Od autorek

Od autorek

Drodzy Czytelnicy! Zapraszamy na epilog Doriana. Dziękujemy wszystkim,
którzy komentarzami dawali nam znać, że nasza powieść nie znika bezowocnie
w głębinach Internetu. Zostańcie z nami i za tydzień, 3-4.06 wpadnijcie
na 7 rozdział Szczypty magii. Pozdrawiamy i czekamy na Wasze opinie;)

20.12.2014

Rozdział IX

***Dorian***
      Gdy opuściłem lochy, złość trochę mi przeszła, ból mięśni również. Ta mała nieposłuszna nimfa dostała dziś nauczkę, nie sądziłem, by ponownie zdecydowała się uciec. Choć, z drugiej strony... była bardzo uparta. To akurat uważałem za zaletę, ale nie u niewolnic.
      Pozostała jeszcze jedna sprawa do załatwienia. Kazałem przyprowadzić strażnika, który miał dzisiaj pilnować nimfy. Tłumaczył się, że wyszedł na chwilę. Dosłownie na parę sekund. Nie miało to żadnego znaczenia. Po co trzymać demony, które nie potrafią wypełnić swoich obowiązków? Słuchałem przez chwilę jego tłumaczeń i próśb, potem błagań o łaskę. W końcu straciłem cierpliwość, kazałem mu się zamknąć i ściąłem mu głowę.
      Wróciłem do zamku, wziąłem prysznic, przebrałem się i planowałem położyć, ale nie czułem potrzeby snu. Najwyraźniej skutek uboczny ostatnich czterech tysięcy lat. Ruszyłem więc zwiedzać zamek. Był mój, powinienem go poznać. Ponieważ był ogromny, uznałem, że spokojnie wystarczy mi na całą noc. Najpierw przejrzałem prawe skrzydło. Odkryłem tam zejście do podziemi, łączących się z lochami. Na piętrze, w jednym z pokoi znalazłem ślady poprzedniego właściciela. Obraz przedstawiał młodego mężczyznę i jasnowłosą kobietę. Wyglądali na rodzeństwo. Wspomnienie o Genevieve wdarło się do mojego umysłu niespodziewanie. Kobieta ze zdjęcia nie była do niej podobna, ale coś w tym obrazku przypominało nas. Tak samo radosna, roześmiana. Dopóki nie wybuchła wojna, a ona znalazła się po jednej ze stron tylko dlatego, że pochodziła z rasy Panów.
      Odłożyłem zdjęcie i wyszedłem z pokoju. Nie przeglądałem innych rzeczy. Początkowo miałem zamiar kazać je spalić, ale uznałem, że potem się tym zajmę. Wszedłem na wyższe piętro. Znalazłem kilka ciekawych sal, w których znajdowały się dziwne maszyny, stoły, a nawet obrazy, które na dobrą sprawę nie przedstawiały niczego. Nie miałem zamiaru dopytywać służby, czym są. Było to poniżej mojej godności. Ale sam mogłem się zastanawiać godzinami. Gdyby działała tam magia, szybko bym się zorientował. Jednakże to były ludzkie wynalazki, tak dziwaczne, że zupełnie nie wiedziałem, do czego służą. Szczególnie wielki obraz, cały czarny. Przed nim leżało coś w tym samym odcieniu czerni i miało kształt cegły. Wziąłem je do ręki i wcisnąłem przycisk. Obraz zrobił się jasny, pokazał ludzi. Usiadłem w szerokim fotelu naprzeciwko niego i przez chwilę z ciekawością klikałem w czarną cegłę, oglądając przesuwające się obrazy. Z każdym wciśnięciem pokazywało się coś innego, ale gdy nacisnąłem największy, obraz ponownie stał się czarny. Wzruszyłem ramionami i odłożyłem urządzenie.
      Obejrzałem jeszcze parę innych rzeczy. Dlaczego nigdzie nie ma żadnej księgi, która wyjaśniałaby, jak tego wszystkiego używać?! Wyszedłem z sali i skierowałem się w stronę lewego skrzydła.
      Prędzej czy później muszę poznać świat, w którym przyszło mi żyć, jak inaczej miałbym pokonać Azazeala? Może wykorzystać moją niewiedzę. Była słabością. Diabłów na pewno nie spytam, czym jest czarna cegła przesuwająca obrazy. W życiu. Została więc Sheila. Twierdzi, że żyje w tym świecie od paru miesięcy, więc zdążyła już poznać ludzkie wynalazki. Jutro wypuszczę ją z lochu, postanowiłem. Pokaże mi wszystko, co powinienem wiedzieć. I nie obetnę jej dłoni, tylko palec. Tak, jeden mały paluszek wystarczy, by Azazeal się wściekł. Uśmiechnąłem się na samą myśl.
      W lewym skrzydle znalazłem ogromną bibliotekę. Półki wprost uginały się pod ciężarem książek. Genevieve byłaby zachwycona. Od razu ruszyłaby między regały, przesuwając dłonią po zakurzonych książkach. Sięgnąłem po jedną z nich. Ponieważ znałem wszystkie języki świata, nie miałem problemu z odczytaniem treści. Kuchnia włoska. To chyba nie dla mnie, stwierdziłem, odkładając ją na miejsce. Postanowiłem jutro kazać służbie tu posprzątać, usunąć kurz. Nigdy nie czytałem za wiele, ale lubiłem biblioteki. Może dlatego, że ona lubiła. Za dawnych czasów niewiele było książek, więc kiedy tylko jakaś wpadła jej w ręce, siadała w pokoiku, który nazywaliśmy biblioteką i czytała. Z powagą, z uśmiechem, ze smutkiem. A Ezekiel komentował jej miny, za co często zostawał obdarzony obrażonym spojrzeniem. Albo prawym sierpowym.
      Otrząsnąłem się ze wspomnień i wyszedłem na korytarz. O ile prawe skrzydło pełne było nowoczesności i niezrozumiałych rzeczy, o tyle lewe okazało się znacznie bardziej przyjazne. Nie znalazłem tam niczego, czego nie potrafiłbym nazwać. Odkryłem też korytarz podziemny, kończący się tuż przed granicą. Zablokowałem drzwi magią, tak na wszelki wypadek. Ktoś mógłby za szybko dostać się do zamku... lub z niego wydostać.
      Kiedy wróciłem do głównej części zamku, w której ulokowano duże sypialnie, prawie świtało. Wyszedłem na taras i przez chwilę po prostu patrzyłem na dziedziniec. Był ogromny, ale głównie zarośnięty trawą. Postanowiłem, że zrobię z tym porządek. Jak już będzie po wszystkim. Póki co, wolałem nie rozpraszać się zbędnymi rzeczami.
      Wróciłem do pokoju. Miał ciemny wystrój, żadnej jasnej tonacji, co mi odpowiadało. Szerokie łóżko, równo zaścielone przez służbę, elegancki rzeźbiony stolik z ciemnym obrusem, mahoniowe regały i taka sama szafa, miękki dywan – oczywiście ciemnobrązowy. Ten kto urządzał ten pokój, chyba spodziewał się, że zamieszka tutaj ktoś mroczny.
      Położyłem się na łóżku i przymknąłem oczy, rozmyślając.
      Wstałem, gdy pierwsze promienie słońca rozjaśniły niebo. Pora zabrać się do pracy, uznałem. Przede mną całkiem poważna zemsta do wykonania.
      Zjadłem szybkie śniadanie i ruszyłem w stronę lochów. Ciekawe, jak ma się moja mała niewolnica? Z pewnością cały jej upór uleciał w niebyt i raczej szybko nie wróci.
      Zwisała z kajdan, najwyraźniej zemdlona. Kiedy strażnik ją rozkuł, podszedłem bliżej.
      - Jest chłodna. I bardzo sucha – zauważył demon, kładąc ją na ziemi. Zmarszczyłem brwi i pochyliłem się nad nią. Dotknąłem jej policzka. Nie oddychała?
      Nie, nie, nie! Ona nie miała umrzeć. Nie teraz. Była mi potrzebna. Umrzeć po jednej nocy w kajdanach?! Niemożliwe. Na co mi jej trup?! Mam ją pokroić i odesłać Azazealowi w kawałkach? Myśl była ciekawa, ale to całkiem zmieniało moje plany. Zakląłem pod nosem.
       - Jeśli jej serce jeszcze bije, można ją uratować – odezwała się jedna ze służek. Zerknąłem na nią. Jasne, rozpuszczone włosy miała potargane, jakby dopiero co wybiegła z łóżka. W innej sytuacji zganiłbym ją za to, ale uznałem, że później się tym zajmę.
         Dotknąłem piersi Sheili. Żyła. Spojrzałem na służkę.
          - Bije... bardzo słabo. Co należy zrobić?
    - To nimfa, potrzebuje jeziora. Takiego prawdziwego. Ona... wysycha. To dla nich śmiertelne. - Potargana służka patrzyła na mnie śmiało. Zbyt śmiało. Widząc mój wzrok, spuściła głowę. Jeszcze tego mi brakowało, niepokornej służby.
     - Doprowadź się do porządku – nakazałem jej, po czym wziąłem Sheilę na ręce. Zawisła na nich bezładnie. Ruszyłem w stronę dziedzińca.
       Była taka drobna, taka krucha. Lekka, jakby nic nie ważyła. Taka śmiertelna. Miałem nadzieję, że zdążę zanurzyć ją w jeziorze. Oby pomogło. Musiała być żywa.
       Położyłem nieprzytomną nimfę na trawie. Ciemne włosy rozsypały się wokół jej bladej twarzy. Nie wiadomo czemu, znów przyszła mi na myśl Genevieve. Tylko raz w życiu tak wyglądała. Gdy została ranna. Tak samo blada i nieprzytomna...
       Musiałem się pośpieszyć. Wstałem i wyciągnąłem ręce przed siebie. Już raz tworzyłem jezioro. Dawno temu, choć dla mnie te tysiące lat minęły jak miesiące. To był pomysł Genie, dlatego spróbowaliśmy razem. Połączenie naszych mocy sprawiło, że jezioro okazało się ogromne i pełne morskich stworzeń. To jeziorko miało być dużo mniejsze.
       Najpierw pojawił się wir, żłobiący głęboki rów. Poszerzał się powoli, aż zajął niemal cały dziedziniec. Z wyjątkiem ścieżki do zamku i terenu, na którym stałem. Na koniec pojawiła się woda. Czysta, świeża, bez żadnych skażeń. Kiedy skończyłem, podszedłem do nimfy, wziąłem ją na ręce, po czym upuściłem lekko do jeziora. Jej ciało zanurzyło się łagodnie. Zerknąłem za nią, patrząc, jak opada na dno. Jeśli utonie, zabiję tę głupią służkę. I nie będzie to przyjemna śmierć.
       W pewnym momencie Sheila zaczęła robić się przezroczysta, jakby stapiała się z wodą, a potem znikła. Po prostu. Wpatrywałem się w wodę z niedowierzaniem. Może to normalne dla nimf...? Usiadłem na brzegu, oparłem się o drzewo i czekałem.
       No dalej, pisklątko, pomyślałem. Przecież nie dasz się tak łatwo pokonać śmierci? Wpatrywałem się w spokojną toń jeziora. Postanowiłem, że jeśli z tego wyjdzie, daruję jej. Nie będę jej obcinał żadnych części ciała. Jeszcze wykrwawi się na śmierć. Najwidoczniej nimfy są takie kruche, że można je zabić byle zranieniem. Dla delikatnych niewolnic potrzeba łagodnego więzienia. Zerknąłem na wodę. Nadal nic. Zacisnąłem zęby. Umarła...? Nie, na pewno nie. Była w niej ogromna wola życia. Bądź co bądź, płynęła w niej również krew nefilim. I była mi potrzebna żywa. Żywa, a nie martwa i rozpuszczona w wodzie! Usiadłem wygodniej przy drzewie, nie spuszczając oczu z jeziora. Pozostało mi jedynie czekać.
      Wyłoniła się z wody, gwałtownie łapiąc oddech. Odgarnęła włosy z twarzy i rozejrzała się ze zdumieniem. Sprawiała wrażenie zagubionej. Wtedy spojrzała na mnie i zamarła.
Poczułem ulgę. A więc miałem rację co do niej. Za mocno chciała żyć.
        - A jednak żyjesz, pisklątko – odezwałem się, nie spuszczając z niej wzroku.
        - Tak... dziękuję – odparła cichym głosem. Uniosłem brwi. Dziękuje mi?
        - Żyjesz tylko dlatego, że jesteś mi potrzebna. Żywa.
        Skinęła głową, wciąż unosząc się na wodzie.
        - Wiem. Ale mimo wszystko uratowałeś mi życie. Więc dziękuję.
       Przez chwilę milczałem, przyglądając jej się uważnie. Wyglądała zjawiskowo, musiałem to przyznać. Jej policzki już się lekko zaróżowiły, włosy łagodnie spływały na ramiona, a duże szaro-niebieskie oczy patrzyły na mnie niepewnie. Była ładna. A nawet bardzo ładna. Woda w jakiś dziwny sposób jeszcze dodawała jej uroku. Córka Azazeala nie powinna taka być. Powinna być zarozumiała, wredna, pełna nienawiści. Sheila ani trochę nie pasowała do tego wizerunku. No, może z wyjątkiem tego, że była uparta i miała silny charakter.
       - Szkoda, że jesteś jego córką – stwierdziłem i natychmiast pożałowałem. Była córką mojego wroga i to się nie zmieni. A na końcu ją zabiję. Tak, jak planowałem.
       Przekrzywiła głowę.
       - Szkoda?
       - Uleczyłaś się już? - zmieniłem temat.
      - Nie jestem już ranna, ale wciąż brakuje mi sił.
    - Nabierzesz ich dzięki wodzie? Jak to działa? - Zerknąłem na jezioro, potem ponownie na nią. Wzruszyła ramionami i podpłynęła bliżej, opierając ramiona na brzegu.
     - Nie wiem, po prostu jestem częścią tej wody. Kiedy się w niej znajduję, to tak jakbym znów była kompletna. A ona daje mi swoją siłę.
      Skinąłem głową.
      - Możesz zatrzymać jeziorko.
      - Dziękuję. - Spojrzała na mnie spod zmarszczonych brwi, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. - Mogę zapytać dlaczego?
      Wzruszyłem ramionami. To chyba było oczywiste.
      - Chyba nie chcesz znowu wyschnąć?
      - Nie, oczywiście, że nie. - Spuściła wzrok. - To boli.
      - Gdybyś nie uciekła, nie doszłoby do tego. Nie próbuj tego powtarzać, pisklątko, bo będzie jeszcze bardziej boleśnie – ostrzegłem.
      - Nie będę. Chciałam po prostu żyć... - Oparła głowę na ramionach.
      - I o mało nie umarłaś. Stąd wniosek, że nie była to mądra decyzja.
      - To było szaleństwo. Ale się bałam i... byłam przekonana, że mnie zabijesz... - Zerknęła na mnie, jakby chciała usłyszeć zaprzeczenie.
      - Masz rację. To było szaleństwo z twojej strony. Dobrze, że już to zrozumiałaś. - Spojrzałem w stronę zamku. Miałem zamiar wezwać dziś Lucyfera, dowiedzieć się, czy Azazeal zauważył nieobecność córki. Czy już jej szuka.
      - Więc... co teraz będzie?
      Przeniosłem wzrok na nią. Wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczami. Czy wszystkie nimfy mają takie ładne oczy, czy tylko te przestraszone?
      - Jak już się pomoczysz, pójdziesz i zajmiesz jakiś pokój. Zawołam cię, gdy będziesz mi potrzebna.
Uśmiechnęła się. Ciepło tego uśmiechu dotarło do jej oczu.
      - Dziękuję.
    O mało się nie uśmiechnąłem. Zamrugałem. Chyba dawno nie miałem kobiety, skoro ładne oczy odwracają moją uwagę od tego, co istotne. No tak, dawno. Nie da się zaprzeczyć.
     - Przestań dziękować. Nadal jesteś więźniem i nic się nie zmieniło. Dostałaś pokój i jezioro, bo jesteś strasznie delikatna, nie byłaś w stanie spędzić jednej nocy w lochu. Ledwo cię tknąć, już się rozpadasz. Wszystkie nimfy tak mają?
      Wzruszyła ramionami.
      - Myślę, że tak. Chyba, że mamy swoje jezioro i jesteśmy blisko niego. Wtedy ono nas wzmacnia. Ale niewiele nimf potrafi przywiązywać się do jeziora, więc po prostu musimy często w jakimś przebywać...
      - To męczące – stwierdziłem. - Wystarczy cię oddzielić od jeziora i umierasz.
     - O przepraszam bardzo, że zamęczyłam cię moim umieraniem. Mnie też nie było przyjemnie. - Zerknęła na mnie. - Więc... dałeś mi pokój... jesteś prawie miły... chyba nie wypada, bym wciąż nazywała cię Bestią. Bo masz jakieś imię, prawda?
     Tym razem nie mogłem się powstrzymać. Parsknąłem śmiechem.
     - Całkiem pasujący przydomek. - Zerknąłem na nią. - Dorian.
     - Ładnie. - Znów się uśmiechnęła i oparła brodę na dłoniach. - I nawet masz poczucie humoru!
     - No popatrz. Coś podobnego. Bestia z poczuciem humoru.
Zaśmiała się cicho. Była zabawna. Z pewnością chciała uśpić moją czujność, ale póki co, niech myśli, że jej się udało.
     - Jesteś dzisiaj inny. Nie taki... straszny jak zawsze. - Posłała mi ciepłe spojrzenie. - I zniknął ten gniew, który zawsze widziałam w twoich oczach. Do twarzy ci bez niego.
Patrzyłem na nią przez chwilę. Powinienem przerwać jej grę? Czy udawać, że jej wierzę?
    - A ty jesteś dzisiaj strasznie słodka. Może przez przypadek dodałem cukru do tego jeziora? Czyż nie powinnaś mnie nienawidzić, pisklątko? - Uniosłem brwi.
    - Mam nienawidzić kogoś, kto wycierpiał tyle, że aby przetrwać, stał się okrutny? To niewłaściwa droga. Ale nie byłabym ani trochę lepsza, gdybym cię za to nienawidziła...
     Zmarszczyłem brwi.
     - Skąd przypuszczenie, że jestem okrutny, bo cierpiałem?
     - Straciłeś wszystkich podczas wojny. Obudziłeś się cztery tysiące lat później całkiem sam. Nie mając nikogo, kto ukoiłby twój ból. Samotny. - Wynurzyła się z wody ubrana w długą prostą sukienkę, którą woda przykleiła do jej ciała, i usiadła koło mnie bez wahania. - Wiesz, dla mnie to dużo cierpienia jak na jedną osobę...
      Zlustrowałem ją wzrokiem. Była śliczna. Odwróciłem wzrok, starając się skupić na jej słowach.
     - Jak na mojego więźnia, sporo o mnie wiesz – mruknąłem.
     - Mówię, co widzę. Nadal cierpisz, chociaż tego nie przyznasz. Nie przede mną, może nawet nie przed sobą samym. Ale... ten świat nie jest taki zły, wiesz? Nie musisz być sam. - Przysunęła się i dotknęła mojej dłoni. - No dalej. Dorian jest o wiele sympatyczniejszy niż Bestia.
     Zerknąłem na jej dłoń zdziwiony. Nie odsunąłem się. Byłem ciekaw, co kombinuje. Nie wyglądała na uwodzicielkę. W sumie, w ogóle nie wyglądała na córkę diabła. Jak widać, pozory mylą.
     - Chcesz mi pokazać świat, Sheilo? - Zerknąłem na jej usta. Małe, kuszące. O nie, niedoczekanie. Nie mam zwyczaju sypiać z wrogiem. Czy też z jego córką.
Wygięła usta, namyślając się. W końcu zabrała dłoń i splotła palce na podołku.
     - Nie znam świata. Większość życia spędziłam w jeziorze matki. Przepraszam. - Posłała mi smutne spojrzenie.
     - To co w takim razie miałaś na myśli, pisklątko? - Przechyliłem głowę, patrząc na nią. Teraz się tłumacz, mała cwana nimfo.
     - Mogę ci pomóc się zaaklimatyzować... jeśli mi pozwolisz.
     Dobra. Koniec z udawaniem. Utkwiłem w niej wzrok.
     - Przed, czy po tym, jak zabiję twojego ojca?
     Zamrugała.
     - Umknęło ci, że przez ten cały czas próbuję ci powiedzieć, że nie musisz żyć nienawiścią?
     Przewróciłem oczami. Bynajmniej.
     - Nie mam zamiaru. Zemszczę się i nie będę już musiał nikogo nienawidzić.
     - I myślisz, że to ci pomoże? Że poczujesz się lepiej? Zemsta nigdy nie przynosi nic dobrego.
    - Azazeal zapłaci za to, co zrobił. - Odwróciłem wzrok. Po co ja w ogóle wdawałem się z nią w rozmowy? Powinienem wtrącić ją do lochu, zrobić jej tam bajorko i niech siedzi, rozmyślając, jak to mnie nie nienawidzi.
     - Ale co on takiego zrobił? Był po prostu częścią wojny...
    - Był dowódcą. Kazał swoim aniołom wybić całą naszą rasę. A sam zadał mi śmiertelną ranę. - Zerknąłem na nią. - Chcesz zobaczyć? - Byłem pewien, że zaprzeczy. Delikatna nimfa oglądająca śmiertelne rany? Zadane przez jej tatusia?
      Przygryzła wargę. I skinęła głową bez słowa. No dobrze. Odsłoniłem koszulę, ukazując brzuch i biegnącą wzdłuż lewego żebra, szeroką bliznę.
      - Po anielskim ostrzu zawsze zostają blizny – dodałem.
     Opuściła wzrok, przyglądając mi się wielkimi oczami. A potem, ku mojemu zaskoczeniu, wyciągnęła rękę, dotknęła blizny, muskając ją opuszkami palców i zaraz cofnęła się skrępowana.
      - Przepraszam...
      Patrzyłem na nią przez chwilę, kompletnie zaskoczony. Jej dotyk był przyjemny... Odruchowo sięgnąłem po drobną dłoń nimfy, przyciskając ją do blizny.
     - Śmiało. To ślad po mieczu twojego ojca, gdy miał jeszcze skrzydła. Paskudna blizna, prawda? - Z zaciekawieniem obserwowałem jej reakcję.
      Coś mignęło w jej oczach, jakieś uczucie, którego nie potrafiłem rozpoznać. Powoli przesunęła palcami wzdłuż blizny, badając jej fakturę. Dotykała jej przez chwilę nic nie mówiąc, a potem podniosła wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Jej oczy lśniły.
     - Nie - odezwała się w końcu. - Nie jest paskudna. To miała być śmiertelna rana, prawda? Musiało naprawdę boleć... ale przeżyłeś, przetrwałeś. Myślę, że to powód do dumy. Świadczy o twojej sile.
     - Ja przetrwałem, ale ona zginęła. - Gniew powrócił na myśl o Genevieve. - Tylko dlatego, że pochodziła z rasy Panów. Nigdy nie skrzywdziła człowieka. Żyła w tak pełnej harmonii z naturą, że uważała ludzi za część wszystkiego. A mimo to ją zabili. I dlatego Azazeal musi umrzeć. Za moją siostrę. - Spojrzałem na nimfę, czując ogarniającą mnie nienawiść.
      - Nie wierzę. Jeśli nikogo nie skrzywdziła, ojciec nie mógłby... nie wtedy, gdy był aniołem...
       Prychnąłem.
     - A jednak nie żyje. Gdyby żyła, znalazłaby mnie. Nawet jeśli nie dowiedziała się nigdy, gdzie jestem zakopany, przekopałaby całą ziemię, by mnie znaleźć. To najlepszy dowód na to, że nie żyje. Zabić mógł ją tylko anioł. A wszystkie podlegały Azazealowi. Wszystkie – powtórzyłem, zasłaniając bliznę koszulą. Cofnęła dłoń i pokręciła głową.
     - Może nie wiedziała, może coś się stało... a on był wtedy inny. Słyszałam, że opłakiwał każdą zabitą istotę...
      - Jakoś nie płakał po przebiciu mnie mieczem. - Podniosłem się z ziemi, zerkając w stronę zamku.
     - A skąd wiesz? Poza tym żyjesz, tak? On nie pudłuje, Dorianie. - Również wstała, nie mając zamiaru odpuścić.
     - Ależ trafił. I gdyby przyjaciel nie zakopał mnie w ziemi, która uleczyła moje rany w czasie snu, umarłbym szybko.
        Znów spojrzała mi w oczy. Była uparta.
      - Ale nie przebił serca, prawda?
       - Myślisz, że stałem i czekałem, aż przebije mi serce? - Pokręcił głową. - Nieważne, płakał, nie płakał, chciał zabić, nie chciał. Teraz to nie ma znaczenia. A ty... - Zerknąłem na nią z rezygnacją. Może to i lepiej, jeśli będzie myśleć, że mnie zmiękczyła. Będzie bardziej przydatna. - Jesteś uparta jak moja siostra. Ona też, jak wbiła sobie coś do głowy... - przerwałem i odwróciłem się w stronę zamku. - Wracajmy. - Poprawiłem koszulę. Najchętniej przewiązałbym ją czymś, ale uznałem, że będzie to śmiesznie wyglądało.
      Usłyszałem prychnięcie i spojrzałem na nimfę. Wpatrywała się we mnie z urazą, w końcu westchnęła i opuściła ramiona.
      - Nie będziesz mnie ciągał za włosy, jeśli o coś zapytam?
     - Tylko, jeśli zasłużysz. - Zerknąłem na nią, ciekawy, co znowu wymyśliła. - Pytaj.
      Zerknęła na moją koszulę i znów podniosła wzrok.
      - Ty po prostu nie wiesz, jak to zapiąć, co?
      Zerknąłem na koszulę, potem na Sheilę.
     - W moich czasach używano nieco innych ubrań.
      Pokręciła głową i podeszła, mrucząc pod nosem, że mężczyźni czasem są jak dzieci. Pociągnęła moją koszulę, wyrównując ją i sprawnie zapięła wszystkie guziki. Chyba jednak dobrze zrobiłem, rezygnując z obcinania jej palców. Jak się okazało, potrafiły być bardzo przydatne. Podobało mi się, że stała tak blisko i pomagała mi się ubrać.
      - No popatrz, łatwe, co? Taki duży, a nie umie się ubrać... - mamrotała dalej.
      Roześmiałem się. Kolejny raz mnie rozśmieszyła. Zerknąłem na nią z góry. Była prawie o głowę niższa. I stała tak blisko, że poczułem jej zapach. Bardzo ponętny, kobiecy zapach. Kojarzył się z jeziorem, ale nie tylko. Było w nim coś jeszcze, coś bardzo zmysłowego. I słodkiego. Kiedy podniosła na mnie oczy, znów spojrzałem na jej usta.
     Zamrugałem i odwróciłem wzrok. Jeszcze dziś wezmę sobie sukkuba. Nie. Dwa. Zdecydowanie dwa sukkuby. Każę Lucyferowi je dla mnie przyprowadzić. I to szybko.
Odsunęła się o krok i obróciła, a jej sukienka nagle wyschła. Szkoda. Spojrzała na mnie w zamyśleniu i ruszyła w stronę zamku. Po kilku krokach odezwała się, zerkając przez ramię:
      - Jesteś zły. Rozumiem. Sądzisz, że zemsta ci pomoże. Nie rozumiem. Ale... zawrzyjmy umowę. Chcesz zemsty? Zemścij się na mnie, nie na moim ojcu.
      Zrównałem się z nią i spojrzałem uważnie, zastanawiając się, czy mówi poważnie. Najwyraźniej tak.
      - Co proponujesz, pisklątko? Jak mam się zemścić na tobie?
     - Co tylko będziesz chciał. Jeśli to ocali mojego ojca, zniosę wszystko. Moje życie za jego życie. - Nie spuściła wzroku, nie przygryzła wargi, nie robiła nic, co mogłoby zasugerować, że się waha lub boi. Zdecydowała, była gotowa się poświęcić.
      Zatrzymałem się tuż przed wejściem do zamku.
      - Naprawdę? Poświęcisz swoje życie, Sheilo?
     - Tak. - Patrzyła na mnie odważnie. Wyciągnąłem lewą rękę i wsunąłem w jej włosy. Gęste, miękkie. Pachnące. Do prawej dłoni przywołałem nóż. Dziewczyna wstrzymała oddech. Czułem jej przerażenie, drżała lekko, ale się nie odsunęła. Kiedy uniosłem nóż, zamknęła oczy.
Sięgnąłem do jej włosów i odciąłem niewielki, ciemny kosmyk.
      - Masz gęste włosy – stwierdziłem, odsuwając się. - A ja mam przesyłkę dla twojego ojca. Co do twojej propozycji... Jak mówiłem, jesteś mi potrzebna żywa. - Odwróciłem się i wszedłem do zamku.


      Kochani czytelnicy! Niestety Natalia jest niedysponowana, a to ona zajmowała wstawianiem rozdziałów. Moje uprawnienia pozwalają mi tylko na publikację, ale z całkowitą aktualizacją musimy na nią poczekać. Kolejny rozdział pojawi się w przyszły weekend. Przygotujcie się, że będzie nieco dłuższy. Iara:)
      Tymczasem wesołych świąt! Smacznego karpia i bogatego Mikołaja życzą autorki, mała nimfa i wielki smok.;)

11 komentarzy:

  1. Intrygująco! Jaki Dorian nagle łagodny ;) Ale to miło, że jednak nie pozbawił Sheili ani ręki ani palców - przynajmniej pokazała mu się się porządnie ubrać! :)

    I życzę spokojnych, wesołych świąt! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, jej palce jeszcze się przydadzą, na przykład do zapinania koszuli. xD

      Wesołych świąt:)

      Usuń
  2. Wow, jaki długi rozdział. A następny ma być jeszcze dłuższy... no po prostu cudo :D Fajnie, że Dorian ma jednak jakieś uczucia, a Nimfa po kąpieli odzyskała swój wojowniczy charakter - to mi się podoba ;) A ta tworząca się pomiędzy nimi nić porozumienia, żeby nie powiedzieć zażyłość... oj będę czekać z niecierpliwością na następne rozdziały :)

    Cudownych Świąt dla autorek - małej nimfy i wielkiego smoka ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w drugiej części jakie mamy długie rozdziały czasem.:)
      Coś tam się tworzy, a co wyniknie, to trzeba poczekać. Na razie nie do końca porozumienie, bo on wiąż chce zabić jej ojca. Jej też niczego nie obiecał.

      Wesołych!:)

      Usuń
  3. Świetny rozdział!
    Właśnie na taki czekałam. Inne relacje między bohaterami niż strach i groźby. Mam nadzieje, że takich chwil będzie więcej.
    I dłuuugi :) Trzymam za słowo, że następny też będzie długaśny.
    Podoba mi się Dorian w lepszym nastroju. Poczucie humoru, łagodność i to jego zainteresowanie światem. Heh, gdybym go takiego poznała na początku ciężko by mi było wyobrazić go sobie ciągnącego nimfę za włosy i grożącego obcinaniem części ciała. Właśnie całe szczęście, że nic takiego się nie zdarzyło.
    Sheila po kąpieli zachowuje się inaczej. Więc życzę jej częstszego pływania w jeziorku. Sama bym chciała takie dostać :P
    Czekam na więcej.
    Martyna
    PS: Radosnego świętowania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Emocji między nimi będzie jeszcze dużo, strach również jeszcze powróci i to nie raz, ale będą także chwile takie jak w tym rozdziale.
      Nie wiem czy Dorian kiedykolwiek dojrzeje do prawdziwej łagodności, ale owszem, gdy ma dobry humor, potrafi być miły. Ciekawość również go nie opuści.
      Sheila jest częścią wody, tak jak woda jest częścią niej, potrzebuje jej, aby żyć, więc taka kąpiel dodaje jej nie tylko sił fizycznych, ale też psychicznych.:)
      O własne jeziorko proponuję poprosić Mikołaja, święta już za rogiem, jeśli byłaś grzeczna to kto wie...;)
      Wesołych świąt:)

      Usuń
  4. Świetny rozdział. Życzę Wam zdrowych i wesołych świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pozdrów Natalię :)
    I wesołych!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrowię, ale to jutro, bo już poszła spać.:)
      Wesołych!:)

      Usuń
  6. Uwielbiam być tak zaskakiwana :D Cóż, musiałam się trochę w myślach zbesztać, za to, że spodziewałam się trochę innego Doriana. Jestem niezmiernie wdzięczna, że stało się inaczej. Wiem, że to nie jest odpowiednie miejsce na takie wywody, ale jego charakterek, bardzo przypomina mi osobnika z innego..nazwijmy to "gatunku", który również ma trochę latek na plecach ;D <--- wybacz Iara :D Jest bestią - fakt. Nie ma to, jak zapodać sobie tyle dobrego na raz :))) Warto było, czekać. Dziękuję i czytam dalej. Pozdrawiam ^^

    OdpowiedzUsuń