć go do ręki. Stracił takie prawo z momentem upadku. Nie sądzę, aby znalazł inny sposób na zabicie mnie.
            By zadać mu jeszcze większy cios, musiałem się dowiedzieć, czy ma jeszcze kogoś bliskiego. Lucyfer twierdził, że oprócz przelotnych kochanek, miał też wiernego i zaufanego wojownika, doradcę jednocześnie, oraz przyjaciółkę. Zapewne tę, o której mówiła Sheila.
            Legion, jego wierny wojownik, był dość ważnym przeciwnikiem, choć oczywiście nie dla mnie. Zrodził się – jak samo imię wskazywało – z wielu demonów i w razie poważnego zagrożenia potrafił się rozdzielić tak, że zamiast jednego wojownika, walczył cały legion. Na wszelki wypadek przygotowałem zaklęcie, które nie pozwoli mu się rozdzielić. Nie było to trudne. W końcu wszystkie demony pochodzą od nas. Panów. Żaden nigdy nie będzie w stanie nas pokonać.
            Przyjaciółka od paru dni była nieobecna na zamku. Zawsze kręciła się koło Azazeala, wielu podejrzewało między nimi romans, ale oni sami nie obnosili się jako para. Była demonem, choć nikt nie potrafił powiedzieć, jakiego rodzaju. Być może miała jakieś potężne korzenie, może płynęła w niej nie tylko krew demona. Nimfa twierdziła, że jej bym tak łatwo nie uwięził i mimo całej naiwności tej małej istotki, coś mi mówiło, że może mieć rację. Mogła być więc albo córką Azazeala, ukrywaną przez niego dopóki nie dorosła, albo córką innego upadłego, choć dwa znajome diabły oczywiście wykluczyłem. Tak czy inaczej, była ważna. Szkoda, że znikła na kilka dni przed moim przebudzeniem. Mogłaby mi się przydać.
            Uznałem, że pora wracać do własnego zamku. Niewiele się dziś dowiedziałem, ale na razie wystarczy. Zbliżał się wieczór, pora na kolację. A potem... uśmiechnąłem się, przypominając sobie trzy piękne sukkuby, które podesłał mi Lucyfer. Blondynka, brunetka i ruda. Czysta rozkosz w potrójnym wydaniu.
            Najpierw jednak postanowiłem zajrzeć do Sheili. Moja mała niewolnica jak na razie dostarczyła mi pewnej cennej informacji i to zupełnie przypadkowo. Rozmowa z nią, im bardziej swobodna, tym lepsze dawała efekty. Może uda mi się dowiedzieć, gdzie przebywa jej przyjaciółka. Nie była to najistotniejsza informacja, ale mogła się przydać.
            Przeniosłem się do zamku. Najpierw planowałem pójść do biblioteki, ale zatrzymałem się w połowie drogi. Nie było jej tam. W ogóle nie wyczułem jej w zamku. Zmarszczyłem brwi, skupiając się ponownie. Na pewno przebywała gdzieś w obrębie granic, ale powinna być wyraźniejsza. Jeziorko, pomyślałem natychmiast. Musiała być w wodzie.
            Pojawiłem się tam, ale jej nie było. A jednocześnie była. Rozpłynęła się? Usiadłem na brzegu i musnąłem dłonią powierzchnię gładkiej tafli jeziora.
            - Sheilo? Jesteś tam?
            No pięknie. Do czego to doszło. Rozmawiam z wodą. Cofnąłem rękę.
            Przez chwilę nic się nie działo, ale w końcu poczułem ją wyraźniej. Wynurzyła się z wody, patrząc na mnie niepewnie. Jej oczy były zaczerwienione i zlęknione. Wyraźnie się bała.
            - Coś się stało? - zapytałem, zastanawiając się, co ją tak wystraszyło. Do tej pory bała się jedynie mnie.
            - Nie chcę tam wracać – odezwała się cicho.
            - Dlaczego? Masz dość sprzątania biblioteki? - Uniosłem brwi. Z pewnością chodziło o coś innego. Chyba, że jakaś książka zmieniła się w potwora i pogoniła ją do jeziorka.
            - Nie. Ale nie chcę tam wracać. – Spojrzała na zamek. - Nie każ mi, proszę.
            - Przemyślę twoją prośbę, jeśli powiesz mi, o co chodzi. - Spojrzałem na nią stanowczo. Jeżeli miała zamiar nocować w jeziorze, proszę bardzo. Ale na pewno nie boi się tam wrócić bez powodu.
            Spuściła wzrok, jakby krępowała się spojrzeć mi w oczy.
            - Chodzi o jednego ze strażników... on... boję się go. Tu czuję się bezpieczna. - Przygryzła wargę. - On chciał... - Spojrzała na mnie i zamilkła, jej oczy wypełniły się łzami. - Gdyby nie Varys to... - Potrząsnęła głową i objęła się ramionami. - Proszę, nie chcę znów go spotkać.
            Gniew we mnie zawrzał. Jakiś strażnik śmiał ją tknąć? Moją niewolnicę?! Co to za służba?! To chyba jakieś kpiny. Diabły umyślnie podarowały mi bezczelnych strażników? O nie. Niedoczekanie. Pokażę tym głupim demonom, co ich czeka, gdy próbują sięgać po moją własność.
            - Kto próbował cię skrzywdzić, Sheilo? - spytałem, patrząc na nią. - Znasz jego imię?
            Wahała się przez chwilę, ale w końcu na mnie spojrzała.
            - Mott. Marie mówiła do niego Mott...
            - Mott – powtórzyłem i wstałem. - A ten Varys? Co zrobił?
            - Obronił mnie... O Boże, drzwi... proszę, nie złość się na niego za te drzwi, on je wyważył, bo... bo... Mott zamknął je jakimś zaklęciem i... Varys mnie uratował.
            Skinąłem głową, starając się nie wybuchnąć. Jeszcze nie teraz. Nie można na chwilę wyjść z zamku?! Ale nikt więcej już się na to nie ośmieli. Nie po tym, jak ukarzę tego głupca.
            - Za kwadrans możesz wrócić do zamku. Motta już tam nie będzie.
            Zerknęła na mnie niepewnie.
            - Ale... co zrobisz? Odeślesz go?
            - Ukarzę odpowiednio. Nikt nie ma prawa cię krzywdzić. Jesteś moim pisklątkiem, a ja nie zwykłem się dzielić. - Zacisnąłem dłonie. O tak, z przyjemnością go ukarzę.
            Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, a w jej oczach znów pojawiły się łzy.
            - Dziękuję, że mnie bronisz.
            Wzruszyłem ramionami.
            - To oczywiste. Tylko głupiec może myśleć, że ma do ciebie jakieś prawa. A głupcy źle kończą. Spotkamy się w jadalni, zgaduję, że nie jadłaś jeszcze kolacji. - Odwróciłem się, ruszając w stronę zamku.
            Pierwszemu napotkanemu strażnikowi nakazałem przyprowadzić do mnie dwa demony: Motta i Varysa. Nie znałem służby z imienia, tym bardziej strażników, których miałem kilkunastu, więc po prostu spokojnie zaczekałem, aż ich sprowadzą.
            Przede mną stanęły dwa demony. Jeden z nich, nieco niższy, ciemnowłosy, miał lekką opuchliznę na lewym oku. Drugi, o włosach jasnych, niemal białych, wyróżniał się długą blizną na prawym policzku.
            - Który z was to Mott?
            Po chwili wahania czarnowłosy demon skłonił mi się nisko.
            - To ja, panie. - Kiedy się wyprostował, dojrzałem coś na kształt lęku w jego oczach. Dobrze. Niech się boi.
            - To ty ośmieliłeś się sięgnąć po moją własność? Chciałeś tknąć moją niewolnicę? - Uniosłem brwi.
            - Ależ, panie. - Demon spojrzał na mnie ze zdziwieniem. - To przecież tylko niewolnica, jak sam powiedziałeś. Takie nadają się tylko do jednego, niechby się na coś przydała. - Wzruszył ramionami.
            - Wiesz, co robię z głupcami, którzy biorą sobie to, co moje, bez pozwolenia? Będzie z ciebie wspaniały przykład dla pozostałych. Bezczelność wśród straży zwykłem tępić w zarodku.
            Demon cofnął się o krok, lęk w jego oczach był już dostrzegalny.
            - Ależ panie, jestem ci wierny, a to tylko niewolnica! Poza tym, nic jej nie zrobiłem...
            - Gdybyś zrobił, umierałbyś w męczarniach przez całą dobę. - Wyciągnąłem rękę przed siebie, pozwalając by wiązka mocy przeskoczyła z niej na Motta. Demon zgiął się wpół z jękiem bólu. - A tak... masz szczęście, że za dziesięć minut jem kolację.
            Jak dawno tego nie robiłem. Ostatni raz... ponad cztery tysiące lat temu. Mimo to, doskonale pamiętałem, jak się to robi. Najpierw, bardzo powoli, rozpuszczałem jego wnętrzności. Upadł na ziemię i jęczał z bólu. Jego twarz wykrzywiła się w ogromnym cierpieniu. Usta otworzyły się szeroko, wydobył się z nich przerażający krzyk. Pieniąca się krew ściekała mu po brodzie. Proces rozpuszczania dotarł do gardła i krzyk demona ucichł. Rozpuszczone wnętrzności zaczęły wrzeć i coraz szybciej wydostawać się na zewnątrz. Nosem, ustami, oczami... Zewsząd wyciekała z niego krwawa maź pomieszana z czarną, ropowatą wydzieliną. W końcu gorące wnętrze zaczęło rozpuszczać także i skórę, w efekcie czego demon upadł martwy na ziemię, wyglądając, jak masa na wpół stopionego, nieokreślonego materiału.
            Opuściłem rękę. Splotłem palce i oparłem na nich podbródek. Zabijanie w ten sposób budziło większy przestrach niż ścięcie głowy mieczem. Poza tym było widowiskowe, a ja lubiłem widowiska. Dzięki temu wszyscy doskonale wiedzieli, że nie potrzebuję broni. Wystarczyła moja moc, potężniejsza niż kogokolwiek innego na tym świecie.
            Spojrzałem na drugiego demona. Stał wciąż w tym samym miejscu, nawet nie drgnął, jakby codziennie był świadkiem takich egzekucji. Paraliż czy odwaga? Rozpoznałem w nim demona strachu, nie wyglądał też na kogoś, kto często się boi, więc prawdopodobnie w grę wchodziło to drugie. Tym lepiej, im silniejsza jest twoja straż, tym większy wzbudzasz respekt.
            - A ty... podobno wyłamałeś drzwi biblioteki, by nie pozwolić temu zdrajcy sięgnąć po mojego więźnia? - spytałem. Skinął głową.
            - Tak, panie. Jestem strażnikiem, wykonywałem swój obowiązek – odparł demon. Popatrzyłem na niego z ciekawością.
            - Hm... mojej służbie stanowczo brakuje nadzorcy, zarówno domu, jak i straży. Kogoś, kto by pilnował porządku, rozdzielał zadania, szczególnie pod moją nieobecność. Przejmiesz te obowiązki, Varysie. - W moich czasach zwracanie się do kogoś ze służby po imieniu było dla niego przywilejem. Ciekawe, czy pod tym względem coś się zmieniło?
            - Dziękuję, panie. - Demon skłonił się z poważną miną. Skinąłem mu głową i odwróciłem się.
            - I nakaż komuś naprawić drzwi do biblioteki – dodałem, odchodząc.
            - Dobrze, panie.
            Wszedłem do zamku i skierowałem się do jadalni. Nimfy jeszcze nie było. Zająłem miejsce przy stole, służba kończyła właśnie ustawiać talerze i półmiski z naszą kolacją.
            Weszła do sali już po tym, gdy nakryto do stołu. Jej sukienka była sucha, ale włosy ociekały wodą. Objęła się ramionami, kiedy wiatr wpadł przez otwarte okno. Spojrzała na mnie i... dumnie uniosła głowę, podchodząc do stołu.
            Zlustrowałem ją wzrokiem. Miała na sobie jedynie przewiewną sukienkę bez rękawów, długą, ale niedającą zbyt wiele ciepła. Czy nimfy mogą się przeziębić? W wodzie pewnie nie, ale na lądzie... lepiej nie ryzykować. Nadal potrzebowałem jej żywej. I zdrowej.
            Przywołałem jedną ze służących i nakazałem jej przynieść jakieś okrycie z garderoby. Służka wróciła po chwili ze swetrem i podała go Sheili.
            Mała nimfa podziękowała grzecznie i uśmiechnęła się do niej. Potem spojrzała na mnie i powiedziała ciche dziękuję, wkładając odzienie.
            Skinąłem głową i nałożyłem na swój talerz potrawę składającą się z mięsa i warzyw polanych aromatycznym sosem. Zerknąłem na nimfę.
            - Jedz, nie chcemy chyba, żebyś padła z głodu?
            Potwierdziła kiwnięciem i w pierwszej kolejności sięgnęła po szklankę z sokiem. Przez chwilę panowało milczenie.
            - Wiesz, jak nazywają się te potrawy? - przerwałem ciszę pytaniem, które już od dawna mnie nurtowało. W moich czasach mięso wyglądało jak mięso, a warzywo jak warzywo. Teraz trudno było rozpoznać, co jest czym.
            Spojrzała na mnie znad talerza. Wyglądało na to, że moje pytanie ją ucieszyło. No proszę, cóż to za małe, towarzyskie stworzenie.
            - Która konkretnie?
            - Ta na przykład. - Wskazałem cienkie nitki, polane czymś czerwonym z kawałkami, zdaje się, mięsa. Uśmiechnęła się i sięgnęła po potrawę. Nałożyła ją na... mój talerz.
            - To spaghetti, spróbuj, jest przepyszne.
            Ostrożnie zjadłem kęs potrawy.
            - Dobre – przyznałem.  - Smak jedzenia to chyba jedyna zaleta tych czasów.
            - Posyp serem. - Podsunęła mi miseczkę. - Będzie jeszcze lepsze.
            Sięgnąłem do miseczki i posypałem czymś drobnym i żółtym, co podobno było serem, a równie dobrze mogło zawierać silną truciznę. Jeśli tak, to się zdziwi, niełatwo mnie otruć. Spróbowałem potrawy ponownie. Zero trucizny, natomiast smak...
            - Umm. Świetne. - Uśmiechnąłem się, sięgając po kolejny kęs. Zerknąłem na dziewczynę. - Potrafisz to przyrządzać?
            Upiła łyk soku i przyjrzała się potrawie.
            - To tak. Ale nie jestem zbyt dobra w gotowaniu, właściwie dopiero się uczę. - Nabiła na widelec szparagi i włożyła do ust.
            - Ktoś cię uczy gotować? - Zjadłem kolejny kęs spaghetti.
            - Przyjaciółka. I wujek, kiedy mu się nudzi. - Zjadła coś zielonego. Nie miałem pojęcia co.
            - Masz wujka? Od strony matki? - zainteresowałem się. Mów, pisklątko, opowiedz mi jak najwięcej.
            Pokręciła głową i uśmiechnęła się ciepło, jakby właśnie wróciło do niej miłe wspomnienie. Idealny materiał do przesłuchań, wszystko można było z niej wyczytać jak z otwartej księgi. Każde uczucie.
            - Nie jesteśmy spokrewnieni tak naprawdę. Jest... był przyjacielem ojca.
            - Chyba bardzo się lubicie – stwierdziłem. Jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć, musiałem postępować ostrożnie, inaczej szybko nabierze wody w usta i nic nie powie. A w jej przypadku, może nawet dosłownie.
            - Kocham go, jest jedyny w swoim rodzaju. - Upiła łyk soku i posłała mi uśmiech.
            - A co w nim takiego wyjątkowego? - Upiłem łyk wina i podsunąłem kieliszek nimfie. - Białe wino, półsłodkie, chcesz trochę?
            - Jest aniołem. - Zerknęła na wino. - Nie, dziękuję, mam bardzo słabą głowę.
            Zakrztusiłem się lekko i z trudem przełknąłem. Odstawiłem kieliszek.
            - Aniołem?
            - Tak właściwie to archaniołem. Archanioł Rafael. - Uśmiechnęła się. - A widzisz? Wino szkodzi.
            - Ach tak. I twierdzisz, że już nie przyjaźni się z twoim ojcem? - Zerknąłem na nią uważnie, ignorując drugą część jej wypowiedzi. Mówiła prawdę? Jeśli tak, musiałem koniecznie zabezpieczyć zamek przed aniołami. Nie było to proste, ale musiałem znaleźć skuteczny sposób. Jeszcze mi tego brakowało, żeby wparował tu jakiś nadęty archanioł z mieczem. - W takim razie czemu przyjaźni się z tobą, a ty nazywasz go wujkiem?
            - To skomplikowane. On przyjaźni się z ojcem. Ojciec nie chce przyjaźnić się z nim. Za każdym razem grozi, że go oskubie. Żyją w innych światach, ale kiedyś byli jak bracia i myślę, że część tej więzi została. Nawet jeśli tata się nie przyznaje.
            - To oczywiste, anioł i diabeł. - Odsunąłem talerz. Całkiem straciłem apetyt. Jeśli Azazeal wezwie go na pomoc, sprawa znacznie się skomplikuje. Na szczęście, nadal mam jego córkę. Wystarczy, że poinformuję go o rozkazie, jaki wydałem – gdy ja umrę, zabiją dziewczynę. Nawet jeśli diabeł zaryzykuje, nie sądziłem, by archanioł naraził niewinne życie. - Często cię odwiedza?
            - Gdy tylko ma czas. - Sięgnęła po coś ciemnego. - A dla mnie czas znajduje dość często.
            Spojrzałem na nią w zamyśleniu. Czyżby Lucyfer i Samael zapomnieli mi powiedzieć o czymś tak istotnym? A może sami o tym nie wiedzieli? Doszedłem do wniosku, że rozgadana nimfa to bardzo pożyteczne stworzenie. Dzięki niej dowiem się więcej o swoim wrogu.
            - Jaki on jest? Ten archanioł?
            - Kochany. Dobry. Troskliwy. Uparty – wymieniła. - Dlaczego pytasz?
            Uniosłem brwi. Udaje, czy naprawdę nie wie? Chyba pora ją uświadomić.
            - Wolę wiedzieć, czy nie wpadnie tu przypadkiem z mieczem, próbując dokończyć dzieło twojego ojca.
            Zamrugała, na jej twarzy odmalowało się zdumienie.
            - Rafael? Z mieczem? Przecież to pacyfista...
            - Pacy... co? - Zerknąłem na nią zdziwiony.
            - Pacyfista. To znaczy, że jest przeciwko wojnie, przemocy... on chyba nawet nie ma miecza, Dorianie. - Odsunęła od siebie talerz. - Poza tym... wendetta? Nie, zdecydowanie nie.
            - Anioł bez miecza? - Uniosłem brwi. - Sugerujesz, że jakby chciał cię ratować, to stanąłby u progu zamku i ładnie poprosił, bym zaniechał zemsty?
            - I dałby ci różaniec. - Z trudem powstrzymywała uśmiech.
            - Na wymianę za ciebie? - Wyglądała, jakby w to wierzyła, nie sądziłem, by ośmieliła się okłamywać mnie w taki sposób. Nie miałem też ochoty dociekać, czym jest ów różaniec. - Czyli twierdzisz, że nie jest groźny i nie stanie mi na drodze. Tym lepiej.
            - Nie, nie na wymianę. Dla twojego zbawienia. On wszystkim daje różaniec. - Zerknęła na mnie. - On nie walczy. Ale nie zostawi mojego ojca samego. Nigdy.
            - Wezmę to pod uwagę. - Dopiłem wino z kieliszka.
            Oparła ramiona na stole, patrząc na mnie uważnie.
            - Nadal masz zamiar mnie zabić, prawda?
            Nie odpowiedziałem od razu. Taki był plan i musiałem się go trzymać. Zabicie córki Azazeala, a potem jego samego... To, że poprawiłem jej więzienne warunki nie znaczyło, że przeżyje. Co zrobi, gdy powiem: tak? Przestraszy się? Ucieknie? Wskoczy do jeziorka?
            Pochyliłem się w jej stronę.
            - A jak myślisz, pisklątko?
            - Myślę, że bez wahania. - Spojrzała na mnie odważnie. Bystra dziewczynka.
            - Tak, jak twój ojciec zabił moja siostrę? Ciekawe, czy się zawahał. Ja, w przeciwieństwie do niego, nigdy nie byłem aniołem. - Odsunąłem krzesło i wstałem.
            - Czyli miałam rację – odparła cicho, nie wstając z miejsca.
            - Jeszcze nie dziś i nie jutro, więc możesz spać spokojnie. - Odwróciłem się i wyszedłem, zostawiając ją w jadalni samą.
            Wróciłem do sypialni, gdzie czekały na mnie piękne sukkuby. Postanowiłem odłożyć wszelkie przemyślenia odnośnie archanioła bez miecza, rozdającego jakieś różańce na jutro. Plan trzeba będzie lekko zmodyfikować w razie pojawienia się skrzydlatego, ale póki co, pora na przyjemną i odprężającą noc.

14 komentarzy:

  1. Kolejny pokaz siły Doriana - to lubię. ^^ Małej nimfie udało się z kolei go czymś zaskoczyć, nie pójdzie mu jednak tak łatwo, jakby sobie tego życzył. ;) Rozdział niestety znowu krótszy i na dodatek zakończony w takim momencie. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to się cieszymy, że lubisz pokazy siły Doriana:) Będzie ich więcej;)

      Usuń
    2. I na to właśnie liczę :) Lubię także dłuższe rozdziały... i sukkuby ;)

      Usuń
    3. Są trzy, może Dorian się podzieli, jak ładnie poprosisz:D

      Usuń
    4. Świetny rozdział :) a tak poza tym czy ta Genevieve- przyjaciółka Sheili i ta Genevieve -za którą mści się Dorian to jedna i ta sama osoba? O.O I tak myślę że jeśli może by tak było to może główni bohaterowie poczuliby do siebie miętę?:D

      Usuń
    5. Taką samą miałbym ochotę na proszenie, jak Dorian na dzielenie się. Poradzę sobie bez tego ;)

      Usuń
    6. Masz rację Abra, to byłoby zbyt ryzykowne:D

      Usuń
  2. Tenebris nox:) Myślisz, że jeśli to ta sama osoba, to by wpłynęło na wzajemne uczucia Sheili i Doriana?^^

    OdpowiedzUsuń
  3. To się Sheila rozgadała z tej wdzięczności za obronienie przed Motttem ;)

    Ale ciekawe jest to, że Genevieve znikła akurat teraz, przed przebudzeniem Doriana ;)

    Hm, Dorian jedzący spaghetti... Ciężko mi to sobie wyobrazić ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, ale dlaczego? Dorian też musi coś jeść:D Coś jest nie tak ze spaghetti?^^

      Usuń
    2. Sheila gaduła, co poradzić. :) Choć wdzięczna powinna być raczej Varysowi, to on ją obronił. Dorian tylko pozbył się demona, który chciał naruszyć jego własność. I to przed nim. xD

      Usuń
    3. Hmm, jakoś tak gdy wyobrażam sobie jak wciąga te nitki spaghetti, sos chlapie mu na koszulę i wielki Pan upaprany jak dziecko :D

      Ale jednak się wkurzył, że chciał ją tknąć i pokazał wszystkim, że absolutnie tak nie będzie, że jego niewolnicę ktokolwiek skrzywdzi ;) Poza nim samym :)

      Usuń
    4. Hahaha:D Może jakoś się zorientował, jak jeść to spaghetti, żeby się nie upaprać:D

      No właśnie, poza nim samym:p Ona jego własność i koniec:p

      Usuń
  4. Ech, czy Wy musicie być takie bezlitosne?? xD Ja bym jeszcze trochę "zamottała" ;D

    OdpowiedzUsuń